Rozmowy

Znaleźć siłę, by ocalić swoje życie

Dziewczyny często mówią, że przepłakały trzy czwarte książki. Nie było to moim zamiarem – mówi Elżbieta Sidorowicz, autorka powieści „Okruchy Gorzkiej Czekolady. Morze ciemności”.

TYGODNIK TVP: Jakie domy pani lubi?

ELŻBIETA SIDOROWICZ:
Stare, z historią. Nie takie zapuszczone zupełnie, aby trzeba je było latami odgruzowywać, ale na pewno takie, w których widać znak czasu. Z wykształcenia jestem architektem wnętrz, więc może powinnam powiedzieć, że podoba mi się super design oraz nowoczesne wzornictwo i rzeczywiście często robi na mnie wrażenie, ale do mieszkania wybrałabym inny dom. Lubię domy, w których czuje się obecność jego mieszkańców – tych, którzy w tych domach żyli, odciskali piętno, emocje, swoje znaki w ich wnętrzach. Takie domy są według mnie piękne i mają coś więcej, niż tylko cztery ściany – mają po prostu duszę.

Pytam o to, bo dom w pani debiutanckiej powieści to tak naprawdę jeden z głównych bohaterów.

Owszem, ma pani rację – on też jest bohaterem książki. Rodzice mojej narratorki, Ani, decydują się na zakup właśnie starego, zrujnowanego dworku na peryferiach miasta. Gdy rozpoczynają jego remont i wszystko zdaje się iść ku dobremu, giną w wypadku. Ania zostaje w niewyremontowanym domu zupełnie sama. Musi nauczyć się żyć nie tylko bez rodziców, ale w przestrzeni, w której nie tylko nie ma luksusów, ale też takich podstawowych rzeczy, jak woda czy gaz. I taki piękny, z bogatą historią, ale trudny do życia dom jest miejscem, w którym te wszystkie emocje przeżywa.

Czy ten dom miał swój pierwowzór?

Tak. Tak naprawdę ta historia rodziła się we mnie od końca lat 80., kiedy jako młoda dziewczyna przeprowadziłam się na południe Warszawy, a właściwie na jej kresy. To było wówczas magiczne miejsce pełne nieograniczonej niczym zieleni, starych, zapuszczonych ogrodów, pustych parceli, łąk i Lasu Kabackiego. Cywilizacja nie sięgała w to miejsce. Ten klimat bardzo mnie urzekł i zapisał się w mojej pamięci.

Zamieszkałam w „niecywilizowanym” domu, też bez gazu i wody. Miałam jedynie prąd. Musiałam zmierzyć się z takimi czynnościami, jak chociażby rozpalanie w piecu i wszystkie moje doświadczenia życia w takim miejscu mogłam podarować później swojej bohaterce. To były trudne chwile, a ja przecież miałam wsparcie w rodzinie. Często wyobrażałam sobie, jak by to było, gdybym została z tym zupełnie sama.
Jedni mówią, że książka ma takie "flow", które sprawia, że czyta się ją w dwa dni. A drudzy, że ciężar problemów jest na tyle duży i depresyjny, że rozkładają to w czasie, biorą oddech, zanim zabrną dalej w tę historię – mówi autorka powieści „Okruchy Gorzkiej Czekolady. Morze ciemności”. Fot. wydawca książki
Poza tym parę ulic dalej znajdował się stary, opuszczony dworek z zarośniętym stawem. Można było wejść na tę posesję, zajrzeć do domu, ale groziło mu zawalenie, więc został prędko rozebrany. Kiedy rozmawiałam o nim ze starszymi ludźmi, od lat mieszkającymi w tej okolicy, przebąkiwali o jakiejś klątwie z nim związanej. Nic więcej mi nie powiedzieli, ale wyobraźnia zaczęła pracować i w ten sposób powstał ciekawy motyw mojej powieści.

To jak zrodziła się ta opowiedziana w pani książce historia Ani?

Akcja książki rozgrywa się w ściśle określonym czasie – w latach 90., choć wplecione są w nią wydarzenia i nawiązania do lat późniejszych. Nie zaczęłam jej pisać od początku do końca, tylko zapisywałam fragmenty, urywki, dialogi, które akurat przychodziły mi do głowy.

W pewnym momencie nabrałam ogromnych wątpliwości, czy ta historia w ogóle powinna powstać. Na długie lata rzuciłam pisanie w kąt, ale w końcu do książki wróciłam. Stwierdziłam, że tych spisanych scen jest tak dużo, że grzechem byłoby je zostawić i nie ułożyć w jedną całość. Usiadłam więc i zaczęłam pisać „po bożemu”, od początku do końca, włączając w miarę pisania te istniejące już fragmenty. Muszę przyznać, że to było karkołomne zadanie, bo musiałam tak poprowadzić akcję, by napisane wcześniej sceny wskoczyły na właściwe miejsca. Mam nadzieję, że to się udało.

Bohaterka pani książki to nastolatka, która przeżywa śmierć rodziców, zostaje sama, w pustym, zrujnowanym domu. Musi zmierzyć się nie tylko z żałobą, ale też odrzuceniem ze strony rodziny. Nie za dużo nieszczęścia i smutku, jak na jedną młodą dziewczynę?

Chciałam znaleźć jakiś temat, który poruszy czytelnika, wstrząśnie jego emocjami. Wybrałam na bohaterkę młodą dziewczynę, bo w tym wieku wszystko przeżywa się znacznie intensywniej, ma się te emocje w sobie bardzo jaskrawe. Postawiłam przed nią wiele wyzwań i prób także po to, by pokazać, że można – niezależnie od tego, jaki bagaż doświadczeń niesie się na plecach – wybrnąć z każdej trudnej sytuacji, a jednocześnie zachować wartości, które zostały wpojone nam przez rodziców, wyniesione z domu.

Robię zdecydowanie lepszy research niż Dan Brown

Bronka Winna ma w sobie coś z Urszuli ze „Stu lat samotności” Márqueza. W serialu zagra ją Kinga Preis.

zobacz więcej
Lubię zerkać, komu dziękują autorzy. Wśród osób, które pani wymienia, jest pracownica domu dziecka i adwokat.

Książka opowiada o dziewczynie, której rodzice giną w wypadku i zostaje sama. Nie miałam zielonego pojęcia, jak to wygląda od strony prawnej, gdy dziecko traci rodziców. Wolałam spytać osobę, która się na tym zna, by książka nie była oderwana od rzeczywistości. Na początku naszej rozmowy, gdy powiedziałam jej, że dziewczyna zostaje sama i mieszka sama, pani Ewa Warcholak złapała się za głowę. Potem stwierdziła, że nie będzie się upierać, bo przecież to „licentia poetica”.

W ustaleniu, jak to wygląda od strony prawnej, miałam ogromne problemy. Kiedy zadzwoniłam na policję, żeby poznać procedury, nikt nie chciał ze mną gadać. Nawet, gdy tłumaczyłam, że nie chcę rozmawiać o żadnej konkretnej sprawie, tylko ogólnie. Wtedy uchwyciłam się prawnika, z którym też konsultowałam motyw testamentu pozostawionego przez rodziców Ani, spisanego na kartce. Okazało się, że nawet taka jego forma w rzeczywistości miałaby moc prawną.

Bohaterka pani książki mimo tego młodego wieku wydaje się być osobowością bardzo silną.

Tak. Kiedy spotyka nas taka tragedia, są dwie drogi wyjścia z sytuacji: albo można się z tego świata wymeldować, albo próbować walczyć o dalsze życie i zachowanie jego piękna. Chciałam pokazać, że żałoba to trudny proces, długotrwały, przez którego kolejne etapy trzeba po prostu przejść, jak wchodzi się po stopniach schodów. A gdy się już to zrobi, to żyć dalej z tym, co było i z nadzieją na to, że jeszcze coś dobrego może nas w życiu spotkać. Uczucia lepiej przeżyć, a nie trzymać w lodówce i żyć z nadzieją, że nigdy z niej nie wypadną, bo w pewnym momencie się wydostaną i będzie je jeszcze trudniej przetrawić.

Jaka jeszcze jest Ania?

To introwertyczka, ma problem z utrzymaniem normalnych relacji ze znajomymi, przyjaciółmi. Nie zmienia tego na lepsze sytuacja, w której się znalazła. Dalsza rodzina, jedyna jaka jej została, nie chce jej pomóc. Na szczęście pojawiają się wokół niej inne osoby – sąsiedzi i Michał, zakochany w niej chłopak, który oferuje przyjaźń oraz wsparcie. Chciałam pokazać, że warto otworzyć się na takie osoby, bo nie wszystko można udźwignąć samemu, a właściwie niewiele można, jeśli nie będzie się miało wsparcia. To, co jest dodatkową siłą Ani, to ogromna miłość, jaką dostała od rodziców. To jest wartość, która mimo tej tragedii niesie ją przez świat.
W końcu lat 80. jako młoda dziewczyna przeprowadziłam się w magiczne miejsce pełne nieograniczonej niczym zieleni, starych, zapuszczonych ogrodów, pustych parceli, łąk i Lasu Kabackiego. Cywilizacja nie sięgała w to miejsce. Zamieszkałam w „niecywilizowanym” domu, bez gazu i wody. Miałam jedynie prąd. Te doświadczenia podarowałam swojej bohaterce – wspomina Elżbieta Sidorowicz. Fot. wydawca książki
Czy Ania ma jakiś swój pierwowzór?

Nie do końca. Tworzyłam ją „z powietrza”, ale dałam jej pewne swoje myśli, odczucia, przeżycia – jak chociażby mieszkanie w „niecywilizowanym” domu. Podarowałam jej też umiejętności plastyczne, bo sama kończyłam liceum plastyczne i warszawską Akademię Sztuk Pięknych. Najlepiej pisze się o tym, na czym się znamy, więc doświadczenia plastyczne i całą drogę procesu twórczego przedstawiłam na tyle prawdziwie, że czytelnik może weń uwierzyć.

A jak w ogóle doszło do tego, że projektantka wnętrz, ilustratorka książek dla dzieci, zamiast wziąć do ręki pędzel i namalować obraz, sięgnęła po pióro i napisała powieść?

Zawsze miałam dwie pasje: malarstwo i pisanie. Pierwsze wiersze napisałam już jako małe dziecko. Debiutowałam w miesięczniku „Poezja”, byłam wtedy nastolatką. Należałam wtedy do koła literackiego przy Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie, brałam udział w licznych wieczorach autorskich i seminariach literackich. Ale nigdy nie myślałam o pisaniu powieści, bo byłam przekonana, że to za duża forma, ogromny maraton, przekraczające moje możliwości dzieło.

W pewnym momencie odczułam jednak chęć napisania książki. Na początku planowałam tylko dwa tomy, lecz w trakcie pisania powieść rozrosła się do trylogii. W trzeciej, ostatniej części kończy się akcja książki, wyjaśniają się wszystkie zagadki i w epilogu następuje właściwe zakończenie. Mam nadzieję, że wydawnictwo tę trzecią część wyda – byłoby wręcz niemoralne wobec czytelników pozostawienie ich z otwartą, niezakończoną akcją...

Na co dzień pracuje pani w agencji reklamowej. Czy pisanie to też odskocznia od codzienności?

Na pewno. Pisanie to inny świat. Gdy pracuje się zawodowo w takim miejscu, które nie zawsze jest łaskawe, gdzie narażonym się jest na nieustanny stres, pośpiech, deadliny, gonienie się z terminami, to pisanie z jednej strony jest wytchnieniem, ale z drugiej nie jest prosto się za nie zabrać. Przez brak wolnego czasu tworzyłam moją powieść wieczorami i nocami. To było momentami bardzo trudne, bo wymordowana, wytarzana właściwie po całym dniu pełnym stresu, musiałam chwycić szybki oddech i usiąść do pisania.

Piszę jak jest, nie cukruję. Wielokrotnie szłam na wojnę z telewizyjnymi gwiazdami

Ilona Łepkowska: – Nie chciałabym mieć napisane na nagrobku „królowa seriali”. Wolałabym, żeby zapamiętano mnie jako dobrego człowieka – mówi współtwórczyni „Klanu” i „Korony królów” i „M jak miłość”.

zobacz więcej
Był to też czas braku kontaktów z ludźmi, a w zamian realizowania swojej pasji, marzeń. Człowiek piszący ma po prostu potrzebę pisania, która jest silniejsza niż stres, zmęczenie, niepewność czy w ogóle się uda i czy będzie to miało jakąkolwiek wartość. Chyba więc niosła mnie wtedy ta potrzeba, silna determinacja. To nie było tak, że wymyśliłam sobie kolejne zadanie do zrealizowania. Po prostu musiałam to zrobić. I jestem bardzo dumna i szczęśliwa, że mi się udało.

Skąd ten tytuł: „Okruchy Gorzkiej Czekolady. Morze ciemności”?

Tytuł przeżył „trzęsienie ziemi”. Przez 20 lat, przez cały czas, gdy tworzyłam tę powieść, funkcjonowała w moim umyśle po prostu jako „Gorzka czekolada”. No i proszę sobie wyobrazić moją konsternację i przerażenie, gdy tuż przed wydaniem pierwszego tomu zorientowałam się, że na rynku zaledwie parę miesięcy wcześniej pojawił się zbiór opowiadań dla młodzieży właśnie pod tytułem „Gorzka czekolada”. Tytuł nie podlega wprawdzie prawom autorskim, ale byłoby to po prostu złe marketingowo, gdyby funkcjonowały na rynku czytelniczym dwie zupełnie różne książki tak samo zatytułowane.

Z prawdziwym bólem serca musiałam więc zmodyfikować mój tytuł. Wziął się od cytatu z Forresta Gumpa: „Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi”. Wiadomo, każdy chciałby wyciągnąć tę najfajniejszą czekoladkę, z kremem, z orzechami, ale czasem trafi się na gorzką czekoladę. Po prostu w życiu spotyka nas i to dobre, i to złe. Słodkie i gorzkie.

Język, którego pani w tej książce używa, jest bardzo obrazowy, opisowy. Czy to wynika z potrzeby dokładnego opowiedzenia świata? Nie chciała pani zostawić czytelnikowi więcej przestrzeni na wyobraźnię?

Moje patrzenie na świat jest malarskie. Patrzę na kolory, układy plam między kolorami, widzę pejzaże, a potem przekładam je na słowa. Chciałam, by te opisy były żywe, żeby czytelnik też widział i miejsca, i sytuacje, by poczuł, że po prostu tam jest, tak odruchowo. Niedopowiedzenia, czyli furtka dla wyobraźni też w książce jest.
Życie jest wartością, którą należy afirmować, choć zawsze przecież może się w nim wydarzyć coś złego lub strasznego. I ponieważ nie można liczyć, że przybędzie wtedy zbawcza kawaleria, więc warto w sobie samym znaleźć siłę, by swoje życie ocalić – mówi pisarka. Fot. Ute Grabowsky/Photothek via Getty Images
Kiedy rozmawiam z moimi czytelnikami, jedni mówią, że książka ma takie flow, które sprawia, że czyta się ją w dwa dni. A drudzy, że ciężar problemów jest na tyle duży i depresyjny, że rozkładają to w czasie, biorą oddech, zanim zabrną dalej w tę historię. Dziewczyny często mówią mi, że przepłakały trzy czwarte książki. Nie było to moim zamiarem, chciałam, by były w tej opowieści różne emocje: śmiech, płacz, złość, smutek. I by czytelnik przeżywał je wspólnie z moimi bohaterami.

Nie kusiło pani, żeby jako ilustratorka książek dodać do niej również ilustracje?

Zaprojektowałam do niej okładkę. Na początku to była wersja z piernikowym domem i spadającym piórkiem. Nie zliczę wersji, które przedstawiłam wydawnictwu. Ostatecznie pojawiła się na niej dziewczyna o tajemniczym spojrzeniu. O ilustracjach nie było mowy, bo nie chciałam, żeby to była książka stricte dla nastolatek, ale też dla dorosłych, a w takich książkach rzadko kiedy pojawiają się ilustracje.

Skoro nie dla nastolatek, to dla kogo?

Bohaterka owszem, jest nastolatką, ma 17 lat, ale to nie oznacza, że z automatu książka jest dedykowana tylko dziewczynom w jej wieku i można ją wstawić na półkę z literaturą młodzieżową. Problem jest na tyle uniwersalny, że może dotknąć każdego. Dlatego też pojawia się w dwóch działach: literatury młodzieżowej i obyczajowej. Ta książka wykracza poza sztywne ramy i normy. To jest jej siłą. Poza tym ten trzeci tom napisany jest z pozycji dorosłego, innego niż Ania bohatera.

Kto jest pani literacką inspiracją?

Na pewno dużą inspiracją była poezja – skamandrytów, Haliny Poświatowskiej. Ta poetka jest genialna w swoim tragizmie i jednocześnie głębokiej sensualności, to odważna, niezłomna dziewczyna, świetna inspiracja dla kogoś, kto nie odpuszcza, walczy o swoje życie i piękno swojej miłości.

Bardzo ważną książką jest dla mnie „Łuk triumfalny” Ericha Marii Remarque’a. Uwielbiam ją za gorzką mądrość bohatera, za mroczną tajemnicę jego przeszłości, usprawiedliwioną niemoralność i za calvados...
Inspiracja Albertem Camus pojawia się w książce właściwie bez przerwy w formie cytatów. Camus ze swoim piekielnie mądrym egzystencjalizmem zawsze działał na mnie bardzo głęboko. Kreuje świat bez złudzeń, mroczny i zły, ale zawsze zapala jakiś płomyk naprzeciwko mroku, coś, czego można się uchwycić. To dla mnie literatura niebywale cenna. Camus jest dla mnie przykładem autora, który zaspokaja potrzebę wyniesienia wartości z książki.

Jako młoda dziewczyna czytałam też wiele książek Aleksandra Minowskiego. I dopiero teraz, po latach, zorientowałam się, że sztuki pisania dialogów uczyłam się właśnie od niego! Dialogi Minkowskiego mają lekkość, mają niezbędne didaskalia i nade wszystko żywość prawdziwej mowy.

Pisząc podpatrywałam też Kuncewiczową i to, jak prowadzi narrację, jak język bohaterów zmienia się w zależności od tego, który się nim posługuje. Wańkowicza cenię za jego gawędę z licznymi dygresjami i anegdotami. Mistrzowską konstrukcją literacką jest również dla mnie „Lolita” Vladimira Nabokova, a szczególnie barokowe, wielokrotnie złożone zdania, skontrastowane ze zdaniami krótkimi i celnymi, aż boleśnie oszczędnymi.

To co, w takim razie czytelnik ma wynieść, zapamiętać z pani powieści?

Piękne byłoby, by w zalewie tego, co jest na rynku, czytelnik po prostu zapamiętał tę książkę. Czasem sama pożyczam coś z biblioteki i gdy zaczynam czytać, łapię się na tym, że przecież już to kiedyś czytałam, a nie zapadło mi w pamięć na tyle, bym po jakimś czasie mogła od razu rozpoznać.

Poza tym chciałabym, by czytelnik z lektury wyniósł przekonanie, że życie jest wartością, którą należy afirmować, choć zawsze przecież może się w nim wydarzyć coś złego lub strasznego. I ponieważ nie można liczyć, że przybędzie wtedy zbawcza kawaleria, więc warto w sobie samym znaleźć siłę, by swoje życie ocalić. Chciałabym, by czytelnik dostrzegł piękno życia i tego wszystkiego, co się ma w sobie – to jest nasza siła i nasza wartość. By wiedział, że warto zawsze toczyć walkę z samym sobą, o siebie, o swoje życie i szczęście w tym życiu.

– rozmawiała Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Elżbieta Sidorowicz – absolwentka liceum plastycznego i warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Zajmuje się projektowaniem wnętrz, ilustracją dziecięcą, grafiką użytkową, rzeźbą, ceramiką i malarstwem. Uczestniczka wielu wystaw. Od wielu lat pracuje jako art director w warszawskiej agencji reklamowej. Fanka DIY (do it yourself, czyli „zrób to sam” niczym Adam Słodowy) odnawia stare wyrzucone meble i nadaje „duszę” prozaicznym przedmiotom.
Zdjęcie główne: Chciałabym, by czytelnik dostrzegł piękno życia i tego wszystkiego, co się ma w sobie – to jest nasza siła i nasza wartość. By wiedział, że warto zawsze toczyć walkę z samym sobą, o siebie, o swoje życie i szczęście w tym życiu – mówi Elżbieta Sidorowicz. Fot. Ute Grabowsky/Photothek via Getty Images
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Polacy zostali sprowadzeni do roli siły roboczej
Kiedy 4 tysiące kilometrów od kraju, na zabitych wsiach zobaczy się ludzi przywiązanych do polskości i wiary katolickiej, to coś człowieka porusza.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zbudował średniowieczny zamek w XXI wieku
Powódź odkryła na tym terenie tajemnicze tunele. Czy były tajnymi przejściami z grodu obronnego? O warownych tradycjach regionu świadczą nazwy miejscowości: Gródek, Stróżna, Podegrodzie czy Stróże.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nikt nie wiedział, kto się kryje za jego pseudonimem. Nawet...
Śmierć pisarza w raporcie SB podsumowano stwierdzeniem: „zaniechanie wrogiej działalności”.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Założyciel oaz, teolog wyzwolenia od reżimu i pokus
W Auschwitrz miesiąc przeżył w bunkrze, w którym potem zginął o. Kolbe. Komuniści zamknęli go w celi, w której „za Niemca” przeżył nawrócenie, czekając na wykonanie wyroku śmierci. Ks. Jerzy Blachnicki, ofiara SB.
Rozmowy wydanie 13.11.2020 – 20.11.2020
Wyhodowano sporo wściekłych z nienawiści mutantów
Zostałem dokooptowany do grupy neomarksistów. Będę paprotką na parapecie – mówi plakacista Wojciech Korkuć.