Cywilizacja

W bazie blisko Waszyngtonu czekają żołnierze z bagnetami na karabinach

Były kapitan sił lądowych USA, senator Tom Cotton napisał niedawno – poruszony skalą zniszczeń spowodowanych głównie przez anarchistów– że chętnie zobaczyłby „jakimi twardzielami są terroryści Antify, gdy staną twarzą w twarz z żołnierzami ze 101 Dywizji Powietrznodesantowej”. Tzw. Krzyczące Orły są w gotowości.

Antifa. Z kastetem ku lepszej przyszłości

Czy Donald Trump powinien ich uznać za terrorystów?

zobacz więcej
„Wyprowadzać wojsko na ulice, czy nie wyprowadzać; oto jest pytanie” – przed takim dylematem stanął prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump po kilku dniach zamieszek w amerykańskich miastach. Od właściwej odpowiedzi na to pytanie zależy los kraju oraz polityczna przyszłość gospodarza Białego Domu, który 3 listopada będzie się starał o reelekcję.

Gdy piszę te słowa, 4 czerwca około południa czasu warszawskiego, w Ameryce kończy się dziewiąta noc rozruchów po brutalnym zabiciu w czasie aresztowania w Minneapolis czarnoskórego 46-latka George’a Floyda przez białego policjanta. Polityczny pożar otoczył Biały Dom. Oto z ostrą krytyką prezydenta Trumpa wystąpił były sekretarz obrony (zrezygnował w 2018 r.) James Mattis, kategorycznie sprzeciwiając się użyciu regularnych sił zbrojnych do zaprowadzenia porządku na ulicach. „Musimy odrzucić wszelkie myślenie o naszych miastach jak o polu walki” – napisał były szef Pentagonu. Jego zdaniem „militaryzowanie odpowiedzi” na zamieszki wywoła tylko „fałszywy konflikt między wojskiem i społeczeństwem”.

Mattis – legendarny, emerytowany już generał piechoty morskiej, cieszący się wiele mówiącym przydomkiem „Szalony Pies” (Mad Dog) – w krytyce byłego szefa posunął się chyba najdalej ze wszystkich współpracowników prezydenta. „Donald Trump jest pierwszym prezydentem za mojego życia, który nie próbuje jednoczyć Amerykanów, nawet nie stwarza takiego wrażenia” – napisał były sekretarz obrony w oświadczeniu, zamieszczonym na portalu magazynu „The Atlantic”. „Zamiast tego próbuje nas dzielić. Widzimy obecnie konsekwencje trzech lat tych celowych wysiłków” – dodał.

Co ciekawe, ta krytyka byłego szefa Pentagonu nastąpiła w czasie, gdy już oddala się widmo wyjścia na ulice regularnych oddziałów sił lądowych USA. Najbardziej gwałtowne zamieszki wydają się mijać, a wysłane przez władze stanowe oddziały Gwardii Narodowej coraz lepiej radzą sobie z zagrożeniami, ściśle współpracując z lokalną policją.
Po wystąpieniu w Ogrodzie Różanym Donald Trump wyszedł z Białego Domu i udał się do pobliskiego, ewangelickiego kościoła św. Jana, przed którym stanął na chwilę i pozował z Biblią w ręku. W czasie zamieszek podpalono tam piwnicę. Ogień szybko ugaszono, ale wejścia do kościoła i piwnicy zabito deskami. By dojść do kościoła, prezydent USA wyszedł na ulicę przed placem Lafayette'a, która od kilku dni była epicentrum protestów i mijał mury pokreślone pod hasłami BLM (Black Lives Matter). Fot. PAP/EPA/SHAWN THEW
Ostre starcia trwają za to na szczytach władzy, gdzie sceptycznie o ewentualności użycia wojska wyraził publicznie także obecny sekretarz obrony Mark Esper. – Nie jestem za ogłoszeniem stanu powstania, który pozwoliłby rozmieścić żołnierzy w największych miastach kraju w celu szybkiego rozwiązania problemu – oświadczył na konferencji prasowej, odnosząc się do Ustawy o Powstaniu (Insurrection Act) z 1807 r., która daje prezydentowi USA prawo użycia wojska w celu stłumienia zamieszek, powstania lub buntu. – Opcja użycia żołnierzy powinna być wykorzystana tylko w ostateczności, w najpilniejszych i najbardziej dramatycznych sytuacjach. Obecnie nie ma takiej sytuacji – dodał Esper, wcześniej krytykowany za porównanie ulic amerykańskich miast do „pola walki” właśnie.

Szef Pentagonu wszedł tym samym w konflikt z głównodowodzącym siłami zbrojnymi prezydentem Trumpem, który – w swoim stylu – choć zdaje się odchodzić od pomysłu użycia armii, to trzyma się twardej retoryki, strasząc ewentualnych demonstrantów.

„Prezydent prawa i porządku” nie zawaha się użyć armii

O wyprowadzeniu wojska na ulice amerykańskich miast zaczęło być głośno w czasie ostatniego weekendu maja, gdy zamieszki przybrały gwałtowny obrót. Tłumy ludzi paliły liczne obiekty nie tylko w Minneapolis, ale także m.in. w Atlancie, Denver, Nowym Jorku, Filadelfii, Chicago, a przede wszystkim w stołecznym Waszyngtonie. Grupy zadymiarzy korzystały zaś z sytuacji, by okradać sklepy. Funkcjonariusze służb porządkowych musieli reagować i dochodziło do starć.

Gdy burdy rozlały się na 140 miast, w poniedziałek 1 czerwca Donald Trump wezwał gubernatorów stanów do sprawniejszego wykorzystania przeciwko zamieszkom i aktom wandalizmu (niektóre nazwał „aktami wewnętrznego terroryzmu”) oddziałów Gwardii Narodowej i użycia ich w takiej sile, „byśmy zdominowali ulice”. – Moim podstawowym i najważniejszym obowiązkiem jako prezydenta jest obrona naszego wspaniałego kraju i ludzi – mówił Trump w przemówieniu transmitowanym z Ogrodu Różanego Białego Domu, zapewniając, że Amerykanie są „słusznie oburzeni” zabójstwem Floyda i sam jest „sojusznikiem protestujących pokojowo”, ale łamiących prawo czekają surowe kary.

Lewicowe elity nie przebaczają. Marzenie o nowym Watergate

Czy lewica napisze historię Trumpa tak jak napisała Nixona? Trump też odważył się iść pod prąd lewicowym dogmatom.

zobacz więcej
Przedstawiając się jako „prezydent prawa i porządku” (bezpośrednie nawiązanie do przekazu ówczesnego kandydata na prezydenta Richarda Nixona, w trakcie zamieszek w amerykańskich miastach latem 1968 r.), Donald Trump dawał do zrozumienia, że nie będzie się wahał użyć armii. –Jeśli miasto czy stan odmówią podjęcia działań koniecznych do obrony życia i mienia ich mieszkańców, to rozmieszczę amerykańskie wojsko i szybko rozwiążę problem za nich – powiedział.

Tej nocy za słowami poszły i czyny. W stołecznym Dystrykcie Kolumbii – jak brzmi oficjalny tytuł stolicy, Waszyngtonu – wykorzystując jurysdykcję federalną, pierwsze oddziały sił zbrojnych pojawiły się na ulicach. Doszło także do demonstracji siły poprzez przeloty na niskiej wysokości dwóch wojskowych śmigłowców, bez uzbrojenia. Dodatkowo pojawiły się informacje o przybyciu do baz US Army niedaleko stolicy dodatkowych sił, w tym 200 żołnierzy ze słynnej 82 Dywizji Powietrznodesantowej. Łącznie w Waszyngtonie rozlokowano 1300 żołnierzy, gotowych wesprzeć lokalne władze przy opanowywaniu sytuacji. W Waszyngtonie wprowadzono godzinę policyjną.

– Im szybciej zgromadzisz oddziały i zdominujesz pole walki, tym szybciej zagrożenie zniknie i sytuacja wróci do normalności – tłumaczył jeszcze w poniedziałek sekretarz Esper, gdy do Waszyngtonu przybywali żołnierze. Dwa dni później, w środę 2 czerwca już nie był tego taki pewien.

Co na to prawo?

Główną siłą wspierającą policję stanową i lokalną w opanowaniu zamieszek są oddziały Gwardii Narodowej. To rodzaj stanowej milicji składającej się z ochotników-obywateli danego stanu, a stanowiącej wsparcie dla armii regularnej. Gwardziści pomagają zwykle władzom lokalnym w czasie klęsk żywiołowych albo – jak to ma miejsce teraz – po ogłoszeniu stanowego stanu wyjątkowego. Żołnierze Gwardii Narodowej tworzą też wyspecjalizowane jednostki, które są wykorzystywane w czasie wojen prowadzonych przez USA (ostatnio w Iraku czy Afganistanie).

Ocenia się, że przez ostatni tydzień na ulicach amerykańskich miast było ponad 20 tysięcy żołnierzy GN, aktywowanych przez władze 28 stanów, a uzbrojonych w tarcze i pałki oraz używających wojskowych pojazdów, głównie typu hammer.
Członkowie Gwardii Narodowej w stanie Georgia zabezpieczają ulicę, 2 czerwca 2020 r. Wcześniej usunęli z niej ludzi protestujących po godzinie policyjnej. Fot. PAP/EPA/ERIK S. LESSER
Oddziały Gwardii Narodowej podlegają gubernatorom poszczególnych stanów, jednak prezydent USA ma prawo przejąć nad nimi kontrolę poprzez akt tzw. federalizacji. Jak dotąd prezydent Trump z tego prawa nie skorzystał.

Użycie regularnych oddziałów wojskowych to bardziej skomplikowana sprawa. Ustawa o Powstaniu z 1807 r. co prawda daje taką możliwość prezydentowi USA, jednak kolejna ustawa – Posse Comitatus Act z 1878 r. – znacznie ogranicza wykorzystywanie żołnierzy do działań policyjnych, czyli utrzymywania bezpieczeństwa i porządku publicznego na terytorium USA, co było pokłosiem nadużywania armii do interwencji wewnętrznych po wojnie secesyjnej.

Nie oznacza to, że prezydenci USA nie używali regularnych oddziałów wojska na terytorium Stanów Zjednoczonych. Działo się tak zwłaszcza w latach 50. i 60., gdy rząd federalny starał się skruszyć opór stanów Południa przed zniesieniem segregacji rasowej. Choćby jesienią 1957 r., gdy prezydent Dwight Eisenhower wysłał oddział 101 Dywizji Powietrznodesantowej do Little Rock w stanie Arkansas, w celu wykonania wyroku Sądu Najwyższego znoszącego segregację rasową w szkołach publicznych. Komandosi eskortowali czarnoskóre dzieci do szkoły, gdyż władze stanowe i miejscowa policja odmawiały respektowania prawa.

Ostatni raz regularne wojsko zostało wysłane na ulice amerykańskiego miasta w 1992 r. Prezydent George H.W. Bush rozkazał – na prośbę władz stanu Kalifornia – oddziałom 7 Dywizji Piechoty oraz 1 Dywizji Piechoty Morskiej zajęcie pozycji na ulicach Los Angeles, gdzie trwały kilkudniowe zamieszki po brutalnym pobiciu przez białych policjantów czarnoskórego Rodneya Kinga. Żołnierze dobrze spełnili swoje zadanie, chroniąc wdzięcznych im mieszkańców przez dalszymi zniszczeniami mienia i rabunkami.

Kto miałby tłumić zamieszki?

Zgodnie z prawem, regularne wojsko na terenie USA może być użyte jedynie do kontroli tłumu. Nie może zostać wysłane do innych operacji policyjnych, a użycie broni jest dopuszczone jedynie w celu samoobrony.
Demonstranci pchają płonący śmietnik na policję w Minneapolis podczas protestów przeciwko przemocy po śmierci czarnoskórego George’a Floyda, brutalnie aresztowanego przez białego policjanta. Fot. PAP/EPA / SHAWN THEW
Generalnie oddziały Gwardii Narodowej i wojska są używane do patrolowania i blokowania ulic oraz ochrony budynków, zwalniając z tych obowiązków przeciążonych pracą policjantów stanowych i lokalnych. Ustawa o Powstaniu (Insurrection Act) z 1807 r. daje co prawda prezydentowi USA prawo użycia wojska w bardziej drastyczny sposób, jednak dlatego uważana jest raczej za rozwiązanie ostateczne, rodzaj tzw. opcji nuklearnej, gdy zawiodą inne sposoby zaprowadzenia spokoju. Pod koniec pierwszego czerwcowego tygodnia sytuacja zdawała się stabilizować, a wizja żołnierzy z bagnetami na karabinach na ulicach miast – raczej oddalać.

Wśród sił lądowych USA, które już 28 maja otrzymały rozkaz przygotowania się do działań, są jednostki żandarmerii (Military Police). W kilku bazach oddziały liczące po ok. 200 żołnierzy postawiono w stan pełnej gotowości z zadaniem – gdy padnie rozkaz – dotarcia w dowolne miejsce na terytorium USA w ciągu czterech godzin. To jednostki lądowe wyspecjalizowane w działaniach policyjnych.


Przygotowani do działania „od ręki” są również żołnierze 82 Dywizji Powietrznodesantowej (tzw. Wszechamerykańska), stacjonujący na co dzień w Fort Bragg w Karolinie Północnej. To jednostka utrzymywana w stałej gotowości bojowej, gdyż – zgodnie z zaleceniem Pentagonu – jej oddziały muszą być „gotowe odpowiedzieć na kryzys w dowolnym miejscu na globie w ciągu 18 godzin” (to część tzw. szpicy – oddziałów szybkiego reagowania NATO). Jak pisałem wcześniej, co najmniej 200 spadochroniarzy przebywa w bazie wojskowej blisko Waszyngtonu, gotowych w każdej chwili wkroczyć na ulice stolicy. Jak donosili dziennikarze, żołnierze mają na swoim wyposażeniu bagnety – niby standard, jednak ich widok na ulicach mocno przypomniałby obrazki z tumultu lat sześćdziesiątych.

Do innych jednostek, które teoretycznie mogłyby zostać wykorzystane w miastach, należą kolejne dwie elitarne: 10 Dywizja Górska (stacjonuje w Fort Drum, stan Nowy Jork) oraz 101 Dywizja Powietrzno-Szturmowa (druga nazwa 101 Dywizji Powietrznodesantowej, tzw. Krzyczące Orły) z Fort Campbell w Kentucky. Jednym z większych zwolenników użycia popularnych „Krzyczących Orłów” jest senator z Arkansas Tom Cotton. Ten były kapitan sił lądowych USA napisał niedawno – poruszony skalą zniszczeń spowodowanych głównie przez anarchistów z Antify – że chętnie zobaczyłby „jakimi twardzielami są terroryści Antify, gdy staną twarzą w twarz z żołnierzami ze sto pierwszej powietrznodesantowej”. Jednostki, w której miał okazję służyć. Oby jednak senator musiał poczekać nieco dłużej na wynik tej ewentualnej konfrontacji.

– Jeremi Zaborowski z Chicago

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Policjanci ścigają demonstrantów, którzy 31 maja podpalili trzy samochody w pobliżu Białego Domu w Waszyngtonie, podczas demonstracji przeciw przemocy po śmierci czarnoskórego George’a Floyda, który zmarł w areszcie po brutalnym zatrzymaniu przez białego policjanta. Według nagrania wideo opublikowanego w internecie 25 maja, jeden z oficerów klęczał na szyi nieuzbrojonego 46-latka, który prosił o pomoc mówiąc, że nie może oddychać. Cztery dni później policjant Derek Chauvin został aresztowany i oskarżony o m
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Lew, Archanioł i odwieczny tryzub. Ukraina szuka herbu
Na obrazoburczym rysunku anioł stoi w dresach i z butelką piwa pod tarczą z napisem „Obmin waljut”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Geniusz, demon i „Ręka Boga”, którą Diego Maradona upokorzył sam...
Czy Diego stał się ikoną właśnie przez swoją pogruchotaną, ludzką naturę? Czy jest ikoną przez to, że tyle w nim było zła, głupoty, które przenikały się z talentem?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ubrali nas w bezkształtne namioty. Rewolucja japońskiej gwardii
Długo przed nimi w Europie pojawiło się kimono.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Handel dziećmi, bronią i prochami. Ciemna strona sieci
Przestępcy i terroryści od dawna komunikują się via Dark Web.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eksplozja popularności konserwatywnego Twittera
Na Parlerze konta mają dzieci Trumpa: Ivanka (dołączyła 12 listopada, obecnie 452 tys. śledzących) oraz Donald junior (104 tys.).