Cywilizacja

Wieś i basta. Łatwiej przetrwać bez krzemowych dolin, niż bez ziemniaków

Przyszłość to rolnictwo. Nie w skali krajowej, a globalnej. Kto nie przestawi swojego myślenia na te tory, będzie głodny i biedny.

Agraryzm – doktryna społeczna i ruch społeczny, głoszące, że podstawą gospodarki jest rolnictwo oparte na samodzielnych gospodarstwach rolnych. Rolnicy są według jej założeń najważniejszymi producentami dóbr materialnych. Dąży do zwiększenia działań przyczyniających się do rozwoju oświaty na wsi i kultury ludowej, promujące hasło: chłop potęgą jest i basta.

Taką komiczną definicję znajdziemy w Wikipedii. Przytoczone hasło to oczywiście nie autentyczny slogan chłopski, a sarkastyczny cytat z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. Chyba to literackie arcydzieło może być na swój sposób symboliczne, bo wraz z nim po wiekach zachwytów cieniem lip, „krwawą” włościan pracą, którą wszystkich „żywią i bogacą” i tym podobnymi, nadszedł czas dla wsi surowy.
Przez kilkadziesiąt lat wieś w Polsce uważana była za skansen, którego nie da się uratować. Na zdjęciu zbiory ziemniaków na Kaszubach w 1985 roku. Fot. Gérard SIOEN/Gamma-Rapho via Getty Images
Druga Rzeczpospolita walczyła o zmianę rolniczego charakteru kraju na rolniczo-przemysłowy. PRL walczył z zabobonnymi kułakami przeciwstawiając im chłoporobotnika albo dyrektora pegeeru z należytym wykształceniem i przynależnością partyjną. Trzecia RP wyrastała w traktowaniu wsi jako balastu, ekonomicznego i politycznego, a rozdrobnienie gospodarstw uznała za relikt nie do uratowania.

Wszystko to przeszłość. Przyszłość to wieś. Nie w skali krajowej, a globalnej. Kto nie przestawi swojego myślenia na te tory, będzie głodny i biedny.

Plagi nie tylko egipskie

Przed kilkoma tygodniami międzynarodowy serwis Forbes ogłosił, ze dotarł do listu polskiego premiera do europejskich przywódców w sprawie zwiększenia wsparcia dla europejskiego rolnictwa. Autorzy tekstu z zainteresowaniem relacjonowali argumenty Polaka: wieś i rolnictwo uratowały Europę przed niedoborami w czasie kryzysu.

Dodajmy, że powtarzany w radiu i telewizji, skierowany do mieszkańców komunikat o tym, że „doświadczenie innych krajów uczy, iż nie ma sensu gromadzić żywności” służy interesowi społecznemu, ale nie jest do końca prawdziwy. Epidemia w wielu miejscach na świecie wyczyściła na jakiś czas półki sklepowe z podstawowych artykułów spożywczych, takich jak makaron i mąka, albo wywindowała ich ceny. W Azji produkty takie jak choćby tajski ryż błyskawicznie z ceny niskiej, powodowanej nadprodukcją, osiągnęły najwyższy poziom od 8 lat. Kontrakty terminowe na ceny pszenicy także osiągnęły dawno nie widziany poziom (spadki, owszem, zaliczyła kukurydza, ale to ze względu na jej szerokie zastosowanie w pozyskiwaniu biopaliw, na które obniżył się popyt).

Symbolem tego lęku na wieki pozostanie zapewne przekształcenie kilku amerykańskich kasyn w Las Vegas w „banki żywności”, do których ustawiały się wielokilometrowe kolejki samochodów.

Oczywiście, było to w dużym stopniu efektem paniki, przed którą ostrzega wspomniany komunikat, ale nie tylko. Perspektywa niedoborów żywności w wielu rozwiniętych krajach świata jest dziś postrzegana jako bardzo prawdopodobna. Ma to trzy główne – dość oczywiste – przyczyny.

Pierwszą są problemy z transgranicznym transportem towarowym. Nie został on tak drastycznie zablokowany jak przemieszczanie się ludzi, ale liczby robią wrażenie. Od spadków, jak choćby zmniejszony o jedną dziesiątą ruch w portach przeładunkowych, po całkowite odcięcie poszczególnych towarów od rynków światowych jak chociażby meksykańskiego piwa wszechobecnego do niedawna na rynku USA (nazwa najpopularniejszej marki, której warzenie obecnie wstrzymano – „Corony” – też nie pomogła).
Ogrodnicze tunele foliowe na farmie niedaleko Nowego Brzeska w Małopolsce. Fot. Artur Widak / NurPhoto przez Getty Images
Druga przyczyna to brak siły roboczej związany z zakazami przemieszczania się ludzi. Francuskie i niemieckie rynki rolne panicznie zaczęły poszukiwać robotników, łącznie z czarterowaniem samolotów z Rumunii, niemieckich apeli do polskiego rządu o częściowe otwarcie granic i apelami francuskiego rządu o wypełnienie przez obywateli 200 tysięcznego braku robotników rolnych w ramach akcji społecznej.

Trzecia przyczyna nie jest bezpośrednim efektem epidemii, ale jej towarzyszy – to plagi: susza w Europie, huragany cyklony w Azji, Ameryce Północnej i Południowej.

Wojny mięsne

Arystoteles pisał o idealnej wspólnocie państwowej jako o samowystarczalnej. Nic dziwnego. Burzowa pogoda na tygodnie mogła odciąć od świata zewnętrznego otoczone zatokami i górami greckie polis. Idea samowystarczalności (autarkii) odżyła w XVII i XVIII wieku jako uzasadnienie dla budowy imperiów.

Potem wyszła z mody. Samowystarczalność do dziś przedstawia się jako model wsteczny. Gospodarstwo ery przedprzemysłowej dostarczało samo sobie większości produktów – mąki na chleb, mleka, skóry na buty. Obecnie jego przedstawiciele biorą udział w wyspecjalizowanych procesach produkcyjnych, które możliwe są dzięki uprzemysłowieniu, rozwojowi komunikacji i handlu. Dzięki temu stać nas na niepomiernie większą ilość bochenków chleba, litrów mleka i butów.

Tak samo jest z państwem – przekonują podręczniki – i jest to tendencja konieczna, bo tak wieje wiatr ludzkiego postępu. Ten opis oczywistych rezultatów rozwoju produkcji przemysłowej i handlu zaczął być traktowany jako dogmat, a wszelkie dążenia do zapewnienia samowystarczalności jako mentalny regres grożący powrotem do geopolitycznych radykalizmów.

To z kolei podejście doprowadziło do tego, że trzy miesiące temu okazało się, że niemal wszystkie maseczki lekarskie produkowane są w Chinach. Bo przecież – w globalnej gospodarce – nieważne gdzie produkcja jest, ważne, że jest.

Także to podejście sprawiło, że niektóre kraje wręcz chwaliły się całkowitym uniezależnieniem od własnej produkcji żywności. Tak było w przypadku wyspiarskiej Wielkiej Brytanii, ale i kontynentalnej Belgii (w odróżnieniu od sąsiedniej Holandii).

Dziś oba kraje za to płacą. Za Kanałem doszło niedawno do swoistej polsko-brytyjskiej wojny mięsnej. Tamtejsze izby gospodarcze hodowców bydła zaatakowały wielkie sieci handlowe za sprowadzanie naszej wołowiny. – A co mieliśmy robić, skoro naszej mamy za mało? – odpowiadali przedstawiciele handlu. Oczywiście dla producentów jedna odpowiedź jest wygodna – niedobory i wzrost cen.

Bez dopłat, pestycydów i z poszanowaniem środowiska. Czy brexit pomoże rolnikom?

Największymi beneficjentami unijnych dopłat są wielkie firmy rolnicze oraz brytyjska arystokracja. Nawet rodzina królewska dostaje z Brukseli przelewy na blisko pół miliona euro rocznie.

zobacz więcej
Lepszy ziemniak w garści

Wygląda na to, że pomimo licznych prób „zaorania” naszego rolnictwa mieliśmy szczęście, bo mamy w Polsce bardzo wszechstronną i rozwiniętą produkcję rolną. Ze wszystkich grup społecznych to właśnie chyba rolnictwo najlepiej wykorzystało zastrzyk gotówki z funduszy – potworzono sprawnie działające przedsiębiorstwa, produkcję wzmacniano własnym przetwórstwem, inwestowano w edukację.

To krytykowane i w PRL, i w III RP straszne rozdrobnienie okazało się dobrodziejstwem. Małe gospodarstwa staja się często starannie doglądanymi firmami z sektora MŚP, a zarazem będą mogły rozwijać produkcję wyspecjalizowaną i towary wyższej jakości, naturalne, ekologiczne, robione przy pomocy metod tradycyjnych często mieszanych z eksperymentalną innowacją.

A przecież jeszcze chwilę temu produkcja rolna i wieś – pomijając przyczyny polityczne – nie były w modzie, bo były na dole piramidy ludzkiej gospodarki. Wiejskie pochodzenie niektórzy nawet ukrywali.

„Starsi, niewykształceni, ze wsi” – stali się antynomią innej zlepki słownej, mającej opisywać lepszą grupę społeczną głosującą na postępowe siły liberalne. Media rolnicze budziły politowanie dziennikarzy zajmujących się modniejszymi tematami. Tak było nie tylko w Polsce. Świat zapomniał o tym, że dół piramidy to zarazem jej podstawa.

Tak naprawdę dużo łatwiej przetrwać bez krzemowych dolin, niż bez ziemniaków. Niedawne wezwanie polskiego ministra rolnictwa, by spędzać wakacje na polskiej wsi, bo w ten sposób dodatkowo wzbogacą się gospodarstwa rolne, a co za tym idą będą więcej inwestować, to jeden z wielu europejskich przykładów.

Apele o ratowanie rolnictwa to nie tylko troska o niedobory w dobie koronawirusa. To troska o przyszłość i wyjście z wielkich problemów ekonomicznych, z którymi najlepiej poradzą sobie najlepiej przygotowani, czyli ci, którzy sieją i zbierają, a nie tylko kupują.

– Wiktor Świetlik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

03.04.2018
Zdjęcie główne: Dożynki w Sędziszowie w 2018 roku. Fot. Beata Zawrzel/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Auto samo zdecyduje, czyje życie ma narazić
Nadchodzi samochodowa sztuczna inteligencja.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak to na wojence
Tu kawałek biustu, tam odsłonięte do połowy pośladki, ówdzie nagi tors (męski) lub dziewczęce loki – plus ciuch jakby jeszcze pachnący bitewnym znojem…
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Świat mniej zadeptany. W kanałach Wenecji znów pojawiły się ryby
Jak będzie wyglądała turystyka po koronawirusie? Kogo wpuszczać, a kogo nie? Straty sektora szacowane są nawet na 400 mld euro.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Francja ulega muzułmanom. O czym nie wolno głośno mówić
Organizacje LGBT walczące z seksizmem i homofobią, siedziały cicho, gdy nastolatce grożono gwałtem i gdy wyzywano ją od „brudnych lesbijek”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Rewolucja młodych, wykształconych, z wielkich miast
Korzeni obecnych buntów należy upatrywać w roku 1968, kiedy marksistowskie hasła zagościły na amerykańskich uczelniach – twierdzi prof. Tomasz Żyro.