Kultura

Niewierny twardziel, magnum 44 i polityka

Kończy 90 lat, a od swojej ostatniej żony jest starszy o 35. Ojciec ósemki dzieci, których matkami jest sześć różnych kobiet - z niektórymi z nich nawet nie wziął ślubu. Mimo tego jest zdeklarowanym konserwatystą i wieloletnim (choć niekonsekwentnym) zwolennikiem Partii Republikańskiej – co w Hollywood jest rzadkością. Patriota i piewca „amerykańskich wartości”, a równocześnie zwolennik ograniczenia dostępu do broni. Chętnie cytuje go lewica i prawica. Bo któż nie chciałby mieć po swojej stronie Clinta Eastwooda?

To, że Eastwood zostanie aktorem wcale nie było oczywiste, i wiele wskazuje na to, że nie takie miał plany i marzenia. Rodzice chcieli, aby został muzykiem, lecz do szkoły muzycznej nie został przyjęty. Młody Clint nie uczył się dobrze i dość często zmieniał szkoły. Z jednej z nich został wyrzucony za obrażenie dyrektora. Jak po latach wspominali jego przyjaciele – nauka niezbyt go interesowała, gdyż zawsze miał ciekawsze zajęcia.

Jak w takim razie ukończył szkołę średnią? Niektórzy zadają pytanie: nie jak, ale czy. Dokumenty dotyczące tej sprawy podobno są objęte prawną tajemnicą. Sam Eastwood twierdzi, że pod koniec lat czterdziestych myślał o podjęciu studiów, lecz plany te przekreśliła wojna w Korei, która wybuchła w roku 1950 i potrwała 3 lata.

Rzeczywiście został powołany do armii, lecz na front nie wyjechał. Jego służba ograniczyła się do kalifornijskiego Fortu Ord, gdzie był ratownikiem i instruktorem pływania. Tam wdał się w romans z córką jednego z oficerów. Ta przygoda omal nie zakończyła się tragicznie – w czasie powrotu do Fortu z jednego z potajemnych spotkań, samolot którym leciał Eastwood wodował, a on sam ratował się płynąc do brzegu na tratwie ratunkowej ponad trzy kilometry.

Zbyt grzeczny kowboj

Przyszły gwiazdor chciał wtedy związać swoje życie ze sportem, trenować lekkoatletykę. Przypadek jednak zmienił wszystko. W Forcie Ord kręciła film ekipa wytwórni Universal. Clint zrobił wrażenie na jednym z pracowników – był wysoki, 193 cm wzrostu, i przystojny. Zaproszono go na przesłuchanie. Nie wypadł rewelacyjnie, ale dostał szansę: skierowano go na kurs dramatu, prosząc, aby zgłosił się na kolejny casting niebawem.
Clint Eastwood w sportowym kabriolecie w 1956 roku w Los Angeles. Fot. Austin Healey Earl Leaf/Michael Ochs Archives/Getty Images
W 1954 r. podpisał kontrakt z Universalem i zagrał w kilku filmach klasy B. Kiedy po półtora roku umowa wygasła, Eastwood zajmował się wieloma rzeczami, nie unikając pracy fizycznej, a co jakiś czas grywał epizodyczne role w różnych filmach. Aktorstwo traktował jako szansę na zarobienie dodatkowych pieniędzy, a nie jedyny sposób na życie.

Przełom nastąpił z chwilą, gdy otrzymał angaż do roli Rowdy’ego Yatesa w westernowym telewizyjnym serialu „Rawhide”. Film szybko stał się hitem, a Eastwood zyskał sporą popularność, choć sam nie był szczególnie zadowolony z bohatera, jakiego przyszło mu grać, gdyż był on zbyt… grzeczny.

Na odpowiednią postać trafił niebawem. Rolę zaproponował mu Sergio Leone, mało wówczas znany włoski reżyser – dziś pamiętany właśnie z tzw. spaghetti westernów, niskobudżetowych produkcji kręconych w Hiszpanii i Włoszech. W amerykańskich pierwowzorach filmów kowbojskich główny bohater musiał być postacią ze wszech miar pozytywną, honorową, ugrzecznioną. W spaghetti westernach – wręcz przeciwnie, co spodobało się Clintowi.

Trylogia „Za garść dolarów” przyniosła obu twórcom międzynarodową sławę, a grany przez Eastwooda Man With No Name, którego znakiem rozpoznawczym była pozbawiona emocji twarz oraz charakterystyczny sposób mówienia (każde słowo cedził przez zęby), przeszedł do historii kina – widzowie pokochali beznamiętnego twardziela.

W roku 1968, Eastwood postanowił wziąć swoją karierę we własne ręce, zakładając wytwórnię filmową Malpaso Productions, która od tamtej pory była współproducentem większości filmów, w jakich się pojawił. Dzięki temu miał wpływ na obsadę, scenariusz czy postaci, w jakie ma się wcielać. Po sukcesie w filmach Sergia Leone’a nie miał ochoty wracać do wizerunku porządnego Yates’a z „Rawhide”.

Faszystowski film

I to był strzał w dziesiątkę. Bo prawdziwą sławę przyniosła mu rola bezwzględnego i cynicznego policjanta Harry’ego Callahana w filmie „Brudny Harry” (1971). Film Dona Siegela był w pewnym sensie odbiciem nastrojów, jakie w owym czasie panowały w USA.

Trudne lata sześćdziesiąte i wydarzenia takie jak zabójstwo prezydenta J.F. Kennedy’ego (1963) i Martina Luthera Kinga (1968) czy, rok później, głośne morderstwo będącej w ciąży Sharon Tate (żony Romana Polańskiego) dokonane przez sektę Charles’a Mansona, a także narodziny różnorakich ruchów lewicowych (Nowa Lewica, trzecia fala feminizmu) oraz antywojennych, potępiających amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie i walczących o prawa czarnoskórych Amerykanów – to wszystko nie sprzyjało społecznej stabilizacji.

Ludzie potrzebowali bohatera, lecz nie wyidealizowanego supermana, ale takiego, jak oni – zwykłego faceta z sąsiedztwa, który będzie miał odwagę skończyć z panoszącym się bezprawiem.
Clint Eastwood (z lewej) jako Rowdy Yates w 21 odcinku 4 serii ("The Pitchwagon") serialu "Rawhide" z 1962 roku. Fot. CBS via Getty Images
Bezpośrednią inspiracją dla scenariusza „Brudnego Harry’ego” była postać Zodiaka, nieuchwytnego seryjnego mordercy, który pod koniec lat sześćdziesiątych siał postrach w San Francisco. W recenzjach z tego filmu po raz pierwszy w karierze Eastwooda pojawiły się etykiety polityczne: film przez część krytyków został uznany nie tylko za zbyt brutalny, ale też „prawicowy” czy wręcz propagujący faszyzm. Pisano, że Paul Newman z tego powodu odmówił przyjęcia głównej roli.

Widzów to nie zniechęciło. „Brudny Harry” spotkał się z ogromnym entuzjazmem i doczekał trzech sequeli, a motyw bezwzględnego policjanta, który nie oglądając się na przepisy walczy z przestępczością, przyjęła się w amerykańskiej kinematografii.

Nostalgia Walta Kowalskiego

Johna Wayne’a, legendarny gwiazdor amerykańskich westernów, zarzucił kiedyś Clintowi Eastwoodowi przekłamywanie i brutalizację amerykańskiej historii. Nie ulega wątpliwości, że Eastwood – jako aktor i reżyser – do wydarzeń z historii USA (także tej najnowszej) chętnie się odnosił i często nimi się inspirował. Ale trudno mu zarzucić burzenie mitów czy niszczenie legend.

Jedne z najbardziej znanych jego dzieł w tym nurcie to „Listy z Iwo Jimy” i „Sztandar chwały” (2006). Jednak w ostatnich latach najgłośniejszy stał się „Snajper” (2014), gdzie w tytułową rolę wcielił się Bradley Cooper. Film (oparty na faktach) podzielił widzów i krytyków, jedni zobaczyli w nim arcydzieło, drudzy słabą propagandówkę. Bohaterem jest Chris Kyle, najsłynniejszy amerykański snajper, biorący udział w wojnie w Afganistanie i Iraku. Kyle powrocie do kraju zginął z ręki weterana, który się nim zajmował.

Choć jego historia jest nadal dość świeża, zamordowany snajper już teraz jest dla wielu Amerykanów legendą – symbolem poświęcenia dla ojczyzny i dowodem, jak wielką traumą jest wojna. Eastwood z tą legendą się nie rozprawia, a raczej ją podtrzymuje. Tłumaczy, że Chris Kyle był zwykłym żołnierzem, którego wyjątkowe umiejętności doprowadziły do sytuacji, kiedy żaden wybór nie był dobrym wyborem. Takich żołnierzy jak on, rozdartych pomiędzy służbą i poczuciem obowiązku wobec ojczyzny a miłością do rodziny były i są setki – o tym także jest ten film.

Także w kolejnych filmach Eastwood mierzy się też ze współczesną Ameryką. W „Gran Torino” (2008) wcielił się w rolę weterana wojny koreańskiej o polskich korzeniach. Walt Kowalski to stary, zgorzkniały człowiek, dla którego wszystko, co dobre już się wydarzyło, a współczesna, wielokulturowa i zdemoralizowana Ameryka jest wszystkim tym, z czym całe życie, jako porządny obywatel, walczył. Ostatecznie – jak często bywa w amerykańskich eposach – zmienia swoje zapatrywania, dostrzegając, że azjatyccy sąsiedzi nie są tacy źli, jak początkowo sądził, odnajdując wśród nich przyjaciół, a przede wszystkim: cel życia.
Clint Eastwood podczas przyjęcia po premierze filmu "Gran Torino" wraz córką (z pierwszego małżeństwa) Alison Eastwood w siedzibie Warner Bros w Burbank w Kaliforni. Fot. Alberto E. Rodriguez/Getty Images
Ta opowieść ma jednak bardziej uniwersalny charakter. Eastwood pokazując różnice międzypokoleniowe nie do pogodzenia i nostalgię za minionymi czasami. Jako człowiek urodzony jeszcze przed II wojną, z własnego doświadczenia wie, jak zmieniły się Stany Zjednoczone oraz społeczeństwo.

Eastwood za krytykę amerykańskiego systemu wziął się bez znieczulenia także w „Oszukanej” (2008) czy w najnowszym filmie „Richard Jewell” (2019). Niewinnie osądzeni bohaterowie stają naprzeciw biurokratycznej machiny i mediów, z którymi nie sposób zwyciężyć.

Choć akcję obydwu obrazów dzieli czterdzieści lat, mają ze sobą sporo wspólnego. Uderza w nich bezsilność głównych bohaterów. W kraju, który tak bardzo stawia na indywidualność, jednostka okazuje się nic nie znaczyć wobec systemu, z jakim musi się zmierzyć. Pomimo wszystkich wad, Ameryka to nadal najlepsze, jego zdaniem, miejsce do życia.

Podejmował Jana Pawła II

Poglądy Clinta Eastwooda możemy poznać zresztą nie tylko z jego dzieł. Reżyser nie unika publicznych deklaracji, nie ukrywa osobistych poglądów. Nie krępuje się określić współczesnej młodzieży mianem „ciot”, a Hollywood „miejscem pełnym zdrajców i pedofilów”. Polityczną poprawność zaczął zwalczać zanim to stało się modne. Mówił o tym sam podczas specjalnego pokazu „Bez przebaczenia” w Cannes, w 25. rocznicę premiery filmu. O tym, że głosował na Partię Republikańską (a od 1952 r. do niej należał) i przyjaźnił się z prezydentem Ronaldem Reaganem, wiedział cały świat. To sytuacja, jak na Hollywood, nietypowa - tu tolerowane jest jedynie poparcie dla demokratów.

Republikanin Eastwood postanowił nawet w pewnym momencie wyruszyć śladem swoich partyjnych kolegów Ronalda Reagana i Arnolda Schwarzeneggera – z sukcesem powalczył o stanowisko publiczne, choć nie tak wysokie jak oni dwaj. W 1986 r. został burmistrzem miejscowości, w której od dawna mieszał – Carmel-by-the-Sea, w Kalifornii. Swoją funkcję pełnił przez jedną, dwuletnią kadencję, pobierając symboliczną pensję 200 dolarów. Podobno się sprawdził, faktycznie interesując się sprawami miasteczka. W roku 1988 jako burmistrz podejmował papieża Jana Pawła II.

W roku 2008 w wyścigu o fotel prezydencki Eastwood poparł republikanina Johna McCaina, którego znał od niemal trzydziestu lat. W wyborach zwyciężył jednak Barack Obama. I choć w 2009 roku Clint zarejestrował się jako zwolennik mało znaczącej Partii Libertariańskiej (w USA wyborcy mogą zarejestrować się jako wyborcy konkretnego ugrupowania, aby wziąć udział w jego prawyborach) to w czasie kolejnej kampanii wyborczej (2012) pojawił się na konwencji republikanów, wygłaszając słynne przemówienie adresowane do pustego krzesła symbolizującego urzędującego prezydenta, w którym krytykował Obamę za brak działania i niespełnione obietnice, a jego wyborców za zbyt naiwne podejście do polityki i powierzchowne ocenianie polityków.
Prezydent Ronald Reagan z aktorami Clintem Eastwoodem i Louisem Gossetem Jr. w 1987 roku. Fot. Getty Images
W roku 2016 zdecydował się poprzeć Donalda Trumpa, co nie było oczywiste nawet dla republikańskich elit i spotkało się z krytyką wielu wpływowych przyjaciół Eastwooda. Naciskały również media: w każdym wywiadzie pytano Eastwooda, czy faktycznie zamierza na Trumpa zagłosować. I w końcu aktor, wbrew wcześniejszym deklaracjom, zaczął się wahać. A na koniec żartobliwie rzucił, że zarówno wyborcy Hilary Clinton, jak Donalda Trumpa mają w sobie pewien rodzaj szaleństwa, dlatego nie zamierza głosować na żadne z nich.

W lutym tego roku dość nieoczekiwanie zaś stwierdził, że najlepszym kandydatem na prezydenta byłby demokrata Mike Bloomberg, były burmistrz Nowego Jorku (2002-2013) i jeden z najbogatszych ludzi w USA (według „Forbesa” szesnasty, najbogatszy człowiek świata). Nie pierwszy raz zresztą Eastwood zerkał w tym kierunku, już wcześniej popierał kandydatów Partii Demokratycznej na kongresmenów i senatorów.

Wolny rynek, rejestracja broni i kochanki

Jak sam tłumaczy, to nie on zmienia zdanie, ale ewoluuje amerykańska polityka. On zaś zawsze był przede wszystkim wolnorynkowcem, przeciwnikiem ingerencji władz zarówno w gospodarkę, jak i w prywatne życie obywateli. Dlatego opowiada się za swobodą aborcji i małżeństwami homoseksualnymi. – Ludzie powinni być tym, kim są chcą być i robić, co chcą, pod warunkiem, że nie wyrządzają krzywdy innym – uważa.

Równie lewicowe poglądy potrafi głosić także w innych, znaczących dla Amerykanów kwestiach. Choć kojarzony jest w filmowymi bohaterami używającymi brutalnych metod i chętnie korzystającymi z broni palnej, to w prywatnym życiu – choć nie podważa drugiej poprawki do konstytucji USA – twierdzi, iż państwo powinno dokładnie rejestrować wszystkich obywateli posiadających pistolety czy strzelby, a sprzedaży osobom prywatnym karabinków automatycznych należy zakazać.

Ale najpełniej lewicowo-liberalny komponent swojego światopoglądu Eastwood realizuje w życiu prywatnym. Jego żony, kolejne kochanki, małżeńskie problemy oraz ślubne i nieślubne dzieci były tematem wielu plotek i spekulacji, zajmując najwięcej miejsca w rubrykach kolorowych magazynów. Niektórzy mają mu za złe, że chociaż lubi wytykać błędy innym, jednocześnie nie stroni od niezbyt moralnego życia.

Hollywood próbuje zrozumieć wroga

Lewicowe aktywistki grzmiały, że zdradziła swoją płeć, bo broniła praw gospodyń domowych.

zobacz więcej
Sercowe perypetie Eastwooda są niejako związane z jego filmową karierą. Pierwszą żonę, Maggie Johnson (z którą miał syna i córkę) poznał pracując w Universal w latach pięćdziesiątych. W czasie małżeństwa (1953-1984) miał przynajmniej dwie kochanki – obie urodziły mu córki, a ponadto zamieszkał z Sandrą Locke (swoją drogą, Locke była zamężna), w „międzyczasie” mając kolejne romanse i dwoje nieślubnych dzieci.

Związek z Locke trwał dziewięć lat, do 1989 r., kiedy Eastwood zaczął spotykać się z Frances Fisher, przyszłą matką jego kolejnej córki. I ten romans nie trwał długo, gdyż cztery lata później poznał dziennikarkę Dinę Ruiz i zakochał się, kiedy ta przeprowadzała z nim wywiad o filmie „Bez przebaczenia”. Ruiz była jego drugą i, jak na razie, ostatnią żoną oraz matką najmłodszej córki. Ich małżeństwo zakończyło się w roku 2012. Powodem miała być decyzja Ruiz o wspólnym występie w programie ukazującym domowe życie rodziny Eastwoodów, na co Clint nie chciał się zgodzić.

Najnowszą „oficjalną” wybranką Eastwooda jest młodsza o 35 lat Christina Sandera, z którą pojawił się gali rozdania Oscarów w 2015 r. Czy ostatnią? Jeśli starczy zdrowia… Wygląda na to, że w życiu prywatnym, tak jak w polityce 90-letni aktor nie uważa wierności za cnotę bezwzględną. Hołduje tylko jednej zasadzie: ludzie powinni robić, co chcą.

– Anna Szczepańska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Clint Eastwood jako inspektor Harry Callahan w filmie "Brudny Harry" z 1971 roku. Fot. Silver Screen Collection/Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Igraszki z diabłem. Jak Bułhakow próbował przechytrzyć Stalina
– Sztuka jest bardzo dobra, ale nie wolno jej wystawiać – zdecydował gensek.
Kultura Poprzednie wydanie
Czarny, którego Murzyni odrzucili jak białego
18 września mija 50. rocznica śmierci Jimiego Hendriksa.
Kultura wydanie 11.09.2020 – 18.09.2020
Dramat opętanej zakonnicy. I wielki powrót Kożuchowskiej
Egzorcyzmy poddane wiwisekcji.
Kultura wydanie 11.09.2020 – 18.09.2020
Malował Hel, grał Szopena na skrzypcach. Poeta zbuntowany....
Przyjaciele z poetyckiej grupy dostali się do niewoli. Gałczyński ocalał dzięki wymianie jeńców, został pognany do hitlerowskiego obozu i przeżył… Sebyła pozostał w ZSRR.
Kultura wydanie 11.09.2020 – 18.09.2020
Pociągają go dzikie rejony świata i umysłu. Szaman z pędzlem
Mam wrażenie, że artysta potrafi kontaktować się z duchami naszych praprzodków z epoki kamiennej.