Felietony

W co uzbroić komara? Długi marsz sześcionogiego wojska

Do Europy dotarła późno, bo wraz z amerykańskim korpusem ekspedycyjnym w 1917 r. – i od razu została przez Niemców uznana za broń biologiczną, wycelowaną w ich narodowe warzywo. Kraje obozu postępu przejęły od III Rzeszy lęk przed nią oraz przekonanie, że stanowi ona zagrożenie wagi państwowej. Stałym wątkiem propagandowym była wizja amerykańskiego lotnictwa, zrzucającego stonkę z samolotów wprost w socjalistyczną nać.

Ojczyzną sensacyjnych scenariuszy jest Ameryka, bez dwóch zdań. Styczeń – pożary, luty – tornada, marzec – pandemia, kwiecień – upadek gospodarki, no a maj? W maju rozpoczęła się w stanie Waszyngton inwazja śmiertelnie niebezpiecznych szerszeni azjatyckich (Vespa mandarinia). Jeszcze tylko Godzilla, tsunami, zombie i rok 2020 zaliczony.

Na razie jednak, siedząc na przyzbie z karabinkiem półautomatycznym na kolanach, można się zastanawiać: Vespa mandarinia, hm? Owady z Azji w stanie nad Pacyfikiem? Najpewniej dotarły w jakimś kontenerze. Zaraz, a skąd dociera najwięcej towarów do USA?

Naukowcy uspokajają, że szerszenie azjatyckie, choć jadowite i okrutne (zabijają miododajne pszczoły, odrywając im głowy) nie stanowią zagrożenia o charakterze strategicznym, najpewniej też nie zostały podrzucone Amerykanom przez Pekin w złej intencji: migracje roślin i zwierząt nie są niczym nowym, a globalny handel tylko im sprzyja.

Sceptycy wiedzą jednak swoje i trudno im się do końca dziwić. Broń jądrowa bronią jądrową, cyberterroryzm cyberterroryzmem, a broń entomologiczna też się sprawdza. I chociaż sześcionogie wojsko rzadko demonstrowane jest na defiladach, m. in. ze względu na kłopot ze zsynchronizowanym stuknięciem obcasami, to w bilansie bojowym wielu państw stanowi ważną pozycję. I to od zawsze.

Strzał z ula

Archeolodzy twierdzą, że już w czasach paleolitu jedną z ważniejszych broni, pozwalających wykurzyć konkurencyjną grupę z jaskini, były ciskane do jej wnętrza kłody z dzikimi pszczołami lub osami (Dolichovespula adulterina).

Teolodzy, gdyby odważyli się zabrać głos w tak delikatnej sprawie, mogliby wspomnieć coś o użyciu broni entomologicznej przez Najwyższego podczas zsyłania kolejnych plag na Egipt: od dokuczliwych muszek (Ceratopogonidae) po gzy (Stomoxys calcitrans) i szarańczę (Schistocerca gregaria).
Wartość bojową osy poznano już w epoce kamienia łupanego. Fot. Andrea Innocenti/REDA&CO/Universal Images Group via Getty Images
Z całą pewnością po gliniane naczynia z pszczołami lub osami sięgali Grecy i inne ludy Morza Śródziemnego zarówno podczas walk morskich, oblężenia, jak starcia w polu. Z z czasem, jak zaświadcza Strabon (grecki geograf, historyk i podróżnik; ur. 63 r. przed Chr., zm. ok. 20 po Chr.) , kwatermistrzostwo legionów przygotowywało wręcz „osie granaty” – najpierw wystawiano na dworze gliniane naczynia z nadzieją na osiedlenie się os lub dzikich pszczół na ich chropowatych ściankach, następnie zatykano otwór trawą i w takiej postaci transportowano aż do momentu konfrontacji.

Sześć miliardów istot w ciemności, cieple i zaduchu rodzi się, kopuluje, pożera i tratuje w drodze do wody

Wygląda ślisko, ma wiele odnóży i pseudo-żądeł, jest jednym z najszybszych stworzeń na Ziemi, więc może w każdej chwili do nas doskoczyć. Co gorsza, umie trawić białko, z którego składają się nasze paznokcie i włosy.

zobacz więcej
Wiedzę o możliwościach pszczelarstwa konfrontacyjnego Europa przejęła od Rzymian. Przez całe średniowiecze słyszymy o ulach ładowanych na katapulty i wystrzeliwanych w stronę przeciwnika (słynął z tej metody m. in. Henryk I) lub po prostu w desperacji strącanych na oblegające wojska z wałów – od brytyjskiego Chester po węgierskie Güssing; gdyby średniowieczne rycerstwo znało stopnie i rangi, istniałby pewnie „starszy pszczelniczy”.

Już w czasach wojny trzydziestoletniej (1618-1648) Wuppertal przemianowano przez pewien czas na Beyenburg, „miasto pszczół”, przez uznanie dla mniszek, które dzielnie zrzucały swoje ule na protestantów.

Ta technika – strzał z ula – jest też doskonałą ilustracją jednego z trzech obszarów, na których wojska owadzie się sprawdzają, czyli używanie owadów do bezpośredniego zadawania strat (ból, osłabienie, w skrajnych przypadkach śmierć) siłom zbrojnym przeciwnika bądź, w bardziej zaawansowanych formach, również jego ludności cywilnej. Osoby przekonane o nieuchronnym starciu amerykańsko-chińskim mogłyby uznać za przykład tego rodzaju działań również obecny atak szerszeni.

Żuczek we wrogiej kapuście

Drugim takim obszarem, również znanym od czasów Księgi Rodzaju (szarańcza…) jest wykorzystywanie owadów do niszczenia zasobów nieprzyjaciela, przede wszystkim upraw i hodowli zwierząt rzeźnych. Tu przykładów jest mniej, o wiele więcej za to podejrzeń i przygotowań.
Żuczek arlekin wciąż sieje postrach w południowych stanach USA. Fot. Arterra/Universal Images Group via Getty Images
W czasie amerykańskiej wojny secesyjnej (1861–1865) Konfederaci byli przekonani, że wojska Północy podrzucały im żuczka arlekina (Murgantia histrionica), by niszczył im pola kapusty (jak zresztą ma zwyczaj robić w południowych stanach po dziś dzień), a Sowieci w ramach wojny nerwów zaprzeczając oczywiście pracom nad bronią bakteriologiczną, dawali zarazem do zrozumienia, że szczególnie NIE posunęli się w pracach nad hodowlą kleszczy.

Prezydent John F. Kennedy miło się uśmiechał, ale podczas kryzysu kubańskiego armia rozważała zrzuty jednego ze skoczków (Perkinsiella vitiensis), szczególnie chętnie żywiącego się trzciną cukrową.

„Amikäfer”, komandos wśród chrząszczy

Za mistrza agrodywersji, prawdziwego komandosa wśród chrząszczy uchodzi stonka ziemniaczana, Leptinotarsa decemlineata. I, podobnie jak przypadku trwożącego Konfederatów arlekina, sprawa jest niejasna. To gatunek powszechnie występujący w naturalnej ojczyźnie ziemniaka, czyli w Meksyku, Teksasie i Kolorado, skąd stopniowo został rozwleczony po świecie.

Będą zabijać 10 milionów ludzi rocznie. Odporne na leki Czerwone Królowe – superbakterie

Antybiotyk musi być cudowny jak woda z Lichenia, a skuteczny jak piorun kulisty. Nadużywając go, gotujemy sobie los dinozaurów. Niebawem zabraknie skrótów na określenie dziadostwa, które możemy „złapać”, a którego nie będzie czym zabić.

zobacz więcej
Do Europy dotarł i tak późno, bo wraz z amerykańskim korpusem ekspedycyjnym w 1917 r. – i od razu został przez Niemców uznany za broń biologiczną, wycelowaną w ich narodowe warzywo.

Te lęki żywe były przez całe dwudziestolecie, kiedy więc stonka pojawiła się na polach Rzeszy pod koniec lat 30. XX wieku, decyzje zapadały na najwyższym szczeblu: postanowiono po pierwsze wyeliminować zagrożenie, a po wtóre – odrzucić je prosto w redliny przeciwnika.

Na szczeblu krajowym powołano – nie żartuję! – Kartoffelkäferabwehrdienst, czyli Służbę Ochrony Ziemniaka, a następnie pod auspicjami SS stworzono Kartoffelkäferforschungsinstitut, pierwszą w dziejach placówkę stonkologiczną mającą opracować metody hodowli, namnażania i desantu. Frytki z MacDo były w prawdziwym niebezpieczeństwie! Na szczęście pełną gotowość operacyjną Instytut osiągnął dopiero w czerwcu 1944 roku, kiedy wiatr, by tak rzec, wiał już w przeciwnym kierunku.

Wraz z wojskami Wehrmachtu nieznana dotąd stonka rozlazła się po całej Europie Środkowej, przede wszystkim Generalnej Guberni oraz Protektoracie Czech i Moraw; gdzieś w roku 1943 przekroczyła, idąc na wschód, linię frontu.
"Ma żółty w paski puklerzyk (....) i głód straszny szerzy". Fot.Sylvain CORDIER/Gamma-Rapho via Getty Images
Kraje obozu postępu, co stanowi ciekawy przypis do teorii pokrewieństwa obu totalizmów, przejęły od III Rzeszy lęk przed stonką oraz przekonanie, że stanowi ona zagrożenie wagi państwowej. Stałym wątkiem propagandowym była wizja amerykańskiego lotnictwa, zrzucającego stonkę z samolotów wprost w socjalistyczną nać.

Mobilizacja ludności była wielka, Maria Kownacka, zasłużona autorka „Plastusiowego pamiętnika”, apelowała z oddaniem:

Do alarmowego dzwonka!...
Wciska się nasz wróg –
– K t o?...
– S t o n k a –
Groźny, straszliwy wróg!...

Ma żółty w paski puklerzyk –
– jak broszka na odpuście...
niszczyciel!!! – głód straszny szerzy –
jeżeli go dopuścić!

Więc baczność! znowu są znaki!
Uwaga! Uwaga! – nadchodzi!...
Uwaga! Strzec ziemniaki!!!
– Nie damy się ogłodzić!!!


Nie daliśmy się. Zastępy młodzieży wyruszały w redliny, by dać odpór – koniecznie wyposażone w butelkę z krachlą, by sześcionodzy agenci imperializmu nie czmychnęli.
Pogromca stonki w NRD, pionier Bodo. Fot. Wikimedia/ Bundesarchiv, Bild 183-15032-0001/Biscan/CC-BY-SA 3.0
Z największym żarem (można się tylko domyślać, jakie zasługi położyli w tym weterani Kartoffelkäferabwehrdienst) bito rekordy w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Pionier Bodo, który zgromadził jednego dnia dwa tysiące chrząszczy, otrzymał najwyższe wyróżnienia państwowe.

Podstępny chrząszcz wpełzał nie tylko w nać, ale i do języka: określano go w NRD mianem „żuka z USA”, czyli „Amerikanischer Käfer”, zdrobniale „Amikäfer”. Trwalszy ślad odcisnął jednak w rosyjskiej nomenklaturze entomologicznej, gdzie do dziś figuruje w atlasach jako „Колорадский жук”.

Program zapchlenia przeciwnika

Wszystko to jednak figle w porównaniu z trzecim obszarem zastosowań wojsk owadzich, gdzie gra jest najbardziej finezyjna: sześcionodzy żołnierze służyć mają jako kurierzy, przenoszący właściwą broń dywersyjną, czyli „zarazki”: od pierwotniaków po wirusy.


Podobnie jak w przypadku szarańczy czy stonki, epidemie znane były od zawsze: rzecz w tym, by zdać sobie sprawę, co je przenosi. W przypadku dżumy są to pchły ludzkie (Pulex irritans) – i w przypadku pierwszej prześledzonej szczegółowo epidemii dżumy, czyli Czarnej Śmierci, wiemy, że do Europy przyszła z genueńskiej Kaffy na Krymie, obleganej przez Mongołów. Ci odstępując od oblężenia ze względu na przywleczoną ze stepów zarazę, zadbali o to, by zniszczyć również obleganych.

Do dziś jednak trwają spory, czy uczynili to, przerzucając przez mury do wnętrza twierdzy zwłoki swoich zmarłych, czy mniej inwazyjnie – podrzucając ubrania i sprzęty codziennego użytku, rojące się od pcheł. Co wiemy na pewno, to że pchły towarzyszyły kilku statkom, które wypłynęły wkrótce potem w stronę Genui, opuszczając zadżumione miasto – i istotnie zmieniając dzieje Europy.
Pchła jak kurier przenosi właściwą broń dywersyjną. Fot. De Agostini via Getty Images
Podzielić się epidemią z przeciwnikiem – żadna sztuka. Jak jednak wywołać go na jego, możliwie odległym, terytorium? Ten problem odważnie wzięli pod mikroskop dopiero uczeni japońscy, którzy w ramach słynnej, zakonspirowanej Jednostki Nr 731, utworzonej w latach 30. XX wieku, podnieśli badania nad skocznością, przeżywalnością i rozrodem pcheł na niespotykany dotąd poziom. Kurierów wybrano świadomie i z doświadczeniem, wiedząc, że pchła da sobie radę z przenoszeniem zarówno dżumy, jak tyfusu.

Badania więc skoncentrowały się przede wszystkim nad technikami dystrybucji pcheł nad terytorium przeciwnika. Pchły źle znosiły dłuższe loty, zrzuty na spadochronach były zbyt „punktowe” i łatwe do zlokalizowania (papierowe pakiety z pchłami, testowane nad chińskimi miastami Chü Hsien i Ningopo, przyniosły zaledwie kilkaset ofiar), a owady umieszczane w tradycyjnych bombach lotniczych słabo tolerowały zmiany temperatury i ciśnienie wyzwalane w momencie eksplozji.

Globalna inwazja niemieckich mutantów, czyli zemsta Honeckera

Uciekły z akwarium, potrzebują trzy miesiące, aby z jaja stać się formą zdolną do wydawania potomstwa, wypierają inne gatunki. Groza.

zobacz więcej
Nie miejsce, by szczegółowo opisywać dzieje japońskiej myśli wojskowej, dość powiedzieć, że badaczom z Jednostki 731 w ujmujący sposób udało się połączyć refleksję inżynieryjną z przywiązaniem do tożsamości narodowej poprzez stworzenie bomb typu Uji, których rdzeń stanowił pojemnik z delikatnej porcelany, roztrzaskującej się na kawałki w chwili uderzenia o ziemię. Bomby typu Uji-50, przygotowywane wiosną 1945 roku do zrzucenia na Nowy Jork i zachodnie wybrzeże USA, zawierały do 7 tysięcy pcheł każda.

Ten potencjał, jak to zwykle bywa ze zbrojeniami, rósł w funkcji czasu: Stany Zjednoczone przechwyciwszy kilku specjalistów z Jednostki 731, rozwijały w kolejnych latach również programy zapchlenia przeciwnika. Ze względów humanitarnych podczas kolejnych projektów, zakonspirowanych pod kryptonimami w rodzaju Big Itch (Swędzonka), testowano dystrybucję pcheł niezarażonych tyfusem ani dżumą, których atak spowodować mógł jedynie czasową niedyspozycję przeciwnika.

Wyniki były jednak imponujące: pociski z lat 70., ostatnie, o których informacje przedostały się do wiadomości publicznej, wielokrotnie przerosły bomby Uji pod względem mocy pchelnej: E-14 zawierać miała do 100 tysięcy owadów, E-23 – dwukrotnie więcej.

Talenty w dziedzinie żądlenia i plucia

Prawdziwą rewolucję w dziedzinie broni owadzich przyniosła jednak inżynieria genetyczna. To dzięki nowym technologiom z tej dziedziny, takim jak CRISP, możliwe jest wyhodowanie komarów widliszków (Anopheles gambiae), odpowiedzialnych za przenoszenie malarii czy gorączki Nilu Zachodniego.
Czy komara można uzbroić w zdolność do przenoszenia innych niż dotąd chorób? Fot. Smith Collection/Gado/Getty Images
Naukowcy deklarują, że już dziś są w stanie wyhodować widliszki niezdolne, dzięki modyfikacji genomu, do przenoszenia zarodźca malarii czy gorączki nilowej. Zdrowe widliszki z czasem „wyparłyby” konkurencję, bez konieczności stosowania kosztownych, trujących i mało wydajnych środków owadobójczych, bez naruszenia równowagi ekosystemu. Przeszkodą we wprowadzeniu tych rozwiązań na masową skalę są koszty, brak odpowiednich regulacji w prawie międzynarodowym i obawy przed pojawieniem się w przyrodzie może nie nowego, ale istotnie zmodyfikowanego gatunku.

Czy jednak względy tego rodzaju bywają przeszkodą dla strategów? I czy, skoro istnieje możliwość rozbrojenia komara, nie można by go również uzbroić w zdolność do przenoszenia innych niż dotąd chorób?

Takie myśli potrafią spędzić sen z oczu dokuczliwiej niż bzyczenie. A co dopiero, jeśli zadać sobie pytanie, czy Polska jest na takie wyzwania przygotowana? Czy posiadamy odpowiednie zasoby siatek na okna, żelów odstraszających, a także nowej generacji bomby pchelne? Błoknoskrzydłe brygady?

Nie są to łatwe pytania. Czasem jednak otuchę może w takiej sytuacji przynieść lektura wielu gazet i portali. Wielu mamy publicystów, których talenty w dziedzinie żądlenia i plucia pozwolą nam nie martwić się ewentualnymi deficytami w zakresie broni entomologicznej.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



W tekście wykorzystałem m. in. artykuły specjalistyczne: Jeffrey A. Lockwood, „Insects as Weapons of War, Terror, and Torture”, Annual Review of Entomology, 2012;
Benjamin C Garrett, „The Colorado Potato Beetle Goes to War”, Chemical Weapons Convention Bulletin, No.33, 1996
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Aborterka opublikowała swoje zdjęcie z krwią na rękach…
Doctor Ashtanga przekracza granice.
Felietony Najnowsze wydanie
Wykrzyknik nie wystarczy. Znak interpunkcyjny dla Jerzego Kaliny
Znaki przestankowe, emotikony i rzeźba.
Felietony Najnowsze wydanie
Covid i Piłat
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Dawaj!
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Czy papież krytykuje WHO i lobbystów?
– Higiena okazała się ważniejsza od religii – mówi ksiądz profesor Piotr Mazurkiewicz, przypominając czas lockdownu.