Kultura

Inspirowała Tadeusza Kantora. Miała talent i pecha żyć w czasach, gdy ton sztuce nadawali panowie

Mitomania, dodawanie sobie wielkości, autoreklama były jej obce. Należała do pokolenia, w którym to było w złym tonie.

Odeszła w wieku 90 lat, przez kilka ostatnich lat prawie nie ruszając się z łóżka, czytając i paląc papierosy, zaopiekowana przez bratanka Lecha Stangreta. Narzekała na samotność, bo większość przyjaciół wcześniej wyniosła się z tego świata. Ostatnie miesiące, kiedy jej stan zdrowia wymagał profesjonalnego dozoru, przebywała w domu opieki w podwarszawskim Międzylesiu.

15 maja wydawało się, że nastąpiła poprawa. Złudna, jak się okazało: późnym popołudniem Maria Stangret-Kantor zmarła. W piątek 29 maja spocznie obok Tadeusza Kantora na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Kim właściwie była?

Malarką i aktorką, a raczej – osobą wielu talentów. Żyła jednak w czasach, gdy w sztuce ton nadawali panowie.

Kiedy komfort oznacza mnożenie przeszkód…

Owszem, Maria Stangret już na studiach została dostrzeżona za wyjątkowy „słuch” malarski – ale jej wczesne obrazy informel, późniejsze obrazy łączone z przedmiotami, czy „Hommages” sprzed dekady nie doczekały się takiej popularności, jak dokonania jej męża. Nie pracowała systematycznie, nie myślała o konsekwencji poszukiwań twórczych, nie dbała o styl. „Prawie każdy obraz jest dla mnie osobnym światem. (…) Powody do malowania obrazów znajdowałam w dość szerokim spectrum zjawisk, rzeczy, zdarzeń, które przynosiło życie” – wyznała.
Maria Stangret Kantor podczas wernisażu swojej wystawy „Collages New York 1965” w Galerii Stefan Szydłowski. Warszawa, luty 2013. Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
Tadeusz Kantor szczerze cenił jej sztukę, tak jak aktorski dryg Marii, ujawniony w happeningach, a nade wszystko w teatrze Cricot 2.

Osobna sprawa to empatia i umiejętności scalania (ocalania?) małżeństwa Marii Stangret z Kantorem. Wytrwać przy tak mocnej i impulsywnej osobowości jak Tadeusz niełatwo, a jeszcze trudniej – rozwijać przy tym własną twórczość. Marii Stangret to się udawało. Jasne, nie obyło się bez tarć, mimo to para dodawała sobie ognia. Inspirowali się wzajemnie, wymieniali pomysłami, oceniali. Godzinami rozprawiali o sztuce, co zresztą w latach 60. i 70. należało do normy w środowiskach artystycznych.

Również literackie próby Marii Stangret długo musiały czekać na ujawnienie. Pisany latami, trochę dla zabawy „Pamiętnik Dziadka”, surrealistyczna powieść o dziadku-dziwaku, bez początku i końca, została wydana dopiero w 2002 roku staraniem łódzkiej Galerii 86, jako katalog-dopełnienie wystawy „Wokół informelu”.


Jeszcze dłużej na swą premierę czekały nowojorskie kolaże z połowy lat 60., które przeleżały prawie pół wieku, zwinięte w tubie i wetknięte za kaloryfer w pracowni artystki. Odkryte przez przypadek, podczas wymiany kaloryferów, doczekały się publicznej prezentacji w Galerii Stefana Szydłowskiego dopiero w 2013 roku.

Ta i inne, dziś niewiarygodne historie znalazły się w wydanej w 2016 roku autobiografii Marii Stangret „Malując progi”, spisane i zredagowane przez Lecha Stangreta, historyka sztuki i także aktora Cricot 2. Niemal do końca zachowała znakomitą pamięć i trzeźwość osądów, do tego szczerość wobec siebie i innych. Mitomania, dodawanie sobie wielkości, autoreklama były jej obce. Należała do pokolenia, w którym taka autochwalba była w złym tonie.

Zwęglone truchła, ludzkie wylinki, matka ucięta w połowie

Hitchcock byłby z artystki dumny: na początku jest trzęsienie ziemi, potem napięcie wciąż rośnie.

zobacz więcej
Zachowała też powściągliwość wobec kobiety, przez którą rozpadł się jej związek z Tadeuszem. Co znamienne – nawet cierpiąc, wciąż martwiła się o niego: „Nasze rozstanie przeżyłam bardzo silnie. Nie wychodziłam prawie z mieszkania, schudłam ponad dziesięć kilo. Paradoksalnie nie byłam zazdrosna o zdradę seksualną, ale łapałam się, że myślę: »Jak on sobie sam poradzi?«. Rzeczy dotyczące codziennego życia były przecież moją domeną. Byliśmy prawie nierozłączni, a teraz został sam”.

Nie przystawała do współczesnych realiów, z czego zdawała sobie sprawę. Wspomnienia zakończyła jakże mądrą konstatacją: „Zbliżając się do dziewięćdziesiątki, nikt rozsądny nie będzie wytyczać sobie planów na najbliższe dziesięciolecia. Jednocześnie mechanizmy funkcjonowania świata zmieniają się tak szybko, że aby za nimi nadążyć, trzeba by całą uwagę poświęcać nauce przystosowania się do życia w coraz bardziej stechnicyzowanym świecie. Rzekomo dzieje się to dla większego komfortu człowieka, ale w moim przypadku oznacza tylko mnożenie przeszkód”.

Myślę, że coraz mniej osób podpisałoby się pod tym wyznaniem; większość tego nie pojmie.

Związek aż do omdlenia

Pierwszy raz zobaczyłam ją w oknie Galerii Foksal.

Jej dziecięca buzia z nosem przytkniętym do szyby sąsiadowała z twarzami innych założycieli galerii: artystów Henryka Stażewskiego, Edwarda Krasińskiego, Zbigniewa Gostomskiego, Tadeusza Kantora, a także krytyków Wiesława Borowskiego i Anki Ptaszkowskiej. Autorem tych czarno-białych zdjęć był Tadeusz Rolke, a całość nosiła znamienny tytuł „Patrzymy na was” (1969). W Galerii Foksal Maria Stangret miała także indywidualne wystawy – i nie tylko tam, również w wielu miejscach świata.

W Polsce zadebiutowała pokazem obrazów informel w krakowskiej Galerii Krzysztofory (1965), które wzbudziły szczery entuzjazm awangardowego środowiska.
Maria Stangret - Kantor. Życie nas wchłania
Jak na PRL-owskie możliwości, Maria Stangret wyjątkowo dużo podróżowała („Zjeździłam z teatrem kawał świata. Poza Antarktydą byłam na wszystkich kontynentach” – powie we wspomnieniach „Malując progi”), choć większość tych eskapad zawdzięczała Tadeuszowi Kantorowi, z którym związała się w 1959 roku. Z początku był to związek nieformalny, wręcz „zakazany” (Tadeusz był żonaty), co w ówczesnych realiach utrudniało choćby wynajęcie wspólnego pokoju w hotelu. Dopiero ślub zawarty w 1961 roku, w polskiej ambasadzie w Paryżu, ułatwił wspólne wyjazdy.

Maria była świadoma, że odtąd będzie kojarzona z Kantorem, dlatego chciała zachować swoje nazwisko. Jednak urzędnik pozostawił w dokumentach tylko jedno – to męża.

Związek z Marią Stangret miał dla Kantora rozliczne pozytywy: na barki żony spadła organizacja wszelkich przyziemności, a do tego okazała się pojętną uczestniczką happeningów i aktorką spektakli.

Jedna z takich akcji happeningowych o mało nie doprowadziła Marii do utraty przytomności. A wszystko przez… papier toaletowy.

Progi, które przekroczyła

Maria nie organizowała własnych happeningów, lecz uczestniczyła prawie we wszystkich tego typu przedsięwzięciach męża. Poczynając od tego pierwszego, który miał premierę w warszawskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych, a zatytułowany był „Cricotage”. Wtedy to Kantor po raz pierwszy owinął Marię papierem toaletowym jak mumię.

„Cricotage” powtórzony był w innych miejscach, w nieco zmienianych wersjach. M.in. jako „Le Grand Embalage” zaprezentowany został w Bazylei. Autor użył lokalnego papieru toaletowego, który okazał się, w przeciwieństwie do cienkiego polskiego, mocny i elastyczny, jak bandaż. Owinięta nim Maria straciła oddech, potem zemdlała. Nie ostatni raz poświęciła się dla dobra sztuki. I sławy męża.
Tadeusz Kantor z grupą teatralną Cricot 2 podczas prób w Berliner, 1986 rok. Fot. Erika Rabau/ ullstein bild via Getty Images
Rzadko zdarzało się wspólnie uczestniczyć w artystycznych akcjach. Stało się tak w 1969 roku, w „Asamblażu zimowym” w Galerii Foksal. Ona powlekła pnie drzew w pobliżu galerii zieloną farbą, następnie podczas happeningu malowała progi Foksal na zielono, proponując podobny zabieg każdemu, kto miałby takie życzenie. Ten gest miał metaforyczną wymowę: nobilitował progi, przedmiot „najniższej rangi” w wielu wymiarach, natomiast malarstwo sytuował wśród czynności zwyczajnych, użytkowych.

To ona podpowiedziała mu motyw muzyczny do przełomowego spektaklu „Umarła klasa” (premiera 1975) – po prostu kiedyś w kawiarni zanuciła staromodnego walca „Francois” Mieczysława Fogga. Sentymentalna, kołysząca piosenka w przedstawieniu przeobraziła się w złowieszczą, muzyczną nawałnicę, stając się znakiem rozpoznawczym spektaklu.

Wydaje się też, że z jej inspiracji Tadeusz docenił integrację malarstwa z przedmiotami. W 1970 roku w Galerii Foksal artystka zaprezentowała dwie zaskakujące kompozycje: „Niebieskie niebo” i „Szare niebo”. Dwa ogromne obrazy, przedstawiające ten sam motyw: niebo z chmurami. Pod tym błękitnym, na podłodze, umieściła rynnę wypełnioną niebieską farbą, zaś pod szarym niebem leżała rynna z farbą w szarej barwie.

Cztery lata później w tej samej galerii wystawione zostały inne obrazy-przedmioty: powiększone do całościennej skali niby-kartki ze szkolnego zeszytu; połamany fragment szachownicy z wielgachnym pionkiem; białe płótno z kawałkiem quassi-centymetra – z tym, że miarka była na… gargantuiczną miarę.

Niestandardowe rozmiary prac Marii utrudniały ich eksponowanie – galerie, które były nimi zainteresowanie, nie należały do przestrzennych. Gabaryty kompozycji okazały się też przeszkodą nie do pokonania podczas zagranicznych tournée Cricot 2 – wykluczały zabieranie ich ze sobą i malowanie w pokojach hotelowych. A od sukcesu „Umarłej klasy” przez pięć lat jej artystyczna aktywność ograniczyła się do sceny.
Wernisaż wystawy Marii Stangret Kantor pt. „Hommage A Danił Lider” w Galerii Foksal. Warszawa, październik 2007. Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
Ale i tak była szczęśliwa, grając w teatrze męża. O jej rolach (i innych aktorów z zespołu) wypadałoby napisać osobno, co już wielokrotnie czyniono.

W latach 90. w jej malarstwie pojawił się motyw, przez niektórych kojarzony z informelem: kleksy, rozbryzgi, zacieki, umieszczone na niby-stronach powiększonych zeszytów. „Papier umiera powoli, a ja jestem z pokolenia, które od najmłodszych lat się z nim wychowywało. W dzieciństwie zawsze pragnęłam mieć staranne zeszyty. Pisało się wówczas stalówką zanurzaną w atramencie i zdarzało się, że pojawiał się kleks”.
Wspomnienie zamieniło się w poetycką abstrakcję.

W ostatnim okresie życia Maria Stangret stworzyła serię „Hommage a…” – i tu znalazły się postaci z najróżniejszych bajek: Anna Frank, Sergiusz Jesienin i oczywiście – hołd dla Tadeusza Kantora. Zmarł w 1990 roku; dwa lata później Maria Stangret pożegnała go bardzo osobistą kompozycją: na namalowanej na płótnie, powiększonej kartce z podartego kajetu przepisała fragment wiersza Jesienina „Tyle smutku”; przed obrazem ustawiła uschły kikut odartego z liści drzewa.

Swe życie opowiedziała w książce „Malując progi”... Teraz ten tytuł wydaje mi się symboliczny: właśnie te malowane progi przekroczyła.

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Pogrzeb Marii Stangret Kantor odbędzie się w piątek 29 maja w Krakowie o godz. 13. Spocznie na Cmentarzu Rakowickim obok Tadeusza Kantora.
Zdjęcie główne: Teatr Cricot 2. Próba spektaklu Tadeusza Kantora pt. „Umarła klasa”. Na zdjęciu Maria Stangret-Kantor w pierwszej ławce. Kraków, kwiecień 1978. Fot. PAP/Maciej Sochor
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
17 mgnień wojny. Bitwa Warszawska w literaturze
A gdyby w wojnie bolszewickiej Polska poniosła klęskę? I czerwona zaraza zalała cały Stary Kontynent?
Kultura Poprzednie wydanie
Sylwia z Gibalaka
Wiesz, co zrobiono takiemu, co donosił? Obcięto nogi. Nożem. A potem zacisnęli drutem i po sprawie.
Kultura Poprzednie wydanie
Magia groźnych praktyk voodoo
W Paryżu Teresa Tyszkiewicz rozkręciła się artystycznie.
Kultura wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Hollywood samo się cenzuruje. Dla Pekinu. Za pieniądze
„Top Gun”, „Piratów z Karaibów”, „Mission Impossible”, „Bohemian Rhapsody”… Te filmy zmieniono dla Chińczyków.
Kultura wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Magiczny śpiew i koszmarne życie Kasi Sobczyk
Ten jeden rok, który spędziłem z moją matką, to nie było dużo. Ale rok to więcej niż nic – mówił jej syn Sergiusz. Skrzywdziła swoje dzieci i nie mogła o tym zapomnieć.