Cywilizacja

Kobiety w polityce. Komu są potrzebne? I po co?

Rwanda: kiedyś kojarzona z masakrą miliona Tutsi, zabitych przez Hutu. Dziś: symbol obecności pań w polityce. W parlamencie jest ich tu najwięcej na świecie.

Hollywood próbuje zrozumieć wroga

Lewicowe aktywistki grzmiały, że zdradziła swoją płeć, bo broniła praw gospodyń domowych.

zobacz więcej
Człowiek zagadnięty, gdzie najlepiej realizowana jest zasada równości płci w sferze polityki, najpewniej bez namysłu odpowie, że oczywiście w Skandynawii. I będzie miał rację. W Szwecji, Finlandii i Danii już dawno temu skonstatowano, że skoro świat podzielony jest równo (no, prawie równo...) między mężczyzn i kobiety, w parlamentach i rządach też tak powinno być. Parytet płci to stan idealny, do którego trzeba dążyć.

W ścisłej czołówce znajdzie się też miejsce dla Kanady, Nowej Zelandii, Holandii i, do pewnego stopnia, Hiszpanii. Kanadyjski premier Justin Trudeau, który deklaruje się jako feminista – mężczyzna-feminista to w świecie postępu okaz szczególnie wielbiony – obejmując urząd zapowiedział, że w jego rządzie będzie tyle samo kobiet, co mężczyzn. Trudeau wziął przykład z hiszpańskiego premiera Jose Luisa Zapatero, który już kilkanaście lat temu ogłosił, że jest feministą.

Wszystko to jest prawdą – ale niecałkowitą. Jeżeli bowiem za wskaźnik udziału kobiet w polityce przyjąć podział miejsc w parlamencie, to okaże się, że na pierwszym miejscu wcale nie jest postępowa Skandynawia ani nawet któryś z krajów Europy, lecz Rwanda, nieduże państwo wciśnięte w sam środek Afryki. W rwandyjskim parlamencie kobiety stanowią aż 61,3 proc. deputowanych. Dzięki temu Rwanda jest nie tylko odnotowywana w rankingach dotyczących kobiet w polityce, ale nawet stawiana za wzór.
Christine Lagarde, szefowa Międzynarodowego Funduszu Monetarnego (kobieta!) w najbardziej sfeminizowanym na świecie parlamencie. Kigali, Rwanda, rok 2015. Fot. Stephen Jaffe/IMF via Getty Images
Ma to swoją wymowę, zwłaszcza w kontekście tragicznych wydarzeń sprzed ćwierćwiecza. Rwanda, wcześniej znana światu głównie z tego, że jest ostoją zagrożonych wyginięciem goryli, stała się miejscem ludobójstwa. W 1994 roku w ciągu zaledwie trzech miesięcy śmierć poniosło około miliona członków plemienia Tutsi, zabitych przez współobywateli z plemienia Hutu. Nawet jeśli skład parlamentu nie ma specjalnego znaczenia, sprawił, że Rwanda przestała się kojarzyć już tylko z czasem grozy.

Tylko 20 procent

Poza Rwandą kobiety mają przewagę liczebną tylko w dwóch parlamentach – na Kubie i w Boliwii, w obu na poziomie nieco ponad 53 proc. Ponieważ jednak inne kraje dalekie są od skorzystania z tak budujących przykładów, obecność kobiet w polityce ciągle daleka jest od ideału nakreślonego przez ideologów postępu. Czarno na białym pokazują to liczby, zebrane przez agendy ONZ i opisujące stan z pierwszej połowy 2019 roku.

Oto one: w skali całego świata średni udział kobiet w parlamentach wynosi 24,3 proc. W Europie kobiety stanowią 28,6 proc. deputowanych, ale na taką nienajgorszą przecież średnią składa się 42,5 proc. w krajach nordyckich i 27,2 proc. we wszystkich pozostałych. Średnia dla obu Ameryk to 30,6 proc., dla Azji – 19,8 proc., dla Afryki subsaharyjskiej – 23,9 proc., dla państw arabskich – 19 proc., na końcu wreszcie dla strefy Pacyfiku 16,3 proc.

Co do sprawowanych funkcji, okazuje się, że w omawianym czasie stanowisko prezydenta zajmowało jedenaście kobiet, a premiera - dwanaście. Natomiast w rządach kobiety stanowiły przeciętnie 20,7 proc. ministrów – „tylko 20,7 proc.”, jak skonstatowali, chyba nie bez żalu, autorzy ONZ-owskiego zestawienia. Pięć resortów ministerialnych, które szefowie rządów najczęściej powierzali kobietom, to sprawy socjalne, sprawy rodziny i młodzieży, w połączeniu z problemami osób niepełnosprawnych, środowisko i zasoby naturalne wraz z kwestiami związanymi z energią, praca i kształcenie zawodowe, wreszcie handel i przemysł.

Nie jest to zresztą żadnym zaskoczeniem. Być może przydzielanie kobietom tych właśnie resortów wynika z ich własnych oczekiwań, bo – w powszechnym mniemaniu, które zapewne nie odbiega specjalnie od prawdy – kobiety są bardziej zaangażowane w sprawy społeczne, będące domeną tzw. miękkich resortów.

Ale nie można wykluczyć, że nawet najbardziej feministycznie nastawieni premierzy to, co jest najważniejsze z punktu widzenia polityki państwa – sprawy zagraniczne i wewnętrzne, obronę, finanse – wolą pozostawić w męskich rękach. W ten sposób za jednym zamachem skutecznie trafiają w dwa cele: nie uchybiają idei promowania kobiet, ale nie ryzykują, że nie sprawdzą się one w trudnych, kluczowych resortach.
Jan Maria Rokita, eksszef Urzędu Rady Ministrów oraz była premier Hanna Suchocka w lutym 1994 roku podczas posiedzenia sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności jej rządu. Fot. PAP/Adam Urbanek
Byle nie o polityce

W tym punkcie jednak dochodzimy do pytania fundamentalnego, ale niezmiernie rzadko formułowanego otwarcie: czy obecność kobiet w polityce ma sens? Co wnosi i czy jest potrzebna? To prawda, że zdjęcia parlamentów sprzed stu i więcej lat, prezentujące dystyngowanych dżentelmenów zasiadających w ławach poselskich lub przy stole obrad, wydają się dzisiaj mocno egzotyczne, jak z innego świata – bo też faktycznie pochodzą z innego świata.

Ale, z drugiej strony, czy obrazy rozradowanych premierów czy partyjnych przywódców, otoczonych przez wianuszek, ba! wielki wieniec uśmiechniętych, kolorowo ubranych koleżanek z rządu czy partii, nie są jednak trochę komiczne? Takie fotki to przecież żywa ilustracja tezy: idziemy z postępem, bo mamy dużo, dużo kobiet w partii, parlamencie i rządzie.

Udział kobiet w polityce jest więc traktowany jak pewnik. Nie ma tu miejsca na znaki zapytania i jakiekolwiek wątpliwości. Intensywne poszukiwania, jakie przeprowadziłam w internecie, dały wynik aż nadto jednoznaczny: nie ma takich analiz, badań czy innego rodzaju materiałów, w których kuszono by się o rozważenie, czy masowa obecność kobiet w świecie polityki jest warta świeczki. Tego się, jak widać, nie robi. Jedyne, na jakie trafiłam, dotyczą pytania, czy i jak bardzo kobiety interesują się polityką. To opublikowana przed rokiem analiza wieloletnich badań brytyjskich gospodarstw domowych, prowadzona na dużej, ponad 10-tysięcznej próbie. „Czy kobiety interesują się polityką mniej niż mężczyźni?”, pytał, relacjonując je, brytyjski tygodnik „The Economist”,

Interesują się nią, w powszechnym mniemaniu, o wiele mniej albo wcale. Miałam okazję to obserwować, gdy w jednej ze szkół dziennikarskich prowadziłam zajęcia z publicystyki międzynarodowej. Gdy wybierano tematy do pisania, ze strony damskiej części grupy niezmiennie sypały się prośby: niech będzie o społeczeństwie, o czymkolwiek, byle nie o polityce. Panowie przeciwnie. Tak było przez parę kolejnych lat, z różnymi grupami, a to już stanowi pewne pole obserwacji.

Oczywiście jednak regularne badania są bardziej miarodajne. A wynika z nich, że im ludzie są starsi i lepiej wykształceni, tym większa jest różnica między kobietami i mężczyznami, jeśli chodzi o zainteresowanie polityką (mowa jest o różnicy, bo liczb i odsetków nie podano). Wśród 15-latków wynosi 20 punktów procentowych, wśród 25-latków – 30 punktów, wśród absolwentów uniwersytetów – aż 37 punktów.

Mandaty tylko dla kobiet

W świetle i badań, i doświadczeń trudno nie stawiać pytania, czy obecność kobiet w polityce jest aż tak cenna, że warto bawić się w kwoty, parytety, suwaki na listach wyborczych czy „all-women shortlists”, czyli listy, na których umieszczone są wyłącznie kobiety.
Angela Merkel, przyszła kanclerz Niemiec w marcu 1993 z ówczesnym szefem rządu RFN Helmutem Kohlem. Fot. Frank Ossenbrink/ullstein bild via Getty Images
Takie czysto kobiece listy wyborcze to wynalazek brytyjskiej Partii Pracy, która po raz pierwszy wypróbowała go w wyborach parlamentarnych z 1997 roku, na wszelki wypadek zaczynając od tzw. bezpiecznych okręgów, w których jej kandydaci mogli liczyć na pewne poparcie. Kalkulacje okazały się trafne i w większości z tych okręgów labourzyści wygrali.

Choć później pojawiły się zarzuty o jawne dyskryminowanie kandydatów płci męskiej, wynalazek nie tylko się przyjął, ale zrobił nawet wrażenie na konkurencji. David Cameron jako lider konserwatystów – mało co prawda konserwatywny – był podobno skłonny skorzystać z pomysłu, choć ostatecznie tego nie zrobił.

Gwoli jasności: nie chodzi o jednostki - kobiety wybitne, które weszły do polityki z własnej woli, choć zapewne w sprzyjających okolicznościach, które wiele wniosły do życia publicznego, miały wymierne osiągnięcia i pozostawiły po sobie trwały ślad. Chodzi o masowy udział kobiet namawianych do startu w wyborach czy wciąganych na listy, bo gdy obowiązują kwoty, kobiet nie może zabraknąć. Część z nich do polityki się dostanie i już w niej utkwi na dobre. Zapewne bez świadomości, że mogą występować w roli tła i użytecznego narzędzia.

Dobrze ilustruje to właśnie sprawa list kobiecych. Miało ono przecież cel nie wyborczy, lecz wyraźnie ideowy. Skoro listy wystawiono w okręgach, gdzie labourzyści mieli murowane zwycięstwo, nie mogło chodzić o przyciągnięcie głosów i zapewnienie sobie wygranej. O co zatem?

O upowszechnienie idei, że polityka nie może obyć się bez kobiet, a zatem o ideę całkowitej równości czy, w dalszej perspektywie, przebudowę świadomości społecznej. Co poniekąd potwierdzają późniejsze głosy, mówiące, że listy kobiece to za mało, skoro nie uwzględnia się wieku, niepełnosprawności, przynależności etnicznej itp. Może to kwestia czasu?

Poprzeczka zbyt wysoko

Przeświadczenie, że w każdej kobiecie umieszczonej na partyjnej liście kryje się nowa Margaret Thatcher, jest bardzo zwodnicze. Faktem jest jednak, że właśnie ona i parę innych wielkich dam wielkiej polityki stało się wzorem i punktem odniesienia dla tysięcy kobiet stawiających mniej lub bardziej pewne kroki na polu minowym, jakim jest polityka.

Indira Gandhi czy Angela Merkel wysoko zawiesiły poprzeczkę. Większość kobiet czynnych w polityce – i, dodajmy, również mężczyzn – może najwyżej pod nią przejść. Bo na tak specyficznym polu trudno o masowy wysyp wielkich indywidualności.

#Metoo działa jak stalinizm? Cóż, czasem miewa oblicze totalitarne

Najmocniejsze oskarżenia, najmroczniejsze brudy. Jak niszczono Woody’ego Allena.

zobacz więcej
Ale chociaż nieliczne tylko kobiety mają zadatki na to, by pójść w ślady lady Thatcher, poszukiwania trwają. Ulubienicą światowych mediów, wymienianą tuż po Angeli Merkel, stała się ostatnio premier Nowej Zelandii Jacinda Ardern. Dlaczego? Trudno to stwierdzić. Czy dlatego, że jest młoda (gdy trzy lata temu stanęła na czele rządu, miała 37 lat), żyje w wolnym związku, jako premier urodziła dziecko, nie zaprzestając pełnienia obowiązków, i popiera prawa LGBT, przez co odeszła od religii? I, co bardzo ważne, nie lekceważy zmian klimatycznych.

Jacinda Ardern stała się także jedną z bohaterek dywagacji, których tematem są sukcesy kilku państw w walce z pandemią. Kraje te - Nowa Zelandia, Dania, Finlandia, Islandia, Norwegia, Tajwan i Niemcy – mogą się różnić, ale łączy je jedna mocna nić: wszystkie są rządzone przez kobiety. Sprawa jest zatem jasna, bo w sytuacjach kryzysowych kobiety radzą sobie lepiej od mężczyzn. Są przecież, zdaniem feministycznych komentatorów, bardziej pragmatyczne i częściej kierują się zdrowym rozsądkiem. Porównań i analiz jak dotąd nie ma - ale tak mówi intuicja.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Premier Margaret Thatcher w czasie przeglądu kompanii honorowej z prezydentem Ronaldem Reaganem w Waszyngtonie w 1988 roku. Fot. Diana Walker/The LIFE Images Collection via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Auto samo zdecyduje, czyje życie ma narazić
Nadchodzi samochodowa sztuczna inteligencja.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak to na wojence
Tu kawałek biustu, tam odsłonięte do połowy pośladki, ówdzie nagi tors (męski) lub dziewczęce loki – plus ciuch jakby jeszcze pachnący bitewnym znojem…
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Świat mniej zadeptany. W kanałach Wenecji znów pojawiły się ryby
Jak będzie wyglądała turystyka po koronawirusie? Kogo wpuszczać, a kogo nie? Straty sektora szacowane są nawet na 400 mld euro.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Francja ulega muzułmanom. O czym nie wolno głośno mówić
Organizacje LGBT walczące z seksizmem i homofobią, siedziały cicho, gdy nastolatce grożono gwałtem i gdy wyzywano ją od „brudnych lesbijek”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Rewolucja młodych, wykształconych, z wielkich miast
Korzeni obecnych buntów należy upatrywać w roku 1968, kiedy marksistowskie hasła zagościły na amerykańskich uczelniach – twierdzi prof. Tomasz Żyro.