Cywilizacja

Bomba jądrowa dla Polski? Obawia się Berlin, wścieka się Moskwa

Nasz kraj jest na celowniku rosyjskich rakiet. Dlatego potrzebne jest odstraszanie nuklearne NATO. Broń atomowa jest zabójczo groźna, ale jeśli jest pod właściwą kontrolą, stanowi najlepszą gwarancję pokoju.

Sporo zamieszania wywołała niedawna wypowiedź ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher, która – w odpowiedzi na postulaty polityków niemieckiej SPD domagających się wycofania amerykańskiej broni jądrowej z terytorium RFN – oświadczyła na Twitterze, że „jeśli Niemcy chcą zmniejszyć potencjał nuklearny i osłabić NATO, to być może Polska – która rzetelnie wywiązuje się ze swoich zobowiązań, rozumie ryzyka i leży na wschodniej flance NATO – mogłaby przyjąć ten potencjał i u siebie.”

Rozbudziło to u jednych nadzieje, u innych obawy, że Polska dołączy wkrótce do natowskiego programu Nuclear Sharing (udostępnianie bomb jądrowych członkom Sojuszu, którzy takiej broni nie posiadają), o czym jeszcze w grudniu 2015 roku wspominał ówczesny podsekretarz stanu w MON, a dziś ambasador RP przy NATO, Tomasz Szatkowski.

Temat ten pojawiał się jeszcze potem okazjonalnie, ostatnio w lutym 2019 roku, gdy w rozmowie z „Der Spiegel” minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz nie wykluczył dyslokacji na terytorium Polski pocisków nuklearnych NATO. Minister zastrzegł wprawdzie, że rząd polski wcale sobie takiego scenariusza „nie życzy”, ale – jak dodał – „wszystko zależy od tego, jak Rosja zachowa się w przyszłości i czy będzie kontynuować swoją agresywną politykę zbrojeń”. Minister dodał też, że Polska nie uchyla się od swoich zobowiązań sojuszniczych i wspiera politykę Sojuszu obejmującą komponent nuklearny, ale zastrzegł, że wszelkie decyzje dotyczące rozmieszczenia broni jądrowej należą do wyłącznej kompetencji NATO.

Spór o F-18

Rzecz jasna Rosja gniewnie zareagowała na wypowiedź amerykańskiej ambasador. Rzeczniczka tamtejszego MSZ Maria Zacharowa oznajmiła, że ewentualne przeniesienie broni nuklearnej do Polski doprowadzi do dalszego zaostrzenia relacji Rosji z NATO i zagrozi bezpieczeństwu na naszym kontynencie. Odniosła się też ze zrozumieniem do niemieckich obaw i dodała, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zabranie amerykańskich głowic bojowych z Niemiec z powrotem do Ameryki.
Przeciw zakupowi F18 przez Niemcy protestowali przed Bundestagiem pacyfiści w maskach szefa MSZ Heiko Massa oraz szefowej resortu obrony Annegret Kramp Karrenbauer. Fot. Abdulhamid Hosbas/Anadolu Agency via Getty Images
Odezwał się także ambasador Niemiec w Polsce Rolf Nikel, który w odpowiedzi na słowa Georgette Mosbacher napisał – również na Twitterze – że Niemcy dotrzymują swoich zobowiązań wobec NATO i swoich partnerów więc „wszelkie dalsze spekulacje są bezcelowe.”

Trzeba sobie uświadomić, że krótkotrwała burza rozpętana wokół rzekomego pomysłu przeniesienia amerykańskiej broni jądrowej do Polski, wcale naszego kraju tak bardzo nie dotyczy. Chodzi bowiem głównie o relacje niemiecko-amerykańskie, w tym także gospodarcze. Niemcy – podobnie jak Włochy, Turcja, Belgia i Holandia – należą do wspomnianego już programu Nuclear Sharing. Zakłada on, że w przypadku konfliktu zbrojnego, część rozmieszczonych na terytorium tych państw amerykańskich bomb termojądrowych zostanie przekazana pod ich komendę.

Z tego powodu każde z tych państw posiada na uzbrojeniu samoloty pozwalające na przenoszenie broni nuklearnej, w większości przypadków są to F-16, a w Niemczech i we Włoszech – Tornado. Problem w tym, że samoloty te stają się powoli przestarzałe, zatem rozpoczęto ich wymianę. Wszystkie wymienione kraje, oprócz Niemiec, zamówiły najnowsze F-35, przy czym kontrakt z Turcją został tymczasowo wstrzymany z powodu awanturniczej polityki Recepa Erdoğana. Berlin – po długich wahaniach – zdecydował się ostatecznie na zakup najnowszej wersji samolotu F-18 i właśnie zakup tych amerykańskich maszyn wywołał gwałtowny sprzeciw niemieckiej lewicy.

Zieloni oraz postkomunistyczna Lewica domagają się całkowitego wycofania amerykańskiej broni jądrowej z terytorium Niemiec. Z tego powodu politycy tych formacji zaczęli ostro protestować przeciwko wydawaniu pieniędzy na nowe samoloty służące do przenoszenia tej broni, zwłaszcza że kupując je, niemieccy podatnicy zasilą z własnej kieszeni amerykański przemysł zbrojeniowy, co dla lewicy jest trudne do przełknięcia.

Decyzja o zakupie samolotów wywołała też silne podziały w łonie SPD, która tworzy koalicję rządową z CDU/CSU. Przewodniczący frakcji socjaldemokratycznej w Bundestagu Rolf Mützenich przyłączył się do głosów żądających anulowania kontraktu i wycofania amerykańskiej broni jądrowej. Z kolei jego partyjny kolega Heiko Maas, stojący na czele niemieckiego MSZ, wskazywał, że takie „jednostronne kroki” mogą jedynie podkopać zaufanie do Niemiec, osłabić Sojusz i wcale nie zwiększą bezpieczeństwa na świecie.

Obawy Niemców związane z Polską

Kalkulujący w kategoriach zysków gospodarczych Amerykanie traktowali zakup produkowanych przez ich przemysł samolotów jako rodzaj niemieckiej rekompensaty za niewielki wkład finansowy Berlina we wspólną obronę. Gwałtowne spory, które wywołał zakup samolotów F-18, doprowadziły Biały Dom do wściekłości. Ambasador USA w Berlinie Richard Grenell zauważył z przekąsem, że „samoloty zdolne przenosić broń jądrową, są kluczową zdolnością NATO, która jest potrzebna w dzisiejszym świecie i do której Niemcy zobowiązały się przyczyniać”.

Osiemnaście milionów pacyfistów. Czyli jak karcono imperialistów za to, że pierwsi zdobyli „atom”

Światowego Ruchu Obrońców Pokoju by nie było, gdyby nie to, że Stalin wciąż jeszcze nie posiadał broni jądrowej, choć fizycy, agenci i więźniowie w kopalniach uranu robili co mogli, żeby zmienić ten niepożądany stan rzeczy.

zobacz więcej
Przez media niemieckie przetoczyła się przy tej okazji ciekawa debata zdradzająca ciągle obecne obawy związane z Polską. Były pułkownik Bundeswehry Roderich Kiesewetter, a obecnie deputowany CDU do Bundestagu zajmujący się rozbrojeniem, stwierdził, że „SPD stawia pod znakiem zapytania wspólną transatlantycką przestrzeń bezpieczeństwa” i skłania kraje takie jak Polska do żądania rozmieszczenia broni jądrowej na swoim terytorium. Zwłaszcza, że zamówiliśmy niedawno zdolne do jej przenoszenia samoloty F-35.

W podobnym, ostrzegawczym tonie wypowiedział się także Ulrich Speck z German Marshall Fund, który napisał, że rezygnacja Niemiec z amerykańskiej broni jądrowej „zmusi Polskę do ponownego przemyślenia kwestii nuklearnego odstraszania.” A to z kolei zmotywuje Rosję do działania w Europie Środkowej i Wschodniej. „Wynik: więcej konfliktów na Wschodzie i osłabienie Europy” – podsumował Speck. A więc, jeśli Niemcy zażądają wycofania broni jądrowej, to znajdzie się ona pod kontrolą Polski, a to może oznaczać kłopoty.

Oczywiście w Niemczech pojawiają się i inne pomysły, np. powołanie alternatywnego systemu odstraszania nuklearnego w oparciu o francuską broń jądrową, jednak niemieckie obawy związane z Polską mają pewne podstawy. To jasne, że zagrożona Polska jest zainteresowana pozostawieniem amerykańskiej broni w Europie i bardzo prawdopodobne, że – jeśli będzie tego wymagać sytuacja – gotowa byłaby zgodzić się na rozmieszczenie jej na naszym terytorium.

Wyścig na bomby

Historia broni nuklearnej pokazuje, że impulsem do jej rozprzestrzeniania była zwykle potrzeba dorównania przeciwnikowi. Stalin postawił na czele swojego programu atomowego szefa NKWD Ławrentija Berię i uruchomił wszystkich szpiegów, aby wykraść tajemnice amerykańskiej bomby. Po tym jak w 1949 roku na poligonie w Semipałatyńsku eksplodował pierwszy sowiecki ładunek jądrowy, rozpoczął się wyścig zbrojeń.

Rosjanie byli na starcie spóźnieni więc rozpoczęli atak propagandowy na Amerykę. W inspirowanym przez Kreml apelu sztokholmskim cynicznie wzywali świat do atomowego rozbrojenia, pracując w tym czasie intensywnie nad jeszcze silniejszą bombą. Wszystko po to, aby nadrobić dystans dzielący ich od Ameryki.

Potem poszło szybko. 1 listopada 1952 roku na atolu Eniwetok na Pacyfiku wybuchła pierwsza amerykańska bomba wodorowa skonstruowana przez Edwarda Tellera i Polaka Stanisława Ulama. Niespełna rok później w sierpniu 1953 roku zdetonowano sowiecką bombę termojądrową, której współtwórcą był późniejszy słynny dysydent Andriej Sacharow.
Eksplozja amerykańskiego ładunku jądrowego "Seminole" (13,7 kiloton) na atolu Eniwetak 6 czerwca 1956 r. Fot. © CORBIS/Corbis via Getty Images
Rywalizację na najsilniejszą bombę wygrali ostatecznie Rosjanie. Tuż przed wybuchem kryzysu kubańskiego, w listopadzie 1961 roku sowiecki bombowiec zrzucił na jedną z wysp arktycznego archipelagu Nowa Ziemia ważącą 27 ton (!) bombę wodorową. Eksplozja spowodowała wyparowanie kilku skalistych wysepek, a grzyb atomowy wystrzelił na 60 km w górę i 40 km na boki. Wybuch odczuwalny był na Alasce, a fala sejsmiczna trzykrotnie okrążyła Ziemię. Car-bomba, bo tak nazwano ten monstrualny ładunek, miała siłę ponad 50 megaton.

Tak potężna bomba miała duże znaczenie psychologiczne, ale bardziej praktyczne było posiadanie większej ilości słabszych ładunków, które mogły być przenoszone przez rakiety. Od tej pory rywalizacja przybrała inny wymiar: na ilość głowic jądrowych. I tu Rosjanie również górowali nad Ameryką, liczba sowieckich ładunków nuklearnych w szczytowym okresie, na początku lat 80., przekroczyła 40 tysięcy, podczas gdy Amerykanie mieli ich w tym czasie o połowę mniej.

Początek lat 60., to także okres, gdy rozpoczęto rozmowy na temat ograniczenia zbrojeń. Ich efektem był podpisany w 1968 roku przez Stany Zjednoczone, ZSRR, Chiny, Francję i Wielką układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (Non-proliferation Treaty, NPT), który zakładał, że ten rodzaj broni nie będzie rozwijany przez kolejne państwa, tworząc tym samym uprzywilejowany klub mocarstw atomowych. I choć utrudniło to aspiracje innych krajów, nie przeszkodziło to najbardziej zdeterminowanym z nich w przeprowadzeniu własnych prób jądrowych.

Hurra dla Francji!

Duopol amerykańsko-sowiecki został przełamany po raz pierwszy już w 1952 roku, gdy Brytyjczycy zdetonowali u północno-zachodniego wybrzeża Australii własny ładunek jądrowy umieszczony na statku. Anglicy uruchomili program budowy bomby atomowej w 1941 roku, w nadziei, że pomoże im ona rozstrzygnąć wojnę z Hitlerem. W Trzeciej Rzeszy oczywiście również pracowano nad „nową bronią”, jednak jej skonstruowanie mocno utrudnił antysemicki charakter reżimu, wielu wybitnych fizyków jądrowych miało żydowskie korzenie i wygnani z Niemiec pracowali w tym czasie dla Amerykanów w ramach projektu Manhattan.

Do projektu dołączyli wkrótce Brytyjczycy, aby połączyć siły z Amerykanami i przyśpieszyć prace. Jednak po zbudowaniu bomby Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały umowę z Wielką Brytanią, oficjalnie dlatego, aby nie dopuścić do dalszego rozprzestrzeniania broni jądrowej.

Najważniejszy wniosek ze spotkania Trumpa z Kimem? Pekin wyparł Moskwę

Rosja przestaje się liczyć w debacie nad globalnym porządkiem. Biały Dom nawet nie zastanawiał się nad jakąkolwiek konsultacją swoich działań w sprawach koreańskich z Moskwą, co jeszcze ćwierć wieku temu byłoby raczej nie do pomyślenia.

zobacz więcej
Mimo to Londyn nie zrezygnował z dalszych prac, które choć spowolnione, doprowadziły ostatecznie do powstania bomby opartej na ładunku plutonu w 1952 roku. Brytyjczycy zdołali nawet przyłączyć się do wyścigu zbrojeń i w 1957 roku zdetonowali swoją pierwszą bombę wodorową. To przekonało Amerykanów do przywrócenia bliskiej współpracy z Wielką Brytanią, a Londyn zrewanżował się włączeniem swojego arsenału do sił odstraszania nuklearnego NATO. Wszystko znów znalazło się pod kontrolą. Przynajmniej do czasu, gdy trzy lata później własną bombę zdetonowali Francuzi.

Dla Charlesa de Gaulle'a, który wrócił do władzy na fali kryzysu algierskiego w 1958 roku, powstanie francuskiej bomby było sprawą prestiżu i miało pomóc w odbudowaniu statusu państwa na arenie międzynarodowej mocno nadszarpniętego nie tylko klęską w II wojnie światowej, ale również przegranymi w latach 50. konfliktami w Wietnamie i nad Kanałem Sueskim.

De Gaulle nie ufał też od czasów wojny Amerykanom (którzy preferowali wtedy generała Henriego Girauda), a z kolei Waszyngton z niechęcią patrzył na kolonialne awantury Francuzów. W 1954 roku prezydent Dwight Eisenhower odmówił udzielenia pomocy armii francuskiej okrążonej przez Wietnamczyków pod Dien Bien Phu, co przypieczętowało jej klęskę.

Gdy więc 13 lutego 1960 roku na poligonie na Saharze w Algierii wybuchła pierwsza francuska bomba atomowa, de Gaulle zakrzyknął: „Hurra dla Francji! Od dziś stała się znacznie silniejsza i bardziej dumna!”

W latach 50. o własnej bombie atomowej myślało po cichu znacznie więcej państw europejskich. Własną opcję nuklearną rozważały m.in. Włochy i Szwecja. Jednak prawdziwy wyścig ruszył poza Europą.

Od Mao Zedonga do Kim Dzong Una

Pierwsze były Chiny, którym dużej pomocy udzielił Związek Radziecki. Pekin nie na żarty przestraszył się pogróżek generała Douglasa MacArthura, który w apogeum wojny w Korei, zaproponował uderzenie nuklearne na Chiny.

Legendarny pogromca Japończyków chciał w ten sposób powstrzymać wojska chińskie, które ruszając na pomoc pobitym komunistom koreańskim, odwróciły w 1951 roku bieg wojny. I choć Biały Dom przezornie odwołał porywczego MacArthura , Chińczycy zdecydowali się pozyskać bombę jako gwarancję bezpieczeństwa, a w dalszej perspektywie także skuteczne narzędzie dominacji w regionie. Problem polegał na tym, że Pekin nie dysponował żadnymi możliwościami technicznymi, aby zbudować bombę i rządzący komunistycznymi Chinami Mao Zedong musiał zwrócić się o pomoc do Moskwy.

Stalin nie odmówił. Z jego punktu widzenia niewielki arsenał jądrowy Pekinu był poręcznym zabezpieczeniem przed ewentualną próbą ataku amerykańskiego na Chiny. W przypadku wojny Moskwa mogłaby nawet stać z boku i przyglądać się atomowym ciosom wymierzanym sobie wzajemnie przez obie strony. Przynajmniej do czasu, gdy przewaga Amerykanów nie stałaby się zbyt duża i nie zagroziłaby Związkowi Sowieckiemu.
Douglas MacArthur proponował w 1951 roku uderzenie nuklearne na Chiny. Na zdjęciu generał 10 lat później podczas rozmowy z prezydentem Johnem F. Kennedym w Białym Domu. Fot. Getty Images/ Bettmann
Chiny podpisały więc umowę ze Związkiem Radzieckim, na mocy której Pekin dostarczał Moskwie rudę uranu w zamian za sowiecką pomoc w rozwoju broni nuklearnej. W 1953 roku został uruchomiony – formalnie cywilny – program badawczy.

Wszystko się skomplikowało w chwili, gdy na początku lat 60. – podczas pierwszej, bardzo krótkotrwałej, odwilży w relacjach sowiecko-amerykańskich – Mao uznał Chruszczowa za zdrajcę i współpraca atomowa ze Związkiem Radzieckim całkowicie się załamała. Jednak nie zatrzymało to mocno już zaawansowanego programu wojskowego. W 1964 roku Chiny zdołały samodzielnie dokończyć bombę i zdetonowały ją na pustyni Lop Nor w peryferyjnej prowincji Sinciang na zachodzie kraju.

Amerykanie na chwilę wpadli w panikę. Byli przekonani, że nieobliczalny Mao rozpęta wkrótce atomową apokalipsę. Na tej fali w 1965 roku na łamach „National Review” pojawił się artykuł, w którym poważnie ostrzegano przed terrorystycznym zamachem nuklearnym na Zachód. Obawiano się, że w każdej chwili w San Francisco, Nowym Jorku lub Londynie może zakotwiczyć chiński statek handlowy z ukrytym na pokładzie ładunkiem jądrowym, który miał być podstępnie zdetonowany przez załogę.

Pojawiały się głosy, aby zbombardować chińskie ośrodki nuklearne. Ostatecznie jednak zwyciężyła opcja polityczna, której symbolem był amerykański zwrot w polityce wobec Chin wykonany przez prezydenta Richarda Nixona i jego sekretarza stanu Henry Kissingera. Komunistyczne Chiny osiągnęły, to czego chciały, zostały uznane przez wszystkich za pełnoprawnego partnera.

Do podobnego celu zmierza dziś Korea Północna, choć groteskowy i nieobliczalny zarazem Kim Dzong Un nie zdołał na razie – pomimo dwóch spotkań z Donaldem Trumpem – osiągnąć większych sukcesów. Komunistyczna Korea dysponuje bronią jądrową od października 2006 roku i – jak się uważa – posiada nie więcej niż 15 głowic. Większym problemem niż liczba głowic jest udoskonalanie przez reżim w Pjongjangu techniki jej przenoszenia oraz szczodre dzielenie się „osiągnięciami” z rozmaitymi reżimami na świecie, co może doprowadzić do niekontrolowanego rozprzestrzeniania się broni jądrowej.

Między Indiami a Pakistanem

Zresztą wybuch chińskiej bomby atomowej miał podobne skutki, bo wywołał nie tylko jądrową, ale również geopolityczną reakcję łańcuchową. Najpierw doszło do niej w Indiach, które były głównym rywalem Pekinu w Azji Południowej i z którymi Chiny stoczyły krótką wojnę graniczną w 1962 roku. Ich najbliższym sojusznikiem był graniczący od zachodu z Indiami Pakistan. Oba państwa szczerze się nienawidziły, na co wpływ miały zarówno różnice na tle religijnym (Pakistan jest muzułmański) jak i konflikt o sporny region Kaszmiru. Wrogość kilkukrotnie przybierała charakter otwartej wojny, doszło do niej m.in. w 1965 i w 1971 roku.

Wojna rozpocznie się na Morzu Azowskim. Lada dzień?

Analitycy wojskowi są zdania, że Rosjanie dążą do przekształcenia akwenu w obszar zamknięty i podlegający całkowicie ich kontroli.

zobacz więcej
Hindusi mieli więc prawo obawiać się chińskiej bomby. Sami zresztą pracowali nad swoją od połowy lat 50., w czym wydatnie wsparły ich Stany Zjednoczone. Amerykańscy specjaliści działający w ramach projektu pokojowego dzielenia się technologią nuklearną Atom for Peace pomogli Indiom zbudować pierwszy reaktor atomowy w Tarapur.

I choć Hindusi rzeczywiście rozwijali cywilny program nuklearny, to nigdy nie odżegnali się od zastosowań militarnych, nalegając na klauzulę, aby w ramach projektu Atom for Peace nie wykluczać „pokojowych wybuchów”. Indie nie podpisały też układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z 1968 roku, zarzucając atomowym mocarstwom uprawianie polityki „nuklearnego apartheidu”.

Ostatecznie po kolejnej wojnie z Pakistanem w 1971 roku przyśpieszono budowę bomby, którą zdetonowano po raz pierwszy w maju 1974 roku. Potem nastąpiła długa przerwa, aż do czasu, gdy swoją bombę zdołał zbudować Pakistan, w czym początkowo pomagali mu specjaliści z Francji. Indie przeprowadziły serię wybuchów na pustyni Pokhran w 1998 roku, na co Pakistan odpowiedział kilkoma testami własnej bomby.

Oba państwa podpisały w lutym następnego roku deklarację o zaniechaniu dalszych prób, choć zaraz potem, gdy doszło do kolejnych starć granicznych między Indiami i Pakistanem, świat na chwilę wstrzymał oddech. W każdej chwili konflikt mógł się bowiem przerodzić w otwartą wojnę nuklearną. Napięcie trwa do dziś.

Bomba, której nie ma

Największym zagrożeniem może się jednak okazać bomba, której oficjalnie nie ma. Chodzi o Izrael, który nigdy oficjalnie nie przyznał się do posiadania broni jądrowej, choć jej istnienie ujawnił już w 1986 roku technik Mordechaj Vanunu pracujący nad bombą w zbudowanym w latach 60. przy pomocy Francji reaktorze w Dimonie. Znamienny jest też fakt, że powstanie izraelskiego arsenału nuklearnego – prawdopodobnie składającego się z 75 do 200 ładunków: bomb i głowic rakietowych – nie zostało nigdy zdementowane.

Izrael traktuje swój program nuklearny jako gwarancję przetrwania w przypadku konfliktu z otaczającymi go państwami arabskimi. Oficjalnie ukrywa istnienie bomby, aby nie prowokować do podobnych ruchów sąsiadów. Oczywiście Arabowie, a także mający aspiracje do przewodzenia w regionie Iran, doskonale zdają sobie sprawę z możliwości Izraela i ciągle podejmują próby zbudowania własnej bomby.

Szczególnie niebezpieczna mogłaby okazać się bomba irańska, nie tylko dlatego, że w przypadku jej powstania gwałtownie wzrośnie ryzyko konfliktu, ale również z tego powodu, że uruchomi to lokalny wyścig zbrojeń. Atomową rywalizację z pewnością podjęłaby skonfliktowana z Iranem Arabia Saudyjska oraz Turcja.
Kim Dzong Un w programie informacyjnym japońskiej telewizji po teście nuklearnym w Korei Północnej we wrześniu 2017 roku. Fot. Tomohiro Ohsumi / Getty Images
We wrześniu 2019 roku prezydent Turcji Recep Erdoğan oświadczył otwarcie, że zakaz posiadania broni jądrowej jest dla niego nie do zaakceptowania. Sugerował także, że pozyskanie bomb atomowych powinno stanowić główne wyzwanie dla tureckich sił zbrojnych. Turcja poczyniła już pewne kroki w tym kierunku, zgromadziła rezerwy uranu i zbudowała doświadczalne reaktory jądrowe, które rozwija we współpracy z Rosją i Pakistanem. Zdaniem amerykańskich ekspertów, technologie nuklearne, którymi dysponuje dziś Turcja, mogą okazać się wystarczające do rozpoczęcia prac nad bronią masowego rażenia.

RPA się rozbraja

Bywa jednak i tak, że kraj, który posiadł bombę atomową, musiał z niej zrezygnować. Pomijając już przypadki byłych republik radzieckich: Białorusi, Ukrainy i Kazachstanu, które odziedziczyły w spadku po ZSRR głowice jądrowe, ale na mocy porozumień międzynarodowych przekazały je Rosji, trzeba przypomnieć, że bomba atomowa – przynajmniej na pewien czas – pojawiła się nawet w Afryce. Chodzi o Republikę Południowej Afryki, która dzięki udziałowi w projekcie Atom for Peace oraz współpracy z niemieckimi inżynierami, uzyskała w latach 70. zdolności do wyprodukowania broni jądrowej. Broń atomowa miała być odpowiedzią RPA na rosnące zagrożenie ze strony sąsiadów. Mozambik i Angola uzyskały niepodległość w 1975 roku i natychmiast pogrążyły się w wewnętrznym konflikcie z udziałem sił komunistycznych wspieranych przez Związek Radziecki i Kubę. Chwiały się rządy białej mniejszości w Rodezji (obecne Zimbabwe). Rząd RPA, który obawiał się rychłego okrążenia przez czarne rządy komunistyczne, postawił więc na broń nuklearną.

Opracowanej bomby nigdy nie przetestowano, miała być – podobnie jak w Izraelu – gwarancją przetrwania. Gdy na początku lat 90. porzucono politykę apartheidu, zdecydowano się jednocześnie na nuklearne rozbrojenie. Obawiano się bowiem, że niebezpieczna broń może wpaść w ręce nowych władz RPA.

Wydzierżawić rakiety

Niektórzy twierdzą, że również Polska – w czasach, gdy PRL był za Gierka „ósmą potęgą gospodarczą świata” – całkiem poważnie myślała o własnej bombie atomowej, ale tym projektom sprzeciwili się „towarzysze radzieccy”. Dowodem mają być prace prowadzone przez generała Sylwestra Kaliskiego, rektora WAT i uzdolnionego fizyka, który zginął w wypadku samochodowym w 1978 roku. Są to jednak mity, które mają udowodnić rzekomą niezależność Gierka od Moskwy.

Kreml gotów uderzyć atomem? Przeciw słabym sąsiadom, zanim zareaguje Ameryka …

Wojna nuklearna to nie apokalipsa, ale „obszar racjonalnego wyboru”, narzędzie uzyskania przewagi politycznej – przekonują rosyjscy eksperci.

zobacz więcej
W rzeczywistości PRL miała otrzymać dostęp do sowieckiej broni jądrowej w chwili wybuchu III wojny światowej. Planowano, że na rozkaz z Moskwy nasze rakiety wyposażone w radzieckie głowice spadną na Niemcy Zachodnie i Danię. Nie doszło do tego m.in. dlatego, że taki atak skończyłby się natychmiastowym odwetem.

Kwestia posiadania przez Polskę broni jądrowej pojawiła się także czasach III RP. Prezydent Lech Wałęsa w 1992 roku miał domagać się ministra obrony narodowej Jana Parysa zakupu od Ukrainy „pewnej liczby pocisków nuklearnych”, pochodzących jeszcze z zasobów byłego ZSRR. Do tematu Wałęsa wrócił w 2014 roku, w czasie agresji Rosji na Ukrainie. – Polska nie powinna się zbroić. Powinna wypożyczyć, wydzierżawić rakiety, z atomowymi włącznie, ustawić i powiedzieć: „spróbuj, facet, no, spróbuj”. Jeśli Polska tego nie zrobi, możemy być następni – stwierdził.

Polska jest dziś na celowniku rosyjskich rakiet. Dlatego odstraszanie nuklearne NATO jest ciągle potrzebne. Broń atomowa jest zabójczo groźna, ale dopóki jest pod właściwą kontrolą, stanowi najlepszą gwarancję pokoju.

– Konrad Kołodziejski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest doktorem nauk społecznych i publicystą.
Zdjęcie główne: Zamówione przez Polskę wielozadaniowe myśliwce F35 mogą przenosić broń jądrową. Fot. Yichuan Cao/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Od milionera do zera. Czyli: czego nie życzymy Idze Świątek
Polska tenisistka na kortach zarobiła już grubo ponad 10 mln złotych. Ale musi pamiętać, że większość gwiazd sportu bankrutuje krótko po zakończeniu kariery.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kim są panie, które każą „wypier…”? Mapa polskiego feminizmu
Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna siedemdziesięciolatków. Czy o wyniku zdecydują „wstydliwi”?
Już wiadomo, kto przez najbliższe 4 lata będzie lokatorem Białego Domu: biały mężczyzna o w podeszłym wieku o jasnych włosach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nowe zaburzenie w czasach pandemii: lęk przed odcięciem od lajków
Czy można zachować psychiczną równowagę, gdy zarówno nauka, czas wolny, jak i kontakty z rówieśnikami są on line?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Zrozumiały strach lekarzy. I jego możliwe tragiczne skutki
Dlaczego medycy „dezerterują” w czasie pandemii?