Felietony

Dlaczego Niemcy czczą Bismarcka, a nienawidzą Hitlera? Bo Führer okazał się nieskuteczny

Nasi zachodni sąsiedzi chętnie pouczają „Irokezów Europy" (tak król Prus Fryderyk Wielki nazwał Polaków), czym są niezawisłość władzy sądowniczej, prawa reprodukcyjne i seksualne, tolerancja religijna oraz troska o pokój światowy i przyrodę.

W 75. rocznicę zakończenia drugiej wojny światowej prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier oświadczył, że 8 maja 1945 roku jego rodacy zostali wyzwoleni. Tym samym nawiązał do słów jednego ze swoich poprzedników na stanowisku głowy państwa niemieckiego. To właśnie 35 lat wcześniej Richard von Weizsäcker użył sformułowania „dzień wyzwolenia”.

Taka interpretacja wydarzeń jest stałym wątkiem niemieckiej polityki historycznej. Chodzi o to, żeby ciągle demonstrować poczucie wstydu za III Rzeszę.

A jednak, kiedy Niemcy ogłaszają, że zostali przez aliantów wyzwoleni, wówczas sugerują, że ich kraj okupowali narodowi socjaliści. To zaś zakrawa na próbę zdjęcia z siebie odpowiedzialności za koszmar, którego dopuściła się III Rzesza. W dodatku można odnieść wrażenie, że taki zabieg przeczy przyjętej przez Niemców postawie pokutnej.

Historycznie sprawa wydaje się prosta. To naród niemiecki wyniósł Adolfa Hitlera do władzy. NSDAP wygrała w roku 1933 wybory parlamentarne. Choć w powszechnym głosowaniu nie uzyskała bezwzględnej większości, to dzięki koalicji z Niemiecką Narodową Partią Ludową i organizacją Stahlhelm udało jej się zdominować Reichstag i przejąć rządy. Potem naziści cieszyli się ogromnym poparciem społecznym, a niemiecki ruch oporu wobec reżimu – niekoniecznie. Tak więc o żadnej okupacji Niemiec przez NSDAP mowy być nie może.
Pomnik króla Fryderyka II Wielkiego przy reprezentacyjnej berlińskiej ulicy Unter den Linden. Fot. Jost/ullstein bild via Getty Images
Czy to oznacza, że druga wojna światowa przeorała mentalność narodu niemieckiego i skłoniła go do rachunku sumienia? A może to jest sytuacja, w której przegrani zostali przez zwycięzców brutalnie zmuszeni do tego, żeby nieustannie się kajać za Holokaust?

Na oba te pytania można udzielić odpowiedzi twierdzących i nie będą one ze sobą bynajmniej kolidować. Klęska i upokorzenie mogą bowiem być doświadczeniami skłaniającymi do tego, żeby dostrzec i uznać swoją winę w wywołaniu krwawego konfliktu.

Dziś społeczeństwo niemieckie ocenia dyktaturę Hitlera jako haniebny epizod, który najchętniej by wykreśliło z dziejów swojej ojczyzny. I warto zastanowić się nad przyczynami takiego stanu rzeczy.

W Polsce lewicowo-liberalne środowiska, które w okresie III Rzeczypospolitej długi czas sprawowały „rząd dusz”, lansują pogląd, że Niemcy po drugiej wojnie światowej się zdemokratyzowali, a tym samym odrzucili dziedzictwo autorytaryzmu i nacjonalizmu. Taka opinia nieraz padała z ust polityków głównego nurtu czy też można było ją przeczytać w „Gazecie Wyborczej” bądź „Polityce”. A jak jest naprawdę?

Dużo o narodach mówi to, komu oddają one cześć. Wiadomo, że w RFN Hitler ma status postaci potępionej przez cywilizowaną część świata, z którą Niemcy się utożsamiają. Tyle że z polskiej perspektywy agresywna polityka niemiecka nie zaczęła się wraz z III Rzeszą. Warto zatem sięgnąć głębiej w przeszłość i się zastanowić, jaki stosunek żywi społeczeństwo niemieckie do mężów stanu, będących jak najbardziej uosobieniem tych tendencji, z którymi rzekomo Niemcy się pożegnali po drugiej wojnie światowej.

W Berlinie stoi pomnik Fryderyka II Wielkiego. I nic w tym dziwnego, ponieważ ten XVIII-wieczny król Prus, monarcha absolutny, przyczynił się do wzrostu potęgi swojego państwa. Realizował politykę ekspansji, której jednym z owoców był pierwszy rozbiór Polski.

W stolicy Niemiec można się też przejść ulicą, której patronuje Otto von Bismarck. To też nie zaskakuje, gdyż ów żyjący w XIX wieku premier Prus i kanclerz II Rzeszy, odegrał kluczową rolę w dziele zjednoczenia Niemiec. Stał na czele rządów państwa, które powiększyło swoje terytorium, wygrywając wojny z Danią, Austrią i Francją. W polityce wewnętrznej zaś wprowadził program ubezpieczeń społecznych. Tym samym położył podwaliny pod model nowoczesnego państwa opiekuńczego.

Polacy jednak mają w pamięci inne dokonania „żelaznego kanclerza”. Bismarck toczył walkę z Kościołem katolickim (Kulturkampf). Jej przejawem były ustawy represyjne – w tym ta z roku 1876, wprowadzająca karę więzienia dla duchownego, któremu by udowodniono, że w mowie lub piśmie zagroził porządkowi publicznemu.
Pomnik Ottona von Bismarcka w Berlinie. Fot. Thierlein/ullstein bild via Getty Images
Z jednej strony Bismarck nie godził się na autonomię Kościoła względem władz niemieckich, z drugiej zaś – widział w nim siłę, która pomagała Polakom w zaborze pruskim zachowywać etniczną tożsamość.

„Żelazny kanclerz” zasłynął z tego, że intensyfikował działania germanizacyjne wobec ludności polskiej. Szczególnie trzeba tu przypomnieć rugi pruskie – kiedy w latach 1885-90 z Niemiec wysiedlano Polaków i Żydów z paszportem rosyjskim lub austriackim, którzy udali się tam za chlebem i nie nabyli obywatelstwa niemieckiego.

Operacja ta przebiegała drastycznie, z pogwałceniem zasad humanitaryzmu. Żandarmi pędzili masowo kobiety, dzieci, starców, niezależnie od stanu ich zdrowia, w kierunku wschodniej granicy. Zadawali im nieraz ciosy kolbami karabinów.

Wreszcie w Berlinie można się przespacerować ulicą Gustava Stresemanna. W okresie Republiki Weimarskiej polityk ten był przez krótki czas jej kanclerzem. O wiele dłużej pełnił urząd szefa niemieckiej dyplomacji i na tym polu udało mu się zrobić sporo.

Poprawił relacje Republiki Weimarskiej z państwami zachodnioeuropejskimi, zwłaszcza z Francją. Doprowadził do tego, że Niemcy stały się członkiem Ligi Narodów. W roku 1926 otrzymał nawet pokojową Nagrodę Nobla (wspólnie z francuskim politykiem, Aristide'em Briandem) za wkład w traktaty w Locarno z 1925 roku (gwarantujące między innymi nienaruszalność granicy niemiecko-francuskiej i niemiecko-belgijskiej).

Nie oznacza to bynajmniej tego, że był on „gołębiem”. Stresemann nie krył swoich nacjonalistycznych poglądów. Chciał likwidacji „polskiego korytarza” – części obszaru II Rzeczypospolitej, oddzielającego Prusy Wschodnie od reszty Niemiec. Podejmował wrogie wobec Polski działania, jak choćby rozpoczęta w roku 1925 wojna celna, której jednym z elementów było uderzenie w polską gospodarkę poprzez wstrzymanie przez stronę niemiecką importu polskiego węgla.

Oddawanie czci tym trzem politykom w Niemczech po drugiej wojnie światowej to dowód na to, nasi zachodni sąsiedzi nigdy nie odcięli się od swojej historii i imperialistycznych tradycji.

Jeden fakt należy zdecydowanie podkreślić: Fryderyk Wielki, Bismarck czy Stresemann nie organizowali przemysłu masowej śmierci, nie ciąży na nich – w odróżnieniu od Hitlera – odpowiedzialność za masowe ludobójstwo. W swojej polityce bywali bezwzględni, lecz na tym polu nie różnili się od ówczesnych przywódców innych państw.

Jednak w oczach społeczeństwa niemieckiego różnica między tymi trzema politykami a Hitlerem nie dotyczy tylko kwestii moralnych. Fryderyk Wielki, Bismarck czy Stresemann okazali się ostatecznie od dyktatora III Rzeszy znacznie bardziej skuteczni. Stawiali przed sobą ambitne cele i je osiągali.
Niemiecki znaczek poczty RFN z 1950 roku upamiętniający kanclerza i ministra spraw zagranicznych Republiki Weimarskiej Gustava Stresemanna. Fot. Wikimedia
Na tym tle Hitler okazał się żałosnym nieudacznikiem. Zaserwował światu katastrofę, która w efekcie pogrążyła także rządzony przez niego kraj. Swoim okrucieństwem ściągnął nieszczęście na Niemcy. I to może być główna przyczyna, dlaczego został tak znienawidzony przez niemieckie społeczeństwo.

Istotną kwestią do rozstrzygnięcia jest jednak także to, czy powinniśmy uważać Hitlera za politycznego spadkobiercę Fryderyka Wielkiego i Bismarcka.

Dwaj ostatni byli zakorzenieni w pruskich tradycjach. Stali na straży utrwalonego porządku społecznego. Tymczasem Hitler przybył do Niemiec z Austrii. Wyobcowanie i zagubienie w nowym kraju pchnęło go na drogę antysystemowego radykalizmu.

Narodowy socjalizm to był projekt rewolucyjny, kontrkulturowy. Miał się on stać ideologią wyrzutków społecznych – ludzi, którzy nie znaleźli dla siebie miejsca w Republice Weimarskiej. Choć trzeba też zaznaczyć, że szef NSDAP chciał wciągnąć w orbitę swojej ideologii również warstwy zachowawcze: niemiecki wielki kapitał oraz niemieckie ziemiaństwo.

Radykalizm Hitlera ujawnił się w aktach nazistowskiego antysemityzmu, który początkowo przejawiał się w ulicznej przemocy, by później nabrać cech instytucjonalnych. Na przestrzeni stuleci Żydzi niemieccy zdążyli się zintegrować ze swoją ojczyzną. Część z nich od XVIII wieku się asymilowała. Osoby narodowości żydowskiej czy żydowskiego pochodzenia stanowiły mniejszość społeczeństwa niemieckiego, lecz zarazem wnosiły olbrzymi wkład w jego rozwój materialny i intelektualny. Ich eksterminacja była tym samym, co w Rosji bolszewicy czynili wobec „wrogów klasowych”. Z kolei Polaków może zdumiewać, że na przełomie lat 20. i 30. NSDAP nie była formacją jednoznacznie antypolską. To ją odróżniało od wcześniejszych polakożerczych zachowań pruskich polityków. Adolf Hitler podziwiał Józefa Piłsudskiego za zwycięstwo nad bolszewikami w roku 1920 oraz rządy silnej ręki po zamachu majowym. Tyle że III Rzeszy nie udało się podporządkować sobie II RP. Elity sanacyjne odrzuciły i narodowy socjalizm, i niemieckie roszczenia terytorialne.

Jeśli jednak zastanawiamy się nad tym, jak w niemieckiej polityce historycznej łączy się przeszłość z teraźniejszością, to trzeba jeszcze coś poruszyć. Warto zacytować fragment owego wspomnianego na wstępie wystąpienia wygłoszonego 8 maja bieżącego roku przez Franka-Waltera Steinmeiera.

Prezydent Niemiec powiedział: „Wtedy [w roku 1945] zostaliśmy wyzwoleni. Dzisiaj musimy wyzwalać się sami!”. I po chwili dodał: „Od pokusy nowego nacjonalizmu. Od fascynacji autorytaryzmem. Od nieufności, od odgradzania się i wrogości między narodami. Od nienawiści i szczucia, ksenofobii i pogardy dla demokracji”.

Niemiecki minister: Albo rozumne relacje z Führerem, albo Polskę wchłonie bolszewicka Rosja

Hitler nie skorzystał z sugestii i nie rozmawiał z ministrem Beckiem z pozycji siły. Powtórzył jednak: Gdańsk jest niemiecki i prędzej czy później wejdzie w skład Niemiec.

zobacz więcej
W tej deklaracji zawarta jest głębsza myśl: Niemcy jako naród mają się wyzwalać od różnych złych zjawisk świecąc zarazem przykładem innym narodom Starego Kontynentu. Zwłaszcza chodzi o te z nich, które strzegą swojej politycznej i kulturowej suwerenności wobec nacisków ze strony hołdującego lewicowo-liberalnym wartościom europejskiego establishmentu.

Z tego wynika, że Polaków nie ma co dziś straszyć jakimiś kolejnymi – znanymi z podręczników historii – falami Drang nach Osten. Państwo niemieckie nie zamierza nikogo – w historycznym znaczeniu tego słowa – germanizować.

To jednak nie oznacza, że zrezygnowało ono z hegemonii. Tyle że chce ją osiągnąć w ramach Unii Europejskiej poprzez rozdawanie kart w relacjach ekonomicznych oraz realizując zadanie kulturträgera, który uczy między innymi „Irokezów Europy” (tym mianem pozujący na oświeceniowego filozofa Fryderyk Wielki określał Polaków), czym są: niezawisłość władzy sądowniczej, prawa reprodukcyjne i seksualne, równouprawnienie kobiet i LGBT, „społeczeństwo otwarte”, tolerancja religijna, troska o pokój światowy i przyrodę.

Reasumując, Hitler zapisał się negatywnie w zbiorowej świadomości niemieckiej, ale nie dlatego, że prowadził politykę mocarstwową. Problem w tym, że on tę politykę uwikłał w ideologiczne obsesje narodowego socjalizmu oraz ludobójcze plany. Uczynił ją tym samym nieskuteczną, ponieważ w rezultacie przeciwko III Rzeszy stanął cały świat.

Wyobraźmy sobie jednak, że Hitler poszedłby w ślady innych niemieckich polityków, którzy rządzili w Niemczech przed nim i nawiązałby do sprawdzonego pruskiego ekspansjonizmu bez zbrodni dokonywanych z antysemickich pobudek i podobnych ideologicznych szaleństw.

Gdyby tak się stało, to kto wie, być może dzisiejsza Europa wyglądałaby inaczej: Polski nie byłoby na mapie świata, a w niemieckich miastach oddawano by cześć wodzowi III Rzeszy – na równi z Fryderykiem Wielkim i Bismarckiem. I taka alternatywa znacznie więcej mówi o Niemcach niż ich pacyfistyczne bajania.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Popiersie Adolfa Hitlera w Berlinie w ruinach Kancelarii III Rzeszy w lipcu 1945 roku. Fot. Reg Speller/Fox Photos/Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Aborterka opublikowała swoje zdjęcie z krwią na rękach…
Doctor Ashtanga przekracza granice.
Felietony Najnowsze wydanie
Wykrzyknik nie wystarczy. Znak interpunkcyjny dla Jerzego Kaliny
Znaki przestankowe, emotikony i rzeźba.
Felietony Najnowsze wydanie
Covid i Piłat
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Dawaj!
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Czy papież krytykuje WHO i lobbystów?
– Higiena okazała się ważniejsza od religii – mówi ksiądz profesor Piotr Mazurkiewicz, przypominając czas lockdownu.