Rozmowy

Meblościanka, półkotapczan, fotel 366. Ikony PRL-u znikają ze śmietników

Wzornictwo w PRL-u było inspirowane Zachodem. Nasze szkło można było znaleźć w sklepach w kilkudziesięciu krajach świata. Już w latach 60. zaczęliśmy projektować i produkować dla Ikei. Projektem fotela Romana Modzelewskiego, wykonanego z tworzywa sztucznego, zachwycony był słynny „papież modernizmu” Le Corbusier – mówi Katarzyna Jasionek, autorka książki „Asteroid i półkotapczan”.

TYGODNIK TVP: Meblościanka, czy półkotapczan? Co królowało w pani rodzinnym domu?

KATARZYNA JASIONEK:
Zdecydowanie to pierwsze. To była meblościanka kupiona przez moich rodziców w Domu Meblowym „Emilia” przy ul. Emilii Plater, czyli znajdującym się w samym centrum Warszawy koło Dworca Centralnego. Niestety nie wiem, jaki to był dokładnie model meblościanki. Sądząc po sposobie montażu, wydaje mi się, że pochodziła z Wyszkowskiej Fabryki Mebli, ale nie dam sobie głowy uciąć. Jej fronty pokryte były tworzywem udającym fornir, bo to już był mebel z wczesnych lat 80.

Ma pani do niej sentyment?

Podobała mi się. Nie miałam poczucia, że to coś zagracającego przestrzeń. Wynikało to może z faktu, że wychowywałam się w kamienicy, gdzie pokoje były bardziej ustawne, a przede wszystkim wyższe od tych w blokach budowanych po wojnie, zwłaszcza tych z tzw. wielkiej płyty betonowej.

Czy w takim razie napisała pani książkę „Asteroid i półkotapczan” z sentymentu za tą meblarską i dekoratorską prl-owską przeszłością?

W miarę zgłębiania tematu powojennego wzornictwa przekonałam się, że w moim rodzinnym domu poza meblościanką oraz zestawem obowiązkowym u prawie każdego Polaka, czyli fotelami i ławą podnoszącą się do wysokości stołu, kultowych przedmiotów z tamtej epoki było niewiele. Trochę kobaltowego, włocławskiego fajansu, białej porcelany z Lubiany, kryształów oraz gładkiego szkła z Krosna. Wszystkie pozostałe hity – jak brązowy porcelit, „pikasiaki”, czy lekkie fotele typu 366 albo „Lisek” – poznałam dopiero pisząc książkę, a więc nie była to dla mnie stricte sentymentalna podróż.
Fotel „366” Józefa Chierowskiego
To jak wyglądało w powojennej Polsce urządzanie mieszkań?

Wojna zmiotła dosłownie wszystko. Meble, ceramikę, szkło. Nie tylko w materialnym tego słowa znaczeniu, ale także jeśli chodzi o trendy. To, co powstało przed wojną, straciło na aktualności. Bogato zdobione porcelanowe zastawy czy secesyjne żyrandole nie pasowały do wystroju wnętrz klasy robotniczej.

A meble? Te przede wszystkim nie pasowały do małych, jedno- lub dwupokojowych mieszkań, w których żyły zazwyczaj całe rodziny. Nawet, jeśli miało się przedwojenne komplety mebli, to po prostu nie było ich jak w takim mieszkaniu gdzie upchnąć. Zaskakującym może się wydać fakt, że jeszcze w latach 60. na wystawach prezentowano komplety składające się z ogromnego małżeńskiego łoża, trzydrzwiowej szafy, stołu, krzeseł, toaletki, szafki nocnej, czy przeszklonego bufetu. Nie wiem, gdzie i kto miał to wcisnąć.

Polak musiał więc kombinować, jak się urządzić w „małym mieszkanku”: ciasnej kawalerce, czyli jednopokojowym M1 bez kuchni, którą lokowano na ogół w przedpokoju, albo pokoju z kuchnią M2 lub – luksus! – dwóch pokojach, czyli M3.

Tak. Tytuł „Małe mieszkanie” nosiła wystawa zorganizowana w 1947 roku z okazji 25-lecia Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej we właśnie postawionym budynku na osiedlu „Żoliborz”. Miała on pokazać, jak ma umeblować swoje M2 szczęśliwiec, który otrzyma już do niego klucze. Pokazowe wnętrza zostały więc urządzone pod hasłem: „jak każdy obywatel ma prawo dziś mieszkać”. Znalazły się w nich sprzęty wykonane m.in. przez Państwową Centralę Przemysłu Drzewnego, Stołeczne Przedsiębiorstwo Budowlane „Ład”, czy Spółdzielnię Architektów „Arkady”. Wszystko piękne, zachwycające, mieszczące się w małych przestrzeniach – w formie chociażby tapczanu, półko-tapczanu, zgrabnych stołów czy krzeseł, ale w cenie 100 tysięcy polskich złotych, której budżet przeciętnego obywatela tamtych czasów by nie wytrzymał.

Meblościanka, półkotapczan, stolik-lampa-gazetownik w jednym. Design by PRL

Meble Kowalskich miały być tanie, praktyczne i dla każdego.

zobacz więcej
Z jednej strony cena, a z drugiej wieczne w PRL pytanie: gdzie to dostać?

Ta lukrowana rzeczywistość widoczna na wystawach, pokazach, czy w witrynach sklepów nie była rzecz jasna zbieżna z tym, co można było w nich dostać. Czasem meble z wystaw trafiały po miesiącach albo nawet latach oczekiwań do produkcji czy sprzedaży, a czasem w ogóle. A nawet jeśli trafiały, trzeba było je upolować.

Elementem rozpoznawczym Domu „Emilia”, w którym meble teoretycznie można było kupić, była długa, wijąca się przed nim kolejka ludzi. Pamiętamy, jak w filmie Stanisława Barei „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” Bronisław Pawlik wciela się w płatnego stacza kolejkowego, który dorabia właśnie pod „Emilią”. Meble więc trzeba było wystać, wyczekać, często wpisując się na listę społeczną, albo pokazując dowód na zawarcie małżeństwa, który upoważniał do preferencyjnego kredytu i kupna wyposażenia „dla młodych”. Ważne było, żeby zdobyć cokolwiek, ewentualnie można było coś sprzedać, może się wymienić. Wszak zawsze byliśmy zaradnym narodem.

To co w takim razie miała pokazać ta wystawa „Małe mieszkanie” na warszawskim Żoliborzu? Że nas nie stać, a o meblach możemy tylko pomarzyć?

Ta wystawa jako pierwsza po wojnie pokazała kierunek poszukiwań architektów i projektantów. Wielu z tych, którzy wystawili na niej swe modele udowodniło, że wie, od jakiej strony ugryźć temat. Proponowali minimum sprzętów, z których część byłą składana całkowicie lub częściowo, a nawet pełniła dwie lub więcej funkcji. Przy tym łatwiej było je wnieść do mieszkania czy zmontować, niż przedwojenne kredensy, szafy, łóżka, które często do mieszkań były wciągane przez okna.

Kiedy nastał jako taki dobrobyt i w sklepach pojawiło się więcej mebli, to – jak wiem z relacji moich rozmówców – zabytkowe wyposażenie leciało na śmietniki. Rzeczy przedwojenne, secesja, antyki były źle kojarzone. Propaganda władzy ludowej zrobiła swoje. Choć jednym z powodów było oczywiście także to, o czym wspomniałam: że po prostu trudno je było ulokować w nowych mieszkaniach.
Warszawa w lutym 1984 r. Sprawdzanie obecności kolejkowiczów z listy społecznej pod sklepem meblowym „Emilia”. Fot. PAP/CAF/Wojciech Frelek
Pomysły, jak poradzić sobie z ciasnotą, dotyczyły nie tylko mebli.

Umeblowanie polskich mieszkań stało się w pewnym momencie wręcz sprawą wagi państwowej. Zajmowały się tym powoływane do tego celu instytucje, jak chociażby Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Organizowane wystawy przyciągały tłumy rodaków, relacje z nich pojawiały się w prasie. Poza rozwiązaniami takimi, jak półkotapczan czy meblościanka, projektanci proponowali kotary z materiału dzielące przestrzeń, łączenie w pewnym stopniu kuchni z salonem, granie kolorem.

Najbardziej nowatorski był pomysł Stanisława Kucharskiego na Osiedlu Młodych na warszawskiej Pradze, zaprezentowany w ramach eksperymentalnego pokazu wnętrz, który odbył się w 1959 roku. Były tam mieszkania bez ścianek działowych, które zostały zastąpione przez meblościanki z płyt pilśniowych. Jedyną „zamkniętą” przestrzenią była łazienka. Takie rozwiązanie pozwalało na zaoszczędzenie 25 proc. powierzchni mieszkania, a także sprawiało, że znikał problem tynkowania oraz malowania.

Potrafimy to sobie wyobrazić w mieszkaniu singla czy pary, ale w przypadku rodziny z dziećmi – mniej. Ostatecznie na całym Osiedlu Młodych powstało jedynie 29 mieszkań wyposażonych w meblościanki. Zrezygnowano z tego pomysłu, bo wykonawcy nie byli w stanie sprostać wymaganiom jakościowym. Być może błędem było to, że zadanie zlecono pięciu różnym firmom z różnych stron Polski, więc komunikacja była utrudniona.

Meblościanka odegrała też ważną rolę w budynkach zaprojektowanych przez Halinę Skibniewską na warszawskich Sadach Żoliborskich. Jeden z zaprojektowanych tam bloków otrzymał nawet tytuł Mistera Warszawy 1961. Zamontowane w tamtejszych mieszkaniach meblościanki miały umożliwiać zmianę układu pomieszczeń. Niestety projekt został zrealizowany tylko w jednym bloku, bo przemył nie podołał dostarczeniu meblościanek na potrzeby całego osiedla.
Nowe meble (1972 r.)
Przyszedł w końcu taki moment, kiedy meblościanka zaprojektowana przez małżeństwo Kowalskich odniosła sukces i na dobre zapisała się nie tylko w wyobraźni, ale przede wszystkim w mieszkaniach Polaków.

Zaczęło się to na początku 1961 roku, od zorganizowanego przez Związek Polskich Artystów Plastyków konkursu o znajomo brzmiącym tytule: „Meble do Małego Mieszkania”. Chodziło o projekt umeblowania do M3, czyli mieszkania z dwoma pokojami, małą kuchnią i przedpokojem. Uczestnicy konkursu mieli zmieścić się w budżecie wynoszącym 15 tysięcy złotych. W tamtym czasie średnia pensja w budżetówce wynosiła 1784 złote.

To, co wymyślili Bogusława i Czesław Kowalscy, nie od razu wszystkim przypadło do gustu. Oni sami, przystępując do rywalizacji z innymi projektantami nie mieli żadnego konkretnego pomysłu. W końcu postawili na meble kasetonowe, których elementy można komponować, jak klocki. Poza tym można montować w nich wysuwane łóżka, stoły, biurka. Wersja do pokoju dziecięcego miała kolorowe fronty.

Ciekawostką jest, że do zmontowania meblościanki Kowalski użył śrub do sedesu, bo w sklepach brakowało okuć. Kiedy projekt został zaprezentowany na poznańskich Targach Krajowych „Wiosna 1962”, niektórzy uznali, że to nie jest mebel. Ostatecznie to Kowalscy otrzymali pierwsze wyróżnienie. Nagrody nie zostały przyznane, bo żaden z projektów konkursowych nie zmieścił się w budżecie.

I to wystarczyło, by meblościanka trafiła do masowej produkcji?

Owszem, meblościanka w wersji nieco zmodyfikowanej w stosunku do tej pokazanej w Poznaniu trafia do produkcji. Początkowo jedynie w okleinie w kolorze mahoniu, a przecież wersja do pokoju dziecięcego miała być kolorowa, a do kuchni – biała. W latach 70. na fronty trafiają okleiny z połyskiem, co było wbrew koncepcji projektantów, bowiem meblościanka miała być matowa. Szacuje się, że w latach 1965-1973 sprzedano ponad sto tysięcy meblościanek, więc „wynalazek” odniósł sukces.

Arogancki i bezduszny styl w pseudoekologicznym wcieleniu

Szkło zaspokaja faraońskie ambicje. Działa na wyobraźnię. Poprawia wizerunek. Co o naszej epoce mówią wieżowce Dubaju i Warszawy?

zobacz więcej
Krezusami Kowalscy jednak nie zostali.

No cóż, meblościanka stała się w PRL zjawiskiem społecznym i przedmiotem pożądania, każdy chciał kupić „Kowalskich”, jednak to nie były czasy cenienia projektantów za to, co wymyślili. Zresztą wielu kupujących meblościankę było przekonanych, że „Kowalscy” to nie jest nazwisko projektantów, tylko określenie sugerujące mebel „dla Kowalskiego”. Największą korzyścią dla projektantów było założenie w ich mieszkaniu telefonu, by fabryka mogła się z nimi kontaktować – bo dostać telefon w PRL też nie było łatwo.

Kowalscy zakładali, że odbiorcy meblościanek będą chcieli je personalizować, dostosowywać do swoich potrzeb. Stało się jednak tak, że w wielu mieszkaniach meblościanki wyglądały tak samo. Założeniem było, że to meble głównie dla klasy robotniczej, tymczasem pojawiły się również w mieszkaniach profesorów. Podobały się wszystkim, bo były praktycznym rozwiązaniem meblarskim do niewielkich wnętrz.

Czyli meblościanka była właściwie powiewem nowoczesności. Czy podobnie było z pozostałym polskim wzornictwem? Podążaliśmy za trendami?

Nieprawdą jest, że w tych dziedzinach byliśmy odcięci od świata. Znaliśmy światowe trendy, bo meble, szkło i ceramika, powstawały w naszych fabrykach z myślą o sprzedaży na rynki zagraniczne. Projekty były inspirowane Zachodem, nosiły cechy, których oczekiwali kontrahenci. Nasze szkło można było znaleźć w sklepach w kilkudziesięciu krajach świata. Już w latach 60. zaczęliśmy projektować i produkować dla Ikei. Projektem fotela Romana Modzelewskiego, wykonanego z tworzywa sztucznego, zachwycony był Le Corbusier, sławny francuski architekt, projektant, urbanista, malarz i rzeźbiarz, zwany „papieżem modernizmu”.

Jaki interes w tym „oknie na świat” miała ówczesna władza, bo na pewno nie odbywało się to bezinteresownie?

Władzom zależało na pozyskiwaniu dewiz ze sprzedaży naszych produktów na Zachód. W handlu tym pośredniczyły Centrale Handlu Zagranicznego i to one sondowały inne rynki pod kątem oczekiwań. Wiele z projektów szkła, mebli czy ceramiki powstawało w naszych fabrykach na zamówienie klientów zagranicznych, według ich szczegółowych wytycznych.
W jaki sposób sami projektanci szukali i zdobywali takie inspiracje?

Jednym ze sposobów, aby dowiedzieć się, jak i co projektuje się poza Polską, było czytanie zagranicznych magazynów, katalogów i książek, które można było znaleźć w bibliotece Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Centrale Handlu Zagranicznego czasem zabierały projektantów na wyjazdy, podczas których mogli zobaczyć huty i fabryki. Projektanci bywali też zagranicą na stypendiach, spotkaniach z klientami, na targach z ich dziedziny projektowania.

Co jeszcze, poza meblościanką, było hitem PRL-u?

Nawet jeśli ktoś nie kojarzy powojennego wzornictwa, to na pewno widział fotel 366 projektu Józefa Chierowskiego. To jeden z bestsellerów meblarskich epoki, chętnie kupowany i poddawany renowacji także dzisiaj. Nic dziwnego, jego lekka konstrukcja sprawia, że odnajduje się w niewielkich wnętrzach, a przecież i dziś nie wszyscy zwiększyli metraże swoich mieszkań w porównaniu z tymi z PRL-u. Fotel ma może tylko ten minus, że nie jest wygodny dla wysokich osób. Ponoć kilka dekad temu ludzie byli oczywiście chudsi, ale także o 11 proc. niżsi, więc i meble z PRL-u były bardziej filigranowe.


Drugim hitem, już mniej estetycznym moim zdaniem, który zagościł w naszych mieszkaniach w latach 80. i 90. były komplety wypoczynkowe złożone z wersalki, dwóch foteli i dwóch puf. W te pufy można było upchnąć wszystkie skarby. Dekady temu brzydkie były tapicerki, które niewiele miały wspólnego z nowoczesnymi wnętrzami – kolory buraczkowe, khaki i brązy w połączeniu z dziwnymi wzorami utrudniały zaaranżowanie wnętrza.

Skąd brano materiały do produkcji? Czego używano?

Mieliśmy drewno, ale był to towar deficytowy, więc w projektowaniu mebli chodziło o zużycie jak najmniejszej ilości surowca. W latach 60. drewno zastąpiono płytami paździerzowymi, wiórowymi, początkowo oklejane było naturalnymi fornirami, potem także takimi, które drewno jedynie udawały.

Na Zachodzie używano tworzyw sztucznych, ale my w ich produkcji byliśmy w tyle. Gdy na Zachodzie produkowano z nich meble, my mieliśmy problem z produkcją pojemników kuchennych. I te niedobory w tworzywach sztucznych sprawiły, że projektanci mebli sięgnęli po sklejkę.

Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL

Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.

zobacz więcej
Lata 50. i 60. to także tryumf igielitu, z którego wykonywane były siedziska, głównie te, z jakimi kojarzą nam się dawne kawiarnie, ale też gazetowniki, kwietniki zrobione z metalu, prawdopodobnie przez spółdzielnie. Krzysztof Teodor Toeplitz ironizował, że „trudno dziś odróżnić sklep meblarski od sklepu z urządzeniami kanalizacyjnymi".

Szefową Instytutu Wzornictwa Przemysłowego była Wanda Telakowska. Na czym polegał fenomen tej instytucji i tej szefowej?

IWP, który powstał w 1950 roku, był pierwszą tego typu instytucją w Europie. Warszawa była jeszcze w gruzach, a tu za sprawą Telakowskiej projektanci już zaczynali myśleć o sztuce użytkowej. To była bardzo charyzmatyczna dama, która porzuciła swoją karierę artystyczną i oddała się zupełnie swojej misji, która streszczała się w motcie: „Piękno na co dzień, dla wszystkich”. Chciała, żeby wzornictwo przemysłowe wysokiej próby trafiło pod strzechy, by każdy Polak mógł obcować z rzeczami funkcjonalnymi i pięknie zaprojektowanymi.

Telakowska to dla mnie niekwestionowana królowa polskiego powojennego designu. Słynęła z tego, że ubierała się cała na zielono i ze swojego ciętego dowcipu. To taki typ człowieka, którego kocha się albo nienawidzi od pierwszego spotkania. Potrafiła inspirować ludzi, ale też ich skrytykować, gdy uznała, że na to zasłużyli. W IWP zgromadziła wokół siebie wybitnych projektantów, którzy wcale nie musieli pracować na etacie.

W kontaktach z władzą wykazywała się tupetem, inteligencją i refleksem. A nie musiała tak męczyć się i lawirować w Polsce, miała inne opcje. Kiedyś przygotowała bowiem kurs pod tytułem „Studium kosmetyków i estetyki powierzchni kobiecej”. Jej pomysł polegał na tym, że kobiety można uczyć makijażu odpowiedniego dla kształtu twarzy. Zainteresowała się nim Helena Rubinstein i, mimo że proponowała Telakowskiej ogromne pieniądze za stworzenie stosownego instruktażu, ta odmówiła. Miłość do wzornictwa okazała się większa.
Dziś wzornictwo z tamtych lat wraca do łask, ale był czas, gdy – podobnie jak przedwojenne meble czy porcelana – lądowało na śmietniku.

To prawda. Dziś znowu modnie jest mieć w domu meble i przedmioty wytworzone w czasach PRL-u. Część osób czuje do tych artefaktów sentyment, bo taki fotel czy biblioteczka były w ich rodzinnym domu, albo babcia w takim kubku podawała kakao. A część szuka ich, bo to wzornictwo jest po prostu ciekawe i ładne. Niektóre rzeczy osiągają zawrotne ceny. Mija więc czas, gdy można je było bez trudno znaleźć na śmietniku, i gdzie dziś wciąż zdarzają się perełki, ale jest ich zdecydowanie mniej, bo przybyło polujących.

Na rynku jest też coraz więcej firm, które w porozumieniu z rodzinami projektantów wznawiają produkcję niektórych modeli. Marka Politura z Poznania najpierw pokusiła się o wznowienie projektu krzesła Edmunda Homy, a potem dotarła do spadkobierców Janusza Różańskiego i dziś wytwarza również jego meble, także takie, które nigdy nie weszły do produkcji. Jeśli więc ktoś nie lubi rzeczy z przeszłością, z powodzeniem znajdzie nowe egzemplarze ikon designu PRL-u.

Cieszy mnie, że coraz więcej osób nie szuka wyposażenia swoich czterech kątów jedynie w sklepach meblarskich, ale także na aukcjach i w ogłoszeniach w sieci, na targach staroci, w antykwariatach, które już od lat dbają także o ofertę przedmiotów z powojennego wzornictwa. Wnętrza zyskują dzięki temu duszę.

– rozmawiała Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Katarzyna Jasiołek – absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Publikuje w magazynie branżowym „Szkło i Ceramika”, tworzy katalogi, których tematyką jest design i wzornictwo. Prowadzi Heliotropvintage.pl o wydarzeniach związanych z wzornictwem, architekturą, fotografią, modą, a także pod marką bloga – podcast, do którego zaprasza twórców, rzemieślników, kolekcjonerów i inne osoby związane z designem. Pisze też książki o wzornictwie. Dla wydawnictwa Marginesy przygotowuje dwie biografie: Hanny Lachert – projektantki kultowych mebli, w tym krzeseł „Muszelka”, i Danuty Duszniak – projektantki ceramiki i serwisów wytwarzanych do dzisiaj.
Zdjęcie główne: Wystawa „Chcemy być nowocześni. Polski design 1955-1968 z kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie”. Na pierwszym planie słynny fotel 366 Józefa Chirowskiego, który powstał w 1962 r. i był jednym z najpopularniejszych w PRL. Dziś znów jest produkowany. Fot. PAP/Paweł Kula
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Bóg błogosławiący Ameryce nie ma nic wspólnego z Chrystusem
„Pokolenie Jana Pawła II” w USA oznacza odnowę ich katolicyzmu i falę powołań duchownych z lat 80. i 90. XX wieku.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Babcia, która śpiewa reggae
Celińska: Czas do spotkania z tymi, którzy odeszli, nie jest długi, a stanie się to gdzieś, gdzie będzie raj.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Tysiące ton broni chemicznej i paliw leżą w Bałtyku. Niebawem...
Ryby żerujące przy dnie, np. flądra czy dorsz, są narażone na oddziaływanie związków uwalnianych ze składowisk toksyn.
Rozmowy wydanie 17.07.2020 – 24.07.2020
Nie traktujmy psa jak człowieka
Według animalistów, człowiek przyszłości winien stworzyć ze zwierzętami swoistą wspólnotę obywatelską.
Rozmowy wydanie 3.07.2020 – 10.07.2020
Odcinam się totalnie od problemów, tego co jest gdzieś w kraju
Zaginionego dość szybko można wyprowadzić, gorzej, kiedy grotołaz się zaklinuje. Ale speleolog jest znacznie bardziej wykształcony technicznie od alpinisty, dzięki temu wypadków w jaskiniach nie ma aż tak wiele.