Felietony

Cynizm, nihilizm, panświnizm. Bronisław Wildstein na tropie wirusów niszczących cywilizację

Osłabienie małżeństwa wiąże się z redukcją trwałości i powagi jakichkolwiek związków – stwierdza pisarz, publicysta i myśliciel w swojej najnowszej książce.

Od trzech dekad jednym z najbardziej załganych pojęć w polskiej debacie publicznej jest termin „wolność”. To słowo wytrych, przy pomocy którego ojcowie założyciele III Rzeczypospolitej objaśniali normy i zasady obowiązujące w nowej rzeczywistości po komunizmie.

Zbiorowym doświadczeniem Polaków mających za sobą życie w PRL było w mniejszym lub większym stopniu skrępowanie przez gorset władzy dyktatorskiej. Dlatego obietnicę szeroko pojętej wolności brali oni za dobrą monetę. Szermująca humanistycznymi sloganami czerwona ideologia okazała się wyłącznie oderwaną od życia teorią. Natomiast zwycięstwo nad nią przypadło – nie zawsze nazywanemu po imieniu – liberalizmowi.

Jego orędownicy kultywowali prawa jednostki interpretowane w opozycji do zobowiązań wobec wspólnoty. Przestrzegali przed recydywą kolektywizmu. W ich mniemaniu mógł on wrócić jako „fundamentalizm katolicki” lub nacjonalizm, dlatego flirtowali z kładącymi nacisk na indywidualne swobody ruchami emancypacyjnymi. Podejrzliwie zaś traktowali wszelkie koncepcje polityczne i wzorce kulturowe, które nie uzyskały legitymacji zachodnich liberalnych elit.

Nowa treść biblijnych nakazów

W czym zatem tkwi kłamstwo narracji o wolności? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Bronisław Wildstein w swojej najnowszej książce „Bunt i afirmacja. Esej o naszych czasach”, która ukazała się właśnie nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego. W tym opus magnum publicysta umieszcza współczesne polskie spory w historiozoficznym kontekście.
Bronisław Wildstein, „Bunt i afirmacja. Esej o naszych czasach”, wyd. PIW 2020
Autor na ponad pięciuset stronach śledzi wielowiekową ewolucję zachodniej cywilizacji. Przypatruje się rozmaitym tendencjom w literaturze, malarstwie, kinematografii. Wskazuje przyczyny i skutki rugowania sacrum z przestrzeni publicznej.

Teza, którą stawia Wildstein wybrzmiewa w zdaniu: „Wyobrażenie, iż sam rozum, a więc i dysponująca nim jednostka, jest w stanie uchwycić świat w całej jego złożoności, a także zaprojektować na nowo jego idealny kształt, jest głównym źródłem kryzysu nowoczesności”.

Dążenie do wolności to jeden z filarów cywilizacji zachodniej. Tyle że niegdyś łączyło się ono z realistyczną oceną ludzkiej kondycji, sformułowaną przez chrześcijaństwo. Powszechna była świadomość niedoskonałości i ograniczoności człowieka jako istoty stworzonej na obraz i podobieństwo Boga, lecz zarazem dziedziczącej grzech pierworodny.

Tymczasem od końca średniowiecza na Zachodzie trwa dynamiczny rozwój nauki i techniki, który jest sprzęgnięty ze zmianami kulturowymi. Intelektualiści wcielali się w kapłanów kolejnych świeckich quasi-religii. Głosili, że przyroda została odczarowana. Wildstein konstatuje, że skierowany do ludzi biblijny nakaz Boga, aby czynili sobie ziemię poddaną, nabrał nowej treści: celem doczesnego bytowania przestało być zbawienie, a stały się nim kreowane przez ludzki rozum utopie. Propagandziści liberalizmu bałamucą

Ktoś może uznać, że taka diagnoza jest anachroniczna. Wielkie projekty ideologiczne przecież poniosły klęskę. Ich orędownicy uznali bankructwo tego, w co wierzyli i w czym pokładali nadzieję. Żadnego państwa powszechnej szczęśliwości zbudować się nie udało.

W najbardziej opiniotwórczych mediach III RP od trzech dekad dominuje pogląd, że myślenie utopijne zaowocowało krwawymi rewolucjami i okrutnymi totalitaryzmami, więc trzeba poprzestać na minimum, jakie stanowią liberalna demokracja i gospodarka rynkowa. Wydawałoby się zatem, że mamy do czynienia z odwrotem od postawy, która sprowadziła całe masy na manowce, a którą krytykuje Wildstein.

A jednak mimo krachu wielkich ideologii – zwłaszcza komunizmu w krajach bloku wschodniego – opiniotwórczą rolę nadal odgrywają intelektualiści roszczący sobie prawo do stanowienia o tym, co jest dobrem i złem.

Liberalizm udaje, że – w odróżnieniu od komunizmu czy nacjonalizmu – nie jest wielką ideologią i ma skromne aspiracje. W pewnym uproszczeniu można stwierdzić, że jego propagandziści bałamucą społeczeństwa przeświadczeniem, iż nie mają zamiaru kreować nowego porządku społecznego, ponieważ, ich zdaniem, jednostka jest wszystkim, a ogół – niczym.

Pisarstwo jako wymierzanie sprawiedliwości

Walka Bronisława Wildsteina z patologiami PRL i III RP przesłoniła jego twórczość literacką.

zobacz więcej
Akceptacja dla małżeńskiej niewierności

Do czołowych intelektualnych mistrzów liberalizmu należy znany XX-wieczny brytyjski filozof Isaiah Berlin. Uważał on, że systemy totalitarne wyrastały z klasycznych koncepcji, definiujących człowieka jako istotę społeczną, która dla swojego rozwoju potrzebuje wspólnoty i zakorzenienia. Z poglądu Berlina można wysnuć kuriozalny wniosek, że nauczanie moralne Kościoła katolickiego ogranicza indywidualną wolność niemal tak samo, jak doktryna partii komunistycznej.

Myśl Brytyjczyka skłania Wildsteina do następującego wywodu: „Owszem, totalitaryzm usiłuje kontrolować każdą ludzką aktywność, myślenie oraz instynkty, ale ujęcie w karby tych ostatnich stanowi także o istnieniu kultury. Totalitaryzm jest tworem – nieważne w tym wypadku, że autodestrukcyjnym – cywilizacji. Czy mamy ją zlikwidować, aby bronić się przed tym zagrożeniem? Czy człowiek »uwolniony« od cywilizacji będzie bytem wolnym? I na ile będzie jeszcze człowiekiem?”.

Odpowiedź nasuwa się oczywista. I koresponduje z innym wątkiem podjętym w „Czasie i afirmacji”. Chodzi o przemiany kulturowe i obyczajowe, które znajdują swoje odzwierciedlenie w regulacjach wprowadzanych do kodeksu cywilnego. Można się choćby zastanawiać nad tym, jak w imię prawa do szczęścia niewierność małżeńska zyskała w ustawodawstwach zachodnich status normalnego, społecznie akceptowanego, zjawiska.

Uderzenie w rdzeń człowieczeństwa

Stało się tak, ponieważ politycy dali się przekonać do określonego modelu relacji międzyludzkich, który w kulturze zachodniej lansowali pisarze romantyczni i modernistyczni oraz liberalni myśliciele. A jaki jest tego rezultat? Wildstein tę kwestię komentuje następująco: „Rozluźnienie nacisku społecznego powoduje uwolnienie się egoistycznych postaw i destrukcyjnych poczynań. Małżeństwa, które tracą sankcję ostateczności i nie są wspierane wspólnotową presją, mają zdecydowanie mniejszą szansę na przetrwanie”.

Według publicysty, trend ten uderza w sam rdzeń człowieczeństwa. Dziś obserwujemy „rozpad związków, dzieci wychowane w ułomnych rodzinach, kobiety, które obawiają się samotnego macierzyństwa, a więc rezygnują z niego. Czy w miejsce tradycyjnej rodziny mamy do czynienia ze spełnianiem się ludzi w wolnej, a więc ekstatycznej miłości? To pytanie retoryczne, gdyż osłabienie małżeństwa wiąże się z redukcją trwałości i powagi jakichkolwiek związków”.

Wildstein zwraca również uwagę na psychologiczne konsekwencje, jakie w wielu przypadkach przyniosła gorycz rozczarowania tym, że się nie powiodła budowa ziemskiego raju. A są nimi cynizm i nihilizm.
Zjawisko panświnizmu kojarzone jest z postacią Jerzego Urbana. Na zdjęciu rzecznik rządu Jaruzelskiego i redaktor naczelny tygodnika „Nie” podczas premiery filmu „Kler”. Fot. PAP/Stach Leszczyński
Wiarygodny świadek dziejów

Rzucają się one w oczy, kiedy przyglądamy się debacie publicznej w III RP. Autor „Buntu i afirmacji” podaje znamienny przykład, jakim jest zjawisko panświnizmu kojarzone z postacią Jerzego Urbana. Ów ironista i kpiarz wpierw jako rzecznik komunistycznego rządu żyrował politykę reżimu Wojciecha Jaruzelskiego, by potem, gdy PRL się skończył, stać się ikoną wulgarnego hedonizmu.

Czym jest panświnizm? Przekonaniem, że nikt nie jest w stanie sprostać szlachetnym ideałom, ponieważ każdy człowiek ma słabości i wady. Wildstein streszcza ten tok myślenia wprost: „człowiek jest świnią. Im bardziej jest więc świnią, tym bardziej jest człowiekiem”.

Ordynarne szyderstwa Urbana z wszelkich wartości stanowią rzecz jasna pewną skrajność. Niemniej panświnizm cieszy się pełnoprawnym obywatelstwem na salonach III RP – zarówno wśród postkomunistów, jak i tej części dawnego obozu solidarnościowego, która się z nimi sprzymierzyła. Zdejmuje bowiem odium moralnego upadku z ludzi mających na swoim koncie wstydliwe epizody (jak poparcie dla stanu wojennego czy tajna współpraca z SB), a aspirujących do bycia moralnymi autorytetami.

Dobrze, że spokoju im nie daje w swojej książce bohater antykomunistycznego podziemia. Jest on bowiem wiarygodnym świadkiem dziejów Polski, a zarazem dostrzega w nich znacznie bardziej ważne sprawy niż bieżące polityczne naparzanki.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Paryż. Czas dokonany
Zdjęcie główne: Bronisław Wildstein w 2005 roku jako publicysta „Rzeczpospolitej”. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Zobacz więcej
Felietony Poprzednie wydanie
Dlaczego Niemcy czczą Bismarcka, a nienawidzą Hitlera?
W Berlinie bez wstydu wysławia się imperialnych pruskich przywódców, bezwzględnych wrogów Polaków i polskości.
Felietony Poprzednie wydanie
Wypad draniu!
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Poprzednie wydanie
Koniec kwarantanny. Komentarz do pandemii koronawirusa. Andrzej...
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony wydanie 15.05.2020 – 22.05.2020
Rysownik o absurdalnym poczuciu humoru, pokazuje grozę świata
Przychodziłbym codziennie… Od 22 maja wystawa prac Andrzeja Krauzego w Zachęcie znów będzie otwarta.
Felietony wydanie 15.05.2020 – 22.05.2020
Krytyk, który nazwał „Złego” Tyrmanda „Balzakiem dla gówniarzy”
Pisarze się go bali. Byli autorzy, których nie zechciał czytać i tacy dopiero cierpieli.