Rozmowy

Odrzuciliśmy przesłanie Jana Pawła II, a zabraliśmy się za jedzenie papieskich kremówek

„Nasz papież”, który od końca lat 90. znów powrócił do łask, dzięki „kremówkom” i przesłaniu miłosierdzia, kilkanaście lat po śmierci stał się obiektem ataku tych samych ludzi, którzy go podziwiali, chcieli robić z nim wywiady i wydawali pamiątkowe wkładki. Dziś gazety, które go sakralizowały, przedstawiają go niemal jako przeklętego, odpowiedzialnego za grzechy Kościoła i całe zło tego świata… – zwraca uwagę socjolog Michał Łuczewski.

TYGODNIK TVP: W 2011 roku w 24. tece kwartalnika „Pressje” ukazał się pana tekst „Mesjanizm dla mas. Szaleństwo Jana Pawła II”. Wynika z niego, że mamy duży sentyment do Jana Pawła II. Odczuwamy dumę, że papież był Polakiem. Ale tak naprawdę go nie rozumiemy…

MICHAŁ ŁUCZEWSKI:
A tym samym nie rozumiemy siebie. Gdy mamy do czynienia z wielkimi postaciami, to często projektujemy na nie własną nieświadomość. Jan Paweł II był przede wszystkim człowiekiem; wolnym, prawdziwym, pełnym człowiekiem. Ale z biegiem lat coraz bardziej widzieliśmy w nim króla, męża opatrznościowego, ikonę, a coraz mniej dostrzegaliśmy w nim człowieka z krwi i kości.

Bp Tadeusz Pieronek powiedział, że Jan Paweł II lubił spotykać się z Żydami. Oni byli pozbawieni tego kontekstu, że „Ooo! Papież-Polak!”; „największy Polak od czasów Mieszka!”, „Niech żyje papież”, „Kochamy Ciebie”, „Sto lat, sto lat”, „Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej…”. Oni tak go nie traktowali. Tymczasem Polacy widzieli w Janie Pawle II jakby totem, wokół którego mogą się zjednoczyć.

To źle?

Przed przywódcą stoi wyzwanie, żeby społeczeństwo wyszło poza nieświadomość. Grupa może się na nim opierać, ale nie może na nim być uwieszona. Sama ma odkrywać i realizować dobro wspólne, budować zaufanie, wspólnie działać. A my za komuny sprawialiśmy wrażenie, że Jan Paweł II wszystko za nas załatwi.

Karol Wojtyła kochał metaforę przezroczystości. Bo on od wczesnych lat chciał być przezroczysty tak, żebyśmy patrząc na niego, widzieli nie tylko jego, ale przede wszystkim Chrystusa i po prostu człowieka. I tak samo powinniśmy patrzeć na każdego, żeby widzieć w nim Chrystusa i człowieka. A my często tak bardzo wywyższaliśmy Jana Pawła II jako postać, że zapominaliśmy, jakie jest jego główne przesłanie.
Czerwiec 1991. IV pielgrzymka Jana Pawła II. Polacy witają papieża jadącego ulicami Warszawy. Fot. PAP/Jan Morek
Widząc w papieżu duchowego lidera, jednocześnie nie dostrzegaliśmy jego nauki?

Badania nieświadomych procesów grupowych pokazują, że grupa, którą ogarnął niepokój – a niepokój za PRL-u był przecież olbrzymi – szuka lidera, który zdejmie z niej odpowiedzialność i dzięki któremu nie będzie musiała się zmieniać. Tak długo jak lider spełnia to oczekiwanie jest dobrze, ale gdy przestaje to czynić, szybko go odrzucamy. Można powiedzieć, że w geście ubóstwienia, ukryty jest zarazem – w sposób nieświadomy – gest odrzucenia.

Na potwierdzenie pana słów można przypomnieć choćby pielgrzymkę do Polski z 1991 roku, kiedy papież był krytykowany.

Tak właśnie było. Oto ubóstwiany przywódca z czasów komuny w chwili, gdy przestał być przydatny, został odrzucony przez tych, którzy jeszcze przed chwilą kąpali się w jego chwale. Tak samo dzieje się dziś. „Nasz papież”, który od końca lat 90. znów powrócił do łask, dzięki „kremówkom”, przesłaniu miłosierdzia, ale też dzięki temu, że stracił swoją młodzieńczą siłę, kilkanaście lat po śmierci stał się obiektem ataku tych samych ludzi, którzy go podziwiali, chcieli robić z nim wywiady i wydawali pamiątkowe wkładki. Dziś gazety, które go sakralizowały, przedstawiają go niemal jako przeklętego, odpowiedzialnego za grzechy Kościoła i całe zło tego świata…

Spajał wspólnotę, stał na straży wartości i pamięci. Ostatni król Polski Jan Paweł II

Dariusz Karłowicz, filozof: Przez długi czas III RP ratowała obecność Jana Pawła II. Kiedy go zabrakło, problemy wybuchły ze zdwojoną siłą.

zobacz więcej
Podczas pielgrzymki w 1991 roku Ojciec Święty nauczał przede wszystkim o dekalogu. Jednakże przez niektóre środowiska nie zostało to przyjęte ze zrozumieniem. Pojawiły się głosy, że papież nie akceptuje odzyskanej wolności, nie rozumie demokracji.

Jan Paweł II chciał sprawić, żebyśmy na nim nie polegali, lecz sami zbudowali swoje życie. Tak jak w 1979 roku, tak też w 1991 przyjechał jako prorok. Słowo proroka zaś wzburza tych, do których jest skierowane, stanowi dla nich wyzwanie. Grupa musi się obudzić. Jan Paweł II zszedł do nas z góry Synaj jak Mojżesz z dziesięcioma przykazaniami Bożymi. I czasem wydawało się – jak w Kielcach – że zaraz te tablice rozbije, bo my ich nie rozumiemy.

Przecież on przyjechał do kraju, w którym obowiązywała najbardziej liberalna ustawa, zezwalająca niemal bez ograniczeń zabijać nienarodzone dzieci. Mamy nowy system społeczny, polityczny, ekonomiczny, ale dalej nie potrafimy chronić najsłabszych. On był wyzwaniem dla tego tłumu, który żądał wyzwolenia obyczajowego, dostępu do pornografii czy liberalnej ustawy aborcyjnej; tłumu, który chciał cieszyć się pseudowolnością; który myślał: „Dekalog dekalogiem, ale pierwszy milion to trzeba ukraść”.

Przez przeszło dekadę, od 1978 roku, byliśmy uwieszeni na Janie Pawle II i nagle okazało się, że w III RP już go nie potrzebujemy. Wszyscy nadal by go kochali, gdyby w 1991 roku nam powiedział: „Jesteście wspaniali, Duch Święty zstąpił, zrobiliście wspaniały przełom!”. Ale on tego nie powiedział. On już nie wzywał Ducha Świętego za nas, on – jak brzmiało hasło pielgrzymki – domagał się, żebyśmy „Ducha nie gasili”. „Ale jak to? – myśleliśmy – to my coś jeszcze mamy robić? Ten Duch Święty, który miał zstąpić w 1979, wszystkiego nie załatwił? Nie możemy zabrać się już za swoje sprawy? Po co cały czas ten Duch”.

Stanął przed nami prorok, który wymaga. I co z tym było zrobić? Uznano, że najlepiej będzie wyzwanie papieża odrzucić. Pamiętam te wszystkie artykuły z tamtego czasu o teokracji, państwie wyznaniowym…
W 1999 roku w Wadowicach na Jan Paweł II czekały tłumy. Fot. PAP/Grzegorz Jakubowski 
Krzysztof Mazur, również w 24. tece „Pressji”, pisał, że skremówkowaliśmy papieża: „Gdy kapitalizm zastąpił komunizm, Ducha Świętego zastąpiła kremówka. Proroka zabija się właśnie zobojętnieniem na jego słowo, sprowadzając je do taniego sentymentalizmu”.

Sentymentalizacja to połączenie sakralizacji i demonizacji w wersji light. Jeśli nie możemy kogoś wyeliminować, jeśli nie możemy go zabić, stawiając mu pomnik albo ośmieszając go, możemy przynajmniej uronić fałszywą łzę. Ale czy my w ogóle usłyszeliśmy, co Jan Paweł II chciał nam naprawdę powiedzieć? Czy zrozumieliśmy te kremówki? Jak pokazywał ostatnio prof. Dariusz Kosiński – wspomnienie o kremówkach jest zdumiewającym wtargnięciem intymności do sfery publicznej. Jan Paweł II chciał pokazać, że jest jednym z nas, że pochodzi stąd, z tego miasta gdzieś na skraju Europy. A skoro tak, to każdy może stąd wyjść – albo tu zostać – żeby zmienić świat i żyć Bożym życiem.

Nie usłyszeliśmy też, że w tym samym przemówieniu zaczyna cytować „Antygonę”, w której występował jako Hajmon w miejscowym teatrze. Słowa, których nie dosłyszeliśmy, były jakby skryptem życia Jana Pawła II: O ukochana siostro ma, Ismeno, // Czy ty nie widzisz, że z klęsk Edypowych // Żadnej za życia los nam nie oszczędza? // Bo nie ma cierpień i nie ma ohydy, // Nie ma niesławy i hańby, które by // Nas pośród nieszczęść pasma nie dotknęły. Żadne cierpienie nie zostało mu oszczędzone i żadne niesprawiedliwe oskarżenie. My tymczasem zabraliśmy się za jedzenie dwóch milionów papieskich kremówek rocznie.

Prorok na polskiej ambonie. Jan Paweł II z Bogiem się nie wadził, chociaż – jak wszyscy – nie potrafił Go pojąć i wyrazić

Karol Wojtyła „dzielił się tym, co odkrył, co przeżył, czym się zachwycił, czego się przestraszył”.

zobacz więcej
Jan Paweł II w 1983 na Jasnej Górze zwrócił się do młodzieży słowami, które cztery lata później powtórzył również na Westerplatte: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”. Może za mało od siebie wymagamy?

Te słowa były niezwykłe. Na Westerplatte komuniści liczyli na to, że Jan Paweł II wygłosi jakąś antyniemiecką tyradę albo przynajmniej coś o II wojnie światowej, co będzie się wpisywało w politykę historyczną PRL-u. A on jak prorok właśnie zrobił coś innego niż od niego oczekiwano.

Stworzył przestrzeń wolną od propagandy, gdzie młodzi mogli pomyśleć, co jest dla nich w życiu najważniejsze, jaki jest ich wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Westerplatte z symbolu oporu przeciwko Niemcom stało się uniwersalnym symbolem wymagania od siebie. I to jest właśnie istota jego nauczania. Wymagajmy od siebie, bądźmy dla siebie wyzwaniem, a nie polegajmy na kimś, że ktoś coś za nas zrobi.

Papieża można krytykować, ale absurdem byłoby odrzucić te słowa, które wzywają nas do przebudzenia, refleksji i działania. Ciekawe też, że zwraca się do nas w liczbie mnogiej: „Musicie od siebie wymagać”, a nie „musisz od siebie wymagać”. Sam człowiek nie zdziała wiele, potrzebuje innych, którzy będą nosili jego brzemiona i których on będzie wspierał. Innymi słowy, żebyśmy wymagali od siebie, najpierw musimy być „my”, musi być między nami zaufanie i solidarność, musi być wspólnota.

Ludzie czasem mylą refleksyjność z krytyką. Wydaje im się, że jeśli skrytykują Jana Pawła II, naraz staną się od niego i lepsi, i mądrzejsi. No cóż, naprawdę małym kosztem stają nad „największym Polakiem w historii”, wystarczy mu tylko wytknąć błędy i grzechy. Ale to głupota w myśl zasady Witolda Gombrowicza: „Im mądrzej, tym głupiej”. Im bardziej nam się wydaje, że jesteśmy mądrzy, tym bardziej tak naprawdę jesteśmy głupi.
8 czerwca 1991. IV pielgrzymka papieża do Polski. Spotkanie Jana Pawła II w Teatrze Wielkim w Warszawie z przedstawicielami świata kultury. Na zdjęciu kolejka oczekujących na wejście do gmachu teatru. Fot. PAP/Cezary Słomiński
Na ile ten problem dotyczy elit, a na ile ogółu społeczeństwa?

Na pewno jest różnica między elitami a ludem. W Polsce główny nurt inteligencji – laicki, lewicowy – rości sobie prawo, by być warstwą przodującą. Dlatego też zawsze budował swój kapitał moralny w opozycji do arystokracji, burżuazji, ale też do Kościoła. Mówiono z chęcią o ewangelicznych wartościach, o Jezusie Chrystusie, ale poza Kościołem i często przeciwko Kościołowi. W ten sposób polska inteligencja uniwersalizowała przekaz chrześcijaństwa. Przekonywała, że Kościół ogranicza ten przekaz jedynie do własnych murów, do instytucji, a powinien być on dla wszystkich.


Kiedy przyszedł Jan Paweł II, reprezentujący inny odłam inteligencji, to lewica laicka początkowo odnalazła się pod skrzydłami Ojca Świętego, weszła z nim w pewien alians. Ale po roku 1989 można było znów zaobserwować strategię uniwersalizacji chrześcijaństwa, pokazywania, że Kościół jest ograniczony, zaściankowy, niechrześcijański, że dąży do wykluczenia. Eleganckie kiedyś frazy o „chrześcijaństwie bezwyznaniowym”, „chrześcijanach bez Boga” albo „braku daru łaski” zamieniły się w antyklerykalne ataki. Tego typu głosy wybrzmiały również w roku 1991.

Rozumiem, że ta strategia została utrzymana do dziś?

Jest radykalizowana. Zauważmy, że tak jak Jan Paweł II był wykorzystywany za komuny, tak dziś wykorzystywany jest papież Franciszek; wykorzystywany do realizowania inteligenckich celów. Jego słuszne krytyki klerykalizmu są używane do promowania antyklerykalizmu. Nie chodzi już tutaj o oczyszczenie Kościoła, ale o jego eliminację. Dziś nie wystarcza już pokazywanie, że Kościół wyklucza, trzeba pokazać, że jest po prostu czymś z gruntu złym.

Liberalne salony dorabiają gębę św. Janowi Pawłowi II

Dziennikarka katolickiego „Tygodnika Powszechnego” (!) przywołuje dziś zasadę „rozdziału państwa i Kościoła”, przyjętą w Konstytucji PRL w roku 1952, czyli w czasach stalinowskich.

zobacz więcej
Inteligencja jest w takim dialektycznym zwarciu z Kościołem: z jednej strony jest ona przeciwna Kościołowi, ale z drugiej strony chce go zastąpić w polu walki o kapitał moralny i stać się nowym – jak mówił Gombrowicz – międzyludzkim kościołem. Może lewicowa inteligencja nie jest jeszcze tak święta jak Jezus Chrystus, ale na pewno jest już bardziej święta niż papież i wszyscy biskupi razem wzięci.

A jaki stosunek do tej strategii elit ma polski lud?

W pewnym sensie znajduje się w kontrze do inteligencji, która chce mu przewodzić. Lud wprawdzie sakralizuje i sentymentalizuje Jana Pawła II, ale łatwiej mu dostrzec w papieżu „jednego z nas”, „ludowego brata” właśnie jak z wiersza Słowackiego. Kogoś bliskiego, od którego warto się uczyć.

Może zresztą zbyt krytycznie oceniałem te strategie wynoszenia papieża, bo wywyższenie kogoś może odbywać się nie tylko po to, żeby samemu nic nie robić, ale też po to, żeby uznać czyjąś wielkość. Nie tyle nawet wielkość, ale po prostu świętość, która nie jest jego zasługą, lecz zasługą tylko tego, że szedł za Jezusem Chrystusem. Świętość nie jest naszym wytworem, ale daną nam łaską, której nie odrzuciliśmy. Uznanie świętości w jej głębokim znaczeniu jako wyzwania i wezwanie dla mnie tu i teraz nie opiera się już na procesie sakralizacji, ale kanonizacji: uznania kogoś za świętego po to, żebyśmy i my mogli za nim pójść i stać się święci.

Natomiast polskiemu laickiemu inteligentowi trudno jest dostrzec w Janie Pawle II „jednego z nas”, nie widzi, czego miałby się od niego uczyć, że w czymś może go naśladować.
Spotkanie Ojca Świętego z mieszkańcami Przemyśla w 1991 roku. Fot. PAI-Foto.pl/ullstein bild via Getty Images
Z jakimi konsekwencjami wiąże się odrzucenie nauczania Jana Pawła II?

Tracimy możliwość własnego rozwoju, przemiany, nawrócenia. Zamiast tego padamy ofiarą walki społecznej, mediów społecznościowych, panik moralnych. I przechodzimy od jednej paniki do drugiej, zamiast myśleć, w jaki sposób sprawić, by w naszym życiu było więcej miłości, przyjaźni; myśleć, jak budować nasze relacje, jak pogodzić się z cierpieniem, tkwimy w kleszczach walki, zapominając, co tak naprawdę jest ważne.

Czyli przejawem tego odrzucenia są podziały społeczne? W ostatnich dniach życia papieża, jak i po jego odejściu, potrafiliśmy się zjednoczyć, ale trwało to bardzo krótko…

Wszyscy w rzeczywistości mamy takie same wyzwania. Ale zamiast się na nich skupić, wolimy ze sobą walczyć. Nie chcemy dostrzec, że w tej drugiej stronie, która tak nas irytuje, jest jakiś cień… Nasz cień. To, że ze sobą walczymy może oznaczać, że nie akceptujemy jakiejś części Polski. Ale to tak naprawdę oznacza, że nie akceptujemy jakiejś części, która jest w nas.

W latach 80. i 90. widzieliśmy proroka, króla, kapłana, który grzmi i wymaga od nas nawet wtedy, kiedy od siebie sami nie wymagamy. W 2005 roku zobaczyliśmy męczennika. I właśnie wtedy Jan Paweł II okazał się najsilniejszy.

Oglądałem teraz jego ostatnie milczące wystąpienie. Pamiętałem to jako kilkunastosekundową obecność, a to był prawie 15 minut. Pięć dni przed śmiercią nie potrafił wypowiedzieć już ani słowa, z najwyższym trudem poruszał błogosławiącą ręką, chwiał się. Nie wiem, dlaczego, ale skojarzył mi się z Muhammadem Alim po stoczeniu walki. Może przez chorobę Parkinsona, która zabrała im siłę. A może przez to, że do późnej starości Wojtyła miał silne ręce, spracowane, szorstkie, to były – jak ktoś wspominał – ręce boksera. I teraz ten bokser na naszych oczach chwiał się, chwiał się, ale nie upadał. To nie była przegrana walka, to tylko życie zadało mu takie ciosy, od których trudno się podnieść. Ale on wytrzymał, jeszcze kilka chwil, godzin, dni, i wreszcie mógł podnieść silną rękę w geście zwycięstwa i znów błogosławić nas razem ze swoim Ojcem.

Dzisiaj, w słabej, coraz słabszej już obecności Jana Pawła II, gdy nie stawia przed nami wyzwań, gdy nie grzmi – zamiast go sakralizować, czynić z niego totem czy krytykować, możemy mu się przyjrzeć. I zastanowić się, czy umiemy budować tak piękne i pokorne życie, jak ten człowiek.

– rozmawiał Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Fot. Print screen TVP
Dr hab. Michał Łuczewski jest socjologiem, psychologiem, metodologiem. Specjalizuje się m.in. w socjologii narodu i pamięci. Prowadził badania etnograficzne w Żmiącej, na których podstawie obronił w 2007 roku pracę doktorską. Praca ta stała się kanwą książki „Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej” (wyd. 2012). Zajmuje się myślą i nauczaniem Karola Wojtyły, tematyką przywództwa i wartości, moralnym wymiarem gospodarki. Był dyrektorem programowym Centrum Myśli Jana Pawła II. Redaktor magazynu „44/Czterdzieści i Cztery”. Publikował m.in. na łamach pism: „Wprost”, „Arcana”, „Res Publica”, „Polska The Times”.

W poniedziałek 18 maja o godz. 19.35 w TVP Kultura rusza 10-odcinkowy cykl „Klucz do Wojtyły według Łuczewskiego”. Kolejne odcinki będą emitowane na tej antenie w każdy wtorek: od 19 maja o godz. 19, a potem – od 9 lipca o godz. 18.30.
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Odcinam się totalnie od problemów, tego co jest gdzieś w kraju
Zaginionego dość szybko można wyprowadzić, gorzej, kiedy grotołaz się zaklinuje. Ale speleolog jest znacznie bardziej wykształcony technicznie od alpinisty, dzięki temu wypadków w jaskiniach nie ma aż tak wiele.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Ani „tylko nasze”, ani „tylko wasze”
Takie obiekty, jak zamki Radziwiłłów, są ważne dla historii dwu, a nawet trzech narodów. Białorusini, choć może mniej to okazują niż Ukraińcy, ale też mają kłopot z polską częścią swojej historii.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Znaleźć siłę, by ocalić swoje życie
W okolicy był stary, opuszczony dworek z zarośniętym stawem. Starsi ludzie przebąkiwali o jakiejś klątwie z nim związanej…
Rozmowy wydanie 19.06.2020 – 26.06.2020
Słowa, których nigdy nie chciałam usłyszeć
Inaczej, gdy twoje dziecko leży podpięte do respiratora, bo jakiś pijany przejechał po nim samochodem, a inaczej, gdy dowiadujesz się, że to ty przekazałaś mu ten „chory gen”. Że nieświadomie skrzywdziłaś swoje dziecko.
Rozmowy wydanie 12.06.2020 – 19.06.2020
Jak wytłumaczyć 15-latce, że nie może jechać na olimpiadę?
Sportowcy na najwyższym poziomie są najbardziej kontrolowaną grupą ludzi na świecie.