Kultura

Hollywood próbuje zrozumieć wroga

Może już czas postawić pytanie, którego unikają lewicowe aktywistki: czy prawo do życia zgodnie z tradycyjnym modelem rodziny nie jest również prawem kobiety? Może taki wybór realizowania siebie wcale nie oznacza „zdrady własnej płci”?

Tragiczny Richard Nixon w wykonaniu Antony’ego Hopkinsa, zawsze komiksowy Ronald Reagan, wciąż czekający na dobry film na swój temat. George W. Bush zwykle wyśmiewany, choć Sam Rockwell pokazał go jako ciepłego i sympatycznego faceta z Teksasu. Dwight Eisenhower uroczo zagrany przez Robina Williamsa. Jak amerykański przemysł filmowy portretuje nielubianych przez siebie konserwatystów?

Teraz mamy kolejną próbę. Phyllis Schlafly. W zrealizowanym dla koncernu Walta Disneya serialu „Mrs. America” w jej postać wciela się zdobywczyni dwóch Oscarów (za „Aviatora” i „Blue Jasmine”) Cate Blanchett. To jej pierwsza rola w serialu telewizyjnym (miał premierę pod koniec kwietnia). Nie dziwię się, że aktorka złamała swoje opory przed telewizją i tę rolę przyjęła – jest w niej naprawdę wyborna. Jej bohaterka jest równocześnie silna i krucha. Przebiegła, ale też ciepła. W końcu mówimy o matce sześciorga dzieci, której praca w domu, dla rodziny, nie przeszkodziła w działalności publicznej, jakiej nie powstydziłby się niejeden zawodowy polityk. Postać pełna sprzeczności i dlatego tak smakowita dla każdej aktorki.

Spłoniesz w piekle!

Phyllis Schlafly przez ponad pół wieku była ikoną amerykańskiej prawicy. Mając 16 lat, zaczęła pracować, by opłacić swoją edukację. Do Kongresu startowała już w latach 50. XX wieku. Wydawała książki sprzedające się w milionach egzemplarzy i miała wpływ na postrzeganie świata przez prezydentów USA. Ronald Reagan, czyli jeden z najpopularniejszych gospodarzy Białego Domu, zawsze odbierał od niej telefony. A przecież w latach 70. zwalczała jego kandydaturę w prawyborach prezydenckich z powodu jego zbytniego, kalifornijskiego liberalizmu i hollywoodzkich korzeni! Należała do intelektualnego zaplecza Partii Republikańskiej, była jedną z jego twarzy mimo swojego katolicyzmu, który wówczas na amerykańskiej prawicy nie był zbyt przyjaźnie traktowany.

Phyllis Schlafly była bez wątpienia jedną z najbardziej wpływowych kobiet w amerykańskiej polityce. Pojawiła się w niej u boku „ojca chrzestnego” amerykańskiego konserwatyzmu Barry’ego Goldwatera, który był pod wrażeniem jej książek o sprawach społecznych, broni nuklearnej czy polityce zagranicznej.
Kandydat do nominacji republikańskiej w wyborach prezydenckich Barry Goldwater podczas konferencji Republikanów w Oregonie, październik 1963 r. Fot. Robert W Kelley/The LIFE Picture Collection via Getty Images
Jej słynna książka „A Choice, Not an Echo” (Wybór, nie echo) z 1964 roku do dziś inspiruje amerykańskich konserwatystów. Sprzedana w trzech milionach egzemplarzy, miała wesprzeć senatora Arizony – Goldwatera właśnie – w walce o nominację Republikanów na kandydata na prezydenta USA. Pokazywała, jak wielką kontrolę nad partią sprawuje „wschodni establishment” oraz jak liberalne skrzydło Nelsona Rockefellera ze słynnej rodziny miliarderów, 41. wiceprezydenta USA i wcześniej gubernatora Nowego Jorku, wpływa na nominacje republikańskie, promując „postępowców” i odsuwając prawdziwych konserwatystów.

W książce Schlafly opisywała też, jak z powodu załamania amerykańskiej polityki zagranicznej komuniści przejmują inicjatywę na świecie: począwszy od inwazji Stalina na Polskę, Finlandię, Łotwę, Litwę, Estonię; przez przerwanie więzi USA z Francją i Wielką Brytanią, w efekcie czego te europejskie państwa uznały „czerwone Chiny” i nie zerwały handlu z ZSRR ani z Kubą; po Wietnam, który „pogrążył się w szponach komunizmu”. Dostrzegała zagrożenia lepiej niż jej koledzy z prawicy. Za to właśnie cenił ją Reagan.

Występowała przeciwko legalizacji aborcji i małżeństw homoseksualnych. Ale wcześniej, stworzony przez nią prorodzinny ruch STOP ERA (Equal Rights Amendment – Poprawka o Równych Prawach do konstytucji USA, zrównująca prawa kobiet i mężczyzn m.in. w sprawach rozwodowych, majątkowych, zatrudnienia) stał się w latach 70. najmocniejszą przeciwwagą dla feministycznej rewolucji pokolenia ‘68 w USA. Jej kampania przeciwko ERA spowodowała, że ustawa ostatecznie nie została ratyfikowana przez wszystkie stany USA, choć kiedy przyjęło ją 30 stanów, lewica była pewna sukcesu.

Schlafly zmobilizowała przeciwko niej konserwatystki i twardo przekonywała, że poprawka uderza w gospodynie domowe, doprowadzi do wysyłania amerykańskich kobiet na wojny, rozdzielania dzieci po rozwodzie i brak alimentów. Nie miała do końca racji, ale jej występy były tak dobre medialnie, że porywała tłumy. Głównie kobiet.
Cate Blanchett jako Phyllis Schlafly w serialu „Mrs. America”. Fot. FX Networks, HBO - materiały prasowe
Z drugiej strony sprzeciwiała się stereotypizacji kobiet w podręcznikach szkolnych, a temu feministki powinny przyklasnąć. Uczyła kobiety polityki i organizacji pracy społecznej. Wszystko w obronie ich prawa do wyboru własnego stylu życia.

Wytykano więc jej hipokryzję i niekonsekwencję, krzyczano: jak osoba, która większość czasu spędza na wyjazdach, debatach i w telewizji może walczyć o bycie „house wife”?! A ona udowadniała, że po walce o sprawy kobiet wraca do życia rodzinnego, pielęgnuje tradycyjne wartości i dba o ognisko domowe.

Grzmiano, że zdradziła swoją płeć i powinna spłonąć w piekle. Wykrzyczała jej to w twarz podczas jednej z debat Betty Friedan, ikona feminizmu i autorka przełomowej książki dla ruchu feministycznego „Mistyka kobiecości”. Schlafly stała się wrogiem numer jeden lewicowych feministek w 1979 roku, gdy ostatecznie udało się utrącić poprawkę ERA.

Zaskakiwała do końca życia, także nietypowymi – jak dla niej – wyborami politycznymi. W wieku 92 lat, tuż przed śmiercią, stanęła u boku Donalda Trumpa, czym zdumiała dużą część Partii Republikańskiej. W końcu Trump, obnoszący się swoimi romansami z modelkami, symbolizował libertynizm nowojorskiego establishmentu i był wręcz parodią Reagana, którego Schlafly zwalczała swego czasu za o wiele mniejsze „odchylenie” ideowe.

Ona jednak miała wyjątkowy, polityczny instynkt. W końcu nazywano ją „The Sweetheart of the Silent Majority” – ukochaną milczącej większości, do której odwoływał się zarówno Nixon, jak i Trump.

W butach feministek

Twórcy serialu „Mrs. America” pokazują ideologiczną wojnę lat 70., która de facto toczy się do dziś, oczami kobiet. Naprzeciwko Schlafly (Cate Blanchett) staje Gloria Steinem (w tej roli Rose Byrne), zwolenniczka legalnej aborcji i małżeństw jednopłciowych. Pojawiają się i inne twarze feministycznej rewolucji, z Betty Friedan (Tracey Ullman) na czele. I dominują. Tak tę historię widzą liberałowie.

Milcząca większość dostała głos

Fox News czuje presję konkurencji. Nie CNN jednak, lecz MSNBC, która stała się medium tożsamościowym Amerykanów o lewicowych poglądach.

zobacz więcej
Wszystko w serialu jest naznaczone sympatiami twórców, których córka Phyllis, Anne Schlafly Cori, krytykuje za wypaczenie wizerunku matki. Dementuje, jakoby jej ojciec, prawnik Fred Schlafly (John Slattery) był zazdrosny o sukces żony. Twórcy serialu nie ukrywają nawet, że nie kontaktowali się z rodziną i wiele scen z życia domowego rodziny wymyślili na potrzeby filmu, dla większej dramaturgii. Sukces Phyllis pokazują więc zawsze przez pryzmat jej prób wyrwania się z mocnego uścisku męża i konserwatywnego otoczenia – najpierw ludzi Nixona, a potem Reagana.

Najbardziej podziwiamy ekranową Schlafly, gdy osiąga sukces wbrew woli męża. Jej ciepło rodzinne najmocniej się ujawnia, gdy zdaje sobie sprawę z tego, że jej syn jest homoseksualistą. Otacza go miłością, mimo swoich poglądów.

W jednym z odcinków zestawiono to z lesbijskim coming outem jej oponentki w telewizyjnych debatach – prawniczki, feministki Brendy Feigen-Freslau (Ari Graynor). W rodzinie Phyllis nie ma mowy o głośnym „wyjściu z szafy” – syn ma zwalczyć źle widziany popęd albo nie robić z niego publicznej sprawy. Natomiast Brendę popiera jej… mąż, prawnik Mark Freslau, podkreślający wolność seksualną w ich małżeństwie. Czyli hipokryzja vs prawda. Sprytnie skonstruowany obrazek, tyle że nie do końca prawdziwy.

W 1993 roku John Schlafly faktycznie ujawnił się jako gej. Zrobił to w czasie, gdy tacy konserwatyści, jak Pat Buchanan i Pat Robertson walczyli z administracją Billa Clintona z powodu poparcia środowisk LGBT. John podkreślał, że organizacja jego matki nie jest homofobiczna, a Phyllis w wywiadach opowiadała, że świetnie jej się pracuje z synem.

Skąd brał się sukces Schlafly w walce z ERA? Z tego, że udało jej się odwrócić wektory: nie walczyła z poprawką, sprytnie nazwaną „równościową”, negując jej istotę, lecz podkreślała, że ustawa zabierze kobietom należne im przywileje. Weszła więc w buty feministek, tylko innych.
Rose Byrne jako Gloria Steinem i Tracey Ullman jako Betty Friedan w serialu „Mrs. America”. Fot. FX Networks, HBO – materiały prasowe
Serial pozwala jednak postawić sobie pytanie, którego feministki z lewej strony unikają: a może prawo do życia zgodnie z tradycyjnym modelem rodziny jest również prawem kobiety? Może taki wybór realizowania siebie wcale nie oznacza „zdrady własnej płci”? Może sama walka, jaką podjęła Phyllis przeciwko aborcji i postulatom LGBT zasługuje na uznanie, skoro była prowadzona w imieniu milionów kobiet, wspierających finansowo i duchowo swoją liderkę? Przecież Schlafly, by osiągnąć swoje cele, musiała pokonać męską dominację z nie mniejszym trudem niż jej oponentki ideologiczne. Wydaje mi się, że twórcy serialu chcieli dotknąć tego aspektu jej działalności – tu kobiety są na pierwszej linii ideologicznej wojny, mężczyźni są tylko dodatkami.

Co prawda „Mrs. America” ma przekonać widza, że „ukochana milczącej większości” nie miała racji i walkę wygrały jej oponentki (nawet administracja Trumpa popiera LGBT, a kwestie aborcji podnosi tylko PR-owo), jednak jest to kolejny portret ikony amerykańskiego konserwatyzmu, w którym nie chodzi tylko o glanowanie ideologicznego wroga.

Kino, jak i cały show biznes są tak bezwzględne dla Donalda Trumpa, że trudno sobie nawet wyobrazić, by ten dawny przyjaciel Hollywood i gwiazdor amerykańskiej telewizji został kiedykolwiek łagodnie potraktowany. Ale w przypadku innych polityków amerykańskiej prawicy, liberalny przemysł filmowo-telewizyjny bywa bardziej wyważony.

O geniuszu wroga

Jeden z najradykalniejszych lewicowców w Hollywood Oliver Stone, kręcąc film „Nixon” (1995) – czyli biografię najbardziej zdemonizowanego prezydenta w historii (poza Trumpem rzecz jasna) Richarda Nixona – pokazał go jako postać tragiczną. Szekspirowski dramat polityka, który zakończył wojnę w Wietnamie, odmroził stosunki z komunistycznymi Chinami, a w gospodarce wcale nie kierował się dogmatyzmem liberałów ze szkoły Miltona Friedmana, wybrzmiewa też we „Frost/Nixon” (2006) Rona Howarda.
Grający tego 36. i 37. prezydenta USA Anthony Hopkins u Stone’a i Frank Langella u Howarda uciekali od czarno-białego obrazu rodem z liberalnych pamfletów. Chcieli pokazać jego dramat, uwikłanie w Watergate i to, jak własne obsesje zniszczyły jego zasługi historyczne – przejął je wyjątkowo cyniczny gracz Henry Kissinger, dyplomata i sekretarz stanu, który za swój wkład w negocjacje podczas konfliktu w Wietnamie otrzymał w 1973 roku Pokojową Nagrodę Nobla.

Nixona w różnych produkcjach grało w sumie aż 12 aktorów, w tym John Cusack („Kamerdyner”) i Kevin Spacey („Elvis i Nixon”), którzy również próbowali wyciągnąć z tej skomplikowanej postaci pewną głębię.

Na ekranie o wiele bardziej komiksowo pokazywano zawsze Ronalda Reagana, pewnie dlatego, że sam był aktorem. Bliski ciekawej kreacji był Alan Rickman w „Kamerdynerze”, choć był to tylko epizod. Kino wciąż czeka na dobry film o jednym z najwybitniejszych prezydentów USA XX wieku.

Natomiast bardzo interesująco w filmie przedstawiany bywa George W. Bush. Był wyśmiewanym i w sposób bezwzględny parodiowanym prezydentem USA. Wzbudzał nienawiść Hollywood, która nigdy jednak nie poszła tak daleko, jak w przypadku Trumpa. To dzięki osobowości swojskiego W., który potrafił zarażać otoczenie swoim chuligańskim i chłopięcym czarem, choć był pozbawiony showmańskich zdolności Trumpa.

Celebryci płaczą, a studia filmowe szykują się na wojnę

„Nie czas umierać” miał być najważniejszą premierą wiosny 2020. Przez pandemię została ona przeniesiona na listopad i o sukces będzie trudno.

zobacz więcej
Najsłynniejszym wcieleniem Busha w popkulturze jest oczywiście parodia z „Saturday Night Live” w wykonaniu wybitnego komika Willa Farrella. Ciekawie odmalował prezydenta USA również Josh Brolin w „W.” Olivera Stone’a z 2008 roku. To film „późnego Stone’a” (tego, który by dopiec Ameryce, robi wywiady „na kolanach” z Castro, Chavezem i Putinem), więc nie ma w sobie głębi z czasów „Nixona”. Bliżej mu do gniewnej satyry, choć skomplikowana relacja W. z ojcem, też byłym prezydentem USA Georgem H.W. Bushem (James Cromwell), jest potraktowana poważnie.

Paradoksalnie najlepszym filmowym Bushem był ten z bardzo ostrej satyry Adama Mckaya „Vice” (2018). Nominację do Oscara za tę rolę dostał wybitny amerykański aktor Sam Rockwell. Sportretował George’a W. Busha jako sympatycznego Teksańczyka, choć zmanipulowanego przez diabolicznego wiceprezydenta Dicka Cheneya. Skąd taki pomysł na rolę?

– Odpowiedź kryje się w jego niedawnym przemówieniu na pogrzebie ojca, prezydenta George’a Busha. Było ono dogłębnie poruszające. George W. Bush jest bardzo wrażliwym facetem. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Bush jest też niezwykle uroczym gościem. Ma taki amerykański, południowy, chłopięcy urok. Chciałem właśnie to uchwycić – powiedział w wywiadzie, jaki przeprowadziłem z nim przed premierą filmu „Vice”.


To właśnie ten obraz, mimo lewicowej wymowy, jest również przykładem na to, że Hollywood czasami próbuje zrozumieć swojego wroga. Cheney w wykonaniu otyłego (specjalnie do tej roli) Christiana Bale’a jest demiurgiem, trzęsącym – wraz z neokonserwatywnymi kumplami, jak Donald Rumsfeld (nietypowe wcielenie Steve’a Carrella) – całym Waszyngtonem. Trudno się dziwić, że Donald Trump mógł zbudować całą swoją propagandę na mówieniu o „bagnie Waszyngtonu” – taki wizerunek amerykańskiej polityki tworzy Hollywood (patrz: „House of Cards”).

Cheney jest rekinem wykorzystującym wojny do swoich celów, ale jednocześnie McKay pokazuje go jako ideowego polityka, wierzącego w prymat amerykańskiej wyjątkowości na świecie. Podobnie sportretowany jest w serialu „Na cały głos” (2019) twórca potęgi Fox News Roger Ailes (w jego roli Russel Crowe). Obaj są patriotami, mimo cynizmu wierzącymi w swoją misję. Ich ekranowa postawa to makiawelizm w czystej postaci. Co ciekawe, McKay podkreśla to samo, co twórcy „Mrs. America”: Cheney również jest czułym i tolerancyjnym ojcem dla córki lesbijki i nie ukrywa, że jest tylko głową, którą kręci silna, inteligentna i bezwzględna żona Lynne (Amy Adams). Kimś takim mogłaby być Phyllis Schlafly, gdyby wyrosła na amerykańskich uczelniach, gdzie genderyzm naznaczał nawet myślenie konserwatystek.

Czy serial „Mrs. America” jest przełomem w portretowaniu przez liberałów nielubianych konserwatystów? Nie sądzę. Nowością jest natomiast pochylanie się nad ich geniuszem. Phyllis Schlafly w wykonaniu Cate Blanchett i Lynne Cheney o twarzy ulubienicy Ameryki Amy Adams to twarde kobiety, pokonujące na swojej drodze liczne przeszkody. Obie są konserwatystkami i kochają tradycyjną Amerykę, wyjętą z pocztówek lat 50. – ery Eisenhowera (swoją drogą, obsadzenie w jego roli w „Kamerdynerze” Robina Williamsa było urocze). Obie wybiły się w patriarchalnym środowisku, więc bez wątpienia należą im się pokłony z pozycji prokobiecych. Czy tego feministki lewej strony chcą, czy nie.

– Łukasz Adamski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Phyllis Schlafly podczas demonstracji przed Białym Domem przeciwko Poprawce o Równych Prawach (Equal Rights Amendment) oskarżyła prezydenta Jimmy'ego Cartera, że wykorzystuje żonę do promowania ERA. Fot. Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
17 mgnień wojny. Bitwa Warszawska w literaturze
A gdyby w wojnie bolszewickiej Polska poniosła klęskę? I czerwona zaraza zalała cały Stary Kontynent?
Kultura Poprzednie wydanie
Sylwia z Gibalaka
Wiesz, co zrobiono takiemu, co donosił? Obcięto nogi. Nożem. A potem zacisnęli drutem i po sprawie.
Kultura Poprzednie wydanie
Magia groźnych praktyk voodoo
W Paryżu Teresa Tyszkiewicz rozkręciła się artystycznie.
Kultura wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Hollywood samo się cenzuruje. Dla Pekinu. Za pieniądze
„Top Gun”, „Piratów z Karaibów”, „Mission Impossible”, „Bohemian Rhapsody”… Te filmy zmieniono dla Chińczyków.
Kultura wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Magiczny śpiew i koszmarne życie Kasi Sobczyk
Ten jeden rok, który spędziłem z moją matką, to nie było dużo. Ale rok to więcej niż nic – mówił jej syn Sergiusz. Skrzywdziła swoje dzieci i nie mogła o tym zapomnieć.