Cywilizacja

Palisz – nie złapiesz koronawirusa? Cała prawda o tym, czy papierosy chronią przed zarażeniem

„Czyżby nikotyna była naszym ratunkiem przed pandemią?” – pytały niedawno co ostrożniejsze media. „Palenie chroni przed koronawirusem” – stwierdzały inne znacznie bardziej pewnym głosem. Pytanie brzmi: czy ktoś przeczytał oryginalne „prace badawcze”, na bazie których zbudowano te tytuły? Ja podjęłam się tego wysiłku, więc napiszę tu, jak to jest z paleniem papierosów i COVID-19.

Liczba publikacji naukowych dotyczących trapiącej nas pandemii oraz tych, które o naukę tylko trochę się ocierają, zaczyna być naprawdę przytłaczająca. Zbliżamy się do 2000 „papierów” ze słowem kluczowym COVID-19, oficjalnie napisanych i gdzieś wysłanych do druku z nadzieją na publikację. Nawet specjaliści nie są w stanie przeczytać krytycznie i zrewidować wszystkich informacji. A co dopiero wymagać od dziennikarzy, którzy mają nam sprawozdać co ciekawsze dla przeciętnego Kowalskiego, czy co bardziej „soczyste” kawałki owoców z drzewa wiadomości w sprawie COVID-19.

Od ibuprofenu do nikotyny

Media ogólnotematyczne żyją z informacji. Także czasopisma naukowe i ich internetowe klony. Przepływ informacji między nauką a mediami jest trudny, bo rozmawiają wtedy ze sobą światy pozbawione wspólnego języka. Dla jednych rzeczywistość jest złożona, a dla innych ma być prosta. Tak rodzą się „głuche telefony”, czasem plotki, czasem poważne nadużycia.
Nowa Zelandia, miasto Christchurch, 26 marca 2020. Fot. Kai Schwoerer/Getty Images
Gonitwa za newsem bywa gonitwą za skandalem. Tabloidyzacja dotyczy wszystkich mediów i wszystkich ich działów – z „nauką i cywilizacją” włącznie. Wszystkich mediów oznacza, że także czasopism naukowych. A bywa, że tzw. źródła naukowe są naukowe tylko z nazwy.

Dopóki te zjawiska negatywne dla naszej wiedzy o świecie i zrozumienia fenomenów – tak skomplikowanych jak globalna epidemia – tyczą się rzeczy mniej istotnych dla naszej codzienności, jak np. „skąd się wziął ten wirus?”, szkody są minimalne.

Gorzej, gdy dezinformacja (bo tak trzeba to nazwać) – niekoniecznie wszakże celowa – dotyczy rzeczy poważnych, bo mogących wpłynąć bezpośrednio na ludzkie życie i zdrowie. Jak np. kwestia „szkodliwości” ibuprofenu w przypadku zakażenia SARS-CoV-2, o którą wszyscy poobijaliśmy się w połowie marca. Ilu ludzi, biorących ten lek w sposób ciągły, zapisany przez lekarzy na poważne schorzenia, przeżyło wtedy dni strachu? A w to „zjawisko medialne” z pogranicza czasopisma naukowego i gazet codziennych były zaangażowane francuskie Ministerstwo Zdrowia oraz WHO.

Od mniej więcej dwóch tygodni inny, potencjalnie groźny w swych skutkach zlep informacyjny krąży po mediach i sieci. Mianowicie nikotyna – substancja rakotwórcza, bardzo groźna dla zdrowia, choć legalna – ma nas chronić przed COVID-19. I ma to wynikać z badań naukowych, a nawet istnieć ma biologiczne wytłumaczenie tego stanu rzeczy.

Nikotyna miałaby się wiązać z receptorem, do którego przykleja się na naszych komórkach białko powierzchniowe koronawirusa – Spike. Tym samym miałaby blokować jego wejście do naszych komórek.

Jakże dobrze i naukowo to brzmi! Tylko brać i zacząć palić. I to dużo! I możemy skończyć z tą pandemią.

Czerwoną czcionką

Autorzy wielu spośród tych 2000 publikacji naukowych to badacze zaangażowani dziś w walkę z koronawirusem czasem przez przypadek. Nie była to wszak tematyka szczególnie w nauce popularna przed wybuchem pandemii. Każdy chce – daj Boże w dobrej wierze – dołożyć do tej walki jakąś potrzebną cegiełkę. Choć i oszuści naukowi byli, są i będą.

Wielkie oszustwa. Nauka bywa nie tylko areną wiekopomnych odkryć…

Nie ma już „mistrzów i ich szkół”. Jest masowe wytwarzanie „inteligencji” i biznes nazywany nauką.

zobacz więcej
W czasopismach naukowych przyspieszono procesy edytorskie. Normalnie na opublikowanie czegokolwiek w przyzwoitym piśmie naukowym trzeba czekać jakieś 4-6 miesięcy od momentu wysłania pierwszej wersji pracy. W dobie pandemii badania dotyczące hospitalizowanych pacjentów, przeprowadzone w lutym, oglądamy „na łamach” już w kwietniu, czyli po niecałych dwóch miesiącach. Ale niektórzy chcą jeszcze szybciej, i takie możliwości istnieją.

Po pierwsze, bardzo nobliwe instytucje naukowe, jak np. Cold Spring Harbor Laboratory, utrzymują od lat tzw. serwisy pre-printowe. Autorzy wysyłający proponowane przez siebie prace do druku w czasopismach naukowych, mogą jednocześnie zamieścić je w takim serwisie. Pozwala to całemu środowisku naukowemu zapoznać się z konkretnymi wynikami badań zanim – EWENTUALNIE – nastąpi ich publikacja.

Taki serwis, pod nazwą MedRxiv zamieszcza od początku pandemii czerwoną czcionką na swojej stronie domowej takie ogłoszenie:

„Caution: Preprints are preliminary reports of work that have not been certified by peer review. They should not be relied on to guide clinical practice or health-related behavior and should not be reported in news media as established information.”

Co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że zamieszczone tu prace naukowe nie zostały jeszcze poddane rewizji merytorycznej (sprawdzeniu przez recenzentów, którzy mogą np. wymagać wykonania dodatkowych doświadczeń, zmiany wniosków lub w ogóle odrzucić publikację i nie drukować w konkretnym czasopiśmie) ani poprawkom edytorskim.

Oznacza to, że nie wolno na nich polegać w klinice czy profilaktyce zdrowotnej, nie wolno o nich także donosić w mediach jako o pewnej i potwierdzonej informacji naukowej.

Istnieją także i inne miejsca dla tych, co się spieszą. Tam nie ma ostrzeżeń na czerwono, za to istnieje informacja w lewym górnym rogu, jak to wspaniale dana publikacja się rozchodzi (ile tweetów, ile udostępnień na FB, ilu blogerów o tym wspomniało oraz ile mediów zewnętrznych zainteresowało się taką pracą).

Jak zostać influencerem

Gdyby nie poszukiwanie źródeł nikotynowo-kowidowych rewelacji, nigdy bym się nie dowiedziała o istnieniu takich miejsc, jak Qeios. A właśnie stamtąd owe rewelacje pochodzą.

Otóż jest to serwis, który działa po to (taką ma wizję i misję), by żmudny i długotrwały proces rodzenia w bólach publikacji naukowej, po czym jeszcze boleśniejszego jej rewidowania i poprawiania, zastąpić czymś szybkim, łatwym i przyjemnym. W tym celu pozwala dowolnym osobom z dowolną afiliacją naukową dowolnie wrzucić na stronę Qeios – bez żadnych dalszych, wymuszonych przez redakcję poprawek – opracowanie własnych wyników badawczych, za pomocą wewnętrznego edytora tekstów naukowych.
Portal Quieos nie rezygnuje w z publikowania materiałów dotyczących zbawczego działania nikotyny. Fot. printscreen/www.quieos.com
Owo opracowanie nie podlega przed publikacją ŻADNEJ rewizji. Recenzje pojawiają się już po publikacji, niczym oceny restauracji, w której się jadło – od 1 do 5 gwiazdek w kolorze zielonym lub czerwonym. Recenzują uczestnicy tego przedziwnego „forum”, czyli ci, co się zarejestrowali lub/i też już tu coś opublikowali. I płacą 9,90 funtów brytyjskich miesięcznej składki za przynależność do tego klubu „otwartych na naukę”. Po co komu redakcja, gdy inwencja w dziedzinie edytorskiej tak dobrze się sprzedaje?

To jest tak nieprawdopodobne, że aż przecierałam długo oczy ze zdumienia. Nie możesz opublikować tekstu w jakimś przyzwoitym czasopiśmie, bo wiesz, że cię recenzenci zmiażdżą? Oto masz miejsce, gdzie liczą się recenzje kolegów (rzecz jest totalnie ustawialna, niczym internetowe rekomendacje czegokolwiek w przeciwieństwie do ocen fachowców, którzy realnie się na czymś znają).

A wszystko oczywiście: „w celu poprawy jakości i porównywalności / odtwarzalności badań poprzez działanie na poziomie produkcji. Nowa wiedza zebrana w Definicje (mechanizm żywcem wyjęty z Wikimedii i Wikisłownika, tylko aby być autorem musisz mieć tytuł naukowy i afiliację; ma też swojego edytora opartego o wewnętrzny słownik, czyli „writing tool” – przyp. MK-S) i zbudowany na niej system oceny pozwalają badaczom tworzyć i publikować badania o podwyższonej jakości oraz porównywalności / odtwarzalności” [1].

Oczywiście każdy system można zmanipulować, ale ten jest po prostu stworzony w ten sposób, że ma ów mechanizm wbudowany. A po lewej stronie zlicza te tweety i blogi, oraz wspomnienia medialne i fejsbukowe. To jest chyba nowy mechanizm robienia z siebie nie tyle naukowej sławy, co influencera.

Pali 60 proc. Chińczyków

Teraz ważna informacja: WSZYSTKIE TRZY publikacje, które są źródłem medialnego szumu wokół niesamowicie korzystnych skutków nikotynizmu dla zapadania na COVID-19, mają swe źródło na owym Qeios.

Pierwsza, z 25 marca, pochodząca z University of West Attika w Atenach, jest jeszcze skromna we wnioski daleko idące. To proste podsumowanie 6 chińskich prac z obserwacji klinicznych, gdzie połączono w jedno dane dotyczące liczby palaczy wśród cierpiących na COVID-19 i wynik porównano z liczbą palaczy w chińskiej populacji generalnie. No i wyszła korelacja ujemna – czyli wśród chorych osób palaczy było średnio mniej, niż w chińskim społeczeństwie.

Autorzy tej analizy statystycznej przytomnie i skromnie jednak zauważają, że:

1) zarówno palenie, jak i zapadanie na COVID-19 były wyraźnie zależne od płci (pali np. ok. 60 proc. wszystkich chińskich mężczyzn i tylko kilka procent kobiet);

2) ich wyniki wskazują na to, że palenie może nie być czynnikiem ryzyka przy zapadalności na COVID-19. Można byłoby domniemać nawet „efekt ochronny”, ale nie ma to biologicznego uzasadnienia.

Negacjoniści i cenzorzy. Szkodnicy czasów epidemii

Przeciwnicy narzucanych im dogmatów nie połapali się, że sami stali się dogmatykami.

zobacz więcej
Dlatego wynikami z Aten zainteresowały się wyłącznie trzy media zewnętrzne. Tak przynajmniej wynika z analizy Qeios. Ciąg dalszy nastąpił miesiąc później, w samym sercu Paryża. Tamże w szpitalu La Pitie Salpetriere pracuje profesor medycyny (internista i immunolog) Zahir Amoura. Otóż – znów na Qeios – pojawiła się praca autorstwa jego i 14 bodajże asystentów z kliniki, w której przepytano 500 chorych pod kątem palenia w momencie zakażenia (czyli nie, że ktoś kiedyś palił, choćby i latami, tylko czy pali dziś). Przy czym część pacjentów chorowała w warunkach szpitalnych (przypadki ciężkie), a część w domu.

I tu znowu, tylko 5,3 proc. chorych paliło tytoń (nie pytano także np. o „wapping”), podczas gdy w społeczeństwie francuskim palaczy jest 25,4 proc.

Tyle, że jest to wiekowo uzależniona sytuacja osobista (we Francji pali częściej młodzież, 37 proc. mieszkańców w wieku 18-24 lat było lub jest palaczami), ale kto by się skupiał na takich detalach, jak zależność zakażeń COVID-19 od wieku?

Młodzi przechodzą COVID-19 bezobjawowo. Mechanizmy biologiczne, które predysponują do choroby głównie osoby starsze są poznane – układ immunologiczny ma z wiekiem sprawność gasnącą. Większą tajemnicą są tu dzieci niechorujące masowo na COVID-19. Młodych ludzi zatem broni ich układ immunologiczny, a nie dym tytoniowy.

Zarażeni lekarze

W dodatku w owej pracy dopiero w części zwanej dyskusją możemy się dowiedzieć, dlaczego tabelka obrazująca rozkład wieku w tej grupie paryskich chorych jest tak zadziwiająca.

Otóż w publikacji, w przeciwieństwie do populacji, chorzy byli głównie ludzie… 35-55-letni. A to mianowicie dlatego, że większość z „przebadanych” pod kątem palenia stanowili pracownicy służby zdrowia. Chorzy na COVID-19 głównie dlatego, że stykający się dziennie z setkami chorych potencjalnie ludzi. Są z nimi w bliskim kontakcie, a zabezpieczeni przeciwwirusowo… no tak, jak wszyscy byli na początku tej historii, czyli niedoskonale.

Ich podstawowy czynnik ryzyka to zatem nie wiek, czy palenie lub nie, ale profesja. Pracownicy służby zdrowia generalnie palą rzadziej niż średnia w danym kraju, ze względu na świadomość konsekwencji nikotynizmu, a pewnie i zakazy palenia przestrzegane w ich miejscu pracy bardzo ściśle.
We Francji brak danych świeższych, niż z ankiety wśród lekarzy pierwszego kontaktu pochodzące z roku 2015, gdzie jako „palący codziennie” określiło się 14 procent, a okazyjnie dodatkowe 2 proc. przedstawicieli tej profesji, niezależnie od wieku i płci. Nad Sekwaną wśród personelu medycznego jest to grupa zawodowa paląca najmniej ze wszystkich (najwięcej palą studenci medycyny – 37,2 proc.). Dla pielęgniarzy i położnych płci obojga nie ma danych świeższych, niż za rok 2010, ale wtedy paliło nałogowo ok. 23 proc. z nich, co stanowiło wynik o 10 punktów procentowych niższy od ówczesnej średniej krajowej. Lekarzy paliło wtedy 29 proc. [2].

Mimo tak nietypowej grupy chorych, o bardzo wysokim zawodowym ryzyku zakażenia, prof. Amoura jednak poszedł za ciosem i opublikował swoją hipotezę niemal natychmiast, w formie pracy „badawczej”. Otóż uznał, że podstawą biologiczną zauważonej korelacji zachorowań wynikłych z zakażeń SARS-CoV-2 jest fakt, że nikotyna miałaby blokować wiązanie się koronawirusa z jego receptorem.

Nie poddał tego żadnej eksperymentalnej ewaluacji, zastosował jedynie nieuprawnioną homologię (czyli ewolucyjne podobieństwo, aczkolwiek w mojej ocenie naprawdę dyskusyjne) pewnego kawałka białka Spike koronawirusa z pewnym białkiem wirusa wścieklizny – zupełnie innego genetycznie i biologicznie oraz nijak niespokrewnionego z SARS-CoV-2. Po czym wywiódł z tego, iż… wirus SARS-CoV-2 wiąże się z receptorem nikotyny (i acetylocholiny), podobnie jak wirus wścieklizny. A zatem mając we krwi stosownie wysokie stężenie nikotyny, będziemy zabezpieczeni przed zakażeniem. Bo nikotyna, a nie wirus, będzie wiązała swój receptor.
Luc Montagnier, laureat Nagrody Nobla, uważa, że wirus SARS-CoV-2 pochodzi z laboratorium i jest wynikiem próby wyprodukowania szczepionki przeciwko wirusowi HIV. Fot/ Pigi Cipelli/Archivio Pigi Cipelli/Mondadori via Getty Images
No cóż… Eksperymentalnie wprawdzie już w lutym wykazano, że SARS-CoV-2 wiąże się na naszych komórkach z białkiem ACE2 (konwertazą angiotensyny 2), ale to przecież detal wobec ramki zamieszczonej jako figura w „publikacji” na Qeios. Przynajmniej dla 34 mediów, które rozpowszechniły tę informację, istotna jest ta ramka zamieszczona w nie-czasopiśmie naukowym i niezrecenzowana realnie przez nikogo. Mamy drugi receptor! Ja bym nawet nie oponowała, ale chyba trzeba to najpierw udowodnić.

Dobra, teraz biologia, bo mi jest smutno, że muszę pokazywać, iż dziennikarstwo naukowe słabo przędzie, a medycyna w Paryżu ma chyba jakiś problem i to ostatnio głębszy. Jak nie prof. Luca Montagniera (no ale on już przynajmniej w Chinach pracuje, nie uprawia swojej pseudonauki w Instytucie Pasteura w Paryżu), to prof. Amoura. Smutne jest, że te prace, proponując „terapię nikotynową” nie mają w ręku jakichkolwiek twardych dowodów, a zupełnie lekceważą negatywny wpływ palenia tytoniu na zdrowie oraz kwestię konsekwencji psychicznych, zdrowotnych i ekonomicznych uzależnienia.

Astma chroni?

Fakty naukowe z czasopism naukowych i instytucji naukowych w kwestii nikotyny i COVID-19 są następujące:

1. Meta-analiza wykonana i opublikowana przez amerykański CDC, a dotycząca nieletnich zapadających na COVID-19 (jest ich niewiele, ok. 1,7 proc. chorych, ale są) wskazuje, że palenie jest tu zdecydowanie czynnikiem ryzyka (https://www.cdc.gov/mmwr/volumes/69/wr/mm6914e4.htm?s_cid=mm6914e4_w).

2. Najnowsza meta-analiza wykonana na 12 już opublikowanych (czyli zrecenzowanych) pracach naukowych dotyczących epidemiologii COVID-19, obejmująca m.in. dane chińskie, hiszpańskie, włoskie i wstępne amerykańskie wskazuje, że palenie tytoniu jest czynnikiem ryzyka w zapadaniu na pełnoobjawowy COVID-19 (https://www.medrxiv.org/content/10.1101/2020.04.13.20063669v1). Sama owa meta-analiza nie jest jeszcze opublikowana, a zatem zrecenzowana, więc nie przywiązujmy się do niej na razie.

3. Ale jej wyniki nie dziwią, gdyż wśród czynników ryzyka predysponujących do objawowego COVID-19 są m.in. nadciśnienie, choroba wieńcowa i zakrzepica oraz przewlekła obturacyjna choroba płuc. Wszystkie trzy wprost związane są z paleniem tytoniu dodatnią korelacją, klinicznie oraz biologicznie (znane są mechanizmy leżące u podłoża tej korelacji).

4. Gdyby tego było mało, wykazano już ponad miesiąc temu, że im więcej dana komórka ma na swej powierzchni białka ACE2, tym bardziej wrażliwa jest na zakażenie koronawirusem z Wuhan. Okazuje się – eksperymentalnie – że ową ekspresję genu ACE2 (a zatem powstawanie ostatecznie tego białka) podnosi cukrzyca i nadciśnienie oraz – znacząco – palenie tytoniu. Palacze mają tego białka realnie więcej na nabłonkach oddechowych niż niepalacze, są zatem bardziej predysponowani do wnikania wirusa do ich komórek.

Galileusz żył w luksusie, a Darwin się mylił. Nauka weryfikuje stare teorie, tak kończy era ideologii

Edukowanie współczesnego człowieka w kwestii „obskurantyzmu Kościoła” zaczyna się od najmłodszych lat i nie jest wynalazkiem dzisiejszych czasów, lecz trwa od oświecenia.

zobacz więcej
Co może być tu na marginesie ciekawe, to fakt, że astma (która też była uważana za czynnik ryzyka dla COVID-19) obniża ekspresje genu ACE2. Pozostaje zatem do wyjaśnienia, czy astma jest czynnikiem ryzyka w COVID-19. Tu zarówno statystyka zachorowań, jak i wykonane eksperymenty opublikowane niedawno w „Journal of Allergy and Clinical Immunology” świadczą, iż to ryzyko w przypadku astmatyków i alergików wziewnych może być istotnie niższe.

Jest klient, jest rynek

Nie wiem, czy się nie popłakać – co ostatnio robi furorę jako metoda przekonywania do swych racji – nad faktem, że powstają i za 9,90 funta szterlinga miesięcznie od członka działają takie miejsca, jak Qeios. Które naukę traktują tak, jak Wikipedia – każdy może wejść i zostawić swój ślad, a nikt nie patrzy, czy nie miał butów brudnych. Czytający mają „wjazd” za darmo.

Ale ok, jest klient, jest rynek. Szkoda jednak, że gdy źródłem wiedzy jest publikacja naukowa (jak zwał te manuskrypty z Qeios, tak zwał), to sprawozdający ją dziennikarze nawet do niej nie zaglądają. Polegają całkowicie na konferencji prasowej czy wywiadzie z badaczem. Często utytułowanym.

Gdyby tematem było coś mniej kontrowersyjnego, niż palenie tytoniu jako źródło zdrowia, ale być może w całej sprawie z COVID-19 istotniejszego, pies z kulawą nogą by o tym nie napisał. No to jak już coś jest dziwne i wietrzymy, że się nam sprzeda na pierwszej stronie, to chyba warto sprawdzić głębiej, co tam jest istotnie napisane w środku, nie?

– Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Przypisy:

[1] https://github.com/Daniel-Mietchen/ideas/issues/1204
[2] Tabagisme des professionnels de santé en France. Etude et Enquétes. Santé Publique France, Octobre 2017 Źródła:

●https://www.medrxiv.org/content/10.1101/2020.04.13.20063669v1
●https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-04-24/czy-nikotyna-chroni-przed-koronawirusem-zaskakujace-wnioski-naukowcow/?ref=kafle&fbclid=IwAR3mrwDh5AIP40-QdMZlhXC7C5aRqU9YycLEpWNMN7CSWNBHQv7ovIll9GY
●https://www.qeios.com/how-it-works
●https://www.qeios.com/read/WPP19W.3#reviews
●https://www.qeios.com/read/WPP19W.3#reviews
●https://www.qeios.com/read/WPP19W.3#reviews
●https://www.qeios.com/read/37F3UD
●https://www.qeios.com/read/FXGQSB.2
●https://www.qeios.com/read/MLMKLL
●https://www.qeios.com/read/Z69O8A.8?fbclid=IwAR3eyrdRL0IrkXNNSzUGZsn-yxF9GeUwAp_vQOQgnG5165Z29uh9vrOMtsg
odc. 102
Zdjęcie główne: Nowy Jork, 9 kwietnia 2020. Fot. Cindy Ord/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Po kubku do mordercy. Jak genealogia wyręczyła agentów FBI
Żaden z przestępców od lat unikających kary nie może już czuć się pewnie.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kosowo: kapiszonowiec na ścianie, mina w szufladzie
Sporna z Serbią strefa jest jak tlące się torfowisko – tym razem nie zapłonęło. A jutro?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Przyczajony Donald, walczący Trump
Tylko jednemu prezydentowi w historii USA udało się zdobyć drugą kadencję po przegranej reelekcji.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Innerspace, czyli nanoroboty w mózgu
Mierzące od 0,1 do kilku milimetrów urządzenia będą „żeglować” po ludzkiej głowie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Polska – wróg numer jeden Łukaszenki
Państwowe media twierdzą, że nasz kraj szykuje się do ataku na Białoruś.