Historia

Generał Anders trzy razy pogrzebany. Londyn, Warszawa, Monte Cassino

Kilka lat przed śmiercią udało mu się odbudować relacje z pierwszą żoną. Podczas żałobnych ceremonii „młodsza” generałowa występowała oficjalnie jako wdowa, „starsza” pozostawała w cieniu. Ale stypa odbyła się w domu „starszej”, z udziałem obu żon i trojga dzieci generała.

Pół wieku temu, 11 maja 1970 roku generał Władysław Anders został przewieziony do jednego z londyńskich szpitali z objawami zawału serca. Zmarł następnego dnia o godz. 3 nad ranem. Miał 77 lat. Osobliwym zrządzeniem Opatrzności dokładnie 26 lat wcześniej dowodzone przez niego oddziały 2 Korpusu rozpoczęły polską Bitwę o Monte Cassino. Także 12 maja, tyle że 35 lat wcześniej, umarł w Belwederze Józef Piłsudski.

Umówił się na brydża

W sierpniu 1969 roku, wbrew zaleceniom lekarzy, Anders wziął udział w uroczystych obchodach dwudziestopięciolecia Bitwy. Był schorowany, poruszał się z trudem, polowej mszy wysłuchał siedząc na krzesełku. Wiedział, że nie zostało mu wiele czasu. Chciał raz jeszcze oddać hołd swoim żołnierzom, których ponad tysiąc spoczęło na cassińskim cmentarzu. „Zachował świetną pamięć, ale były to jak gdyby przebłyski w rozszerzającej swój cień nieobecności. Widziałem umieranie mojego dawnego dowódcy.” Tak zapamiętał spotkanie z generałem tego dnia Gustaw Herling-Grudziński, który na stokach klasztornej góry zdobył Order Virtuti Militari.
Gen. Władysław Anders Fot. PAP/Alamy
Anders do końca starał się być aktywny. Nie ustawał w wysiłkach zamierzających do zakończenia trwającego od 1954 roku fatalnego rozłamu w kierownictwie politycznym emigracji. W napisanej w marcu 1970 r. przedmowie do drugiego wydania swojej książki „Klęska Hitlera w Rosji” z niepokojem komentował kondycję zachodniego świata.

Po raz ostatni wystąpił publicznie 12 kwietnia, w parafialnej salce kościoła św. Andrzeja Boboli w Londynie, na spotkaniu Stowarzyszenia Byłych Więźniów Sowieckich poświęconym 30 rocznicy zbrodni katyńskiej. „Przeprosił zebranych, że siedzi. Mówił bardzo cicho, wiedział, że ma nie tylko dni życia wyliczone, ale bicie serca. I może właśnie dlatego chciał jeszcze raz przemówić i wierność tamtym towarzyszom broni – poległym – zamanifestować”, relacjonował Józef Czapski, który w czasie wojny na polecenie Andersa poszukiwał zaginionych w Rosji polskich oficerów.

Jeszcze dwa dni przed śmiercią generał był na pożegnaniu swojego kolegi z gimnazjalnej ławy, Karola Poznańskiego, ostatniego konsula generalnego II RP w Londynie. – Pełną żartobliwych błysków, gawędziarską swadą pożegnalnej mowy zwiódł nas co do stanu swego zdrowia, i uwiódł na nowo – wspominał jeden z uczestników spotkania. Wieczorem brał udział w podwójnych urodzinach zorganizowanych wspólnie przez żonę i jedną z jej scenicznych koleżanek. Podobno, choć lekarze zmusili go do rzucenia palenia, przy tej wyjątkowej okazji pozwolił sobie na papierosa. Podobno umawiał się z przyjaciółmi na następny dzień na poniedziałkowego brydża w „Ognisku”.

Brytyjczycy uspokajają PRL

Uroczystości pogrzebowe rozpoczęły się w Londynie 19 maja 1970 nabożeństwem we wspomnianym kościele pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli, nabytym przez Polaków w 1961 r. od wspólnoty prezbiteriańskiej, nieformalnym kościele garnizonowym polskich kombatantów. Trumnę z ciałem Andersa, umieszczoną na prostym i skromnym katafalku, okryto proporcem Naczelnego Wodza. Nabożeństwo celebrowali proboszcz parafii, ks. prałat Kazimierz Sołowiej i ks. biskup Szczepan Wesoły.

Niewielka świątynia nie była w stanie pomieścić wszystkich żałobników, którzy przybyli do niej tłumnie z całego Londynu, różnych stron Wysp Brytyjskich, nawet z zagranicy. Do późnej nocy w ciszy, skupieniu i porządku czekali na ulicy na swoją kolej, aby na krótką chwilę zatrzymać się przed trumną, składając ostatni hołd generałowi. Płynący przez kościół nieprzerwany strumień ludzi liczył wedle skromnych obliczeń osiem tysięcy osób.

Był dla nich „polskim Mojżeszem”, który wyprowadził ich z sowieckiego domu niewoli, zwycięskim dowódcą, autorytetem politycznym i moralnym, wcieleniem emigracyjnego losu. Łagiernicy i weterani, którzy doświadczyli wszystkich okropności wojny, nie kryli głębokiego wzruszenia.

Gen. Anders wyciągnął go z obozu NKWD do Persji

W połowie wojny przyszła do nas paczka daktyli z Turcji. Zrozumieliśmy, że to sygnał: ojciec żyje i o nas pamięta. Znalazł się w Ziemi Świętej, potem brał udział w inwazji na Włochy.

zobacz więcej
Na 21 maja 1970 zaplanowano główne uroczystości żałobne w katolickiej Katedrze Westminsterskiej, z udziałem brytyjskich gospodarzy. „Daily Telegraph” przypomniał, że cztery lata wcześniej na pogrzebie gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego zabrakło przedstawicieli rządu i sił zbrojnych Zjednoczonego Królestwa, co spotkało się z krytyką nie tylko społeczności polskiej, ale i opozycyjnej wówczas Partii Konserwatywnej.

Tym razem miało być inaczej. Memorandum przygotowane w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych brzmiało jednoznacznie: „generał Anders ma miejsce w polskiej historii i brak właściwej reprezentacji rządu Jej Królewskiej Mości podczas uroczystości okazujących szacunek jego pamięci z pewnością zostałby źle zrozumiany pod względem politycznym. Jednak niezależnie od uwarunkowań politycznych mamy oczywisty obowiązek i życzylibyśmy sobie oddać hołd wybitnemu dowódcy jednego z korpusów 8 Armii”.

W Foreign Office spodziewano się, że z uwagi na poglądy Andersa, udział oficjalnej delegacji władz brytyjskich w nabożeństwie żałobnym i pogrzebie spotka się z nieprzychylną reakcją rządu PRL. Wezwany w trybie pilnym ambasador PRL Marian Dobrosielski, przyjmując ze zrozumieniem deklarację Ministerstwa Obrony, wyraził obawy, że szersza oficjalna reprezentacja może być wykorzystana przez polskich emigrantów jako dowód, że rząd Jej Królewskiej Mości nadal uznaje polskie władze na uchodźstwie.

Brytyjczycy uspokoili go, że nie mają żadnych relacji z tym ciałem i uznają rząd PRL, zaś udział ich oficjalnej delegacji powinien być uważany za wyraz szacunku dla wybitnego dowódcy wojsk alianckich, nie za akt polityczny.

„Bogurodzica” w londyńskiej katedrze

W dniu nabożeństwa potężna neobizatyńska katedra wypełniła się do ostatniego miejsca, w każdej nawie, kaplicy i galerii; wielu pozostało na ulicy. Zgromadziła niemal całą elitę polskiego Londynu i rzesze zwykłych emigrantów.

Zgodnie z rekomendacją dyplomatów stawiła się liczna delegacja brytyjskiego Ministerstwa Obrony oraz sił zbrojnych. Premiera Harolda Wilsona reprezentował lord Winterbottom, jeden z wiceministrów spraw zagranicznych, sekretarza stanu do spraw zagranicznych, lord Hankey, dobry znajomy Polaków, który przez wiele lat zajmował się ich sprawami w Foreign Office.

W imieniu prezydenta USA Richarda Nixona przybył gen. Mark Clark, dowódca walczącej we Włoszech ramię w ramię z 2 Korpusem amerykańskiej 5 Armii, później zwierzchnik wojsk ONZ w Korei. Przystąpił nawet do komunii świętej, zawstydzając wielu polskich żałobników.

Przybyli wojskowi attachés w galowych mundurach i emerytowani generałowie alianccy, towarzysze broni Andersa z kampanii włoskiej.
Gen. Władysław Anders z drugą żoną Ireną i córką Anną Marią w roku 1970 na kilka tygodni przed śmiercią. Fot. NAC/ Archiwum Fotograficzne Tadeusza Szumańskiego
Z uwagi na dużą ilość zagranicznych gości msza odprawiana była po łacinie. Ceremonia objęła dwa kazania. Pierwsze wygłosił duchowy opiekun uchodźstwa, ks. biskup Władysław Rubin, więzień sowieckich łagrów, który dzięki Andersowi wyrwał się z „nieludzkiej ziemi”. Drugie, po angielsku, ks. kardynał John Heenan, prymas Anglii i Walii, „największy sprzymierzeniec wolnych Polaków”. Kardynała nie krępowała polityczna poprawność. – Polacy w kraju znoszą opornie i z przygnębieniem przemoc komunistycznych władców – mówił. – Żyją nadzieją prawdziwej wolności, tej, której gen. Anders poświęcił swe życie.

W murach angielskiej świątyni zagrzmiała „Bogurodzica”. Nad trumną generała pochyliły się wszystkie sztandary bojowe Polskich Sił Zbrojnych, po raz ostatni wyniesione wówczas z Instytutu Sikorskiego. Trębacze angielskiej gwardii odegrali „The last post”, przejmujący capstrzyk grywany jako ostatnie pożegnanie na wojskowych pogrzebach w krajach Wspólnoty Brytyjskiej.

Śmierć Andersa stała się bodaj pierwszą okazją do spotkania jego całej rodziny. Szczęśliwie, kilka lat wcześniej udało mu się odbudować relacje z pierwszą żoną, zerwane wkrótce po zakończeniu wojny, długo przed formalnym rozwodem, oraz z córką i synem z pierwszego małżeństwa. Podczas żałobnych ceremonii „młodsza” generałowa występowała oficjalnie jako wdowa, „starsza” z własnej woli pozostawała w cieniu. Rodzinna stypa odbyła się w domu „starszej” generałowej, z udziałem obu żon i trojga dzieci generała.

Śmierci nie dało się ukryć

Władze PRL próbowały pogrzebać Andersa za życia. Po początkowym okresie tyleż gwałtownych, co plugawych ataków propagandowych, oskarżeń o skrajnie reakcyjne poglądy społeczne, współpracę z hitlerowcami, podżeganie do wojny, zdradę i agenturalność – wybrano przemilczenie. Choć po 1956 roku kampanię włoską i bitwę o Monte Cassino uznano oficjalnie za część tradycji Ludowego Wojska Polskiego, w wysokonakładowych publikacjach, od gazet po encyklopedie próżno było szukać nazwiska człowieka, który poprowadził 2 Korpus do zwycięstwa. Jeżeli się pojawiało, to wyłącznie w kontekście „samowolnej” ewakuacji armii z ZSRR, „wbrew rzeczywistym interesom narodu polskiego”.

Jednak wiadomości o śmierci generała nie sposób było ukryć. Dotarła do kraju rankiem 12 maja na falach Radia Wolna Europa i BBC. Kilka godzin później powtórzyło ją warszawskie radio, wieczorem znalazła się w Dzienniku Telewizyjnym TVP, a informacji towarzyszyło nawet zdjęcie Andersa. Nazajutrz codzienna prasa przyniosła suchy komunikat o zgonie w Londynie „byłego dowódcy 2 Korpusu”.

Prezydent nie chce ustąpić. Mission impossible generała

Kolejne próby godzenia emigracyjnych polityków przypominały łączenie ognia z wodą.

zobacz więcej
Wyjątkiem było „Życie Warszawy”. Zamieszczone w nim szczególne obituarium twórczo rozwijało tezy paszkwilu z lat 40. „Kariera barona Andersona” („był kurlandzkim baronem a latyfundia jego rodziny obejmowały tysiące hektarów”). Generał został uznany winnym montowania zamachu na gen. Sikorskiego. Bitwę cassińską sprowadzono do „bezmyślnego szafowania polską krwią dla błędnych, krótkowzrocznych celów politycznych”.

Publikacja wzbudziła powszechne oburzenie. Prowadzona przez stołeczną SB „perlustracja korespondencji” ujawniła „wiele negatywnych komentarzy”. Do redakcji „Życia” napłynęło szereg pism protestujących przeciw tezom artykułu. Nawet brytyjska ambasada w Warszawie poczuła się zmuszona zwrócić uwagę Foreign Office na ten „zdumiewająco tendencyjny i nieprzyjemny kawałek”.

Katafalk w warszawskim kościele

„Liberalny” tygodnik „Polityka” opublikowała „obrachunkowy” artykuł Kazimierza Koźniewskiego i Mariana Turskiego. Utrzymany w stylu „merytorycznej dyskusji”, powtarzał rytualne oceny i zarzuty. „Odbrązawiał” Andersa przy użyciu insynuacji, przemilczeń, wyrwanych z kontekstu lub tendencyjnie dobranych cytatów.

Generał został przedstawiony jako tuzinkowy przedwojenny oficer, dosyć przypadkowo postawiony na czele polskiej armii w ZSRR, któremu niepohamowana ambicja i „zaślepienie antyradzieckością” nakazały wycofać wojsko do Iranu. „Legendę montecassińskiej wiktorii […] rzucił na szalę sprawy społecznie reakcyjnej, narodowo szkodliwej”, „był politykiem reakcyjnym, a przy tym miernym i naiwnym”, „pozostał niewzruszenie na najbardziej zimnowojennych pozycjach”. Nowym konceptem było obciążenie generała odpowiedzialnością za dramat Powstania Warszawskiego („który zrodził się w chwili wyjazdu wojska do Persji”).

Zgon generała odnotowywali także kronikarze tego czasu. „Umarł generał Anders. Wyprowadził tłum nieszczęsnych Polaków z Rosji, ale potem poszedł na karierę zachodniego generała, z której Polsce nic nie przyszło. Co prawda nie wiadomo, co innego miałby zrobić – Berlingiem zostać nie chciał (a szkoda!).” Zapis ten wyszedł spod pióra Stefana Kisielewskiego. Sączony latami jad komunistycznej propagandy nawet na nim pozostawił swój ślad.

Weterani 2 Korpusu zamówili mszę żałobną w warszawskim kościele p.w. Świętego Krzyża w środowy wieczór, 20 maja 1970. Według informacji SB jednym z jej inicjatorów miał być Melchior Wańkowicz. Czujne oko cenzury nie dopuściło do publikacji w prasie nekrologów i informacji o nabożeństwie. Z nawiązką zastąpiły je kościelne ambony – w niedzielę 17 maja przypadały Zielone Świątki, świątynie odwiedzane były liczniej niż zwykle. Wiadomość przekazywano sobie na ulicach, w kawiarniach, miejscach pracy. Na murach kilku kościołów pojawiły się nawet wykonane domowym sposobem klepsydry.
Pogrzeb gen. Władysława Andersa na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino. Fot. NAC/ Archiwum Fotograficzne Tadeusza Szumańskiego
Żałobną mszę w kościele Świętego Krzyża odprawił ks. Stanisław Dymek. W prezbiterium ustawiono symboliczny katafalk z trumną przykrytą biało-czerwoną flagą z orłem w koronie. Wkrótce urósł przy nim stos wiązanek i bukietów, silny zapach kwiatów mieszał się z wonią kadzideł. W szczelnie wypełniającym świątynię tłumie obok kombatantów przy orderach, z czarnymi opaskami na rękawach, kobiet w żałobnych sukniach, widać było wielu młodych ludzi i dzieci, dla których gen. Anders był postacią na wpół legendarną. Podobnie było w innych kościołach Warszawy.

Pogrzeb na cmentarzu na Monte Cassino

Anders wielokrotnie deklarował, że chciałby spocząć wśród swoich żołnierzy, na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino. Miał nosić się z tą myślą już we wrześniu 1945 roku, kiedy otwierano nekropolię, choć wówczas wierzył jeszcze, że będzie mu dane wrócić do Polski. Zadośćuczynienie woli generała nie było jednak sprawą oczywistą. Formalnie cmentarz był obiektem zamkniętym.

Pomógł precedens – wiosną 1965 roku na Monte Cassino przeniesione zostały doczesne szczątki zmarłego rok wcześniej abp. Józefa Gawliny, biskupa polowego Polskich Sił Zbrojnych, z woli papieża Protektora Polskiej Emigracji. Organizacją pochówku dowódcy 2 Korpusu sprawnie zajął się Zygmunt Szadkowski, jeden z przywódców Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, blisko współpracujący z Andersem w ostatnim okresie jego życia. Następnego dnia po westminsterskim pożegnaniu ciało generała przetransportowano samolotem Royal Air Force, pilotowanym przez polskiego weterana Bitwy o Anglię, na podrzymskie lotnisko Ciampino. Stamtąd w honorowej asyście motocyklistów przewiezione zostało na Monte Cassino. Całą noc w odbudowanym z wojennych ruin benedyktyńskim opactwie trwało modlitewne czuwanie.

23 maja odbył się pogrzeb na Polskim Cmentarzu Wojennym. Na zachowanym filmie z uroczystości widać pogrążoną w żałobie rodzinę, grupki harcerzy i kombatantów, emigracyjnych polityków i przedstawicieli organizacji społecznych, przewiezionych do Włoch naprędce organizowanymi samolotami czarterowymi, mieniących się orderami reprezentantów armii alianckich, włoską kompanię honorową, paradującą w pełnym słońcu w stalowych hełmach, niosących trumnę weteranów w przyciasnych mundurach z naszywką „Poland” na rękawach, okryte krepą polskie bojowe sztandary, ocierającego ukradkiem łzę wiarusa z jednego z pocztów sztandarowych, biało-czerwoną flagę opuszczoną do połowy masztu...

Nad trumną generała modlili się duchowni trzech wyznań: prawosławny ordynariusz Mateusz Siemaszko, katolicki biskup Władysław Rubin i ewangelicko-augsburski Władysław Fierla. Swojego przedstawiciela, w osobie lorda Hardinga, w czasie kampanii włoskiej szefa sztabu Armii Alianckiej w Italii, zdecydowała się wysłać brytyjska królowa Elżbieta.

Walczył pod Monte Cassino. Chłodno podziwiał Anglików, natomiast kochał Włochy

W 1951 r. komuniści wyrzucili go z pracy. Przedwojenny specjalista wiele miesięcy szukał pracy, aż został dyspozytorem.

zobacz więcej
Wieniec od niemieckich spadochroniarzy

Spośród licznych przemówień w pamięci uczestników utkwiły słowa gen. Zygmunta Bohusza-Szyszki, wzruszonym, łamiącym się przy słowie „Władku” głosem, żegnającego swojego dowódcę i przyjaciela. Emigracyjnym zwyczajem wsypano do grobu garść polskiej ziemi – z Westerplatte, Warszawy, Cmentarza Orląt Lwowskich.

Na najniższym tarasie, przy pierwszym rzędzie kamiennych krzyży, wyrosła łąka wieńców od swoich i sojuszników, wśród nich anonimowa wiązanka przesłana z Polski. Trzy wieńce z samego rana, na pustym jeszcze cmentarzu złożyli Niemcy, w tym ten od spadochroniarzy, którzy bronili Monte Cassino przed Polakami.

Na płycie grobowej został bukiecik czerwonych maków, zerwanych przez polskie harcerki na skalistych stokach klasztornych. „Cały był z Sienkiewicza”, napisał o generale emigracyjny reporter Tadeusz Nowakowski, obserwujący uroczystości.

Śmierć gen. Andersa zamknęła ważny rozdział dziejów polskiej powojennej emigracji. Nie była jednak, jak wieszczyli niektórzy, rozdziałem ostatnim. Jego ideowy testament starali się, jak umieli, realizować inni. Organizator cassińskiego pogrzebu 20 lat później uroczyście przekazywał do kraju insygnia prezydenckie, symbol ciągłości II Rzeczypospolitej. Generał, jak przepowiadano pół wieku temu, wszedł do polskiego panteonu. Związany na zawsze z legendą Bitwy, zyskał w nim trwałe i zasłużone miejsce.

– Paweł Ziętara

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest prawnikiem i historykiem. Zajmuje się historią polskiej wojennej i powojennej emigracji. Opublikował prace: „Emigracja wobec Października. Postawy polskich środowisk emigracyjnych wobec liberalizacji w PRL w latach 1955-1957” (2005), „Anders, Korboński, Sieniewicz... Szkice z dziejów Drugiej Wielkiej Emigracji” (2016), „Depozyt Niepodległości. Rada Narodowa Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie 1939-1991” (ze Zbigniewem Girzyńskim, 2018) oraz „Podwójne życie emigranta. Rozmowa z Andrzejem Szadkowskim” (2019).

Podziękowania dla Anity za pomoc w zdobyciu jednego ze źródeł do tego tekstu, niedostępnego w dobie pandemicznego lockoutu bibliotek.
Gen. polskich nadziei - Władysław Anders, odc. 1
Zdjęcie główne: Gen. Władysław Anders (z lewej) z gen. Władysławem Sikorskim. Fot. PAP/Reprodukcja
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Piękne słowo „niezależność”
Dziesięciomilionowy związek był taranem pod osłoną którego działać mogły inne środowiska.
Historia Najnowsze wydanie
Czym zajmował się świat, gdy mieliśmy bolszewików na karku
Latem 1920 roku francuscy katolicy też mieli powody do radości: papież kanonizował Joannę d’Arc.
Historia Najnowsze wydanie
Czy raj położony był na księżycu?
Którego dnia i o której godzinie Adam i Ewa wzięli ślub?
Historia Poprzednie wydanie
Wojna, która pokazała, że przyszłość należy do Niemców
Gardził dziennikarzami, nazywał media „bronią Antychrysta”, ale sam chętnie z nich korzystał.
Historia Poprzednie wydanie
Warszawski zryw (nie)zwykłych ludzi
Czego nie wiesz o powstaniu? Zbiór tekstów poświęconych walkom w stolicy Polski i ich konsekwencjom