Kultura

Krew, sensacja i opętanie. Na metafizycznym widelcu

To opowieść o Polsce, w której zagościł Zły. Znalazło się tu też miejsce na zaprezentowanie racji (ale i uzurpacji, ale i histerii) feminizmu nowej fali: feminizmu, który stanowi podbudowę ideową „czarnych marszów” i akcji #Metoo, a także piętnowania mężczyzn jako „gorszego gatunku”, odwiecznych opresorów. Ta demagogia, nabierająca coraz większego rozmachu również w rzeczywistości, w fikcji powieściowej Piotra Zaremby przybierze prawdziwie piekielne rozmiary.

Horror to gatunek tak specyficzny, że nawet wśród fanów pisarstwa Piotra Zaremby nie wszyscy zdecydują się sięgnąć po jego najnowszą książkę. Ci jednak, którzy to zrobią, mają gwarantowane jedno doznanie: ogromne zaskoczenie. Zarówno entuzjaści horroru jako gatunku, jak ci, którzy niekoniecznie w nim gustują.

Zaliczając się do tej drugiej grupy, mogę się tylko cieszyć: pogodziwszy się z trybutem, jaki autor spłaca cenionemu przez siebie gatunkowi, otrzymałem wybitną powieść współczesną, panoramę postaw, słabości, obsesji polskich drugiej dekady XXI wieku.

Uważność Zaremby

Krytycy Piotra Zaremby nieraz zarzucają mu (choć zarzut to trochę chybiony) zbytnie rozproszenie: wybitny publicysta polityczny, wzięty historyk Stanów Zjednoczonych, a jeszcze – recenzent teatralny! A jeszcze (ostatnio) dramatopisarz! A jeszcze powieści – od debiutanckiego „Romansu licealnego”, przez tytuły mniej i bardziej pamiętane, z monumentalnymi „Zgliszczami” sprzed kilku lat, aż po „Horror licealny”!
Powieść Piotra Zaremby ukazała się nakładem Wydawnictwa Warszawskiego
Ja jednak nie krzywduję sobie z tą obfitością: owszem, po latach obcowania z pisarstwem Zaremby odkrywam, wydaje mi się, wspólny fundament i zasadnicze podobieństwo tekstów rzeczywiście ogromnie różnych gatunkowo. Czy mowa o dylematach koalicji i opozycji (tej lub innej), czy o rozterkach entuzjastów New Dealu, czy o dramatycznych przeżyciach grupy licealistów u progu dorosłości, jedno jest u Zaremby niezmienne: uważność dla ogromnej złożoności i wielowektorowości ludzkich motywacji i decyzji.

Nikt nie jest jednorodny – twierdzi autor (i jest, to jak widać, jego najgłębsze przekonanie), nie tylko w sensie katechizmowej prawdy, że nikt nie jest do końca zły ani dobry, ale i, że złudzeniem okazuje się „bycie z jednej gliny”. Nie ma żadnej jednej gliny: są pokłady doświadczeń, urazów, doznań, olśnień, wierności dawnym sprawom i nowych urzeczeń – i tkwią one w każdym, co powoduje, że żadna ludzka decyzja nie jest do końca przewidywalna (ani wykluczona). A jeśli dochodzi do interakcji między ludźmi, jeśli spotykają się dwie osoby z takim bagażem nawarstwień, pamięci, blizn – to złożoność relacji między nimi rośnie – modne słowo w czasach epidemii – wykładniczo.

Taką wiedzę o ludzkiej naturze można zdobyć (jeśli się chce) między innymi studiując historię – i, dzieląc z autorem „Horroru licealnego” radość pobierania nauk w tych samych murach Instytutu Historycznego UW lubię myśleć, że wpadłem na właściwy trop.

Ale taka mądrość jest oczywiście o wiele starsza i wcale niekoniecznie związana z Klio. Słychać ją i w Pascalowskiej maksymie „Przeczyć, wierzyć i całkowicie wątpić jest tym dla człowieka, czym cwał, bieg i galop dla konia”. Tak naprawdę, słychać ją u każdego, kto obserwuje bliźnich uważnie – nie redukując ich do wiązki prostych, szympansich odruchów, pasji na poziomie „kto – kogo” i „moje, nie twoje!”. Tak właśnie pisze o ludziach i Zaremba.

Tam, gdzie zagościł Zły

Złośliwi, których nigdy nie brakuje, już przed kilku laty zaczęli konstruowane przezeń analizy polityczne, w których docieka różnych motywacji aktorów naszej krajowej sceny, określać mianem „zarembizmu”. Niech sobie tak określają, entuzjaści bilardu, czy może gry w trzy kulki: mnie podobne podejście wydaje się jedynie możliwym.

„Wesele”, „Inny świat”, „Znaki”. Piotr Zaremba przedstawia swój ranking przedstawień Teatru Telewizji 2019

Zabawa makabrą, fatalizm i okrucieństwo, zderzenie na smoleńskich schodach, Szekspir w tempie netfilksowym. Teatr dla ludzi, a równocześnie nie pozbawiony ambicji.

zobacz więcej
Oczywiście, w powieści można dużo więcej: „Horror licealny” niesie więc ze sobą rozmach, krew, sporo krwi, i akcję przypominającą bardziej powieść sensacyjną niż rzecz o duchach i upiorach. Powiedzmy jedną rzecz od razu, starając się jak najmniej zdradzić z akcji, co przy tego rodzaju prozie jest niewybaczalne: element nadprzyrodzoności, nadludzkich możliwości, opętania, jest przez Zarembę wpleciony w realistyczną fabułę zgrabnie i dyskretnie.

To nie jest powieść o wampirach, utopcach, Necronomiconach i zombies, które przelatują na nietoperzych skrzydłach nad Warszawą, która równie dobrze mogłaby być Paryżem lub Pennsylwanią, bo stanowi tylko tło.

To powieść o Warszawie – i, przede wszystkim, o Polsce! – nam współczesnej, w której rzeczy niewyjaśnione zdarzają się, owszem, raz i drugi, ale współistniejąc z realiami. Ta książka pełna jest ludzi, z ich indywidualnymi historiami i z polską historią przez wielkie H; również z polityką przez bardzo małe p, z prokuratorami, ideologami i dziennikarzami.

To właśnie możliwe źródło rozczarowań dla entuzjastów kubłów krwi i wielostronicowych opisów skalpowania żywcem, dla miłośników klasycznych horrorów. A dla mnie, i pewnie dla wielu, źródło satysfakcji: to powieść o Polsce, w której zagościł Zły.
Szatan objawia się, kusi i zwycięża zarówno tu i teraz, jaki w Rosji Sowieckiej epoki NEP-u – zauważa Wojciech Stanisławski. Ilustracja Giennadija Kalinowskiego: Wielki bal u Szatana z „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa. Fot. Fine Art Images/Heritage Images/Getty Images
Nie na zasadzie naprędce skreślonej humoreski, jaką mógłby popełnić Marcin Wolski. Myśląc o sposobie, w jaki nadprzyrodzone zostało u Zaremby wplecione w „przyrodzone”, w spory o katolickie licea, o nową falę feminizmu, w stare i nowe w sądownictwie i prokuraturze, w codzienne, nieme udręki rozpadających się małżeństw, starzejących się mężczyzn i kobiet, zapracowanych pielęgniarek, o tricku literackim, który pozwolił skleić te dwie tak nieprzystające do siebie materie, myślałem o dwóch bardzo różnych arcydziełach literatury XX wieku: o „Doktorze Faustusie” Manna i o „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa.

W jednej i w drugiej powieści (których nie zestawiam tu z „Horrorem licealnym”, ani ze sobą, pisząc jedynie o zabiegu czysto warsztatowym!) szatan objawia się, kusi i zwycięża tu i teraz, w Rosji Sowieckiej epoki NEP-u czy w Niemczech lat 30. – pośród tramwajów i pociągów sypialnych, na tle (i za sprawą) kaca Stiopy Lichodiejewa albo upodobania Inez Rodde do morfiny.

Pycha modnego kaznodziei. Zakład z Panem Bogiem

Znany rekolekcjonista, teolog i autor błyskotliwych artykułów dotyczących wiary, pełniący rolę autorytetu dla „wykształconych z dużych miast”.

zobacz więcej
Jest w tym, nota bene, głęboka prawda teologiczna – Szatan nie jest przecież „ludkiem z różkami” z jasełek, folkloru czy komiksu, lecz osobowym, niematerialnym bytem, którego istotą jest wola czynienia zła, który kusi, uwodzi – i porzuca, działając w tym świecie, sięgając po tutejsze pokusy i grając na tutejszych słabościach. Tak jest u i Zaremby: to, sięgając tylko po jeden z wątków tej powieści, typowa historia o upokorzeniach, jakie fundują sobie wzajemnie nastolatki, o rodzących się z tego upokorzeniach, poniżeniach i zawiściach niszczącym tym bardziej, że nastoletniość to, wbrew wszelkim chojrakowaniom, czas wielkiej niepewności siebie. Tyle, że na linii otwockiej pojawia się ktoś, kto chce zagrać na tych zranieniach.

Nikt nie jest bez winy

Tak więc horror – ale horror metafizyczny. Ale i coś więcej: powieść Zaremby jest, jak już wspomniałem, naprawdę dobrą powieścią sensacyjną – taką, podczas lektury której zapominamy, że jest trzecia w nocy, wściekamy się na gapiowatość policji, marzymy o tym, żeby głównemu bohaterowi udało się poluzować więzy.

Tyle, że jednocześnie – a coś takiego zdarza się nawet rzadziej niż horror metafizyczny! – jest „powieścią idei”: jedną z tych, które mogą znużyć poszukiwaczy wartkiej akcji, bo kolejne zwroty fortuny okazują się tylko tłem, na którym prezentowane są racje wielu stron.

I kiedy padną już wszystkie strzały, odjadą wszystkie furgonetki, a my wrócimy do początku powieści, uderzy nas, że książka z krwawym widelcem na okładce może stanowić jedną z niewielu uczciwych panoram przemian społecznych i wielkich debat drugiej dekady XXI wieku.


W „Horrorze…” znalazło się miejsce na zaprezentowanie racji (ale i uzurpacji, ale i histerii) feminizmu nowej fali: feminizmu, który stanowi podbudowę ideową „czarnych marszów” i akcji #Metoo, i, sięgającego jeszcze szerzej, piętnowania całkiem na serio mężczyzn jako „gorszego gatunku”, jako odwiecznych opresorów. Ta demagogia, nabierająca coraz większego rozmachu również w rzeczywistości, którą widzimy za oknem, w fikcji powieściowej przybierze prawdziwie piekielne rozmiary.

Nobel dla Tokarczuk i Handkego – królewski figlik Gustawa XVI

Nad Wisłą spora część populacji nie lubi noblistki nie za splątanie losów Markiza w „Podróży ludzi Księgi”, lecz za dredy.

zobacz więcej
Tyle, że – jak to u Zaremby – nie ma dymu bez ognia, nic nie dzieje się bez przyczyny: „mizantropia” nowego chowu, obsesyjna nienawiść do mężczyzn jako takich, bierze swój początek w rzeczywistych krzywdach i upokorzeniach.

Rewersem tego zjawiska jest opisywana wielokrotnie, przez poważnych socjologów, słabość młodych mężczyzn (pół wieku temu nazwano by ją „zniewieścieniem”): wycofujących się z realnego życia, obawiających oskarżeń, uciekających w uciechy incelów: fantazjowanie o przemocy, konsumowaną bez umiaru twardą pornografię.

Równie ciekawie i szczegółowo rozpisany został inny współczesny konflikt polski: zmagania między antyklerykalizmem nowej generacji a obrońcami Kościoła, coraz bardziej spychanymi do defensywy.

I znów, tak jak w akapicie powyżej, trzeba podkreślić, że, w odróżnieniu od tylu tekstów prawicowych pisarzy, publicystów i blogerów, u Zaremby nie mamy do czynienia z płaskim pamfletem, nawet nie z „powieścią z kluczem”, w której pod czytelnymi pseudonimami kryliby się prof. Magdalena Środa czy ks. Tadeusz Rydzyk. Nie, to opis uważnego obserwatora i słuchacza, który potrafi odnotować nowe frazy antyklerykałów, wyzwolonych z dawnej uprzejmości, atakujących bez pardonu „wszystko, co się w parafiach wyrabia” – ale i potknięcia, zadufania, pychę drugiej strony: miękki, zbyt miękki jedwab sutanny księdza dyrektora szkoły, samozachwyt działaczy podziemnej „Solidarności”, po trzydziestu latach – rzutkich biznesmenów, przekonanych, że cały świat należy do nich, że odwagą sprzed 40 lat zdobyli sobie na zawsze prawo do patrzenia na świat z wyżyn willi w Międzylesiu.
Zarembie starczyło uważności na język i krajobrazy, pisze Stanisławski. Na zdjęciu: rondo Wiatraczna na warszawskim Grochowie. Fot. Jaap Arriens/NurPhoto via Getty Images
Nikt nie jest do końca bez winy. Ale i nikt nie jest bez racji. W powieściach Zaremby, przekonuję się o tym nie po raz pierwszy, jest mądry, spokojny smutek późnej dorosłości, która poznała już wszystkie ograniczenia i upadki. To nie „panświnizm”, którym lubią szermować różni powieściopisarze, nurzający swoich bohaterów to w trunkach, to w jacuzzi, to we wszelkich możliwych płynach ustrojowych. To raczej wiedza o tym, że – jak śpiewał dawno temu pewien brodacz z gitarą, przywołany zresztą w „Horrorze” – „Wszyscy jesteśmy godni litości”.

Przewodnik po Saskiej Kępie i Grochowie

A jeszcze, jakby mało było tych panoram, tych prawd, Zarembie starczyło uważności na język i krajobrazy. Wszystkim ucieka slang nastolatków, przychodzi dopytywać po kątach, czym są Insta, tik-toki i imaginy: niektórym jednak najwyraźniej ucieka mniej, słuchają uważniej, a zapis cywilizacyjnych i obyczajowych przemian, jaki możemy znaleźć w „Horrorze..” jest tego dowodem.

A jeszcze – opis kawałka świata. Są powieści, które mogłyby się dziać wszędzie, do których z łaski, w imię realizmu, dorzucono cenę kilograma ziemniaków i kilka nazw ulic. Z tą książką w ręku można chodzić pograniczem Saskiej Kępy, Grochowa i Skaryszaka (Skaryszaka czy Parku Paderewskiego? – Zaremba słyszy nawet takie różnice języka i rodowodów!) i nie zgubić się ani razu.

Warto chodzić z tą książką, warto ją przeczytać – nawet, jeśli przechodniów zdumiewać będzie i zwodzić widok okładki z ociekającym krwią widelcem.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
17 mgnień wojny. Bitwa Warszawska w literaturze
A gdyby w wojnie bolszewickiej Polska poniosła klęskę? I czerwona zaraza zalała cały Stary Kontynent?
Kultura Poprzednie wydanie
Sylwia z Gibalaka
Wiesz, co zrobiono takiemu, co donosił? Obcięto nogi. Nożem. A potem zacisnęli drutem i po sprawie.
Kultura Poprzednie wydanie
Magia groźnych praktyk voodoo
W Paryżu Teresa Tyszkiewicz rozkręciła się artystycznie.
Kultura wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Hollywood samo się cenzuruje. Dla Pekinu. Za pieniądze
„Top Gun”, „Piratów z Karaibów”, „Mission Impossible”, „Bohemian Rhapsody”… Te filmy zmieniono dla Chińczyków.
Kultura wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Magiczny śpiew i koszmarne życie Kasi Sobczyk
Ten jeden rok, który spędziłem z moją matką, to nie było dużo. Ale rok to więcej niż nic – mówił jej syn Sergiusz. Skrzywdziła swoje dzieci i nie mogła o tym zapomnieć.