Historia

„Wujek” w kajaku, prymas w Tatrach i co jeszcze? Jak nie ucukrować „świętej historii”

Twórcy warszawskiego Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego stanęli przed dylematem młodopolskiego malarza Jana Styki. Wedle cierpkiej anegdoty, artyście szykującemu się do kolejnego malowidła ołtarzowego ukazał się Chrystus i przemówił: „Nie maluj mnie na kolanach, maluj mnie dobrze”. Jak może wyglądać współczesna „Biblia Pauperum”, żeby nie urazić dorosłego odbiorcy landrynkowością kolorów, ckliwością rysunku?

Łódź Piotrowa. Księga. Papamobile. „Nie lękajcie się”. „Niech zstąpi Duch Twój”. Kremówki. „Mówię do was – i za was”. Westerplatte. Każdy w Polsce prócz małych dzieci i troglodytów, włącznie z najbardziej zapiekłymi antyklerykałami, zna co najmniej kilkanaście obrazów i cytatów z tego zbioru. Mimo zmieniającej się pozycji Kościoła we współczesnym społeczeństwie, niejednej wymierzonej przeciw niemu inicjatywy społecznej czy medialnej, mimo nostalgii za „pokoleniem JP II” (które, nie da się ukryć, nie zdominowało współczesnego życia politycznego ani społecznego tak, jak marzyli jego heroldzi przed piętnastu laty) – „opowieść o papieżu” ciągle pozostaje najbardziej powszechnie znaną narracją dotyczącą współczesnych dziejów.

Opowieści o Piłsudskim, wojnie, komunizmie, Solidarności i jej bohaterach bywają pokawałkowane, rozdwojone (za przykład mogą posłużyć choćby dwie sprzeczne ze sobą historie o strajku w stoczni czy o Okrągłym Stole), a nieraz zapomniane. „Alternatywna” czy „demaskatorska” opowieść o Karolu Wojtyle, mimo wysiłków wszystkich autorów mu wrogich: od Jerzego Urbana po Stanisława Obirka, na poziomie rozpoznawalnej społecznie narracji na szczęście nie funkcjonuje.

Podobnie funkcjonuje społecznie pamięć o Prymasie Tysiąclecia Stefanie Wyszyńskim.

Przesłodzone kremówki

Narracja bywa jednak, umówmy się, mocno ucukrowana. Często sprowadzona jest do kilkunastu powtarzalnych, ckliwych elementów.

Oczywiście – takie są prawa opowieści masowej, w znacznej mierze ludowej, chociaż zarazem umacnianej i replikowanej przez edukację szkolną i kościelną. Ten splot spontanicznych inicjatyw, szkolnictwa i kultury masowej owocuje narracją o „Karolu, który został papieżem”: półsierota, dobry uczeń, kremówki, polonistyka, Solvay, Sapieha – i tak dalej. Bywa, paradoksalnie, że podobne zestawienie scenek najbardziej irytuje nie letnich antyklerykałów, którym osoba Wojtyły jest w zasadzie obojętna, lecz tych, dla których jest ważna, którzy usiłują z tamtego pontyfikatu, z tamtej ofiary nadal wydobyć dla siebie coś więcej niż licheński oleodruk.
Rok 1979. Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski. Spotkanie z kardynałem Stefanem Wyszyńskim w Krakowie. Fot. PAI-Foto.pl / ullstein bild via Getty Images
Oczywiście, kto szuka, ten znajdzie: wiele można wymienić środowisk duszpasterskich i naukowych, gdzie myśl nad osobą i dorobkiem zmarłego papieża jest podejmowana twórczo i bez uproszczeń. A jednocześnie zawsze potrzebna będzie opowieść bardziej popularna, dostosowana do odbiorcy mniej wymagającego albo stawiającego pierwsze kroki w dziele poznawania świata: wycieczek szkolnych, seniorów, Polonusów.

Jak może wyglądać współczesna „Biblia Pauperum”, żeby nie urazić dorosłego odbiorcy landrynkowością kolorów, ckliwością rysunku?

Zadawałem sobie to pytanie, zwiedzając warszawskie Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego, od końca lutego tego roku dostępne dla wszystkich (jesienią ub. r. miało miejsce uroczyste otwarcie, potem przyjmowane były wycieczki szkolne i organizowane wystawy objazdowe, a następnie z powodu pandemii zostało zamknięte), równolegle funkcjonujące pod nazwą z „zakodowanym” wersem Ewangelii: Muzeum Mt 5,14.

Wyzwanie, jakie stanęło przed jego twórcami, było naprawdę pokaźne: musieli pogodzić ze sobą ogromne oczekiwania i niełatwe realia.

Spajał wspólnotę, stał na straży wartości i pamięci. Ostatni król Polski Jan Paweł II

Dariusz Karłowicz, filozof: Przez długi czas III RP ratowała obecność Jana Pawła II. Kiedy go zabrakło, problemy wybuchły ze zdwojoną siłą.

zobacz więcej
Swoje marzenia związane z muzeum miały instytucje nadzorujące (muzeum jako jedna z niewielu placówek tego typu działa na mocy porozumienia Archidiecezji Warszawskiej oraz MKiDN, znajdując się pod ich wspólnym nadzorem). Swoje – opinia publiczna, zniecierpliwiona trochę wieloletnią realizacją projektu (przypomnijmy, że nadal niewykończona w pełni Świątynia Opatrzności Bożej jest, jeśli uwzględnić uchwałę Sejmu Wielkiego z 5 maja 1791 r. o wzniesieniu „Świątyni Najwyższej Opatrzności”, bez wątpienia najdłużej budowanym kościołem katolickim na ziemiach polskich) i różnymi kontrowersjami dotyczącymi wyboru projektu, tempa budowy i sporów o jego finansowanie.

A jednocześnie projektanci musieli zmierzyć się z nieprzebranym dorobkiem tych, którzy usiłowali opowiedzieć o papieżu i prymasie przed nimi. A byli wśród nich wielcy: George Weigel i Krzysztof Zanussi („Z dalekiego kraju”), eseiści i poeci. Istnieją już papieskie muzea, istnieją setki biografii, istnieją wagony popkulturowej literatury popularyzatorskiej, choćby w postaci kolorowanek i książeczek dla najmłodszych.

Dylemat Styki

Mniejsza o to. Pisząc o napięciu między oczekiwaniami i realiami, myślę przede wszystkim o tym, co wiąże się z projektowaniem stałej wystawy muzealnej: o ograniczeniach wynikających z niedługiego czasu na realizację projektu, z niewielkiej (i bardzo „nieustawnej”) przestrzeni, wymogów architektonicznych i budowlanych, względów bezpieczeństwa (wieloosobowe wycieczki!), ograniczonego budżetu, trudności z pozyskaniem oryginalnych, cennych i poruszających wyobraźnię eksponatów, z ich należytym przedstawieniem i ze zbudowaniem wokół nich spójnej i wciągającej opowieści.

Proszę mi wierzyć, przed takim wyzwaniem stoi każde muzeum „tematyczne”, choćby przedmiotem jego starań było stworzenie narracji o zagadnieniu lokalnym, niszowym i nie budzącym kontrowersji.

Sięgnę w tym miejscu po fikcję, nie chcąc uchybić trudom żadnego rzeczywistego muzealnika.

Wyobraźmy sobie tworzenie muzeum, poświęconego historii uprawy lnu na Kujawach lub osobie Marianny Stećko, zapoznanej twórczyni wycinanek o tematyce apokaliptycznej z rzeszowskiego. Pomyślmy: jak zdobyć, w wiele lat po tym, jak opisywane zdarzenia i postaci przeszły do lamusa, kompletne wyposażenie roszarni (to w pierwszym przypadku) lub nożyce pani Marianny, których używała na przemian do strzyży owiec i wyrobu wycinanek, w końcu zaś oddała wnuczce w posagu? Jak uczynić jedno i drugie centralnym elementem ekspozycji? Jak ożywić opowieść, bez uciekania się do zbyt teatralnych i prostackich efektów scenograficznych? W których miejscach oryginały wolno zastąpić wiernymi naśladownictwami? Gdzie, nie dysponując żadną pamiątką, można uciec w zakole opowieści o zjawisku analogicznym – o tłoczniach oleju rzepakowego lub o snycerzu z Sanoka?
Większość informacji w sferze „Zuzela” sporządzono w dwóch językach, polskim i rosyjskim. Fot. Muzeum Mt 5,14
A przecież powyższe, żartobliwe przykłady dotyczą sfer naprawdę marginalnych. Wyobraźmy je sobie, przemnożone przez rangę bohaterów opowieści, którą musiało przygotować Muzeum Mt 5,14: świętego oraz duchownego, który, choć jego beatyfikacja z powodu pandemii została przełożona, będzie wyniesiony na ołtarze. Ludzi o kluczowym znaczeniu dla współczesnej historii Polski, a w przypadku św. Jana Pawła II – również świata. Przywódców, którzy w żadnym razie nie byli „świętymi klauzurowymi”, funkcjonującymi trochę poza swoim czasem: wręcz odwrotnie, najściślej wpisanych w dramatyczną, wciąż żywą, pamiętaną i dyskutowaną historię Polski w XX wieku.

Wreszcie – bohaterów, jak wspomniałem na wstępie, bez przesady tysięcznych opowieści, opisywanych w filmach, podręcznikach, komiksach i hagiografiach, przywoływanych w przemówieniach mężów stanu, w wypracowaniach trzecioklasistów i we wspomnieniach domowych; malowanych, filmowanych i odlewanych w spiżu. Obecnych w pamięci, w nazwach ulic, na cokołach, ba! – posiadających już poświęcone sobie muzea i izby pamięci.

Wszelkie, najdrobniejsze obiekty z nimi związane były, a jeśli jeszcze ocalały, nadal są przedmiotem zaciekłej rywalizacji wiernych, historyków i kolekcjonerów; każda rzecz ma szansę stać się jeśli nie relikwią, to pamiątką narodową.

Prymas, który przelicytował komunistów

Kardynał Stefan Wyszyński postawił na „katolicyzm ludowy”.

zobacz więcej
Pamięć natychmiast przywołuje pyszną, choć cierpką anegdotę z młodopolskim czasów: o Janie Styce, szykującym się do kolejnego malowidła ołtarzowego, do którego Chrystus przemówić miał słowami: „Nie maluj mnie na kolanach, maluj mnie dobrze”. Jak stworzyć wizerunek jakościowo dobry, a zarazem – w obu znaczeniach tego słowa – wierny? Jan Styka nie był ostatnim, któremu przyszło się zmierzyć z tym dylematem.

Dwie skale, jedna opowieść

Co więcej, dwaj duchowni, przez większość życia bliscy sobie duchowo i intelektualnie, solidarni i ściśle współdziałający jako duszpasterze Kościoła polskiego – zarazem, przynajmniej od konklawe w październiku 1978 roku działali, trzeba to tak powiedzieć, na różną skalę.

Domeną Karola Wojtyły, jego łodzią, przy wszystkich szczególnych związkach z Polską, stał się Kościół powszechny. Różne zatem (od pewnego momentu) skale i obszary działania, różne drogi, różny kres życia – i, narzucona formułą muzeum, konieczność splecenia tych wątków w jedną opowieść.

Opowieść, którą w dodatku zmieścić trzeba na dwóch tysiącach metrów kwadratowych, na wysokości kilku pięter nad ziemią, w przestrzeni jedynej w swoim rodzaju, nasuwającej różne skojarzenia, ale też stanowiącej gigantyczne wyzwanie dla projektanta: ogromnego „torosa” czy też pierścienia, otaczającego podstawę kopuły świątyni. Doprawdy: słowo „wyzwanie”, zwykle będące tylko kalką angielskiego „challenge”, najstosowniej opisuje sytuację ekipy muzealników.

Tym bardziej, że wiele rozwiązań jest przewidywalnych. Już jadąc na krańce Wilanowa, na ul. Prymasa Hlonda róg Alei Rzeczpospolitej, można zakładać się w myślach z samym sobą, czego nie może zabraknąć. Ciąg „od narodzin do śmierci”.
A co zawrzeć w opowieści o Janie Pawle II? Zamach na placu św. Piotra? Ale co jeszcze? Fot. Muzeum Mt 5,14
Dzieciństwo w II RP. Ksiądz Wyszyński jako kapelan Armii Krajowej i jego internowanie przez komunistów. Nowenna i Millenium. Zamach na placu św. Piotra. Co jeszcze? Jakieś zdjęcia prywatne, ocieplanie wizerunku? „Wujek” w kajaku? Prymas na wycieczce w Tatrach? Nagrane relacje świadków, którzy spotykali ich osobiście? Slideshow z setki papieskich pielgrzymek?

Tak, wiele przypuszczeń się sprawdza. Ciągu narracyjnego „od narodzin do śmierci” nie sposób ominąć, jak i drobnych niedogodności interpretacyjnych, jakie to stwarza.

Stefan Wyszyński urodził się o 19 lat wcześniej niż Karol Wojtyła, w zupełnie innej epoce i miejscu: w „kongresowej” guberni rosyjskiej, w roku 1901, kiedy władza cara Mikołaja II zdawała się wieczna i niewzruszona. Po przejściu więc dwóch pierwszych sal, ograniczonych do montażu scen filmowych I pielgrzymki, właściwa opowieść zaczyna się od przywołania narodzin, dzieciństwa i formacji małego Stefka na pograniczu Podlasia i Mazowsza, z mocnym przywołaniem barwy tamtego czasu.

Kapitel świątyni, skan okładki

Tam też zastosowano jeden z najciekawszych zabiegów scenograficznych w muzeum: większość informacji w sferze „Zuzela” sporządzono w dwóch językach, polskim i rosyjskim i w dwóch alfabetach, widocznych pod różnym kątem, jak przy oglądaniu panoramicznej pocztówki. Wiadomo, że nie chodzi o dostępność informacji dla rosyjskojęzycznych zwiedzających (w pozostałych salach, jak wszyscy, czytać będą objaśnienia w języku polskim i angielskim), lecz o ukazanie dominacji języka i kultury rosyjskiej na ziemiach tamtego zaboru, tego, że pierwszym odruchem kilku, potem kilkunastolatka musi być w takich okolicznościach dążenie do wykrojenia autonomii czy niezależności.

Ojciec dał mu wiarę i charakter. Od matki nauczył się cierpienia. Rodzice papieża

„Miłość moich najbliższych dawała mi poczucie bezpieczeństwa i mocy" – mówił Jan Paweł II na wadowickim rynku w czasie pielgrzymki do ojczyzny w 1999 roku.

zobacz więcej
Czy scenografia tłumaczy to wystarczająco? Chyba tak, a przy okazji w tej samej sali mamy do czynienia z jeszcze jednym ujmującym zabiegiem, do jakiego uciekała się ekipa twórców Muzeum Mt 5.14: do sięgnięcia, z braku eksponatów najbardziej wymownych, po takie, które są dostępne, i budowania opowieści przy ich pomocy.

Prowadzona tekstami i zdjęciami narracja przypomina zburzenie po odzyskaniu w roku 1918 soboru św. Aleksandra Newskiego na Placu Saskim, symbolu niewoli. Przydałby się jakiś obiekt z soboru, ale nic z tego, podzielono je już w latach 20. X wieku: granit trafił na cokół pomnika Kilińskiego i schody Państwowego Instytutu Geologicznego, mozaiki do kościoła Zbawiciela…

Muzealnikom udało się jednak znaleźć kolumny z cerkwi św. Olgi, kameralnej, wzniesionej u stóp Łazienek, niedaleko dzisiejszego Torwaru i również zburzonej w II RP. Kapitel neobizantyjskiej kolumny nieoczekiwanie świetnie uzupełnia opowieść o „odzyskiwaniu przestrzeni”, zaspokaja potrzebę autentyzmu.

Narodziny Karola, które miały miejsce w lecie 1920 roku, w migotliwym cieniu wojny polsko-bolszewickiej, w galicyjskich Wadowicach, opisane są w sąsiedniej salce, bez porównania skromniej.

Nacisk opowiadających położony został na przywołanie dramatyzmu zmagań w roku 1920, a zarazem na rozpoczynającej się wówczas konfrontacji Polski z komunizmem, która naznaczy cały polski XX wiek. Może też – tego możemy się tylko domyślać – zabrakło w tym przypadku pamiątek rodzinnych, nieporwanych na relikwie śpioszków? Dość, że zamiast nich mamy pierwsze publicystyczne i kaznodziejskie szkice młodego ks. Wyszyńskiego, poświęcone polemice z komunizmem jako systemem,

To dobry pomysł, i dobrze było skonfrontować je z kilkoma kolumnami wydawanego w latach 20. i 30. w ZSRS dziennika „Bezbożnik na stankie” („Bezbożnik przy warsztacie”) ze skatologicznymi karykaturami antyreligijnymi w stylu „Nie”, by pokazać bardzo namacalnie, z jakim smokiem podejmowana była ta polemika.

Szkoda natomiast, że widoczne na wystawie kolumny „Bezbożnika..” to wielkoformatowe, barwne wydruki z polskiego artykułu w „Wikipedii”, ukazujące skany okładek dziennika znajdujące się w zbiorach Instytutu Hoovera. Czy naprawdę nigdzie kuratorom nie udało się dostać oryginału któregoś z numerów ukazującego się kiedyś w kilkudziesięcznotysięcznym nakładzie pisma? A jeśli nie – zeskanować okładkę bez ołówkowych not amerykańskiego archiwisty?

Uwaga, ptaszek!

Widać, że te rozterki stale towarzyszyły twórcom wystawy. Oryginał czy faksymile? Idea faksymile wygrała, jak się wydaje, w module „Polska”, w którym zmieszczono opowieść o dzieciństwie Karola, początkach kariery kapłańskiej Stefana, wojnie 1920 roku i odbudowie II RP (w tym struktur i katedr Kościoła), a całość spointowano dwoma galowymi sutannami prymasa i papieża: jasnoczerwoną i kremowobiałą.
Repliki jak spod igły. Fot. Muzeum Mt 5,14
Sutanny prezentują się pięknie, od barw narodowych mocniej bije serce – od razu jednak widać, że repliki jak spod igły uszyte zostały w muzealnej pracowni, zaś oryginały, jak nietrudno się domyślić, pochodziły z zupełnie innego czasu niż triumfalne lata 20.

Czy zatem ta kropka nad i nie jest w tej części ekspozycji zbyteczna? I co stałoby się – zadaję to pytanie półżartem – gdyby los tak zrządził, że Polska miałaby inne barwy narodowe, ot, choćby takie jak Rumunia czy Brazylia? Czy i wówczas szylibyśmy sztandary z sutann?

Oryginały pojawiają się w innych miejscach ekspozycji – i tam myślałem z uznaniem o inwencji kuratorów, którzy podjęli wysiłek, by przywołać smak opowiadanego czasu, zakotwiczyć opowieść w rzeczywistym doświadczeniu i pamięci przy pomocy środków nieoczywistych.

Dwa tego przykłady to moduł poświęcony okupacji na ziemiach polskich i drugi (chronologicznie wcześniejszy, na ekspozycji mieszczący się o kilka kroków dalej), opowiadający o wczesnej młodości Karola Wojtyły: znanych wszystkim próbach poetyckich, pierwszym roku na Wydziale Polonistyki UJ, aktorstwu na deskach Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka…

Jak można by sobie wymarzyć opowieść muzealną o tym szczęśliwym, przedwojennym roku, gdybyśmy dysponowali wszystkimi pamiątkami świata?

Liberalne salony dorabiają gębę św. Janowi Pawłowi II

Dziennikarka katolickiego „Tygodnika Powszechnego” (!) przywołuje dziś zasadę „rozdziału państwa i Kościoła”, przyjętą w Konstytucji PRL w roku 1952, czyli w czasach stalinowskich.

zobacz więcej
Wiadomo: na takiej „ekspozycji idealnej” powinien się znaleźć indeks pilnego studenta pierwszego roku, kostium, przy pomocy którego przyoblekał się w słynnego „zodiakalnego byka” w „Kawalerze księżycowym”, wystawionym na scenie przez „Studio 39”. Do tego grzebień, który czesał bujną czuprynę, czapka, narty, pokreślony brulion z pomysłami poetyckimi, kartka z adresem Jana Tyranowskiego, mistrza duchowego młodego Wojtyły. Kto wie, może nawet podana pod stołem żartobliwa kartka od koleżanki z grupy?

Można sobie wyobrażać, ile warta byłaby każda z takich pamiątek, gdyby wypłynęła dziś na jakiejś aukcji, bodaj i w protestanckim Sotheby’s. Tyle, ze raczej nie wypłyną: tu przeszła wojna, popioły spłynęły do morza; kilka zachowanych kartek ze śladami pisma młodego Wojtyły strzeżone jest w sejfach Watykanu i Episkopatu.

Twórcy ekspozycji zadziałali w tej sytuacji w sposób dobrze świadczący o ich inwencji: zdobyli (przypuszczam, że w grę wchodzić musiała poważna kwota) kompletne wyposażenie krakowskiego zakładu fotograficznego Pawła Bielca, w którym zrobił swój portret dumny pierwszoroczniak. Statywy, siedziska, złożone w harmonijkę ryje staroświeckich aparatów…

Jest w tym oczywista uroda przeszłości (skóra, mosiądz, ciemne szkło), jest urok mieszczańskiego, niezmiennego, „przedwojennego” Krakowa, jest nawet – dla kogoś, kto uważniej wyczuwa konteksty i sensy – cień zgrozy, świata martwego i odeszłego w przeszłość, jak w „Umarłej klasie” Kantora. A zarazem jest to autentyk, jakiego nie ma i mieć nie będzie żadne inne papieskie muzeum: tak, to właśnie przed tym obiektywem Karol uśmiechał się, siadał, wstawał, posłusznie poprawiał czapkę studencką, żeby po chwili znów przekrzywić ją zawadiacko.

Diorama z LWP

Ta formuła sięgania po dostępny autentyk nie zawsze się sprawdzała. W module „Okupacja”, jedynym z najbardziej zagęszczonych (na kilkudziesięciu metrach opisuje losy Polaków i Kościoła w latach 1939-1945) można by sobie wyobrazić dziesiątki eksponatów różnej rangi: od pamiątek po duchownych, którzy zginęli, pełniąc posługę, czy to wyniesionych na ołtarze, jak biskup Michał Kozal, czy tych pamiętanych tylko przez najstarszych parafian, po dowody posługi duszpasterskiej: rękodzielnicze paramenty z obozów koncentracyjnych czy z Syberii. Bodaj – po elementy „warszawskich kapliczek podwórzowych”, tego fenomenu okupacyjnej duchowości.
Walizeczka w patriotycznym entourage'u. Fot. Muzeum Mt 5,14
Na wystawie znalazł się zamiast tego eksponat nietuzinkowy: polowa walizka z paramentami i szatami liturgicznymi, należąca pod koniec wojny do ks. Jana Rdzanka, kapelana 9 dywizji piechoty II Armii Ludowego Wojska Polskiego. Ks. Rdzanek przeżył masakrę oddziałów II Armii nad Łabą, już po wojnie brał udział w pacyfikowaniu wiosek ukraińskich przez oddziały KBW, ale o tym opis walizki (wyeksponowanej zresztą w mocno archaiczny z punktu widzenia sztuki muzealnicznej sposób, w swego rodzaju dioramie: w tle bielą się brzozy, drzewa patriotyczne, ale dość rzadkie w krajobrazie Łużyc) milczy.

Oczywiście, duszpasterstwo polowe to ważny rozdział w służbie duchownych podczas wojny. Pytanie, czy jednak w tym przypadku umieszczenie samego eksponatu oraz zwięzłej informacji o przydziale wojskowym ks. Rdzanka nie przekazuje zarazem swego rodzaju półprawdy.

Te dwa pokrewne sobie rozwiązania wystawy stałej (udane – z atelier, niezbyt udane – z walizeczką) pokazują, jak jej twórcy radzili sobie z niezawinionym przez nich ubóstwem materiału.

Moduł „Okupacja” pokazuje zarazem inny dylemat, przed jakim stanąć musi każdy muzealnik: jak zmieścić ogromną ilość materiału – fakty, cytaty, zdjęcia i zależności – w ograniczonej przestrzeni? Mniejsza zresztą o samą przestrzeń, można przecież napisać wszystko maczkiem. Tak naprawdę chodzi o „chłonność” zwiedzającego, o jego zdolność do przyswojenia różnego rodzaju danych i wrażeń i przetworzenia ich w ten sposób, by w jego wyobraźni zachowała się panorama, a nie chaos.

Często stosowanym w muzealnictwie rozwiązaniem jest mnożenie poziomów opowieści: na pierwszym, podstawowym, można rozwinąć węzłową narrację, umieszczając dziesiątki wątków pobocznych, całą złożoność materii historycznej, gdzieś na uboczu, „dla chętnych”. Można te dodatkowe dane i eksponaty gromadzić w bocznych salach, w przepastnych szufladach albo w wirtualnej przestrzeni ekspozytora, gdzie zmieści się i milion zdjęć. Znudzona wycieczka przekopytkuje głównym szlakiem w minutę, a ktoś, kogo zaciekawi wybrana kwestia, może spędzić w jednej sali i cały dzień.

Stał się wyrzutem sumienia polskich biskupów. Niemiec, który bronił prymasa

Kardynał Stefan Wyszyński wspominał, że w chwili próby nie opuścił go tylko Niemiec oraz pies, który ugryzł jednego z ubeków.

zobacz więcej
Jeśli nie sięgniemy po tego rodzaju rozwiązania grozi nam natłok (przestrzeń gęsta od reprodukcji, eksponatów i dat, które walczą naszą uwagę) albo skróty nazbyt już rażące, robiące wrażenie cięcia siekierą – niczym w ten anegdocie literackiej z brodą, w której Zenon Przesmycki (Miriam) wygłaszający długi referat o Mickiewiczu, poproszony przez prezydium o zwięzłość, bo czas goni, speszył się, zaczął nerwowo przerzucać stos kartek, by w końcu wypalić „no i potem umarł w Konstantynopolu”.

Wydaje się, że twórcom Muzeum Mt 5,14 zabrakło trochę gotowości, by zdecydować się na to rozbudowanie dodatkowych poziomów. „Okupacja” to jedna ze stref wystawy, gdzie ten natłok szczególnie uderza. Wiadomo, że dziejom wojny na ziemiach polskich poświęcić można ogromne muzeum, nie jedną salkę, i też niełatwo będzie zadowolić wszystkich odbiorców. Co dopiero mówić o dwóch ciągach gablot i mocnym elemencie scenograficznym, jakim są ściany z oksydowanej blachy?

Może należało bardziej zaufać wiedzy lub wyobrażeniom, posiadanym już przez zwiedzających, i na ich tle szkicować losy konkretnych postaci, bodaj głównych bohaterów muzeum?

Siedem znaczeń słowa „las”

Być może wyzwaniem okazała się właśnie próba opowiedzenia nie o nich, lecz o całym przedziale dziejów: druga bowiem strefa, gdzie doświadczyć można natłoku, to kilkunastometrowy, blaszano-lustrzany labirynt, zatytułowany „Zło dobrem zwyciężaj – PRL”, który przeprowadzić ma nas przez burzliwe ćwierćwiecze Polski od epoki Millenium po stan wojenny – i zaangażowania w nie polskiego Kościoła.

Jest więc czarno i solidarycowo, jest, a jakże, tarcza ZOMO, zdjęcie „polewaczki” z Radomia w roku 1976, jest też naprawdę udany mural Jana Młodożeńca.

Konia z rzędem jednak temu, kto zapamięta z tego labiryntu więcej nad to, że pałowano, było groźnie, a robotników wspierał ks. Roman Kotlarz. To prawda – ale mocno jednak upraszczająca prawdziwy labirynt, jakim były polskie drogi do wolności od roku 1966 do 1989.

Czasem zagrożeniem dla przejrzystości muzealnego przekazu bywa pragnienie włożenia do gabloty całego podręcznika, czasem – uproszczenia, a czasem – próba wtłoczenia zbyt wielu znaczeń w ograniczoną przestrzeń i scenografię.
Nie do końca i nie od razu można wyczytać te sensy z tej scenografii - pisze autor. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Przykładem tego ostatniego ryzyka jest z kolei strefa o pięknej zresztą nazwie: „Będziesz miłował”. Wiadomo (kłania się raz jeszcze ta wiedza rozproszona, którą większość z nas zgromadziła jakoś na mszach, konferencjach i kartkując książki): to fraza zapisana na nadpalonej kartce, przywianej z płonącej Warszawy w sierpniu 1944 przez ks. Wyszyńskiego, kapelana kampinoskiej AK. Te słowa mogły pochodzić aktu ofiarowania lub listu miłosnego – ksiądz prymas uznał je za testament walczącej stolicy.

I niech ta interpretacja pozostanie obowiązująca. Strefa „Będziesz miłował”, chronologicznie umieszczona po „Okupacji”, przywołać zaś ma właśnie pamięć o Powstaniu Warszawskim, prócz tego zaś doświadczenie partyzantki, poniewierki, Żołnierzy Wyklętych, a zarazem opowiedzieć o pierwszych powojennych latach ks. Wyszyńskiego aż po jego uwięzienie na dnie nocy stalinowskiej.

To już dużo: nie do końca i nie od razu można wyczytać te sensy ze scenografii, stworzonej przez artystę tak wybitnego, jak Jerzy Kalina.

Rzędy równo rozmieszczonych niczym w sadzonej „pod sznur” plantacji, częściowo okorowanych, podwieszonych u sufitu sosnowych pni kojarzą się, owszem, z lasem – ale lasem nienaturalnym, przetworzonym, steatralizowanym, lasem scenograficznym. Najbardziej może – z „leśną” kaplicą w podwarszawskich Laskach. Wielbicielom mocnych scen z krwawych filmów historycznych, bodaj z „Bravehearta” – może z izbą pełną wisielców?
Tymczasem z noty objaśniającej dowiadujemy się, że owszem, mamy do czynienia z symbolem „wszystkich lasów, w których walczyli i ginęli polscy partyzanci, powstańcy, żołnierze antykomunistycznego podziemia”, ale też z „lasem katyńskim”, z aluzją do Puszczy Kampinoskiej, gdzie swoją posługę kapelana AK pełnił ks. Wyszyński, ale też, że „ucięte sosny wyrastające z rzymskich kolumn symbolizują próbę odcięcia Polaków od korzeni – cywilizacji łacińskiej”.


Czy nie za dużo tych sensów? Owszem, w naszej kulturze bywają obecne znaki i symbole, zawierające dużą ambiwalencję symboliczną: ogień bywa symbolem łaski, gniewu lub wręcz potępienia, różnie bywa odczytywana w alfabetach kultury czerwień, żółć albo biel. Czymś wyjątkowym jednak jest nadawanie temu samemu znakowi znaczeń z gruntu sprzecznych: „las partyzancki” (matecznik udzielający schronienia, bezpieczne miejsce we wrogim świecie) jest wszak czymś zupełnie innym niż „las katyński” (znak klęski, zagłady, przegranej i zniszczenia), oba też nader odległe są od „lasu kolumn” – znaku śródziemnomorskiej cywilizacji, do której Polakom tęskno.

Wielka łódź, wielkie obrazy

Powie ktoś, że się czepiam – krytyczny wobec tłoczenia zbyt wielu treści w niewielkiej przestrzeni i wobec upraszczania przekazu, wobec mnożenia sensów symbolicznych i wobec ograniczania się do jednego.

Gigantyczna łódź (a właściwie statek, średniowieczna koga) stanowi nie tylko największe rozmiarami, ale i najciekawsze rozwiązanie przestrzenne, mieszczące większość opowieści o pontyfikacie Jana Pawła II – a jednocześnie można mieć wrażenie, że to odwołanie się do toposu „łodzi Piotrowej” jest nazbyt już oczywiste, że można było odwołać się do innych rozumień papieskiej posługi, albo przynajmniej przywołać topos łodzi trochę dyskretniej, raczej aluzją do fal i żagli niż ociekającym niemal od żywicy pseudo-realizmem (pseudo – bo mamy do czynienia jednak z atrapą łodzi, ze scenografią na kształt łodzi, nie zaś ze szkutniczą robotą). Ale też właśnie w pobliżu łodzi mamy do czynienia z trzema elementami, które ocalają na tej wystawie wiele znaczeń.
Wszystkie trzy to dzieła sztuki, współcześnie namalowane obrazy. Różnej rangi artystycznej, odwołujące się do różnych środków przekazu.

Niewątpliwie najwybitniejszy (i najtrudniejszy w odbiorze) jest cykl płócien Stefana Gierowskiego zatytułowany „Dekalog”, pochodzący z połowy lat 80. Zarówno cykl obrazów Aldony Mickiewicz poświęconych „Pokojowi łez”, czyli garderobie w przedsionku kaplicy Sykstyńskiej, gdzie po konklawe przebiera się przyszły papież, jak pojedyncze płótno Tadeusza Boruty „Forma Poloniae” to formalnie dzieła realistyczne, przywołujące konkret. Wszystkie jednak wolne są od stawiania kropki nad i, pozostawiają miejsce dla wyobraźni zwiedzającego i inspirują ją.

Nie jest bowiem tak, że możliwości i siłę przekazu muzeum zyskać może tylko za sprawą nowych technologii. Owszem, mogą być one bardzo przydatne. Mniejsza już o samo posadowienie ekspozycji na galerii otaczającej kopułę kościoła (o którym przypominam, bo to naprawdę bardzo niestandardowe rozwiązanie), pomijając ekspozytory z „galerią zdjęć” (slideshow), których mogłoby być więcej, ale które ułatwiają jakoś uporanie się z bezmiarem materiału dokumentacyjnego.

Cennym rozwiązaniem są, sięgając po terminologię Muzeum Mt 5,14, „śluzy”: wydzielone strefy, stanowiące tak naprawdę mini-kina 3D, gdzie dźwięk i obraz uderzają z wyjątkową mocą.

Towarzysze! Obywatele!

Tyle, że nawet tu może zdarzyć się kiks. To, co sprawdza się świetnie w otwierającej ekspozycję „śluzie”, gdzie transmitowana jest najsłynniejsza pewnie „pielgrzymkowa” msza oprawiona w Polsce przez Jana Pawła II, ta z placu Zwycięstwa w Warszawie, niekoniecznie stanowi strzał w dziesiątkę kilka stref dalej, gdzie na dwóch, umieszczonych naprzeciw siebie ekranach zderzono przemówienie Gomułki z placu Defilad w październiku 1956 roku i jedno z milenijnych kazań prymasa.

Sam koncept jest świetny, pokazujący jak dalece PRL w milenijnej dekadzie stał się polem pojedynku. Najwyraźniej jednak, choć trudno to sobie wyobrazić, twórcy ekspozycji nie znali utworu Kultu „Polska 1945-1989” i wmontowanej weń, niezapomnianej gomułkowej frazy: tubalnego „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy..!”.

Jan Paweł II kontra „barbarzyńcy w garniturach”, czyli starcie cywilizacji

Jan Paweł II podkreślał, że spośród różnych praw człowieka dwa są najważniejsze: prawo do życia i prawo do wolności religijnej – przypomina filozof polityki prof. Zbigniew Stawrowski.

zobacz więcej
To fraza tak charakterystyczna, tak rozpoznawalna przez średnie i młodsze pokolenie raczej za sprawą Kazikowego samplowania niż odsłuchu materiałów archiwalnych, że jej użycie na ekranie Muzeum powoduje natychmiastową zmianę temperatury emocjonalnej. Konia bowiem z rzędem temu, kto natychmiast nie zanuci (bodaj w głowie) dalszych fraz z wybitnego, a na pewno rozpoznawalnego utworu Kultu: suchego, miksowanego w nieskończoność „Powstaje pytanie kto kto kto ktoktoktokto kto za tym wszystkim stoi” Jaruzelskiego czy szlochu Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego w Sejmie PRL: „Wstyd mi. Za tych – z Radomia”.

Cały nastrój konfrontowania dwóch opowieści, dwóch mocarzy bierze w łeb, wygrywa Kazik. Nie jest to do końca przegrana, bo przecież „45-89” jest wyjątkowo jak na klasykę polskiego rocka jednoznacznym podsumowaniem i odrzuceniem PRL. Ten wideoklip, z wplecionym w nagranie krwawym konkretem (jak w przebitkach ze starć ulicznych czy słynną sekwencją z ciężarówką ZOMO rozjeżdżającą manifestanta na placu Zamkowym) należy już do klasyki.

Może warto było pójść tą drogą – i, skoro już intencją twórców muzeum było zderzenie dwóch monologów i dwóch temperamentów, sporządzić swego rodzaju remake Kazikowego samplowania, przeplatając w podobny sposób, jak w utworze Kultu sprzed blisko 30 lat, słowa Gomułki i prymasa? Tak, pewnie nie zrozumieliby tego podeszli wiekiem słuchacze. Obecne rozwiązanie jednak, bardzo statyczne, najpierw budzić będzie wśród widzów poniżej 60. roku życia wyżej wspomniane, niezamierzone chyba przez twórców ekspozycji skojarzenia – a za kilkanaście lat postrzegane będzie jak dwa „gadające ekrany”.

Po kilku okrążeniach umieszczonego wysoko nad Świątynią Opatrzności Bożej „pierścienia” muzealnego dojść można do jednego wniosku: tak, warto sięgać po nowoczesne rozwiązania architektoniczne, po multimedia i po scenografię.

Warto jednak zarazem pozwolić sobie na ucieczkę od dosłowności, na odrzucenie pokusy opowiedzenia o wszystkim. O spięcie, skrót, syntezę, które można osiągnąć na dwa sposoby.

Albo sięgając po wielką sztukę (jak cykl Gierowskiego), albo – po pamiątkę, po autentyk. Niekoniecznie pamiątkę głośną, wpisaną w wielką i znaną narrację (drobiazgi z celi internowania prymasa w Stoczku Warmińskim, rękopisy esejów biskupa Wojtyły) albo dekoracyjną jak kolejne wieczne pióro, stuła czy piuska.

Czasem wystarczy coś nieporównanie mniejszego: wyszperany kiedyś przez kardynała u rzymskiego bukinisty XVII-wieczny rysunek piórkiem, przedstawiający łódź Piotrową, noszona w kieszeni kampinoska szyszka, krzyżyk z oliwnego drewna.

Bywałem ja od Boga nagrodzonym
Rzeczą mniej wielką:
Spadłym listkiem, do szyby przyklejonym,
Deszczu kropelką.


To Norwid, bardzo ceniony i przez Jana Pawła II, i przez prymasa Wyszyńskiego.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Setki manifestantów utopionych w rzece? Fakty czy legenda
Prezydent przyjął wersję wydarzeń przygotowaną przez komunizujących historyków.
Historia Najnowsze wydanie
Ścięty na gilotynie. Śląski męczennik
Dlaczego młody ksiądz został oskarżony o zdradę stanu?
Historia Poprzednie wydanie
Polska pod obcym protektoratem. Suwerenność reglamentowana
Skoro sami Polacy zaprosili „zagranicę” do ingerencji, trudno, żeby nie skorzystała.
Historia Poprzednie wydanie
Sybiraczka z rodu Mickiewiczów
Dwa tygodnie po śmierci synka przyszła paczka od męża przez Czerwony Krzyż z Persji. Myślałam, że mnie to zabije. Czemu nie przyszła wcześniej!
Historia Poprzednie wydanie
Miał kmicicowatą naturę. Pierwszy rzucał butelkę z benzyną
Śmierć przyszła po Baczyńskiego wcześniej, i to na polu chwały, a nie w ubeckich kazamatach, jak dopadła „Anodę” Rodowicza.