Felietony

„Bezkrólewie”. O czym rozmawiali „prawdziwi Europejczycy” po Smoleńsku?

Troskę o interes narodowy uznali za relikt przeszłości, żywiąc przy tym przekonanie, że jak będą na baczność stawać przed przywódcami mocarstw, to zostaną przez nich za to wynagrodzeni, a i Polska na tym skorzysta.

Katastrofa smoleńska jest na tyle znaczącym w dziejach Polski faktem, iż można było przypuszczać, że z tak trudnego zbiorowego doświadczenia zrodzą się ważne dzieła literatury, filmu, teatru.

Dramatyczne chwile w dziejach narodów inspirują artystów. Pod tym względem kultura polska może stanowić od czasów romantyzmu wręcz wzór. Jest bowiem naznaczona twórczością, w której bohaterstwo i martyrologia są istotnymi punktami odniesienia.

Tymczasem trudno mówić o tym, że to, co się stało 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku, pobudziło w Polsce na wielką skalę refleksję i wyobraźnię pisarzy czy reżyserów. A przecież chodzi o wydarzenie, które okazało się nad Wisłą nie tylko narodową traumą, lecz także katalizatorem konfliktów politycznych i społecznych.

W tym kontekście „Bezkrólewie” Wojciecha Tomczyka zasługuje na uwagę szczególną. Ta tragikomedia bywa interpretowana jako twórczy efekt wstrząsu, jakim dla Polaków była katastrofa smoleńska.
Bezkrólewie
Mamy tu zderzenie dwóch różnych światów. Gdzieś na prowincji żyje sobie spokojnie rodzina. Józef z żoną Zofią prowadzą gospodę. Mieszka z nimi ich córka Justyna. Do gospody przybywa trzech tajemniczych gości: Kolo, Gostek i Glans. To zbiedzy ze stolicy – politycy uwikłani w walkę na szczytach władzy. Zachowują się jak cwaniacy, lecz w istocie są zagubieni. Przynoszą wieść, że król został zabity i zapanowało bezkrólewie. Wszyscy trzej mają z tym coś wspólnego…

Kolo, Gostek i Glans to jaskrawy przykład tego, co w politologii, socjologii i publicystyce przyjęło się określać mianem „elity kompradorskiej”. Chodzi o lokalną warstwę rządzącą, która pośredniczy między swoimi rodakami a zaborcą, choć tak naprawdę sprawuje nad nimi władzę z jego nadania, by mu służyć.

Dla Gostka normalność jest dopiero za granicą. Kolo zaś narzeka na „tutość”, twierdzi, że „kto stąd pochodzi, ten sam sobie szkodzi”.

Oglądając spektakl w uszach pobrzmiewają bon moty znane z polskiej debaty publicznej, jak choćby deklaracja jednego z polityków, że „polskość to nienormalność”.

Oczywiście szwarccharaktery „Bezkrólewia” to postaci przerysowane, karykatury postaw występujących w rzeczywistości. Niemniej na myśl przychodzą ludzie, którzy troskę o interes narodowy uznali za niegodny „prawdziwych Europejczyków” relikt przeszłości, żywiąc przy tym przekonanie, że jak będą na baczność stawać przed przywódcami mocarstw, to zostaną przez nich za to wynagrodzeni, a i Polska na tym skorzysta.

Choć Kolo, Gostek i Glans mają czołobitny stosunek do zagranicy, to wiedzą, że do odzyskania przez nich władzy konieczne jest zyskanie poparcia ludu. Tak więc z jednej strony epatują kosmopolityzmem, z drugiej zaś – usiłują populistycznie zagrać na narodowych emocjach rodziny, która ich gości.

Sztuka Tomczyka ukazała się w miesięczniku „Dialog” w roku 2011. Nikt wtedy jednak nie podjął się wystawienia jej na deskach teatralnych. Zamiast tego odbyły się publiczne czytania „Bezkrólewia” z podziałem na role.

Co do przyczyn takiego potraktowania tego tekstu można rozmaicie domniemywać. W powszechnym odbiorze „Bezkrólewie” jest bezlitosną, kąśliwą satyrą wymierzoną w polską klasę polityczną, moralnie zdeprawowaną między innymi przez kompleks niższości wobec Zachodu. A jeśli tak, to być może osiem, dziewięć lat temu na salonach artystycznych górę wzięła obawa, że lepiej takim spektaklem nie narażać się ludziom władzy, którzy mogliby poczuć się urażeni.

Tyle że tragikomedia Tomczyka wykracza poza bieżącą polską politykę. I może dlatego Jerzy Machowski reżyserując dla Teatru Telewizji „Bezkrólewie” usunął ze spektaklu bezpośrednie aluzje do katastrofy smoleńskiej. Zabrakło choćby sceny, w której Justyna „wróży” z liścia grochodrzewu: „Wypadek... zamach... wypadek... zamach... wypadek... zamach... wypadek...”, by za moment dowiedzieć się o śmierci króla.

Polskę najlepiej opisują kryminały

– Jestem dumny, że pracowałem w Teatrze Powszechnym, takim jak był kiedyś. Dziś ta nazwa budzi zawstydzenie, wręcz zażenowanie – mówi dramatopisarz i scenarzysta Wojciech Tomczyk

zobacz więcej
Ten zabieg reżyserski nie odbiera „Bezkrólewiu” tego, co stanowi o sile tej sztuki. A siłą tą jest sposób, w jaki Tomczyk opowiada o trwających od setek lat zmaganiach duszy polskiej. Autor robi to przy pomocy konwencji teatralnych pochodzących z różnych epok. Widać tu rozmaite wpływy (i nie jest to zarzut): od dramatu średniowiecznego do XX-wiecznego Teatru Absurdu. Kolo, Gostek i Glans przypominają trzech rozbitków z jednoaktówki Sławomira Mrożka „Na pełnym morzu”.

Pozostaje jednak najważniejsze pytanie: czego dotyczą zmagania duszy polskiej w „Bezkrólewiu”. Kluczową sceną jest ta, w której Józef i Zofia wspominają pewien cud ze swojej młodości. Justyna jest podekscytowana, bo spodziewa się usłyszeć od nich o czymś nadzwyczajnym. Ale się rozczarowuje.

Józefowi i Zofii chodzi konkretnie o pewien październikowy wieczór, gdy Polacy dowiedzieli się, że mają nowego króla. Tym królem okazał się papież Jan Paweł II. Dla Justyny – w odróżnieniu od jej rodziców – to żaden cud.

Józef i Zofia jednak tamto wydarzenie uważają za wiekopomne. W ich pamięci zapadło to, iż ci, od których dowiedzieli się oni o koronacji nowego króla dalecy byli od narodowej tromtadracji i fałszywych pokrzepień serc, „mówili, że naród nie jest niewinną ofiarą komunistycznej opresji. Ale, że sam aktywnie pracuje nad swym upadkiem”. Scena ta przywodzi na myśl choćby księdza Piotra Skargę, chłoszczącego w swoich kazaniach przywary Polaków ciągnące ich ku dziejowej przepaści. Wojciech Tomczyk wyprawił się zatem wręcz na pole historiozofii poruszając kwestie tak bliskie choćby XIX-wiecznym mesjanistom polskim. „Bezkrólewie” uświadamia nam, że choć własna państwowość jest jedną z najwyższych wartości i trzeba jej bronić (także przed takimi jak Kolo, Gostek i Glans), to jednak nie wystarczy ona dla przetrwania Polaków jako wspólnoty politycznej.

Bardziej potrzebna jest duchowa jedność narodu gotowego stawać w prawdzie głoszonej mu przez takich proroków, jak Jan Paweł II. I tylko pozostaje mieć nadzieję, że jakieś resztki tej jedności się ostały.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Spektakl „Bezkrólewie”, premiera: Teatr Telewizji, TVP1, poniedziałek 27 kwietnia 2020, godz. 21.00. Autor: Wojciech Tomczyk, reżyseria: Jerzy Machowski. Obsada: Krzysztof Szczepaniak (Kolo), Edyta Januszewska (Justyna), Andrzej Mastalerz (Józef), Joanna Jeżewska (Zofia), Redbad Klynstra-Komarnicki (Glans), Marcin Kwaśny (Gostek).
Zdjęcie główne: "Bezkrólewie" Wojciecha Tomczyka w reżyserii Jerzego Machowskiego, Teatr Telewizji, premiera w TVP1 27 kwietnia 2020 o godz. 21. Na fotografii Marcin Kwaśny i Redbad Klynstra-Komarnicki. Fot.TVP/Natasza Młudzik
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Trzeba świecić
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Debata
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Poprzednie wydanie
W Niemczech stanął pomnik poświęcony zbrodniarzowi
„Wolne sądy” jak „użyteczni idioci”.
Felietony Poprzednie wydanie
Pióra
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Poprzednie wydanie
Pozycja
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.