Historia

Osiemnaście milionów pacyfistów. Czyli jak karcono imperialistów za to, że pierwsi zdobyli „atom”

Na krakowskich Błoniach podczas ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski zgromadziło się ponad dwa i pół miliona osób. Deklaracje „Solidarności” przez półtora roku karnawału podpisało 10 milionów. Cóż to jednak jest wobec ponad 18 milionów, które w niecałe dwa miesiące sygnowały Apel Sztokholmski?

„W Ostrowcu do godz. 13.00 zebrano już 91 proc. podpisów. W godzinach wieczornych ogólna ich liczba wynosiła 17 tysięcy. Należy się spodziewać, że w Ostrowcu akcja została już w pełni zakończona. Przed wielu domami gromadzili się ich mieszkańcy, dbając o to, by ich dom nie został przez trójkę pominięty. W rejonie nr. 10 przy ul. Zagłoby, 92-letnia staruszka, złożona chorobą już od kilku lat, gorąco powitała trójkę mówiąc: »I mnie starej dajcie podpisać – robię to dla swoich wnuków«”.

To wybrany trochę na chybił trafił cytat z kieleckiego „Słowa Ludu” z 15 maja 1950 roku. Ale po jakąkolwiek sięgnąć gazetę codzienną sprzed 70 lat – „Życie Warszawy” z 18 kwietnia czy „Głos Koszalina” z 5 czerwca – „jedynka” będzie niemal zawsze taka sama, przypominająca ćwiczenia z koniugacji. Podpisał. Podpisała. Podpisali. Podpiszcie! Podpisujemy.

Czyżby Polaków tamtej wiosny opanowała grafologiczna mania? Nie: w rok z okładem od Kongresu Zjednoczeniowego, na którym narodziła się PZPR, w niecały rok po zadekretowaniu socrealizmu, w kilka miesięcy po głośnych wyrokach śmierci dla żołnierzy WiN i AK, Polska wchodziła właśnie w najlepsze w stalinizm, na pełnych obrotach. Za chwilę (22 lipca) miał rozpocząć się Plan Sześcioletni, nabierały tempa prace nad nową konstytucją: wypadało zgalwanizować społeczeństwo akcją, której rozmach – by nie rzec: „totalność” – zaskoczyły samych organizatorów.

Wszystko przez zięcia Skłodowskiej

Nie byłoby Apelu Sztokholmskiego, gdyby nie Światowy Ruch Obrońców Pokoju. A ten nie zacząłby ruszać z posad bryły świata, gdyby nie ta fatalna okoliczność, że Stalin wciąż jeszcze nie posiadał broni jądrowej, chociaż fizycy w szaraszkach, agenci wywiadu w Nowym Jorku (w tym Margarita Konienkowa, która zaprzyjaźniwszy się blisko z Albertem Einsteinem przekazała do Moskwy kluczowe informacje o Projekcie Manhattan) i więźniowie w kopalniach uranu na Uralu robili, co mogli, żeby zmienić ten niepożądany stan rzeczy.
Sekretarz generalny Międzynarodowego Komitetu Łączności Intelektualistów Jerzy Borejsza przemawia podczas Krajowej Narady Obrońców Pokoju 24 marca 1949 r. w Warszawie. Zwołało ją Biuro Międzynarodowego Komitetu Łączności przed Kongresem Pokoju w Paryżu. W trakcie narady powołano Polski Komitet oraz ustalono skład delegacji na kwietniowy Kongres Paryski. Fot. PAP
Dopóki jednak trwały prace nad budową reaktora w tajnym obiekcie Arzamas-16, a Max Volmer, Gernot Zippe i około 400 innych niemieckich fizyków-jeńców wojennych osadzonych w majątku w Suchumi, należącym ongiś do wielkiego księcia Aleksandra Michajłowicza Romanowa, trudziło się nad doskonaleniem technik pozyskiwania ciężkiej wody i budowy wirówek służących do wzbogacania uranu – trzeba było jakoś skarcić imperialistów, którzy ośmielili się jako pierwsi dysponować nową bronią.

W tym celu propaganda sowiecka sięgnęła po motyw nigdy dotąd niewykorzystywany w polityce międzynarodowej na taką skalę: postanowiła odwołać się do powszechnego (szczególnie po kataklizmie wojny światowej) i w pełni wiarygodnego psychologicznie pragnienia pokoju.

Wydaje się, że inicjatywę tego rodzaju niełatwo jest pogodzić z funkcjonowaniem państwa pozostającego w stanie permanentnej niemal mobilizacji, które podporządkowało swą centralnie sterowaną gospodarkę potrzebom przemysłu zbrojeniowego, stworzyło najliczniejsze do połowy lat 60. siły zbrojne, objęło przeważającą większość mężczyzn programem obowiązkowej, kilkuletniej służby wojskowej, a całe społeczeństwo – systemem kilkuetapowych szkoleń w zakresie przysposobienia wojskowego. Ale Związek Sowiecki miał już w dziedzinie tego rodzaju dialektycznej dwoistości niemałą praktykę.

Początek tej dialektyce dało hasło wzniesione przez samego Włodzimierza Iljicza Lenina, który – erudyta – czytywał dramaty niemieckiego romantyka Georga Büchnera, a ten w 1834 roku przypomniał jakobińskie hasło: „Friede den Hütten! Krieg den Palästen!”, czyli „Pokój chatom! Wojna pałacom!”. To samo hasło wznoszone było podczas całej trzyletniej wojny domowej, tłumaczono nim podpisanie przez Piotrogród Pokoju Brzeskiego w roku 1918, pozostawało też obecne w sowieckiej propagandzie aż do drugiej wojny światowej. Hasło „cudzego nie chcemy, swojego nie damy” bywało, oczywiście, w użyciu i wcześniej – ale to ZSRS podniósł je do rangi doktryny w polityce zagranicznej.

Kwadraty i kółka jako „użyteczni idioci”

Związek Sowiecki, Włochy Benita Mussoliniego i III Rzesza uczyniły awangardę artystyczną narzędziem wykuwania nowej rzeczywistości.

zobacz więcej
Po drugiej wojnie światowej przyszedł jednak czas, by nadać mu nową dynamikę – i uzyskać jedyną w swoim rodzaju dźwignię, pozwalającą oddziaływać na rządy i państwa Zachodu za pośrednictwem brytyjskich, francuskich i holenderskich obywateli, szczerze zatroskanych wyścigiem zbrojeń i perspektywą powrotu tak dobrze pamiętanego koszmaru. Już w 1947 roku kilku intelektualistów francuskich – w tym papież surrealizmu Paul Éluard oraz fizyk Frédéric Joliot-Curie, działacz Francuskiej Partii Komunistycznej i mąż Ireny Joliot-Curie, córki Marii Skłodowskiej – wystosowali apel o „pokojowe rozbrojenie Niemiec”. W pół roku później za działaniami ludzi pióra i nauki na rzecz ocieplenia stosunków między USA a ZSRS opowiedziała się sama „Litieraturnaja Gazieta”.

Początek inicjatywie miała dać Polska – wówczas, lepiej chyba niż dzisiaj, powszechnie rozpoznawalna jako kraj szczególnie spustoszony przez wojnę i zarazem zdecydowanie najpoważniejsze spośród państw „obozu socjalistycznego”. Ambicje strategów, błogosławieństwo Andrieja Żdanowa i autentyczny geniusz organizacyjny Jerzego Borejszy, wszechwładnego wówczas prezesa Czytelnika sprawiły, że już w sierpniu 1948 roku we Wrocławiu odbył się słynny Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju.

Opisywano go wielokrotnie: i plejadę wielkich nazwisk – od Picassa, Huxleya i Légera po Grahama Greene’a i Tadeusza Kotarbińskiego, i niewczesny temperament współprzewodniczącego Kongresu, towarzysza Aleksandra Fadiejewa. Pisarza, który drugiego dnia obrad zwarzył nieco atmosferę dialogu humanistów, stwierdzając z trybuny z proletariacką szczerością, że: „Gdyby szakale mogły nauczyć się pisać na maszynie, gdyby hieny umiały władać piórem, ich dzieła przypominałyby z pewnością książki Millerów, Eliotów, Malraux i innych Sartre’ów”.

Ktoś się obraził, ktoś wyjechał – nieważne. Kongres się odbył, zawiązany został międzynarodowy ruch obrońców pokoju, który ostatecznie skrystalizował się w niespełna rok później, podczas I Światowego Kongresu Obrońców Pokoju w kwietniu 1949. Na czele ruchu stanął zasłużony i sprawdzony fizyk i aktywista Fryderyk Joliot-Curie – i z jego to inicjatywy 25 marca 1950 roku, podczas obrad Stałego Komitetu Ruchu w Sztokholmie, ogłoszono sławetny Apel, w którym wezwano do przeprowadzenia powszechnego, globalnego plebiscytu w sprawie zakazu wytwarzania broni atomowej.
„Domagamy się stanowczego zakazu broni atomowej, jako oręża napaści wojennej i masowej zagłady ludzi. Żądamy ustanowienia ścisłej kontroli międzynarodowej nad wykonaniem tego postanowienia. Będziemy uważali za zbrodniarza wojennego rząd, który by pierwszy zastosował broń atomową przeciwko jakiemukolwiek krajowi” – brzmiały pierwsze, spiżowe zdania Apelu.

Czas był po temu najwyższy. Pierwsza udana próba eksplozji jądrowej odbyła się na poligonie w Semipałatyńsku pół roku wcześniej. 8 marca 1950 r. marszałek Kliment Woroszyłow oficjalnie potwierdził, że Związek Sowiecki jest w posiadaniu broni atomowej. Przyszedł czas na rozgrywkę propagandową.

Dąbrowska pragnie pokoju

O ile można zrozumieć celowość uruchamiania ruchów pacyfistycznych i rozbrojeniowych w krajach Zachodu – ZSRS nie zrezygnował z tej metody aż do końca swojego istnienia – może zastanawiać energia, jaką włożono w uzyskanie stosownej liczby podpisów pod Apelem w krajach za żelazną kurtyną. Wiadomo było przecież, że nie należy obawiać się żadnych głosów krytykujących militaryzację życia i gospodarki. A jeśli chodziłoby o samą wymowę propagandową „milionów podpisów”, papier wszystko zniesie. Po co angażować aktywistów, prasę i ciężarówki, niezbędne do zorganizowania wieców, gigantofony i kosze gołębi, kiedy za chwilę początek Planu Sześcioletniego, akcja żniwna, walka z analfabetyzmem?

Skłaniam się ku odpowiedzi, zasugerowanej już na wstępie tego tekstu: najważniejszym celem była galwanizacja społeczeństwa, sprawdzenie, na ile powieźć się może narzucenie mu działań, przez większość postrzeganych jako propagandowe i absurdalne. Owszem, zachęcano już do „głosowania bez skreśleń”, do oddania w referendum głosu „3 x tak” i do członkostwa w organizacjach młodzieżowych, ale – podpis to podpis.

Jak wpisywano „sojusze” do konstytucji?

„Partia i jej mocodawcy zaledwie ustąpili z bezwzględności poglądów, a zostawili i tak to, co chcieli wprowadzić” –podsumowywał Karol Estreicher.

zobacz więcej
Nigdy też dotąd nie przećwiczono sztuki tworzenia osobnej struktury organizacyjnej do celu czysto propagandowego. Wybory, niezależnie od tego, że fałszowane, organizowano jednak według przedwojennego jeszcze, znanego wszystkim schematu, w oparciu o szkoły i inne lokale publiczne, o aparat administracyjny i państwowy. Zbiórka podpisów miała być przeprowadzona przez aktywistów Komitetów Obrony Pokoju i działaczy ZMP. Oczywiście mogli liczyć na wszechstronną pomoc organizacyjną, finansową i propagandową państwa – oficjalnie jednak powinni byli działać bez oparcia w administracji.

Równolegle z tym zaś, inicjatorzy rozmachu zbiórki podpisów pod Apelem Sztokholmskim liczyli na wspomniany już wcześniej efekt propagandowy. W Polsce roku 1950, nawet z uwzględnieniem skali zastraszenia, a zarazem – atrakcyjności wielkich obietnic, nadal trudno byłoby uzyskać od wszystkich głos poparcia dla socjalizmu, przesunięcia granic czy wiecznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Ale kto, pięć lat po koszmarze wojny, nie opowiedziałby się za pokojem? A Apel pozwalał to zrobić. Jego wymowa polityczna była jednoznaczna – formalnie nie był „antyamerykański” czy „antyzachodni”, lecz wzywał wszystkie rządy do zaprzestania zbrojeń.

Tak, ten podpis można było złożyć, można się zeń było przed samym sobą wytłumaczyć. A zrobiwszy to – zgodnie z tym, co pół wieku później nazwał Robert Cialdini – racjonalizować swoją lojalność wobec władzy. O tym, jak łatwo było się zaangażować, sporo mówi zapis z „Dzienników” Marii Dąbrowskiej. Pisarka, niekryjąca w tych zapiskach i w tych latach swojego dystansu wobec władzy, w notce z 14 maja pisze: „O dziesiątej przyjechali po mnie z Radia, gdzie mam powiedzieć dwa zdania o pokoju. Oto one: (…): »Kto chce, by rozkwitała kultura, by rozszerzała się wolność, by świat, zamiast w trwodze i niepewności odbudowywał ruiny, mógł bez trwogi, a w radości tworzyć, ten musi pragnąć pokoju«”.

Na lewo chłopka, na prawo inżynier

Oczywiście, Panią Marię trudno uznać za wzór przenikliwości politycznej, z niezależnością też różnie bywało. Kto patrzał trochę bardziej z boku, musiał dostrzec, jak misternie komponowane są głosy, jak w różnych tonacjach – ale zawsze z jednakową wymową! – przemawiają konkretne ucieleśnienia emblematycznych dla kultury dojrzałego stalinizmu postaci: Intelektualisty, Robotnika, Chłopki, Matki, Inżyniera, Żołnierza i Starca.
Manifest Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju z 1950 (2 strony) Źródło i fot.: https://zbc.ksiaznica.szczecin.pl/dlibra/show-content/publication/edition/28556?id=28556
Zerknijmy jeszcze na chwilę na wspomniane kieleckie „Słowo Ludu”. W szpalcie, zatytułowanej „Podpisuję Apel Pokoju, bo…”, swoje motywacje wykładają – jakby rzec – wszystkie stany.

„Chcę wykonywać swoje zobowiązanie – wykonać plan roczny w 4 i pół miesiąca. A potem podejmować dalsze! Stale przyśpieszać wzrost produkcji w naszym kraju. Dziś podpisuję na papierze, jutro i codziennie robić będę dalszy ciąg mojego podpisu – przy maszynie” – deklaruje jako pierwszy Edward Ponikowski, tokarz Zakładów Starachowickich.

„Jako działacz katolicki jestem głęboko przekonany, że ludzkość, która przeżyła gehennę najazdu hitlerowskiego, nie może wracać do barbarzyństwa w załatwianiu wszelkich spraw siłą i przemocą” – dodaje Jan Kotarba z Częstochowy.

„Trzeba podpisywać ten papier przeciwko wojnie, który nie jest takim sobie zwykłym papierem, ale żądaniem takich wdów jak ja, milionów mężczyzn, kobiet i młodzieży, aby nigdy już wojny nie było” – deklaruje trochę nieskładnie (słychać prawie tę zdyszaną, odtworzoną przez reportera frazę), ale tym szczerzej Wiktoria Borowiec – „chłopka z gminy Niewachlów, powiat Kielce”.

Dalej następują głosy m.in. Wilhelma Grocholskiego („racjonalizator Wytwórni PMT w Radomiu”), Janiny Litkówny („robotnica z »Odzieżówki«, Ostrowiec”) i inżyniera Wiktora Jana Paszkowskiego („kierownik Muzeum Państwowego w Radomiu”). Prawda, że reprezentatywny zestaw? Ten zmysł kompozycji nigdy nie zawodzi. Zjadliwy Leopold Tyrmand, pisząc o podobnych inscenizacjach, wspomina czas „gdy demoludy miały stanowić okno wystawowe, w którym Stalin odstawiał swój numer z frontem ludowym z lat trzydziestych: tu, proszę państwa, socjalista, a nieco z boku radykał, a tu oto postępowy ludowiec, zaś na prawo, proszę państwa, demokrata”.

Podobny zestaw i proporcje podpisów znajdziemy w setkach ówczesnych relacji. Rychło po rozpoczęciu kampanii (początek dał jej, składając podpis 18 kwietnia, Bolesław Bierut, ale prawdziwego rozmachu nabrała na przełomie kwietnia i maja) staje się widoczne, że nieważne już, kto podpisze (bo podpiszą wszyscy): gra, niczym w jakichś osobliwych zawodach zespołowych, toczy się o to, który zespół podpisze pierwszy.

Pałac klasy robotniczej, który nie powstał. Dlaczego w latach 50. wstrzymano budowę metra w Warszawie?

Tunele istnieją do dziś, zalane wodą. Są ukryte szyby i chodniki, podziemna komora rozjazdowa przed stacją Szwedzka. Dziś jeździmy osuszonym fragmentem tunelu na I linii na Muranowie, w innych zrobiono magazyny, m.in. składy Centralnych Piwnic Win Importowanych (do 2006 roku).

zobacz więcej
Tu zaś rywalizują już wszyscy ze wszystkimi, i ówczesna prasa relacjonuje dokonania właśnie w takim sportowym tonie: „Pierwszy meldunek o całkowitym za kończeniu akcji nadesłał Komitet Obrońców Pokoju z pow. świdnickiego, gdzie szczególnie wyróżniły się wsie: Bozonów i Żarów” – donosi PAP. „W ZABRZU liczba podpisów wzrosła 17 bm. do 50 tys. Dzielnice robotnicze — Biskupice i Makoszowy – zameldowały o ukończeniu akcji”. „W Białymstoku w akcji składania podpisów z każdym dniem uczestniczy coraz więcej trójek. Podczas gdy 14 bm. działało na terenie Białegostoku 200 trójek, dziś czynnych było 420. Do 18 bm. pod Apelem Sztokholmskim złożyło podpisy 40 proc. mieszkańców. Szczególnie manifestacyjnie składają podpisy robotnicy PGR woj. białostockiego”.

W pewnym sensie role były wyznaczone: choćby z powyższego cytatu widać, że najchętniej i najszybciej podpisywały dzielnice robotnicze i pracownicy PGR, chociaż należy też docenić postawę wykładowców Politechniki Krakowskiej i kilku wyróżniających się jednostek wojskowych. A czy komuś wolno było nie podpisać?

Oficjalnie akcja była, rzecz jasna, całkowicie dobrowolna i nawet od początku wiadomo było, kto się z niej wyłamie: „Nie podpiszę!” – huczy, ledwie uchyliwszy drzwi, Mecenas Bęc-Walski, uosobienie czarnej reakcji, dyżurny bohater negatywny na ostatniej stronie „Przekroju” w jego najgorszych latach, usłużnie rysowany co tydzień przez Karola Ferstera.

W rzeczywistości nie podpisywały dwa przede wszystkim środowiska: duchowni Kościoła katolickiego i innych wyznań chrześcijańskich oraz Świadkowie Jehowy. Oba mogły się spodziewać szybkiej – i gniewnej – reakcji władz. Jeszcze w maju ze szkół zwolniono, według różnych źródeł, od 300 do 500 księży, uczących jeszcze w tym czasie religii. Kościół katolicki miał jednak najwięcej do stracenia, władze zaś nie były jeszcze w tym momencie gotowe na konfrontację: ostatecznie doszło do kompromisu, którego rzecznikiem stał się sekretarz Episkopatu, bp Zygmunt Choromański, wypowiadając się 9 czerwca w duchu uznania dla Apelu. Większość biskupów (choć nie wszyscy) ostatecznie złożyła swoje podpisy.
Mniejsze społeczności wyznaniowe nie miały na co liczyć – i spór o podpis nieraz pociągał za sobą w ich przypadku bardzo surowe konsekwencje. Do dziś nie zostały one w pełni udokumentowane: wiemy o aresztowaniu blisko 200 pastorów różnych kościołów typu ewangeliczno-baptystycznego, które praktycznie przestały działać aż do odwilży. Pierwsi jednak na celowniku znaleźli się Świadkowie Jehowy, którzy masowo odmawiali podpisów: uderzono w nich już pod koniec czerwca, zamykając ich sale zebrań i aresztując kilkuset „starszych”. 2 lipca Urząd ds. Wyznań odmówił rejestracji tego wyznania i ogłosił rozwiązanie organizacji, która do lat 80. funkcjonowała niejako „w szarej strefie”.

Zemsta pana Bolesty

Z perspektywy 70 lat, podczas lektury dokumentów wrażenie robi przede wszystkim fakt zmobilizowania do zbiórki podpisów setek tysięcy ludzi i generowanych przy tej okazji – przede wszystkim na potrzeby środków masowego przekazu, lecz w jakiejś części pewnie autentycznych – emocji.

Sama mechanika organizowania kampanii jest dość dobrze znana, przede wszystkim za sprawą podobnych działań w kolejnych latach, w których mniej już było improwizacji, więcej rutyny. Wiele można się dowiedzieć choćby z przebiegu Narodowego Plebiscytu Pokoju, zorganizowanego w Polsce w rok po Apelu. Tym razem, już to w trosce o mniejszy chaos, już to w nadziei na pobicie kolejnego rekordu mobilizacji społecznej, na zbiórkę podpisów wyznaczono niespełna tydzień między 17 a 22 maja 1951 r. Poza tym jednak niemal wszystko było tak samo. Najpierw inicjatywa Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju. Potem – wiece, podczas których uchwala się rezolucje popierające apel. Potem – mobilizacja oddziałów terenowych PKOP, wspieranych przez ochotników.

Gołębie łopotały (na wiecach) skrzydłami niczym na obrazie Wojciecha Weissa „Patrz, jaka piękna manifestacja!” z 1950 roku (zabawne, swoją drogą, że gołąb, szaroperłowy lub picassowski, stał się herbowym ptakiem socrealizmu, wypierając z wyobraźni zbiorowej zarówno orły bez korony, jak chlubne wyniki przemysłowego tuczu drobiu). Łopotały arkusze apelu. Jarosław Iwaszkiewicz pisał:

W noc oświetloną podnosi żuraw
Jak ptak olbrzymi u wodopoju
Nad nowym domem cegieł górę:
Narodowy Plebiscyt Pokoju.

Historyk, który powiedział Reaganowi jak wykończyć Sowietów

Richard Pipes twierdził, że ZSRR to tylko XIX-wieczna Rosja w nowym stroju.

zobacz więcej
A przede wszystkim – czy to w 1950, czy w 1951, czy w 1954 roku – krążyli agitatorzy. „Trójkę zbierającą podpisy w osiedlu zamieszkałym przez robotników Zakładów Starachowickich zastajemy w korytarzu domu przy ul. Robotniczej 3. Zbierają tutaj podpisy robotnicy Zakładów: Michał Cichoń, Feliks Błaszczyk i Wincenty Kubała. Gdy tylko członkowie trójki wchodzą do siebie, otwierają się przed nimi wszystkie drzwi. – Czekamy na was już od rana – mówi Aleksandra Foremniakowa. Za nią wychodzi jej córka – Małgorzata. Z innych drzwi ukazują się (sic! – WS) inne kobiety”.

Tak widzieli to dziennikarze „Słowa Ludu”. Oderwani od ludu skrachowani inteligenci w rodzaju Tyrmanda patrzyli na całą sprawę inaczej, jak dowodzą słowa z „Dziennika 1954”:

„Po Warszawie uganiają się partyjni agitatorzy, komiwojażerowie politycznej propagandy, płatni zawodowcy, szkoleni na odpowiednich kursach przy organach partyjnych i w organizacjach młodzieżowych. Pukają do każdych drzwi, nachodzą mieszkania, siadają przez nikogo nie proszeni przy stołach, niszczą spokój nielicznych godzin wypoczynku. I bezceremonialnie, nieprzytomnie, drętwo, nudnie ględzą. (…) Agitatorzy są natrętni, nachalni, należy to do ich treningu i urzędowo zatwierdzonej taktyki, więc ludzie boją się wyrzucać ich z mieszkań i słuchają bzdur z zaciśniętymi ustami, nie pytając o nic, uśmiechając się z fałszywą życzliwością i zrozumieniem, prosząc Boga, by jak najszybciej się wynieśli. (…) Nawet własny kąt, wyro, dziupla mieszkalna – jedyna teoretyczna ucieczka homo bolszevisiensis w prywatność – nie chroni (…). Ponadto trzeba udawać zadowolenie, bowiem agitatorzy nie podejmowani z przepisowym entuzjazmem składają meldunki, czyli donosy, z których wyniknąć mogą grube przykrości, czasem groźne szykany”.

Tak było. Nieliczni nie podpisywali, ale brutalnie wyrzucić agitatorów nie odważył się chyba nikt – żaden z historyków nie znalazł zapisu podobnej sytuacji. Zemsta możliwa była najwyżej za sprawą szczególnych okoliczności. Przypomnijmy jedną z nich, znów posiłkując się Tyrmandem i cytatem z jego „Dziennika 1954” o wizytach agitatorów – trochę przydługim, ale chyba usprawiedliwia to pointa.

„Społeczeństwo broni się. Mamy u nas niejaką panią Bolestową, sprzątaczkę, liczy sobie kilkadziesiąt lat, mieszka w naszym gmachu na dole. Jej mąż, pan Bolesta, był dozorcą w dawnej YMCA. Obecnie to starzec, niemal głuchy, wysiadujący samotnie po całych dniach w domu, podczas gdy pani Bolestowa sprząta po ludziach i zarabia na oboje.

Wczoraj odwiedzili go agitatorzy i pan Bolesta ucieszył się bardzo, bowiem rzadko ma gości. Agitatorzy postanowili uprzystępnić mu przemówienie Bieruta, pan Bolesta uznał to za znakomitą myśl. Co chwila przykładał dłoń zwiniętą w trąbkę do ucha i domagał się, żeby mówili głośniej.

Sąsiedzi przechodzący w tym czasie nieopodal sutereny państwa Bolestów donoszą, że nie słyszeli takich krzyków od czasu amplifikowanych z ulicznych głośników przemówień Hitlera. Pan Bolesta zasmakował w oczywistej atencji dla swej osoby, nie chciał ich wypuścić z domu, nasłuchać się nie mógł wezwań do wypełniania zobowiązań zjazdowych, i gdy ochrypli, słaniający się na nogach ze zmęczenia agitatorzy błagali go, żeby im dał odejść, ciągle chciał się czegoś jeszcze dowiedzieć, prosił, aby raz jeszcze powtórzyli to o wszystkich razem do walki z atomowym grzybem. Agitatorów jest zawsze dwóch, jeden pilnuje drugiego, żaden się nie wychyli pierwszy i nie rzuci do instynktownej ucieczki. Byli na łasce pana Bolesty”.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Zdjęcie główne: Szczecin, 02.10.1949. Międzynarodowy Dzień Walki o Pokój, manifestacja na Jasnych Błoniach. Fot. PAP
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
50 godzin na gwałt. Ciemna strona Monte Cassino
Ofiarą Marokańczyków z francuskich oddziałów kolonialnych padły Włoszki w wieku od 11 do 86. roku życia.
Historia wydanie 15.05.2020 – 22.05.2020
Rosjanie do Ukraińców: To oddajcie Lwów!
W Moskwie furię wywołuje to, że Ukraina uznała pakt Ribbentrop-Mołotow za przyczynę II wojny.
Historia wydanie 8.05.2020 – 15.05.2020
Generał Anders trzy razy pogrzebany
Wieniec na cmentarzu złożyli niemieccy żołnierze, którzy bronili Monte Cassino przed Polakami.
Historia wydanie 8.05.2020 – 15.05.2020
Kłopoty z kapitulacją Niemiec. Francuz groził samobójstwem
Prosił, groził, uderzał w płaczliwe tony.
Historia wydanie 8.05.2020 – 15.05.2020
10 wynalazków, które pozostawiła po sobie II wojna światowa
Nylon, Fanta, Jeep, penicylina czy energetyka jądrowa? 75 lat po zakończeniu wielkiego konfliktu zbrojnego nadal są używane…