Cywilizacja

Wuhan odmrożony. Przepustką do życia są teraz kody QR: zdrowy, może iść, albo do izolatki

Jedyną informacją, której nie da się zawrzeć w tym kodzie, jest temperatura ciała, bo może się błyskawicznie zmienić. Ale i na to znaleziono sposób. Temperaturę kontroluje się wszystkim i wszędzie. Dodatkowo patrole policyjne wyposażono w kamery termowizyjne, by mogły obserwować ciepłotę ciała ludzi na ulicy.

Życie w Wuhanie powoli wraca do normy. Z naciskiem na „POWOLI”.

Zniesienie 76-dniowej blokady sanitarnej z miasta liczącego ponad 11 milionów mieszkańców chińska propaganda odtrąbiła z fanfarami. Pokazano jeżdżące znów po ulicach samochody i autobusy, pociągi ruszające z dworca kolejowego, ludzi spacerujących w parkach i udających się do pracy. Zbudowane w ciągu zaledwie kilku dni dwa gigantyczne szpitale polowe dla zarażonych koronawirusem, w końcu zamknięto.

W innych chińskich miastach zorganizowano nawet specjalne obchody z okazji „powrotu Wuhanu do normalnego życia”. W Shenzhenie na przykład był to wielki nocny pokaz tysiąca świecących dronów, które układały się na niebie w różne hasła i figury, w tym na podobieństwo symbolizującej Wuhan pagody Wielkiego Żurawia. Jest więc już niby świetnie, ale tak naprawdę do dawnej normalności w Wuhanie jest jeszcze bardzo, bardzo daleko.

Teraz najważniejszy jest kod QR, czyli ten „alfanumeryczny, dwuwymiarowy, matrycowy” kwadrat, upstrzony rozmaitymi kombinacjami z malutkich czarnych kwadracików, który możemy sobie zeskanować telefonem komórkowym. W Polsce używanie kodów QR ciągle jeszcze raczkuje, ale w Chinach już od dawna powszechnie stosuje się je do wszelkiego rodzaju płatności. Ten mogący przekazywać ogromną ilość danych kod zastosowano teraz w Wuhanie do specjalnej mobilnej aplikacji, stanowiącej de facto przepustkę do życia w mieście.

Dzięki kodowi od razu wiadomo, czy dana osoba ma zaświadczenie od władz sanitarnych wymagane do opuszczenia domu, miejsca, gdzie mieszka, gdzie się przemieszcza, gdzie pracuje, czy może przebywać na ulicy, w sklepie, pracy albo parku, czy może się udać w podróż itd. Bez odpowiednich danych na kodzie QR trzeba nadal siedzieć w domu i koniec.
Policjanci szykują się do patrolowania ulic po zdjęciu blokady sanitarnej. Fot. PAP/EPA/ROMAN PILIPEY
Jedyną informacją, której nie da się zawrzeć w tym kodzie, jest temperatura ciała, bo ta, jak wiadomo, może się błyskawicznie zmienić. Ale i na to znaleziono sposób. Temperaturę kontroluje się wszystkim i wszędzie. Przy wychodzeniu i wchodzeniu do domu, sklepu, apteki, do metra czy pociągu, przed rozpoczęciem pracy, w jej trakcie i po jej zakończeniu. Na dodatek patrole policyjne w Wuhanie zostały wyposażone w specjalne mobilne kamery termowizyjne, co umożliwia obserwowanie temperatury ciała wszystkich przebywających w danym momencie na ulicy i wszelkich miejscach publicznych. Co się dzieje w przypadku wykrycia u kogoś podwyższonej temperatury, wiadomo: ciupasem na kwarantannę w domu lub izolatorium.

Domu oczywiście nie można też opuścić bez maseczki na twarzy. I w ogóle nigdzie nie wolno jej zdejmować. Ludzie w Wuhanie mówią, że różnica w trakcie i po blokadzie jest taka: na początku blokady maseczki nosiło co najwyżej dziesięć procent mieszkańców miasta, zaś po blokadzie nosi je niemal sto procent. Jak długo jeszcze? Nie wiadomo.

Historia łuskowca z bazaru Huanan

Wuhan to położona nad rzeką Jangcy gigantyczna przemysłowa metropolia, stolica prowincji Hubei. Jest świetnie skomunikowany z całymi Chinami siecią autostrad i superszybkich pociągów, a ze światem – lotami do niemal wszystkich największych miast, jak Londyn, Tokio, Nowy Jork czy Paryż. W Wuhanie zainwestowała ponad połowa największych światowych korporacji, a jego PKB to prawie połowa PKB Polski.

To tu na początku grudnia zeszłego roku po raz pierwszy zdiagnozowano pacjenta zakażonego nową odmianą koronawirusa, którą oficjalnie nazwano SARS-CoV-2. Jak sama nazwa podpowiada, początkowo sądzono, że w Wuhanie doszło po prostu do nawrotu zakażeń wirusem SARS, który pojawił się w Chinach jesienią 2002 r. i którym do połowy kolejnego roku zaraziło się ponad 8000 osób, z czego prawie 800 zmarło.

Dlaczego Chińczycy jedzą zupę z nietoperzy, duszone węże i smażone łaskuny? Wirus na talerzu

Jedzenie rzadkich dzikich zwierząt jest dziś symbolem zamożności, szpanem obliczonym na zaimponowanie biesiadnikom.

zobacz więcej
Ale szybko okazało się, że choć podobny do SARS, jest to jednak zupełnie nowy koronawirus i bardzo zjadliwy. Dziś już wiemy, że jest pochodzenia odzwierzęcego: prawdopodobnie jego gospodarzem są nietoperze i przenoszony jest za pośrednictwem łuskowców, albo że jest to chimera dwóch wirusów występujących u obu zwierząt. W Wuhanie ustalono, że pierwsi zainfekowani pacjenci robili zakupy na bazarze Huanan, na którym obok ryb i owoców morza sprzedawano też, choć nie zawsze legalnie, takie lokalnie spożywane „przysmaki”, jak psy, koty, węże, szczury czy właśnie łuskowce.

Dość długo krążyła teoria, że wirus przeniósł się na „pacjenta zero” po spożyciu przezeń łuskowca (jedzone jest mięso, ale też z łusek wyrabiane są leki w medycynie chińskiej). Lecz teraz zakłada się, że pacjent ów, którym okazał się 55-letni mężczyzna, mógł zakazić się jedynie poprzez dotykanie tego zwierzęcia, do czego miało dojść dokładnie 17 listopada ubiegłego roku.

Kilka tygodni później do szpitala trafiło kilka osób z objawami choroby. Według raportu WHO, w listopadzie, grudniu 2019 roku i pierwszych dwóch tygodniach stycznia 2020 r. w Wuhanie pobrano 2019 próbek, ale obecność wirusa wykryto podobno w pierwszym tygodniu stycznia tylko u jednej dorosłej osoby, w drugim zaś tylko u trzech dorosłych, a u wszystkich przebadanych dzieci nie stwierdzono żadnego przypadku zakażenia. Ciekawe, że mimo takiego optymizmu już 1 stycznia na bazarze pojawili się policjanci z urzędnikami departamentu zdrowia i Huanan został zamknięty. A kolejnego dnia panowie w kombinezonach spryskiwali teren środkami dezynfekującymi.

31 grudnia 2019 r. chiński rząd powiadomił o chorobie biuro Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) w Pekinie, ale władze miasta uspokajały w komunikatach, że rozprzestrzenianie wirusa udaje się powstrzymać i nie ma dowodów, by przenosił się z człowieka na człowieka. Aż zaczęli się pojawiać zarażeni z rodzin chorych. Oddziały ratunkowe w szpitalach w Wuhanie zaczęły się zapełniać.

Wtajemniczeni w sytuację medycy i naukowcy próbowali ostrzegać o zagrożeniu kolegów narażonych na kontakt z wirusem. I lądowali na przesłuchaniach.
Pracownicy, przedsiębiorcy i kontrahenci po dwóch miesiącach mogą znów wjechać i wyjechać z Wuhan przez most na rzece. Stopniowo przywracany jest ruch miejski . Ale tłoku na drogach zapewne jeszcze długo nie będzie. 16 kwietnia 2020 r. Fot. Costfoto / Barcroft Media via Getty Images
12 stycznia Chińczycy udostępnili sekwencję genetyczną koronawirusa powodującego zakażenie COVID-19 w publicznej bazie danych, z której mogą korzystać naukowcy z całego świata. Jeszcze do połowy stycznia lekarze w Wuhanie starali się dociec, czy to SARS, czy nie. Sami zaczęli się zarażać od coraz liczniej napływających pacjentów. Wtedy na scenę wkroczyła pani Li Lanjuan.

Pani profesor blokuje miasto

Oficjalne chińskie media publikują taką oto opowieść o dzielnej pani Li. Ma 72 lata i jest profesorem na Uniwersytecie Medycznym w Hangzhou, stolicy prowincji Zhejiang. Jej specjalizacja to epidemiologia. Prof. Li jest znana w Chinach od dawna – jej zespół stworzył m.in. pierwszą ma świecie „sztuczną wątrobę” dla pacjentów z ciężkimi przypadkami wirusowego zapalenia wątroby. W czasie epidemii SARS w 2003 r. prof. Li skutecznie, jak mówią, kontrolowała zachorowania w prowincji Zhejiang, a w 2013 roku to ona pierwsza wyizolowała wirusa ptasiej grypy.

Od kilku lat prof. Li jest dyrektorem kluczowego Państwowego Laboratorium Diagnozowania i Leczenia Chorób Zakaźnych, a przez to – czołowym chińskim epidemiologiem. Centralny chiński dziennik „Renmin Ribao” ujawnił, że pierwsze informacje o lekarzach zarażonych w Wuhanie „jakimś nowym rodzajem zapalenia płuc” dotarły do prof. Li prywatnymi kanałami 17 stycznia (najwyraźniej nie dotarły do niej ani informacje WHO, ani nie zaglądała do bazy danych, gdzie zamieszczono genom wirusa). I jeszcze tego samego dnia skontaktowała się z Państwową Komisją Zdrowia, stojącą ponad samym ministerstwem zdrowia, i poprosiła o pozwolenie na wyjazd do Wuhanu.

Następnego dnia poleciała tam z pięcioosobowym zespołem, a 19 stycznia odwiedziła kilka wuhańskich szpitali i feralny bazar Huanan. Było już jasne, że na Wuhan nadchodzi epidemia wywołana przez nowy rodzaj koronawirusa. Prof. Li wróciła wieczorem do Pekinu, a po północy przekazała swoje spostrzeżenia szefowi Państwowej Komisji Zdrowia. 20 stycznia rano, w rezydencji chińskich przywódców Zhongnanhai w Pekinie odbyło się spotkanie prof. Li i jej zespołu z wicepremier Sun Chunlan, odpowiadającą w Chinach za służbę zdrowia. Wtedy ruszyła machina izolacji.
Zdjęcia Li Lanjuana na zewnętrznym ekranie LED wzdłuż deptaka w Hubin, 3 marca 2020 r. w Hangzhou w prowincji Zhejiang. Epidemiolog ma na twarzy śladami po maseczce ochronnej, którą nosiła w szpitalu w czasie epidemii koronawirusa w Wuhan. Zdjęcia pracowników medycznych w charakterystycznych punktach miasta Hangzhou były hołdem wobec służby walczącej z chorobą. Fot. Wang Gang / China News Service via Getty Images
Postanowiono, że w postępowaniu z nowym koronawirusem Chiny zmienią kategorię procedur epidemiologicznych z B na A, czyli najwyższą, taką jak w przypadku najgroźniejszych chorób typu cholera lub dżuma. Zmiana ta zobowiązywała do szybszego raportowania przypadków oraz zastosowania ostrzejszych działań izolacyjnych. I, co najważniejsze, tego dnia wieczorem, podczas transmitowanej przez państwową telewizję konferencji prasowej, wchodzący w skład zespołu prof. Li znany chiński pulmonolog, prof. Zhong Nanshan po raz pierwszy powiedział Chińczykom, że wykryto nowy wirus przenoszący się z człowieka na człowieka i że Chinom grozi epidemia.

21 stycznia prof. Li wróciła do Hangzhou i zajęła się przede wszystkim ustalaniem, ile osób przybywa tu z Wuhanu. Ich liczba ją przeraziła, zbliżał się bowiem chiński księżycowy Nowy Rok i wszyscy masowo ruszali w odwiedziny do rodzin albo na wycieczki. Według dziennika „Renmin Ribao”, prof. Li natychmiast zażądała od władz Pekinu nałożenia na Wuhan blokady sanitarnej. „Blokadę trzeba wprowadzić koniecznie przed 24 stycznia, przed wigilią Nowego Roku, bo inaczej choroba rozprzestrzeni się na cały kraj na gigantyczna skalę” – przestrzegała prof. Li.

Apelu posłuchano. 23 stycznia o godz. 2 rano władze Wuhanu ogłosiły, że jeszcze tego dnia, za osiem godzin, miasto zostanie zamknięte.

Bez względu na to, jak prawdziwa jest historia „dzielnej pani Li”, dość jasne się wydaje, że jej kolportowanie ma na celu wykreowanie w Wuhanie i Chinach bohatera alternatywnego dla słynnego już na cały świat doktora Li Wenlianga. To on już 30 grudnia, jako pierwszy, przestrzegał w internecie o zagrożeniu poważną chorobą i ryzyku wybuchu epidemii. Odważny okulista od razu został wezwany przez wuhańską policję na przesłuchanie i ostro skarcony za „rozsiewanie nieprawdziwych informacji”. Dr. Li zmarł 7 lutego na COVID -19, zarażony przez pacjentkę, i od razu stał się narodowym bohaterem – odważył się powiedzieć prawdę, mimo obowiązującej w Chinach cenzury.

Strach w Nowym Jorku. Koronawirus zatrzymał miasto, które nigdy nie śpi

Szpitale polowe powstają w słynnym Parku Centralnym na Manhattanie, i na kortach tenisowych w Queens, gdzie co roku odbywa się turniej U.S. Open.

zobacz więcej
Trudno się oprzeć wrażeniu, że promując historię prof. Li, chińskie władze usiłują zaprzeczyć amerykańskim informacjom, iż prezydent Chin Xi Jinping musiał wiedzieć o zagrożeniu dużo wcześniej, co najmniej 14 stycznia, i celowo zwlekał kolejnych sześć dni z ujawnieniem prawdy o zjadliwości wirusa. Choćby po to, by uniknąć zbiorowej paniki. W tak zbiurokratyzowanym, autokratycznym i zhierarchizowanym kraju jak Chiny, złe wieści napływające od lekarzy z pewnością były po części ignorowane lub blokowane przez rządową administrację. Tym bardziej, że w kraju liczącym miliard trzysta milionów ludzi liczba chorych i zmarłych jawiła się jako zaledwie promil promila.

Czy zatem ogłoszenie Chinom dzień później, że grozi im epidemia, było zbyt późne? Prezydent USA Donald Trump twierdzi, że absolutnie tak. Że Chiny celowo ukrywały prawdziwe dane i manipulowały WHO – 15 kwietnia Trump ogłosił nawet, że wstrzymuje finansowania Światowej Organizacji Zdrowia na dwa, trzy miesiące za zbytnie poleganie na oficjalnych danych Pekinu oraz zwlekanie z ogłoszeniem pandemii. A w szczególności za doradzanie Stanom Zjednoczonym – i to już po wybuchu epidemii w Chinach – utrzymywanie połączeń lotniczych z tym krajem.

Zapewne dopiero po pandemii, na zimno będzie można ocenić, ile w tym wszystkim prawdy, a ile odpychania od siebie odpowiedzialności. Sęk bowiem w tym, że nawet jeśli chińscy przywódcy z premedytacją zwlekali sześć dni z ogłoszeniem prawdy o koronawirusie, to mimo wszystko dali Ameryce co najmniej półtora miesiąca na odpowiednie przygotowanie się do ataku COVID-19. A obecna sytuacja w USA, zwłaszcza w Nowym Jorku, zdaje się świadczyć o tym, że Trump z tego za bardzo nie skorzystał. Gwoli sprawiedliwości trzeba przy tym podać, że pierwsze przypadki zakażenia w USA były już pod koniec stycznia (przyloty z Wuhanu) – i zakazano wjazdu do Stanów podróżującym z Chin lub przez Chiny, zaś pierwsza śmierć nastąpiła dopiero miesiąc później.

76 dni, które wstrząsnęły nie tylko Hubei

Tak czy siak, bezprecedensowa, bo nie spowodowana działaniami wojennymi, blokada ogromnego chińskiego miasta przejdzie do historii. Utrwalą ją dramatyczne zdjęcia – nie tyle wymarłych ulic, zamkniętych dworców, lotnisk czy policyjnych kordonów na drogach, co raczej zrozpaczonych ludzi, siłą wyciąganych z domów do karetek, zaspawanych furtek do osiedli, lekarzy leżących ze zmęczenia pokotem na podłogach czy konających pacjentów, pakowanych zawczasu do worków na zwłoki.
Puste łóżka po chorych w centrum kongresowym w Wuhan, które po wybuchu epidemii zostało przekształcone w prowizoryczny szpital do leczenia pacjentów z COVID-19. Chiny, 9 kwietnia 2020 r. Fot. PAP / EPA.
Długo też jeszcze będzie zapewne trwała dyskusja, czy i ile przypadków zachorowań oraz zgonów chińskie władze ukryły (niektórzy mówią nawet o 60 procentach). Długo też krążyć będą rozmaite teorie spiskowe, bo mają to do siebie – np. że wirusa uwolniono w Wuhanie celowo, aby przetestować na milionach ludzi najnowsze metody elektronicznej kontroli zachowań, przemieszczania się itp. Tudzież o tym, że to jakoby Amerykanie zrzucili wirusa na Wuhan, aby położyć kres chińskiej ekspansji ekonomicznej. Nie wspominając już o wrednych koncernach farmaceutycznych, które ponoć wypuściły wirusa, żeby zbić krocie na nowych lekach i szczepionkach.

Mniejsza z tym. Warto za to pamiętać, że blokada nie obejmowała tylko Wuhanu, ale kilka innych wielomilionowych miast w prowincji Hubei, czyli łącznie niemal całą populację tej liczącej 60 milionów mieszkańców prowincji.

Trzeba też rozumieć, że blokada mogła być skuteczna nie tylko z powodu generalnie wysokiego zdyscyplinowania chińskiego społeczeństwa, cenzury i totalnej kontroli mediów społecznościowych. Chiny mają bowiem to do siebie, że w wielkich miastach niska zabudowa jednorodzinna to ciągle margines, dominują bloki zgrupowane w osiedla, a każde takie blokowisko jest otoczone ogrodzeniem zawsze pilnowanym przez ochroniarzy. Każdemu, kto przyjeżdża do Chin rzuca się w oczy, że wszystko i wszędzie jest czymś ogrodzone, podobnie jak w krajach arabskich. Wystarczy więc tylko zamknąć furtki i bramy, by „za murem” błyskawicznie zablokować ogromne rzesze ludzi. Nas to razi, ale w przypadku epidemii mogło to okazało się zbawienne.

Blokada Wuhanu trwała 76 dni. Jej zniesienie na 8 kwietnia zapowiedziano oficjalnie już 24 marca, gdy wiadomo było, że liczba zachorowań i zgonów zaczyna wyraźnie spadać. W czasie blokady w Wuhanie zakażenie koronawirusem stwierdzono u ponad 50 tysięcy osób, a 2,5 tysiąca zmarło – tak przynajmniej mówią oficjalne dane. Potem skorygowano te dane i ogłoszono, że w Wuhanie zmarło 3869 osób – o 1290, czyli o połowę więcej niż wcześniej podawano (w sumie w Chinach ponad 82 tys. chorych, ponad 4,6 tys. zmarło). Ale i tak na przykład przy Nowym Jorku, gdzie do 15 kwietnia stwierdzono już ponad 200 tysięcy zakażeń i niemal 11 tysięcy zgonów, rzeczywiście wygląda na spektakularny sukces.

Miliony ludzi skoszarowane, szpitale zmilitaryzowane, miasta zamknięte. Chiny w czasach zarazy

Na Chińczyków wylewa się teraz fala hejtu. Przodują w tym muzułmanie, ale i w zachodnim świecie zdarzają się napisy: „Chińczykom wstęp wzbroniony”.

zobacz więcej
Czy zastosowana blokada, choć drastyczna, powinna być postrzegana jako modelowe wręcz postępowanie w przypadku wszelkich pandemii? Wielu naukowców odpowiada twierdząco. Szacuje się, że w krytycznym momencie mogło wyjechać z miasta co najmniej milion osób, rozwożąc chorobę dalej, i temu blokada zapobiegła. Z artykułów opublikowanych w prestiżowym amerykańskim magazynie „Science” wynika, że dzięki blokadzie uniknięto co najmniej 744 tysięcy nowych zakażeń na terenie Chin, a ponad 130 chińskich miast zyskało co najmniej trzy dni na przygotowanie niezbędnych działań do powstrzymania epidemii.

Blokada miała też zapobiec ponad 75 proc. przypadków zachorowań na COVID-19 w innych krajach na początku lutego. Ale przy tej okazji dostało się Pekinowi, Szanghajowi, Kantonowi, Shenzhenowi i Kunmingowi, które nie wprowadziły blokad i po 23 stycznia stały się głównymi źródłami „eksportu“ koronawirusa na resztę świata.

Strach przed drugą falą epidemii

Wuhan po blokadzie na szczęście nie przypomina Hiroszimy po wybuchu bomby atomowej ani Leningradu po ponad dwuletnim hitlerowskim oblężeniu, ale jest miastem głęboko zranionym i normalne życie w nim to ciągle melodia przyszłości. Bo nadal najgorszy jest tu strach.

Mieszkańcy, pomni tak niedawnych, drastycznych sytuacji, wciąż unikają jeden drugiego jak ognia. Mimo, że wolno już wychodzić na ulice, tłumy nie ruszyły do sklepów i innych miejsc publicznych. Z domów nadal wychodzi się raczej tylko z konieczności, do pracy i po niezbędne zakupy albo na krótki spacer.

Niby otwiera się coraz więcej sklepów i lokali gastronomicznych, ale sprzedaż odbywa się głównie na wystawionych przed nimi stolikach, żeby ludzie nie musieli przebywać zbyt blisko siebie we wnętrzach. Mieszkańcy Wuhanu nadal zdecydowanie preferują zamawianie zakupów i gotowego jedzenia przez internet, z dostawą pod dom. Szacuje się, że w porównaniu z lutym, w marcu liczba takich dostaw wrosła aż trzykrotnie i nic nie zapowiada, by miała opadać. Jedyna ciekawa zmiana jest taka, że ludzie zaczęli już zamawiać więcej odzieży i kosmetyków, a nie tylko samą żywność.
Szkoły są ciągle zamknięte, lekcje odbywają się on line. Autobusy i metro znów działają, ale – jak porównać z tym, co było przed epidemią – świecą pustkami, bo każdy stara się dojechać do pracy samochodem, by uniknąć innych. Pracodawcy zresztą zachęcają pracowników, aby wciąż nie korzystali z transportu publicznego.

Władze twierdzą, że już ponad 90 proc. przedsiębiorstw wznowiło produkcję. Jednak inne oficjalne dane pokazują, że do pracy wróciło dotąd tylko 60 proc. pracowników, a pobór energii elektrycznej jest nadal o 20 proc. niższy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. W biurach obowiązują skrócone godziny pracy, a pracowników podzielono na zespoły tak, żeby przychodząc do pracy na zmianę, co drugi dzień, nie spotykały się one ze sobą.

Co gorsza, kluczowe dla fabryk zamówienia eksportowe znikły, bo stoi Europa i Ameryka. Jak długo zakłady pracy stać będzie na produkowanie na magazyn? Małe firmy, a tych jest w Wuhanie większość, albo już toną w długach, albo właśnie zwalniają pracowników i bankrutują. Gigantyczna branża budownictwa mieszkaniowego zamarła kompletnie – przez cały luty w tak wielkim Wuhanie nie sprzedano ani jednego nowego czy używanego mieszkania.

Na bardzo długo zapomnieć też można o jakichkolwiek dochodach z turystyki. Zrzeszenie właścicieli restauracji napisało do władz Wuhanu rozpaczliwy list z apelem o natychmiastową pomoc finansową i ulgi w czynszach. Dla nich, jak podkreślili, blokada była „totalną katastrofą”.

Równie niewesołe jest to, że po początkowym i mocno nagłaśnianym przez państwową propagandę zachwycie nad „odzyskana swobodą”, zniesienie blokady w wielu przypadkach spowodowało coś wręcz odwrotnego – zaostrzenie różnych restrykcji.

Oficjalne media pokazywały bowiem na całe Chiny, jak mieszkańcy Wuhanu wreszcie mogą oddychać świeżym powietrzem w parkach, radośnie robić zdjęcia kwiatkom i ptaszkom czy znów przyglądać się „normalnym” korkom samochodowym na ulicach, ale w tym samym czasie wielu tychże mieszkańców uznało, iż zniesienie blokady i poluzowanie reżimu sanitarnego sprowadzi na nich jeszcze większe zagrożenie zakażeniem. Dlatego na wielu osiedlach wręcz podkręcono limit dopuszczalnego wychodzenia na zakupy z codziennego (na dwie godziny) do jednego raz na trzy dni.

Po pandemii koronawirusa nie będzie powrotu do przeszłości

Skutkiem epidemii może być światowy kryzys na rynkach finansowych.

zobacz więcej
Zwiększyła się też liczba pomiarów temperatury ciała, wszyscy i wszędzie obsesyjnie żądają okazywania przepustek, zaświadczeń, pozwoleń itd. Dzieci, niegdyś biegające swobodnie po osiedlach, teraz wyprowadzane są tylko pod czujnym okiem rodziców. Syreny karetek, tak powszechne w czasie blokady, teraz wzbudzają u wielu jeszcze większy strach niż w jej trakcie, bo mogą przecież oznaczać, iż ktoś po sąsiedzku za bardzo sobie poluzował i będzie zarażał mogących wreszcie opuszczać domy ludzi. Dość powszechne jest przekonanie, że zbyt szybkie złagodzenie restrykcji i spadek czujności może doprowadzić do wybuchu drugiej fali epidemii.

Ucieczka z zaświadczeniem, że jesteś zdrowy

Z Wuhanu można nareszcie wyjechać. Już pierwszego dnia po zniesieniu blokady miasto opuściło pociągami ponad 50 tysięcy osób, a samolotami siedem tysięcy. Ponad dwie trzecie z nich udało się, a w zasadzie wróciło, do sąsiednich miast Xiaogan, Huanggang i Ezhou, gdzie też obowiązywała blokada. Pozostali pojechali głównie do Shenzhenu i Kantonu w południowej prowincji Guangdong, która jest największym zapleczem produkcyjnym Chin. W prowincji tej pracują miliony robotników z Wuhanu i całej prowincji Hubei.

Wszyscy podróżni muszą mieć oczywiście, zapisane w skanowanych na dworcach i lotnisku kodach QR, zaświadczenie od wuhańskich władz sanitarnych, że nie są nosicielami koronawirusa. Do tego zaświadczenia o stałym zameldowaniu w tych miastach albo o tym, że pracodawca zgadza się na ich powrót do pracy.

Natomiast z wyjazdami do innych miast czy w innych celach jest nadal ogromny kłopot. Jak wiadomo, to właśnie na prowincję Hubei przypadło ponad 80 proc. wszystkich zachorowań na COVID-19 w Chinach. Stąd w całym kraju przybysze z Wuhanu i tej prowincji byli i nadal są traktowani szczególnie podejrzliwie, niechętnie, a czasem wręcz wrogo. Dlatego mimo zniesienia blokady w wielu chińskich miastach od przybyszów z Wuhanu wciąż żąda się aktualnych testów na koronawirusa albo natychmiast kieruje się ich na przymusową kwarantannę. Hotele zaś nadal odmawiają im noclegów, a do wielu mniejszych miejscowości czy strzeżonych osiedli po prostu ich się nie wpuszcza.
Blokada Wuhan miała zapobiec ponad 75 proc. przypadków zachorowań na COVID-19 w innych krajach na początku lutego. Na zdjęciu mężczyzna po „odmrożeniu” miasta na spacerze w parku nad rzeką wzdłuż rzeki Jangcy, 12 kwietnia 2020 r. Fot. PAP / EPA
Na temat medycznych, społecznych, ekonomicznych i wielu innych aspektów bezprecedensowej blokady Wuhanu powstanie zapewne wkrótce mnóstwo naukowych opracowań. Te o zbawiennym wpływie blokady na uniknięcie jeszcze większej eksplozji COVID-19 w Chinach i na świecie już się pojawiają. Te socjologiczne, mówiące o wyraźnym odwróceniu się życiowych priorytetów – z pracy, kariery, sukcesu na zdrowie i rodzinę – też już trafiają do przestrzeni publicznej. Ale kiedy tak naprawdę, jeśli w ogóle, zabliźnią się wszystkie rany spowodowane blokadą, tego nikt nie wie.

Tak jak na razie nikt nie wie, czy i kiedy, jeśli w ogóle, otwarty znów zostanie feralny bazar Huanan, z którego pandemia ruszyła w świat. Póki co, w Chinach od lutego obowiązuje surowy zakaz sprzedawania, uboju i spożywania dzikich zwierząt. Tylko czy wytrzyma on pod presją odwiecznej tradycji traktowania dzikich zwierząt jako kulinarnych przysmaków i wykorzystywania ich do produkcji bardzo popularnych leków czy toników?

Szacuje się, że handel dzikim zwierzętami do celów kulinarnych i medycznych przynosi w Chinach zyski rzędu 70 miliardów dolarów rocznie, a trudnią się nim setki tysięcy osób.Z takich zysków i z tylu miejsc pracy nikt przecież łatwo nie zrezygnuje, w najgorszym wypadku wszytko może po prostu zejść do podziemia. A to i tak jeden z najmniejszych problemów, jakie w Wuhanie, Hubei i Chinach czekają na rozwiązanie po ustąpieniu pandemii.

– Krzysztof Darewicz

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Pracownica medyczna z The First Bethune Hospital of Jilin University na lotnisku, przygotowuje się do wyjazdu z Wuhan po zniesieniu blokady 8 kwietnia 2020 r. Wielkie emocje i łzy to reakcja na możliwość opuszczenia miasta po ponad dwóch miesiącach heroicznej walki z zarazą. Fot. PAP / EPA
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Auto samo zdecyduje, czyje życie ma narazić
Nadchodzi samochodowa sztuczna inteligencja.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak to na wojence
Tu kawałek biustu, tam odsłonięte do połowy pośladki, ówdzie nagi tors (męski) lub dziewczęce loki – plus ciuch jakby jeszcze pachnący bitewnym znojem…
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Świat mniej zadeptany. W kanałach Wenecji znów pojawiły się ryby
Jak będzie wyglądała turystyka po koronawirusie? Kogo wpuszczać, a kogo nie? Straty sektora szacowane są nawet na 400 mld euro.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Francja ulega muzułmanom. O czym nie wolno głośno mówić
Organizacje LGBT walczące z seksizmem i homofobią, siedziały cicho, gdy nastolatce grożono gwałtem i gdy wyzywano ją od „brudnych lesbijek”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Rewolucja młodych, wykształconych, z wielkich miast
Korzeni obecnych buntów należy upatrywać w roku 1968, kiedy marksistowskie hasła zagościły na amerykańskich uczelniach – twierdzi prof. Tomasz Żyro.