Cywilizacja

Wypieki dobrze robią na stres. Zajęcia czasów kwarantanny

„Co robi prawdziwa kobieta w sytuacji trudnej, napiętej, stresowej? Piecze placek ze śliwkami!” – objaśniała w serialu „Czterdziestolatek” Irena Kwiatkowska jako kobieta pracująca. – „Wszyscy dookoła szaleją, biegają z kąta w kąt, popłakują po kątach, a ona nic. Wypieka!” Czy w tym coś jest, czy to jedynie humorystyczny, filmowy dialog? – To czysta psychologia – komentuje dr Teresa Sikora, psycholog z Uniwersytetu Śląskiego.

Miesiąc spędzony w domach sprawił, że wróciliśmy do dawno zapomnianych czynności. Ze strychów i piwnic wyciągnęliśmy maszyny do szycia, w słoikach nastawiliśmy zakwas na chleb, wróciliśmy do pieczenia domowych ciast. Doszło nawet do tego, że drożdże są jednym z najbardziej poszukiwanych produktów. I to w wielu krajach Europy.

Forma silikonowa się nie sprawdza

Bochenek wygląda smakowicie. Dobrze wyrośnięty, z rumianą skórką. To pierwszy domowy chleb Alicji, trzydziestolatki z Warszawy.

Pracuje w firmie inżynierskiej, od niemal miesiąca w trybie zdalnym. – Z dnia na dzień okazało się, że mam dużo więcej czasu – opowiada Alicja. Oszczędza go na dojazdach do pracy, popołudniami nie może, tak jak wcześniej, spotykać się ze znajomymi, uprawiać sportu poza domem, więc zaczęła robić rzeczy, na które nigdy nie miała czasu.

– Zakwas na chleb dostałam od mamy, która chleby piecze już od jakiegoś czasu. Kupiłam mąkę – znalazłam tylko pszenną razową, typ 1850 – i korzystając z przepisu mamy, upiekłam pierwszy chleb. W domu miałam jedynie formę silikonową. Już wiem, że niezbyt się sprawdza. Jest za elastyczna, chleb rośnie w szerz, a nie do góry. Zamówiłam już metalowe blachy, czekam na dostawę mąki z młyna – mówi.

Przygodę z pieczeniem zamierza kontynuować. – Dzięki temu, że chleb mogę upiec sama, nie muszę teraz tak często wychodzić z domu i stać w kolejce do sklepu czy piekarni. Po zakupy staram się chodzić najwyżej raz na tydzień – dodaje.

Po zakwas do Halinowa

Alicja nie jest jedyną, która obrała taką strategię. W czasie pandemii, kiedy chcąc nie chcąc, musimy zostać w domach, wielu z nas postanowiło sprawdzić możliwości własnego piekarnika.
– Można znaleźć dobry chleb, ale ceny są wygórowane – tłumaczy Anna Andrzejewska. Fot. PAP/Tomasz Wojtasik
– W mediach społecznościowych wiele osób szuka informacji, jak upiec własny chleb. Nie mogą dostać drożdży, więc pytają o zakwas. Postanowiłam, że robiąc zakwas dla siebie, przygotuję więcej, żeby móc się nim podzielić nie tylko ze znajomymi – opowiada Anna Andrzejewska, autorka bloga kulinarnego Erotykasmaku.pl.

Pojemniczki z zakwasem na chleb wstawiła do jednego ze sklepów w podwarszawskim Halinowie, a w sieci na lokalnej grupie ogłosiła, że można go sobie wziąć zupełnie za darmo.

– Wiem, że mieszkańcy się po ten zakwas zgłaszali, na messengerze przysyłali mi podziękowania. Były pytania o przepis – mówi blogerka.

Bagietka, razowy czy podpłomyk? Żeby mieć chleb, nie trzeba uprawiać zboża. Trzeba mieć palenisko

Odkryto piec chlebowy dwukrotnie starszy niż uprawa zbóż. Żeby zatem mieć pieczywo, nie trzeba siać pszenicy czy żyta. Wystarczy mieć palenisko.

zobacz więcej
W pieczeniu chleba ma już spore doświadczenie. Woli go robić sama, bo, jak mówi, pieczywo w sklepach zawiera nie służące zdrowiu substancje, polepszacze. – Można znaleźć dobry chleb, ale ceny są wygórowane – tłumaczy Anna Andrzejewska.

Chlebowe receptury podają już nie tylko serwisy kulinarne czy blogerzy, ale i portale informacyjne, serwisy tygodników opinii. W efekcie na zdjęcia domowych chlebów czy słoików z dopiero co nastawionym zakwasem można się natknąć tam, gdzie normalnie nikt by się ich nie spodziewał.

Zdjęcie domowego chleba pojawił się np. na fanpage’u „Butem po Wawie” warszawskiego przewodnika Rafała Dąbrowieckiego, który zwykle prowadzi otwarte spacery po stolicy.

„Na razie level 0, ale już przymierzam się do takiego z zakwasu. Może macie jakieś fajne, sprawdzone przepisy na chleb?” – napisał o swoim bochenku. Wcześniej pochwalił się bułkami do burgerów, które upiekł po tym, jak w kolejce do sklepu otrzymał cenną informację od innej klientki: „Proszę pana, drożdże pojawiły się na Konduktorskiej” – relacjonował sytuację na Facebooku.

Europejski kryzys drożdżowy

Drożdże to teraz towar trudno dostępny, niemal luksusowy. W jednym z dużych warszawskich marketów nigdy nie było z nimi problemu. Na półkach stały te do wypieków słonych i te do słodkich, w większych lub mniejszych kostkach. W dziale z dodatkami do ciast piętrzyły się torebki z suszonymi drożdżami. Od kilku tygodni nie sposób trafić na żadne drożdże.

– Dostawy przychodzą, ale drożdże znikają zaraz po rozłożeniu ich na półkach. Trzeba przyjść w dniu dostawy, z samego rana – radzi pracownica marketu. W małym osiedlowym sklepie po drożdżach zostało tylko puste miejsce na chłodniczej półce. – Były, ale szybko wyszły – rozkłada ręce ekspedientka.
Internauci piszą o „kryzysie drożdżowym”, wymieniają się informacjami na temat tego, gdzie rzucili drożdże, ukuli nawet hasztag #drożdżegate. W sieci krążą przepisy nie tyle na chleb czy bułki, ile na drożdże, które można wyhodować na ziemniakach czy piwie.

Mimo deficytu, w niektórych sieciach handlowych znienacka pojawiają się półkilowe kostki drożdży. Komu uda się je upolować, dzieli się z rodziną lub znajomymi albo ogłasza w sieci, że zamieni drożdże na inny deficytowy produkt.

Półkilowe czy kilowe kostki drożdży można nabyć co prawda na aukcjach internetowych, ale ceny bywają zaporowe. Przed czasami pandemii cena 100 gramowej kostki drożdży oscylowała wokół złotówki. W przeliczeniu za pół kilo trzeba by zapłacić jakieś 5 zł. W sieci cena półkilogramowej kostki sięga dziś nawet 18 zł.

Przed pandemią za pół kilo drożdży trzeba by zapłacić jakieś 5 zł. Dziś w sieci cena sięga nawet 18 zł

Producenci drożdży zapewniają, że to nie fabryki ograniczyły produkcje, tylko zainteresowanie drożdżami osiąga nieobserwowany dotychczas poziom.

Dariusz Rompa, prezes produkującej drożdże firmy Lesaffre Polska podkreśla, że moce produkcyjne fabryki są teraz mocno eksploatowane. – Sytuacja, z jaką obecnie się mierzymy, nie wynika ze zwyczajowej konsumpcji drożdży, której wysokość śledzimy regularnie, dostosowując profil naszej działalności do trendów panujących na rynku – informuje nas prezes Rompa. Zaznacza, że zamówienia się zwielokrotniły, a firma Lesaffre Polska, która produkuje nie tylko na rynek polski, ale także zagraniczny uruchamia rezerwy produkcyjne, by odpowiedzieć na zapotrzebowanie klientów.


Drożdżowy kryzys dotknął nie tylko Polskę. „Drożdże zastąpił papier toaletowy jak najbardziej pożądany produkt w supermarketach” – donosi hiszpański dziennik „La Vanguardia” i tłumaczy, że Hiszpanie po tygodniach, w których nadrabiali lekturę i grali w gry teraz postanowili zostać piekarzami i mistrzami cukiernictwa.

Francuski dziennik regionalny „Dernières Nouvelles d’Alsace” pyta, gdzie się podziały słynne szare kostki drożdży Fala i dodaje, że kiedy dostawa jest rozkładana na półkach supermarketów, klienci zbiegają się właśnie przy tym regale.

Radio France Info cytuje z kolei mieszkającą w Brukseli autorkę bloga kulinarnego Owi Owi Fouette-Moi. – Drożdży nie ma wcale – przyznaje blogerka, dodając, że przepisy na chleby i zakwasy do tej pory były niszą na jej blogu, a teraz to właśnie ich najczęściej szukają internauci.

Chlebek bananowy, podpłomyki i bezy

W Wielkiej Brytanii za drożdżami też się trzeba nachodzić. Patrycja Olejnik i Marco Borin (polsko-włoska rodzina mieszkająca w Manchesterze) nie spodziewali się, że Brytyjczycy zabiorą się za wypieki.
Wypieki Patrycji i Marco. Patrycja piecze chleb i ciasta, Marco woli słodkości. Fot. Archiwum prywatne
– Choć słyszałam, że w Polsce brakuje mąki czy drożdży, to byłam przekonana, że w Wielkiej Brytanii, gdzie ludzie raczej nie gotują i nie pieką w domu, tych produktów nie zabraknie. Kilka dni później Marco pojechał do sklepu i nie dostał drożdży. Mięliśmy jeszcze trochę zapasu, ale pomyślałam, że skoro jest problem z drożdżami, to zrobię zakwas. Okazało się jednak, że nie ma też mąki, więc nawet zakwasu nie można było zrobić. Na szczęście kilka dni później udało nam się kupić drożdże w sklepie osiedlowym – opowiada Patrycja.

Jej siostrze, Katarzynie, która też mieszka w Manchesterze, udało się dostać drożdże w... polskim sklepie. Od razu kupiła pół kilo, na wszelki wypadek. Zrobiła ciasto na pizzę, a resztę zamroziła. – Dopiero się uczę piec. W razie czego oddam siostrze, ona na pewno wykorzysta – mówi ze śmiechem.

Patrycja dodaje, że nawet przy braku drożdży czy typowej mąki nie trzeba rezygnować z domowych wypieków. Można zrobić np. chlebek bananowy na śniadanie, albo wykorzystać nietypowe mąki, których ze sklepów nikt nie wykupił. – Marco dostał mąkę z ciecierzycy. Mogliśmy z niej zrobić włoską farinatę. A gdy nie ma drożdży, zamiast chleba można upiec podpłomyki, które mogą też służyć jako baza do pizzy – opowiada.

Tajemnice jaglanego detoksu

W dniu postu czuję się nasycony, nie myślę o tysiącach ciasteczek, kawek, herbatek. I jestem szczęśliwy, ponieważ otwieram serce na działanie Boga – mówi Marek Zaremba, dietoterapeuta, autor serii „Jaglany detoks”.

zobacz więcej
Chleby pszenne i żytnie, bagietki czy focaccię pieką w domu od dawna, bo, jak mówią, oboje pochodzą z krajów, w których pieczywo jest dużo lepszej jakości niż to dostępne w Wielkiej Brytanii. Teraz dzięki tym umiejętnościom mogą ograniczyć wychodzenie z domu.

– Zakupy robimy zazwyczaj nie częściej niż raz w tygodniu, żeby się nie narażać. Mamy małe dziecko w domu, staramy się nie wychodzić, nie spotykać się z innymi ludźmi. Marco, kiedy jedzie do sklepu, kupuje chleb na pierwsze dwa dni, a na resztę tygodnia robimy sami – mówi Patrycja.

Słodkości zaczęli piec, kiedy w Wielkiej Brytanii ogłoszono lockdown. Prym wiedzie w tym Marco, który na co dzień jest managerem restauracji. Teraz restauracja pozostaje zamknięta, więc Marco ma więcej czasu na rozwijanie kulinarnych pasji.

– Pieczemy to, na co akurat mamy ochotę. Od biszkoptów z owocami po bezy i bardziej wymyślne słodkości. Korzystamy najczęściej z blogów kulinarnych: polskich, włoskich, angielskich – wylicza Patrycja.

– Nie postrzegam pieczenia jako sposobu na przetrwanie czasu izolacji. Osobiście nie odczuwam jakoś szczególnie tych ograniczeń, nie czuję się więźniem w domu. Piekę bo lubię, lubiłem to zresztą już wcześniej, ale teraz mam po prostu więcej czasu. Poza tym bardzo miło jest upiec coś samemu. Im bardziej skomplikowany przepis, tym większa satysfakcja z pieczenia – mówi Marco.

– Najbardziej denerwujące w tej kwarantannie jest to, że nie można się podzielić wypiekami z przyjaciółmi i rodziną. Wszystkie ciasta które pieczemy musimy zjeść sami. Jaki będzie tego efekt? Zobaczymy po kwarantannie – dodaje żartem.

Trawienie zamiast problemów

O tym, że wypieki dobrze robią na stres przekonywała w serialu „Czterdziestolatek” kobieta pracująca, w której rolę wcieliła się Irena Kwiatkowska.
Print screen z 12. odcinka serialu "Czterdziestolatek". Irena Kwiatkowska (z prawej) jako kobieta pracująca tłumaczy Annie Seniuk, czyli Magdzie Karwowskiej, dlaczego w życiu rodziny tak ważne są wypieki./TVP
„Pani nie zna podstawowych zasad współżycia rodzinnego” – pouczała skonfundowaną inżynierową Karwowską. „Co robi prawdziwa kobieta w sytuacji trudnej, napiętej, stresowej? Piecze placek ze śliwkami! Wszyscy dookoła szaleją, biegają z kąta w kąt, popłakują po kątach, a ona nic. Wypieka! Po chwili zapach roznosi się po całym domostwie i centralny układ nerwowy nastawia się na trawienie, a nie na przeżywanie jakiś abstrakcyjnych problemów” – objaśniała, żywo gestykulując ta, która „żadnej pracy się nie boi”.

Coś w tym jest czy to jedynie humorystyczny, filmowy dialog? – To czysta psychologia – mówi bez wahania dr Teresa Sikora, psycholog z Uniwersytetu Śląskiego.

Co ma stolarz do terapii?

Kiedy byli dziećmi, wspólnotę nazywano Muminkami. Dziś to dorośli ludzie, którzy uczą się żyć i boją się, co będzie, jak ich mama umrze.

zobacz więcej
– W tej chwili większość z nas zadaje sobie pytanie o to, czy nie zarazimy się koronawirusem, co będzie z naszą pracą, czy dzieci zdadzą egzaminy. Te myśli, które w psychologii nazywamy intruzywnymi, stale nam towarzyszą. Poradzić można sobie z nimi, działając terapeutycznie – wypierając je, zastępując myślami rozpraszającymi. Kiedy piekę ciasto, skupiam się na dokładnym odmierzeniu składników. Jeśli biorę się za czyszczenie sreber po babci, to w tym momencie interesuje mnie tylko to, żeby pięknie błyszczały na półce. Nie chodzi o bagatelizowanie zagrożenia, z którym musimy się zmierzyć i wypracować rozsądne metody postępowania, ale o to, by dręczące myśli wyprzeć innymi związanymi z konkretnym działaniem – tłumaczy psycholog.

Wójt pożyczył maszynę do taty

W dobie pandemii wśród czynności, które odganiają dręczące myśli znalazły się nie tylko próby kulinarne i cukiernicze. Do łask wróciły maszyny do szycia. Kiedy badania potwierdziły pierwsze przypadki zachorowań na koronowirusa w Polsce, a na rynku zaczęło brakować maseczek, ruszyły spontaniczne akcje krawieckie.

W Trójmieście bawełniane maseczki szyją organizacje pozarządowe w ramach akcji #ngosySZYJĄMASKI3city. Nie służą one lekarzom przyjmujących pacjentów z koronawirusem, za to są potrzebne personelowi medycznemu na innych oddziałach, a także pielęgniarkom, personelowi opiekuńczemu czy służbom mundurowym.

Do działania w ramach akcji zgłosiło się ponad 700 wolontariuszy. – Maseczki szyją nie tylko zawodowe krawcowe, ale także osoby, które szyciem zajmowały się hobbystycznie, a nawet ci, którzy mieli gdzieś schowane maszyny do szycia i musieli sobie przypomnieć, jak się nimi posługiwać – mówi Magdalena Jabłońska z Fundacja Nielada Historia, która odpowiada za komunikację i logistykę akcji trójmiejskich NGO.

Wzory maseczek zostały opracowane we współpracy ze specjalistami medycznymi. Wykroje można pobrać z sieci, jest też film instruktażowy.

Dzięki akcji do placówek medycznych trafiło już ponad 16 tys. bawełnianych maseczek. – Nasza akcja jest bezkontaktowa. Szyjemy maseczki w swoich domach. Zalecamy też, by szyć w rękawiczkach, dezynfekować maszyny. Utrzymujemy dystans, ale nie społeczny tylko fizyczny. W sieci powstała grupa „Samopomoc Krawiecka”, na której wolontariusze wymieniają się doświadczeniami, proszą o rady, mogą się skonsultować w przypadku awarii sprzętu, wymieniają się adresami zakładów naprawczych. Stworzyliśmy społeczność i czekamy na moment kiedy będziemy mogli się wszyscy spotkać – podkreśla Magdalena Jabłońska.
Pracownice Teatru Muzycznego szyją maseczki dla lubelskich policjantów. Fot. PAP/Wojtek Jargiło
Maseczki powstają też m.in. w Małopolsce. Zawiązana w sieci grupa „Maseczki dla krakowskich medyków” przed Wielkanocą miała na liczniku 25 tys. maseczek przekazanych do 80 szpitali, oddziałów i przychodni, a do szyjących w domach spływają kolejne zamówienia. Krakowskie Pogotowie Ratunkowe poprosiło o 5 tys. maseczek.

W Miłoradzu do maszyny zasiadł sam wójt gminy – Arkadiusz Skorek. W szycie masek zaangażował się, gdy minister zdrowia poinformował o obowiązku zasłanianie nosa i ust w przestrzeni publicznej od 16 kwietnia. Wójt postanowił włączyć się w akcję szycia masek dla mieszkańców gminy. Maszynę pożyczył od taty, musiał sobie przypomnieć jak wprawić ją w ruch.

„MASKA dla każdego mieszkańca. Uszyjemy dla was maski drodzy Miłoradzanie. Ja już sobie przypomniałem i jestem gotowy do działania” – napisał wójt na Facebooku i zamieścił swoje zdjęcie przy pracy.

Ci, którzy szyć chcą dla siebie i swoich bliskich bez problemu znajdą w sieci wykroje i filmy instruktażowe. Filmy pokazujące jak zabrać się za szycie maseczki przygotowali nawet projektanci mody. Kto z igłą i nitką jest na bakier, a do maszyny podchodzi jak do jeża, może zdecydować się na maskę bez szycia. Potrzebny będzie tylko pistolet z klejem na gorąco.

Anna Andrzejewska oprócz tego, że podzieliła się zakwasem z mieszkańcami Halinowa i radzi, jak go wykorzystać, to razem z mężem Marcinem robi przyłbice. Opracowali wzór, ruszyli z domową produkcją, by mieć fundusze na materiały do produkcji część przyłbic sprzedają.

– Dostarczyliśmy przyłbice już do trzech szpitali, które zgłosiły nam zapotrzebowanie – mówi Anna Andrzejewska.

Szczypiorek na balkonie

Niektórzy decydują się na bardziej ponadczasowe aktywności i stawiają na rośliny. Dla firm ogrodniczych, sprzedawców roślin czas pandemii jest bardzo trudny, ale część firm postanowiła sprzedawać rośliny przez internet, z dostawą do domu. I okazało się, że wraz z budzącą się wiosną coraz chętniej korzystają z oferty nawet ci, którzy dysponują jedynie balkonem.
Część firm ogrodniczych postawiła na sprzedaż roślin przez internet, z dostawą do domu. Fot. Emica Elvedji/PIXSELL/PAP
Alicja, kiedy już pierwsze doświadczenia piekarskie miała za sobą, spojrzała właśnie w stronę niezagospodarowanego balkonu. Najpierw kupiła w sieci tuje w doniczkach, ale na tym nie poprzestała.

– Zamówiłam sadzonki warzyw, które można hodować na własnym balkonie – pomidory, szczypiorek, ogórki – wylicza. – Robię teraz rzeczy, o których wcześniej bym nawet nie pomyślała. Do tej pory miałam może jedną czy dwie rośliny w mieszkaniu, w tym kaktusa. Teraz zrobiło się u mnie jakoś zielono. I nawet nasiona rzeżuchy kupione w zeszłym roku i kompletnie zapomniane udało się posiać.

Dr Teresa Sikora zwraca uwagę, że to środowisko, w którym jesteśmy skłania nas do podejmowania takich czy innych aktywności. – A że teraz jesteśmy w zamknięciu, to dostrzegamy sposobności do działania, których wcześniej w codziennej pogoni nie dostrzegaliśmy. Potrafimy się świetnie adaptować, ale także przekształcać nasze środowisko, dlatego dzisiaj maszyna do szycia, która może do tej pory służyła w mieszkaniu za element dekoracyjny albo podpórkę pod umywalkę daje sposobność do szycia maseczek. Nagle okazuje się, że czas, który musimy spędzać w domu to sposobność do zrobienia własnego chleba czy upieczenia domowego ciasta – tłumaczy psycholog.

I dodaje. – Wracamy też do aktywności, które nabyliśmy „ewolucyjnie”, takie, które ukształtowały nasze człowieczeństwo, jak wspólny śpiew, rozmowa. Dla 80-latków to powrót do przeszłości, ale dla 15-latków to zupełnie nowa jakość. Wspaniałe jest także to, że mimo zagrożenia potrafimy te aktywności wykorzystać na rzecz dobra wspólnego, pomagając innym.

Wrócimy do wygody

Patrycja Olejnik i Marco Borin ciasta, które zaczęli testować w czasie pandemii, zamierzają piec także wtedy, gdy kryzys minie. – Będzie można wreszcie zaprosić gości i podzielić się z nimi tymi słodkościami – cieszy się na myśl o przyszłości Marco.

Czy piekarnie mogą się spodziewać mniejszego popytu, bo nauczeni pieczenia chleba w domu niechętnie wrócimy do tego z masowej produkcji?

– Wątpię, żeby ci, którzy teraz mają czas na pieczenie w domu, mieli go również wtedy, kiedy będą normalnie chodzić do pracy. Myślę, że w wiele osób wróci do kupowania pieczywa, a domowe wypieki będzie robić w święta czy w weekendy – ocenia Anna Andrzejewska.

Dr Teresa Sikora też jest zdania, że w długiej perspektywie wrócimy do sposobu życia sprzed pandemii. – W naturalny sposób człowiek dąży do wygody, woli zlecać prace innym i w ten sposób zaoszczędzić czas. Jednak nawet jeśli nie będziemy korzystać z nabytych teraz umiejętności, to wiele osób ma teraz okazję przekonać się, że potrafi własnoręcznie uszyć maseczkę, upiec domowy chleb. To dodaje pewności siebie, pokazuje możliwości działania, jakie mamy. Te doświadczenia nas wzmocnią.

–Agnieszka Niewińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

odc. 12 – Nowy zastępca, czyli meteor
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Auto samo zdecyduje, czyje życie ma narazić
Nadchodzi samochodowa sztuczna inteligencja.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak to na wojence
Tu kawałek biustu, tam odsłonięte do połowy pośladki, ówdzie nagi tors (męski) lub dziewczęce loki – plus ciuch jakby jeszcze pachnący bitewnym znojem…
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Świat mniej zadeptany. W kanałach Wenecji znów pojawiły się ryby
Jak będzie wyglądała turystyka po koronawirusie? Kogo wpuszczać, a kogo nie? Straty sektora szacowane są nawet na 400 mld euro.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Francja ulega muzułmanom. O czym nie wolno głośno mówić
Organizacje LGBT walczące z seksizmem i homofobią, siedziały cicho, gdy nastolatce grożono gwałtem i gdy wyzywano ją od „brudnych lesbijek”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Rewolucja młodych, wykształconych, z wielkich miast
Korzeni obecnych buntów należy upatrywać w roku 1968, kiedy marksistowskie hasła zagościły na amerykańskich uczelniach – twierdzi prof. Tomasz Żyro.