Cywilizacja

Zniewalający urok nazwiska, czyli dynastie polityczne

Ten i ów snuje rozważania o walce o prezydenturę USA w nieco odległej przyszłości: może Donald Trump junior kontra Chelsea Clinton? Kolejnym marzy się jeszcze inne starcie: Donalda juniora z Joem Kennedym III, wnukiem Roberta. Stara dynastia zmierzyłaby się z nową.

Czy każdy obywatel Stanów Zjednoczonych, zwykły człowiek bez szczególnych koneksji rodzinnych, może zostać gubernatorem stanu, przy założeniu, że spełnia pewne warunki, takie jak wykształcenie czy zaangażowanie polityczne? Oczywiście, że tak. Ale jeżeli tak się zdarzy, że kandydat jest synem gubernatora, jego szanse rosną niepomiernie – są aż 6000 razy większe! Wpływ pochodzenia widać jeszcze wyraźniej, gdy o miejsce w Senacie ubiega się potomek senatora, bo ma szanse większe aż 8500 razy.

Do takich wniosków doszedł jeden z amerykańskich badaczy zajmujących się analizą danych, który wyniki swych dociekań opublikował na łamach dziennika „The New York Times”. Było to przed wyborami prezydenckimi z 2016 roku i autor był przeświadczony, że zmierzą się w nich Jeb Bush, syn i brat prezydentów, i Hillary Clinton, żona prezydenta. Mylił się. Zwycięstwo Donalda Trumpa, miliardera bez rodzinnego zaplecza politycznego, daje za to asumpt do snucia rozważań, czy on sam może dać początek dynastii politycznej.


Magia nazwiska jest bowiem potężna. W dodatku opromienia ono nie tylko synów i córki prezydentów, premierów, ministrów, gubernatorów czy innych prominentnych osób publicznych, ale również dalszych członków ich rodzin. I nie tylko rodziny z najwyższej półki.

Przykładów nie brakuje. W 2017 roku w tym samym czasie z ubiegania się o reelekcję zrezygnowali dwaj kongresmeni ze stanu Michigan – republikanin Sander Levin i demokrata John Conyers. Miejsce Levina w Izbie Reprezentantów zajął jego syn Andy. Mniej szczęścia miał stryjeczny wnuk Conyersa, Ian, który przegrał prawybory w swej partii. Ale fakt, że podjął zabiegi o wakujący mandat członka rodziny, sam w sobie jest wymowny.

Świat ma w pamięci

Ameryka doskonale pokazuje, co znaczą dynastie polityczne, poczynając od bostońskiej rodziny Kennedych, która najlepiej wciela się w rolę arystokracji, choć korzenie ma skromne, a rodowód znacznie krótszy niż mają najstarsze rodziny Nowej Anglii. Zawiłe, dramatyczne losy Kennedych działają jednak na wyobraźnię Amerykanów – i nie tylko ich – tak samo, jak sagi rodów królewskich. Klan Kennedych to prawdziwa dynastia, rozbudowana, bogata, wpływowa – tyle że polityczna. Tak samo jak rodziny Bushów, Gore’ów i wiele, wiele innych.
Pod tym względem Ameryka nie stanowi wyjątku. Dynastie polityczne wszędzie – zarówno w państwach demokratycznych, jak i w dyktaturach – mają się doskonale. Ludzie chętnie powierzają władzę ich członkom. Dlaczego? Bo ich znają. Nawet jeśli o tym czy innym kandydacie nie mają większego pojęcia, i tak stoi za nim jego nazwisko. A to najlepsza rekomendacja.

Kyriakos Mitsotakis w Grecji. Charles Michel w Unii Europejskiej. Justin Trudeau w Kanadzie. Shinzo Abe w Japonii. Baszar el-Asad w Syrii. Nechirvan Barzani i Masrur Barzani w autonomicznym Kurdystanie. Ilham Alijew w Azerbejdżanie. Uhuru Kenyatta w Kenii.

To bardzo skromna, wręcz minimalistyczna lista polityków mających rodzinne korzenie polityczne. Jest krótka, bo widnieją na niej jedynie ludzie z najwyższego szczebla: prezydenci, premierzy, eurokrata z brukselskiej czołówki, i w dodatku tylko ci, którzy aktualnie są u władzy. Gdy w hierarchii zejdziemy niżej, lista rozrośnie się niepomiernie, obejmując również ministrów i wiceministrów, deputowanych i senatorów, działaczy krajowych i lokalnych, gubernatorów i liderów partyjnych. Tam zaczyna się droga, która część z nich doprowadzi na szczyt.

Pełna lista, uwzględniająca wszystkich przodków i krewnych współczesnych polityków, a także tych, którzy mają akurat przerwę w sprawowaniu władzy albo dopiero starają się ją zdobyć (jak francuska trzypokoleniowa rodzina Le Penów), wypełniłaby pewnie w całości ramy tego artykułu. Niektóre nazwiska są znane raczej we własnym kraju albo nawet tylko regionie, ale są i takie, które świat ma w pamięci. Aktywni politycznie są lub byli potomkowie Winstona Churchilla i generała Charlesa de Gaulle’a, Jawaharlala Nehru i Zulfikara Alego Bhutto, Jacquesa Delorsa i Francoisa Mitterranda, Kakuei Tanaki i Pierre’a Dżemajela.

Dwanaście procent

Król światowej lewicy. Piękny Justin Trudeau

Na jego profesjonalnie i z wdziękiem pielęgnowanym wizerunku ostatnio pojawiły się rysy.

zobacz więcej
W rodach politycznych, jak przystało na prawdziwe dynastie, pałeczka często jest przekazywana bezpośrednio, z pokolenia na pokolenie. Tak jest w greckiej rodzinie Papandreu, w której urząd premiera przechodził z ojca na syna: od Jeorjosa, szefa rządu w latach 60., przez jego syna Andreasa po Jeorjosa wnuka.

Podobnie w indyjskim rodzie Nehru-Gandhi: premierami byli Jawaharlal Nehru, jego córka Indira Gandhi i jej syn Radżiv. Czwartym elementem serii mógł stać się Rahul, syn Radżiva, jako przywódca Partii Kongresowej, gdyby nie to, że jej wyniki w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych były zbyt słabe, a sam Rahul postanowił rozstać się z polityką.

W Japonii, gdzie rodów politycznych jest zatrzęsienie, premierami, choć nie jeden po drugim, byli dwaj panowie Fukuda – ojciec Takeo i syn Yasuo.

Czy rzeczywiście pochodzenie z dynastii otwiera drogę do świata polityki i ułatwia w nim karierę? Aby to ocenić, Farida Jalalzai i Meg Rincker, badaczki z amerykańskich uniwersytetów, przeanalizowały pochodzenie i powiązania 1029 polityków z całego świata, którzy w latach 2000-2017 byli prezydentami lub premierami. Okazało się, że z rodzin politycznych wywodziło się 119 osób, czyli 12 proc. wszystkich przywódców. Autorki badań jednak definicję dynastii potraktowały dość swobodnie, bo poza więzami krwi za istotne uznały również więzy małżeńskie. W ten sposób przedstawicielką dynastii stała się Cristina Fernandez de Kirchner, która została prezydentem Argentyny tylko dlatego, że jej mąż Nelson nie mógł już kandydować na kolejną kadencję.
Oto wyniki: w Europie i Ameryce Łacińskiej z rodzin politycznych pochodziło 13 procent przywódców. W Azji – 11 proc. W Afryce subsaharyjskiej – 9 proc. W Ameryce Północnej – aż 25 proc., ale jest to przypadek specyficzny, bo autorki wzięły pod uwagę tylko USA i Kanadę, które w badanym okresie miały razem zaledwie ośmiu prezydentów i premierów. W tym gronie dwóch wywodziło się z dynastii i wiadomo oczywiście, o kogo chodzi. To prezydent USA George W. Bush i premier Kanady Justin Trudeau. Ich ojcowie – George Bush i Pierre Trudeau zajmowali te same stanowiska.

Córki, żony i wdowy

Więzy rodzinne o wiele silniej jednak działają w przypadku kobiet. Wśród 1029 badanych przywódców było tylko 66 kobiet, ale za to aż 19 z nich, czyli 29 proc., zawdzięczało stanowisko powiązaniom rodzinnym. Mechanizm, który wynosi je do władzy, jest jednak całkowicie odmienny od tego, który działa w odniesieniu do mężczyzn.

Kobiety docierające na najwyższe stanowiska to przeważnie żony i córki, które w różnych – czasem zwyczajnych, a czasem trudnych – okolicznościach zastąpiły swych mężów i ojców. Tą drogą weszły do polityki dwie panie premier: Benazir Bhutto, córka Zulfikara Alego Bhutto, prezydenta Pakistanu, i Szejch Hasina Wazid, córka Mudżibura Rahmana, pierwszego prezydenta Bangladeszu. Obaj ojcowie zostali zamordowani wiele lat wcześniej, ale ich dokonania i śmierć utorowały córkom drogę do rządów.

Nie są to zresztą odosobnione przypadki, a Benazir i Hasina nie były pierwsze. Sirimavo Bandaranaike z Cejlonu, pierwsza na świecie kobieta premier, w 1960 roku objęła urząd, dziedzicząc go niejako po mężu Solomonie, który padł ofiarą zamachu. Podobnie Filipinka Corazon Aquino, która zajęła miejsce swego zamordowanego męża, senatora Benigno Aquino, na czele opozycji i w 1986 roku, trzy lata po jego śmierci, została prezydentem. Śmierć Benigno podziałała jak impuls. Choć w polityce czynni byli i ojciec, i dziadek pani Corazon, ona sama nigdy wcześniej nie angażowała się na tym polu.

Posełki w pierwszym Sejmie niepodległej Polski. Kobiety prawa wyborcze zdobyły czy uzyskały?

50 parlamentarzystek II RP – nie stały się czarownicami i powychodziły za mąż.

zobacz więcej
A na niej nie koniec. Benigno Aquino III, syn Corazon, a zatem polityk w czwartym pokoleniu, kilkanaście lat później też został prezydentem. Jego poprzedniczką na stanowisku była Gloria Macapagal-Arroyo, córka prezydenta Diosdado Macapagala, który w 1965 roku przegrał wybory na rzecz Ferdinanda Marcosa.

Trudno jednak nie dostrzec, że w dyktaturach dynastie wszędzie tworzą się podobnie. Dyktatorzy niczego nie pozostawiają przypadkowi. Zawczasu myślą o sukcesji, szykując do niej jedno ze swych dzieci i na nim skupiając uwagę. Tak było przed laty w dyktaturach karaibskich, tak jest w Korei Północnej, gdzie rządzi już trzeci z rodu Kimów, tak bywa w Afryce czy współcześnie w republikach postradzieckich. Weźmy Azerbejdżan. Jego prezydent Ilham Alijew mimo protestów opozycji gładko przejął władzę po swym ojcu Heydarze, pierwszym prezydencie kraju.

Choć same dzieci nie zawsze palą się do rządów. Czasami decyduje przypadek. To on przesądził o losie prezydenta Syrii Baszara al-Asada, syna Hafeza al-Asada, który rządził swym krajem przez ponad 30 lat. Baszar nie miał być jego następcą. Objął rządy, bo jego brat Basil, wybrany na sukcesora, zginął w wypadku samochodowym. Saddam Husajn w Iraku i Muammar Kadafi w Libii również planowali przekazanie władzy jednemu z synów. Z dobrze znanych powodów do tego nie doszło.

Wierzchołek góry lodowej

W państwach demokratycznych decyduje nie wola dyktatora, lecz wola ludu. I to lud często przejawia nieskrywane przywiązanie do członków prominentnych rodzin, zwłaszcza tych, które są od dawna związane z określonym regionem. To przywiązanie przekłada się na decyzje wyborcze i sympatie, które okazują się nadspodziewanie trwałe.
Weźmy Grecję, w której od dziesięcioleci na scenie politycznej dominują trzy wielkie rody. Klan Papandreu, który wydał trzech premierów, jest związany z regionem Achaja na Peloponezie i tam zawsze może być pewny poparcia. Karamanlisowie (Konstantinos, który przeprowadził Grecję od dyktatury do demokracji, premier, a później prezydent, i jego bratanek Kostas, premier kilkanaście lat temu) to ród z Macedonii. Mitsotakisowie (dwóch premierów, w tym obecny Kyriakos, minister spraw zagranicznych i burmistrzowie Aten) najwięcej zwolenników mają na Krecie, bo stąd się wywodzą. W dodatku opromieniają ich więzy rodzinne z Elefteriosem Wenizelosem, premierem z początku XX wieku, który jest uważany za największego greckiego przywódcę czasów nowożytnych.

Te trzy dynastie są jednak jak wierzchołek góry lodowej. Nie każdy dochodzi do stanowiska ministra czy premiera, ale każdy prominentny polityk o mocnej pozycji i dobrym nazwisku w sposób naturalny toruje drogę do parlamentu krewnym – dzieciom, rodzeństwu, kuzynom. Często jest tak, że okręgi wyborcze praktycznie pozostają w rękach jednej rodziny. Czy oznacza to klientelizm? Może trochę.

Z drugiej strony Grecy przywiązują tak wielką wagę do rodziny – na każdym szczeblu i w każdych okolicznościach – że rodzinne aspekty polityki nikogo tu nie dziwią. Obecny premier Kyriakos Mitsotakis obiecywał wprawdzie, że będzie się starał ograniczyć dominację rodzin politycznych, ale mimo wszystko w swym rządzie znalazł miejsce dla jednego Karamanlisa i jednego Warwitsjotisa, przedstawiciela innego znanego rodu.

Mistrzyni PR. Zbudowała „amerykańską rodzinę królewską” i mit ojca narodu

Kiedy JFK prowadził kampanię prezydencką okazało się, że Jackie wydała na swoje stroje aż 50 tysięcy dolarów, co było dziewięciokrotnym średnim rocznym dochodem w kraju.

zobacz więcej
Zjawisko utrzymywania okręgów w rękach rodziny nie jest zresztą wcale specyfiką Grecji. Podobnie dzieje się na przykład w Indiach i Japonii, a do pewnego stopnia także w Wielkiej Brytanii. Obliczono kiedyś, że ok. 10 proc. deputowanych do Izby Gmin w jednej z ostatnich kadencji stanowili deputowani o rodzinnych związkach politycznych. W tym gronie byli lub nadal są tacy ludzie, jak Nicholas Soames, wnuk Churchilla, Hilary Benn, syn Tony’ego Benna, jednego z przywódców Partii Pracy, Harriet Harman z rodziny Josepha Chamberlaina, Jo Johnson, brat Borisa, obecnego premiera, Stephen Kinnock, syn Neila Kinnocka, byłego lidera Partii Pracy. W tym ostatnim wypadku więzy rodzinne łączą narody, bo żoną Stephena jest Helle Thorning-Schmidt, eks-premier Danii.

Obyci od kołyski

Politycy wywodzący się z dynastii politycznych bez wątpienia cieszą się przychylnością wyborców, ale dlaczego? Na portalu „The Conversation” autorki wspomnianych badań piszą tak:

„Więzy rodzinne okazują się ważne we wszystkich regionach, jakie przebadałyśmy, w monarchiach i w demokracjach, w krajach bogatych i w biednych. W monarchiach z samej ich natury władza jest dziedziczna. Ale nawet w państwach demokratycznych, gdzie obywatele wybierają swych przywódców w wolnych wyborach, przynależność do rodziny politycznej okazuje się atutem. Daje bowiem kandydatowi rozpoznawalność, obycie ze światem polityki, większą łatwość zdobywania sojuszników i lepszy dostęp do środków, gdy zabiega się o urząd”.
Skoro polityka bywa zajęciem rodzinnym, nie od rzeczy będzie więc odwrócenie pytania o motywację: co kieruje członkami rodu, którzy decydują się na wejście w sferę polityki? Bez wątpienia poruszają się w niej – a przynajmniej powinni – swobodnie, bo od urodzenia jest to ich świat. Dorastają wśród rozmów o polityce, mają okazję poznawać polityków, niekoniecznie w oficjalnych sytuacjach, nabierają wiedzy, co się w tym świecie liczy.

Dobrym przykładem stopniowego wrastania w politykę jest premier Kanady Justin Trudeau. Był dzieckiem, gdy małżeństwo jego rodziców się rozpadło. Trzej synowie pozostali z ojcem. Justin już jako bardzo młody człowiek towarzyszył ojcu w podróżach, poznawał ludzi i gdy po latach zdecydował się na karierę polityczną, stąpał po dobrze znanym gruncie. To samo można zapewne powiedzieć o większości polityków, którym start dała rodzina.

Amerykański paradoks

Niektórzy analitycy zastanawiają się, jak to możliwe, że Amerykanie, który odrzucili zwierzchność angielskich królów, z własnej nieprzymuszonej woli akceptują dynastie polityczne, powierzają ich członkom najwyższe stanowiska, ba! – chętnie spekulują, czy do grona wielkich rodzin mogą dołączyć następne.

Zięć, miliarder, wnuk polskich Żydów. Jaką rolę odgrywa u boku Donalda Trumpa?

Jared Kushner znalazł się wśród 20-osobowej delegacji, która przyleciała do Polski.

zobacz więcej
Dynastie polityczne nie są tu niczym nowym. Już u zarania Stanów Zjednoczonych prezydenturę zdobyli ojciec i syn – John Adams i John Quincy Adams. W XX wieku pojawili się dwaj Rooseveltowie – Theodore i Franklin Delano, jego bratanek. Później nadszedł czas Kennedych – prezydenta, ministra sprawiedliwości i senatora. Wreszcie Bushowie – dwaj prezydenci. Do tego pokaźne grono deputowanych, senatorów i gubernatorów, zarówno Kennedych, jak i Bushów. Plus jedno małżeństwo polityczne: Julie Nixon z Davidem Eisenhowerem – córki prezydenta z wnukiem prezydenta.

Asumpt do rozważań o tworzeniu się nowej dynastii już nie tylko w biznesie, lecz w polityce dała rodzina Trumpów. To pokłosie zaangażowania dzieci prezydenta – Donalda juniora i Ivanki, z mężem Jaredem Kushnerem u boku – w sprawy publiczne. Żadne z nich nie ma formalnego stanowiska w administracji, ale jako doradcy i ludzie do zadań specjalnych są dobrze widoczni. A że po drugiej stronie jest rodzina Clintonów – jeszcze nie dynastia, ale rodzina polityczna na pewno – ten i ów snuje rozważania o walce o prezydenturę w nieco bardziej odległej przyszłości. Może Donald junior kontra Chelsea Clinton? Choć sama Chelsea jak dotąd nie przejawia chęci, by pójść w ślady ojca-prezydenta i matki, która chciała być prezydentem.

Kolejnym marzy się jeszcze inne starcie: Donalda juniora z Joem Kennedym III, wnukiem Roberta. Joe, deputowany z Bostonu, jest jedynym w tej chwili przedstawicielem rodziny Kennedych w Kongresie. Stara dynastia zmierzyłaby się z nową.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Nad 41. prezydentem USA Georgem H. W. Bushem (siedzi w centrum) stoją od lewej: jego synowa Laura Bush i syn, 43. prezydent George W. Bush; 42. prezydent Bill Clinton i jego żona, była sekretarz stanu i kandydatka na 45. prezydenta Hilary Clinton; 44. prezydent Barack Obama i była pierwsza dama Michelle Obama; żona obecnego, 45. prezydenta Donalda Trumpa – Melania. Pogrzeb Barbary Bush (żony H. W. Busha i matki W. Busha), 2018 r. Fot. Paul Morse / George W. Bush Presidential Center via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Pomagają czy szkodzą? WHO na cenzurowanym
Szef WHO w ruchu marksistowsko-leninowskim w Etiopii reprezentował radykalne skrzydło wyznawców dyktatora Albanii Envera Hoxhy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Choćby dusza była jak trup…
Publikujemy ostatnią modlitwę Jana Pawła II. Papież już nie zdążył jej odmówić.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Igrzyska, których nie było, kosztowały ponad 5 mld dolarów
Wygląda na to, że nie da się przeprowadzić olimpiady bez prokuratora oraz zespołu śledczego.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Bomba jądrowa dla Polski? Obawia się Berlin, wścieka się Moskwa
Broń masowego rażenia nie tylko dla supermocarstw.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kobiety w polityce. Komu są potrzebne? I po co?
Nie w każdej damie kandydującej na prezydenta kryje się nowa Margaret Thatcher.