Cywilizacja

Dlaczego wirus rzuca ludzi na kolana wraz z ich snami o potędze? Chrystus i pandemia zła

Gdyby Bóg nie posługiwał się karą, to w jaki sposób wyjaśnić jadowite węże na pustyni, które kąsały aroganckich i niewdzięcznych Izraelitów? Jak wyjaśnić galopującą zarazę w królestwie Dawida? Jak usprawiedliwić zachowanie Jezusa, który biczami wychłostał ludzi przychodzących do świątyni jerozolimskiej dla czerpania zysku i powywracał ich stanowiska?

Wyobraźmy sobie dwóch chłopców bawiących się piłką na jezdni. Nagle nadjeżdża ciężarówka, spod której w ostatniej chwili ratuje malców pewien znajdujący się w pobliżu mężczyzna. Na jednego z chłopców zaczyna gromko pokrzykiwać. Łatwo się domyślić, którego z nich jest ojcem. W tym krzyku kryje się nieobojętny stosunek ojca do swego dziecka. Ale zapowiada też coś więcej. Podnosi głos, bo byłby gotów oddać za tamtego życie.

Kara Boża

Istnieje pewien teologiczny wysiłek, zwany teodyceą, a mający na celu odnalezienie możliwości pogodzenia dobroci i miłosierdzia Bożego z nieszczęściami i katastrofami, jakie spadają od czasu do czasu na ludzi.

Słynny biskup z Hippony św. Augustyn jako jeden z pierwszych starał się podjąć temat zła i grzechu, spadającego pod różnymi postaciami na głowy ludzi w dziele „De natura boni”.

Pisał: „Jeśli ci (niegodziwcy), kierując się złą wolą, dopuścili się niewłaściwego nadużycia Jego dobrodziejstw, On ze swej strony ku dobremu wykorzysta owo zło, jakie popełnili, używając w tym celu Swej prawowitej władzy, poddając odpowiedniej karze tych, którzy ulegali z całą przewrotnością własnym grzechom”.

Bóg posługuje się zatem karą w dobrym celu. On – jak powiada św. Augustyn – „dopuszcza to, czego chce i chce tego, co dopuszcza”.

Pismo Święte jest pełne przykładów Bożego karania i w każdym niemal przypadku istnieje związek między ludzkim grzechem, Bożym działaniem i nawróceniem się człowieka z tychże grzechów. Boże karanie ma zatem swą przyczynę i swój cel. Przyczyną jest ludzki grzech, celem zaś nawrócenie.


W 1917 roku papież Benedykt XV zwracał się do wielkopostnych rekolekcjonistów w słowach: „Publiczne cięgi są zadośćuczynieniem za oddalenie się rządzących i całego ludu od Boga”. Niech zatem kaznodzieje „wzywają wiernych, by przyjmowali z rąk Bożej Opatrzności spadające na nich utrapienia jako rodzaj zbiorowego karcenia. Zamiast narzekać na Boże zrządzenia, niech usiłują załagodzić Bożą sprawiedliwość w obliczu indywidualnych i społecznych win”.

„To, co my nazywamy plagą i karą – pisał cysterski teolog Vital Lehodey – jest w gruncie rzeczy łaską, wydatnym przejawem miłosierdzia. Przywyknijmy spoglądać na wszystko w świetle wiary, a wówczas nic z tego, co się dzieje w świecie nie będzie nas bulwersowało i nie będzie odbierało pokoju naszej duszy, ani podważało naszego zaufania względem Bożej Opatrzności”.

Zakazane msze

To cenne słowa, zwłaszcza w kontekście wirusa, który rzucił na kolana całe narody wraz z ich snami o potędze. Rządy państw sięgając po drakońskie metody, usiłują ratować dziś życie swych obywateli, jednocześnie promując i prawnie zabezpieczając prawo do masowych aborcji, eutanazji czy manipulacji genetycznych, które wołają o pomstę do nieba.
W Niedzielę Palmową, w Livorno karabinierzy przerwali mszę odprawianą w kościele Santa Madonna del Soccorso. Fot. Laura Lezza/Getty Images
W niektórych krajach Kościół stracił orientację, wynajmując się na usługi rządów, które odpowiadają za tolerowanie bądź wspieranie wielu zbiorowych zbrodni. A bywa, że z gorliwości o świeckie rozstrzygnięcia czasem tamtych nawet wyprzedza. Napisałem to potworne zdanie z bólu serca.

Gdy sześć tygodni temu zaczął się problem zakażeń we Włoszech, pierwszą decyzją podjęta przez rząd, a zaakceptowaną przez pasterzy Kościoła, był prawny zakaz odprawiania mszy świętych w kościołach i sprawowania innych sakramentów.

Ludzie mogą opuścić domową samoizolację, by udać się do sklepów, na pocztę, do urzędów, do stoisk z papierosami i totolotkiem, ale – broń, Boże – nie do kościołów.

Krótka wizyta na chwilę modlitwy jest dopuszczalna jedynie przy okazji załatwiania innych, uzasadnionych spraw. Za nieuzasadnione opuszczenie domu uznawane jest wybranie się do domu Bożego. Msze święte są przerywane przez policję, nawet w przypadku, gdy proboszcz odprawiał liturgię samotnie przy otwartych drzwiach świątyni, ludzie zaś decydowali się na uczestniczenie w niej z zewnątrz, stojąc na placu.

Czy koronawirus powstrzyma eutanazję

Pandemia, boleśnie doświadczając społeczeństwa zachodnie, uświadamia im, jak bezcenne jest ludzkie życie.

zobacz więcej
Za równie nieuzasadnione zostało uznane wyjście innego duchownego z krucyfiksem w rękach, kiedy pragnął on w ten sposób duchowo wesprzeć parafian, wnosząc między ich domy błogosławieństwo. Jego „występek” został ukarany mandatem 400 euro.

We włoskiej prasie tymczasem napotykam wypowiedź kardynała Matteo Zuppi z Bolonii, który „nie wierzy, by Bóg zechciał wysłuchać modlitw tego, kto opuszcza dom, by pójść do kościoła”.

Inny duchowny, kardynał Gualtiero Bassetti zachęcał do rezygnacji ze mszy wielkanocnej, jednocześnie nazywając to „czynem wielce szlachetnym”. „Kościół włoski powziął ten kierunek – powiedział 6 kwietnia tego roku w wywiadzie dla dziennika „Corriere della Sera” – bowiem na sercu leży nam przede wszystkim zdrowie wiernych. Dusza i tak jest nieśmiertelna, lecz zamieszkuje w ciele kruchym”.

Biedni włoscy dziennikarze przecierając ze zdziwienia oczy, zastanawiają się, czy już tylko w Polsce pasterze „zachowali trochę wiary katolickiej” w sobie? („Il Giornale”, 5 kwietnia 2020).

Bo, dziękować Bogu, przy zachowaniu wszelkich reguł ostrożności, w większości naszych świątyń msze święte są odprawiane i Chrystus sakramentalny jest adorowany. Kościołowi katolickiemu, który wspiera słuszne działania ekip ratujących życie i zdrowie ludzi, nie wolno zapomnieć, że „zbawienie dusz zawsze winno być w Kościele najwyższym prawem” (KPK, 1752).

Huragan nad Kościołem

Wszelkie zdobycze światowe okażą się najgorszymi plagami, jeśli przyczynią się do zaśnięcia dusz w niedbałości i wyjałowieniu duchowym. W takim razie do przebudzenia może dojść dopiero na dnie przepaści.

Ale nawet te najsroższe i długotrwałe plagi są niczym w porównaniu z bezterminowym pobytem w piekle. Mogą wręcz okazać się wielkim miłosierdziem okazanym nam przez Boga, jeśli tylko zdołają uchronić nas przed groźba potępienia i pomogą w odzyskaniu prawa wstępu do nieba.
„Podłość osiągnie swój szczyt i rozpadnie się sama, i zostanie pochłonięta” - mówił ks. Dolindo Ruotolo. Fot. By P. Vojtěch Kodet - permission to use it for "good purposes" - see link: http://www.vojtechkodet.cz/o-webu/ - http://www.vojtechkodet.cz/obrazek.php?id=503-24-6-2013.jpeg, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=81193012
Ciekawie pod tym względem brzmią słowa księdza Dolindo Ruotolo, słynnego mistyka z Neapolu, który przed stu laty zauważył, że w naszym świecie „Bóg stał się nieznany” oraz „że stworzenie ubóstwia samo siebie i popisuje się, by stać się bożkiem dla każdego, kto przechodzi”.

Mówił także: „Czy nie widzicie, że Kościół obumiera i wszystkie jego bogactwa zostały pogrzebane, jego kapłani nie są aktywni, często są niedobrzy, rozpraszają winnicę Pańską?”. I dodawał: „Świat stał się polem śmierci…, żaden głos go nie obudzi, jeśli nie podniesie go wielkie miłosierdzie”.

Ksiądz Dolindo uważał, że ludzie potrzebują swoistego miłosierdzia ze strony Boga. Miłosierdzia doznanego w dwóch fazach następujących po sobie. W pierwszej kolejności będzie to miłosierdzie oczyszczenia. Nie będzie ono jakąś pobłażliwością, ale raczej lekarstwem lub operacją chirurgiczną.

Między koronawirusem a Panem Jezusem. Msza z dachu, komunia po pięć osób, spowiedź drive-thru

Jak zachować zdrowie i nie utracić zbawienia?

zobacz więcej
Neapolitański kapłan mówił: „Nie bójcie się, nie lękajcie, jest bowiem konieczne, aby straszliwy huragan przeszedł najpierw nad Kościołem, a potem nad światem. Kościół wydawać się będzie prawie opuszczony i ze wszystkich stron pozostawiony przez swoje sługi. Będą nawet zamykane kościoły! Kiedy zobaczycie pasterzy wypędzonych ze swoich siedzib i sprowadzanych do biednych domów, kiedy zobaczycie kapłanów pozbawionych tego, co posiadali, kiedy zobaczycie obalone wszystkie wielkości zewnętrzne, mówcie, że Królestwo Boże jest blisko! To wszystko jest miłosierdziem, a nie złem!”.

I dodał, jakby w imieniu Boga: „Oto prawdziwe miłosierdzie i Ja nie przeszkodzę temu, co wydaje się czymś odwrotnym, a jest wielkim dobrem. Podłość osiągnie swój szczyt i rozpadnie się sama, i zostanie pochłonięta”.

„Straszliwy huragan” dziejów, zgonów, paniki, bankructw, „zamykane kościoły”, „pasterze wypędzeni ze swych siedzib” – czyli kaplic, świątyń i katedr – „i pozbawieni tego, co posiadali” – te opisy pasują do aktualnej sytuacji na świecie. I diagnoza: „To wszystko jest miłosierdziem, a nie złem!”.

Według księdza Dolindo potem nadejdzie druga faza owego miłosierdzia, pocieszającego i kojącego, „które zawiera się całe w eucharystycznej miłości Chrystusa. On chce królować w sercach swoich stworzeń, pragnie być ich życiem i dlatego dał się w całej obfitości”.

Wszystko więc zmierza do ponownego odkrycia obecności Chrystusa wśród nas, obecności ukrzyżowanej i zmartwychwstałej.

Zburzcie świątynię!

Wielu dzisiaj o Bożym karaniu mówi niechętnie. Wolą je raczej przemilczeć, by nie wytworzyć w nikim obrazu Boga sadysty. Tymczasem, gdyby Bóg nie posługiwał się karą, to w jaki sposób wyjaśnić jadowite węże na pustyni, które kąsały aroganckich i niewdzięcznych Izraelitów? Jak wyjaśnić galopującą zarazę w królestwie Dawida, jaka wybuchła w następstwie prób budowania jego władzy i polityki w oparciu o czysto ludzkie kalkulacje z pominięciem fundamentalnej roli Pana Boga w życiu i bezpieczeństwie narodu wybranego? Jak wreszcie usprawiedliwić zachowanie Jezusa, który biczami wychłostał i powywracał stanowiska czerpania zysku ludziom przychodzącym do świątyni jerozolimskiej?

„Mój dom jest domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców" (Łk 19, 44). Och, jak to burzy nasz wizerunek słodkiego Pana Boga i łagodnego Jezusa!
„Wypędzenie przekupniów ze świątyni” pędzla Rembrandta van Rijn z 1626 roku. Fot. Fine Art Images/Heritage Images/Getty Images
Nie sądzę, by po tym spotkaniu z Jezusem ktokolwiek tam, w świątyni, zachował gładką skórkę. Do końca życia oglądając blizny na ciele, pewnie wspominali Jezusową żarliwość okazaną w ich sprawie.

„Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił? Jeśli jesteście bez karania, którego uczestnikami stali się wszyscy, nie jesteście synami, ale dziećmi nieprawymi. Zresztą, jeśliśmy cenili i szanowali ojców naszych według ciała, mimo że nas karcili, czyż nie bardziej winniśmy posłuszeństwo Ojcu dusz, a żyć będziemy? Tamci karcili nas według swej woli na czas znikomych dni. Ten zaś czyni to dla naszego dobra, aby nas uczynić uczestnikami swojej świętości. Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości” (Hbr 12, 7-10).

Oczywiście, Jezus nie zatrzymał się na karceniu. Podobnie też kara Boża nie załatwia wszystkiego. Człowiek daje się skorygować jedynie w pewnych granicach. Dalszym wymogom nie podoła.

Bóg podejmuje więc inne działania wobec nas. Jezus, po wychłostaniu ludzi na dziedzińcu świątynnym, dodał: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. Mówił to, mając na myśli „świątynię swego ciała” (J 2, 19-20). Jego ciało musiało zmierzyć się z wyzwaniem krzyża, najistotniejszym problemem ludzkiej egzystencji.

Paradoks krzyża

Współczesny ateizm w przypadku wielu ludzi ma swe najgłębsze korzenie w zgorszeniu krzyżem.

Kościół dał Europie wolność sumienia

Środki przymusu – państwowego czy niepaństwowego – nie zastąpią modlitwy, postu, jałmużny i sakramentów.

zobacz więcej
„Taki Bóg, który pozwala na niewinne cierpienie i który dopuszcza bezsensowną śmierć, w ogóle nie jest godny miana Boga” – pisał Jurgen Moltmann, który przeżył obóz koncentracyjny. Wielu innych reaguje w podobny sposób, utrzymując, że należałoby zwrócić Bogu bilet wstępu do świata, w którym bezbronne dzieci umierają na oddziałach onkologicznych pokonane przez białaczkę i w którym porywa się nastolatki, by je „przerobić” na organy.

Choć, jak trzeźwo zauważył Joseph Ratzinger, „jest rzeczą uderzającą, że większość oskarżeń przeciwko Panu Bogu nie pochodzi od cierpiących tego świata, ale od sytych widzów, którzy nigdy nie cierpieli. Cierpiący nauczyli się widzieć”.

Czym jest krzyż? To narzędzie tortury, które używano w świecie antycznym, by uśmiercać w sposób jak najbardziej ohydny i okrutny skazańców. W szerszym znaczeniu przez krzyż rozumie się wszelkie cierpienie, ból, krzywdę, niesprawiedliwość, niekorzystne wydarzenia życiowe, nieprzychylny sposób potraktowania przez innych, upokorzenie, porażkę, wstyd, poczucie winy, chorobę, utratę najbliższych, brak pracy czy pieniędzy; a więc wszystko to, co niszczy, degraduje nasze życie, odbiera mu smak i rozmach, a z czym spotykamy się sporadycznie, okresowo, bądź na co dzień.

W takim sensie wiele jest krzyży, które dźwiga każdy człowiek od momentu pojawienia się na ziemi. Są one różnej wielkości i pojawiają się w różnych okresach życia. Taki rodzaj krzyża stawia pod znakiem zapytania pragnienie ludzkiego szczęścia, jakby pojawiał się tylko po to, by niweczyć wszelkie plany i pragnienia spokojnego i bezpiecznego życia.
Chrystus cierpiał dobrowolnie i niewinnie - pisze ks. Skrzypczak. Fragment obrazu „Cierniem ukoronowanie” (1604 r.) pędzla Caravaggio. Dzieło znajduje się w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum (Muzeum Historii Sztuki). Fot. Universal History Archive/Universal Images Group via Getty Images
Nic dziwnego, że krzyż rodzi bunt. W cierpieniu człowiek chce protestować, podnieść pięść, szuka sprawiedliwości na własną rękę i dopatruje się winnych. Uciekając od krzyża, popadamy w lęki, neurozy, dopuszczamy się gwałtowności, widzimy w innych wrogów, zamykamy się w egoizmie.

Nie ma innej drogi ucieczki od krzyża, jak grzech. Stajemy się w konsekwencji niewolnikami zła z powodu strachu przed bólem i umieraniem. Tysiące lat istnienia człowieka na ziemi nie dostarczyły mu żadnego panaceum na siebie samego. Wciąż największym problemem jest lęk przed utratą życia.

Wiele obrzędów i form kulturowych, wytworów fantazji i naturalnej religijności ma służyć oswojeniu tego największego wroga. W religiach człowiek szuka Bóstwa, by móc się osłonić przed nieuchronnym bólem istnienia. A jeśli tego tam nie znajdzie, pozostaje mu ateizm czy postawa religijnej obojętności jako coś w rodzaju wyzwania Boga na pojedynek albo też wypowiedzenia zależności, aż po zanegowanie Jego istnienia.

W tej sytuacji posłanie przez Boga swego Syna na świat z misją zbawienia wiąże się z wielką odpowiedzią Boga na ten problem. Chrystus jednakże nie przychodzi usunąć cierpienia, ale pozbawić go jego śmiertelnego jadu.
Ewangelia głoszona przez Apostołów jest Dobrą Nowiną o Chrystusie Ukrzyżowanym. Bóg wszedł w cierpienie i śmierć, poddał się jego przekleństwu, aby w tym miejscu, gdzie ludzie gubią się i tracą sens życia – na dnie nędzy i rozpaczy, na krańcach ludzkiej wytrzymałości i akceptacji, a nawet poza nią – zatriumfować jako Pan nowego życia i Zwycięzca śmierci.

Dlaczego cierpienie?

„Aby móc poznać prawdziwą odpowiedź na pytanie «dlaczego cierpienie» – uczył Jan Paweł II – musimy skierować nasze spojrzenie na objawienie Bożej miłości. Miłość jest najpełniejszym źródłem odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Odpowiedzi tej udzielił Bóg człowiekowi w Krzyżu Jezusa Chrystusa” (Salvifici doloris, 13).

Chrystus cierpiał dobrowolnie i niewinnie. W ten sposób podjął pytanie stawiane wielokrotnie przez ludzi, odwieczne pytanie Hioba: dlaczego mnie się coś takiego przydarza?

Jak zauważa św. Paweł: krzyż jest „zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” (1 Kor 1, 23). Zgorszenie to bierze się z dręczącej wątpliwości, jak to możliwe, że dobry Bóg nęka mnie cierpieniem, zsyła ból na niewinnych. Tym bardziej na „Żyda”, który w logice nauczania św. Pawła reprezentuje człowieka religijnego, wierzącego w moc Prawa i w to, że żyjąc sprawiedliwie można zasłużyć na pomyślność i błogosławieństwo Boże. W tej mentalności cierpienie jest skandalem, poczuciem krzywdy, nie do pogodzenia z moralnością typu „coś za coś”.

Dlatego też „Żydzi żądają znaków” (1 Kor 1, 22), cudów, nadzwyczajnych interwencji Boga, aby usunął i wyeliminował cierpienie. Jest to rodzaj warunkowej miłości żądającej dowodów, stawiającej sprawę na ostrzu noża: „niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego” (Mt 27, 42). W przeciwnym razie – bunt, przekleństwo.

Z drugiej strony krzyż to coś niepojętego i niesłychanego. To absurd, „głupstwo dla pogan” (1 Kor 1, 23). Cierpienie nie tylko pozbawia sił, zdolność przewidywania, planowania, spryt życiowy, ale i możliwości zaradzenia, rozwiązywania problemu, wymyślenia remedium. Krzyż jest niezrozumiały dla poganina, Greka, dla racjonalisty polegającego na inteligencji.
Cierpienie osiągnęło swój zenit w męce na Kalwarii - zauważa autor. „Chrystus niosący krzyż” namalowany przez El Greco ok. 1600-16005 roku. Fot. Fine Art Images/Heritage Images/Getty Images
Ponieważ „Grecy szukają mądrości” (1 Kor 1, 22), cierpienie jest odrzucane jako nielogiczne i upokarzające. Wytłumaczenia pomagają zrozumieć to, co się dzieje, jednakże cierpienie należące do kategorii niewytłumaczalnych zasługuje jedynie na pogardę i odrzucenie. Efektem tej postawy jest życiowy cynizm, zgorzknienie i depresja.

Największa miłość

Chrystus jednakże przynosi odpowiedź! Daje ją „nie samym swoim nauczaniem: Dobrą Nowiną, ale przede wszystkim własnym cierpieniem, które z tym nauczaniem, z Dobrą Nowiną scalone jest w sposób organiczny i nierozerwalny. Jest to jakby ostatnie, syntetyczne słowo tego nauczania: nauka krzyża” (Jan Paweł II, Salvifici doloris, 18).

Jednakże nauka krzyża jest paradoksem: to, co po ludzku jest znakiem klęski i uznawane za zło i uwarunkowanie zła, dla Chrystusa staje się instrumentem przełamania zła i największą prawdą życia.

Memento mori. Jak przygotować się na szczęśliwą śmierć

Ilekroć spotkamy orszak pogrzebowy, ile razy usłyszymy o czyimś zgonie, mówmy do siebie: mnie to samo jutro czeka.

zobacz więcej
Cierpienie osiągnęło swój zenit w męce na Kalwarii. Zostało wprowadzone w nowy wymiar. Zostało na zawsze związane z Miłością. Chrystus sięgnął korzeni zła i negacji, aby stamtąd wyprowadzić życie i dobro. Właśnie tam, gdzie wszyscy kapitulujemy w obliczu bólu i upokorzenia, wyrzekając się sensu życia i bluźniąc Bogu, Chrystus objawia największą prawdę o miłości. Wypełnia na sobie nieosiągalne pragnienie człowieka i najwyższe prawo życia: będziesz kochał! Rozpięty na krzyżu kocha Boga całym sercem – przebitym włócznią, całym umysłem – ukoronowanym cierniami i ze wszystkich sił – z przebitymi gwoźdźmi rękoma i nogami. Kocha Boga, oddając Mu w ręce całe życie.

W ostatnim, ekstremalnym momencie przyznaje się całkowicie do Miłości. Kocha bliźniego aż do granic miłości nieprzyjaciela i zabójcy: „Ojcze przebacz im!” (Łk 23, 34). Tutaj życie zostaje uwolnione, aby mogło osiągnąć swój szczyt.

Cierpienie ludzkie znalazło się w nowej sytuacji. Krzyż Chrystusa jest przełomem: przez cierpienie dokonało się Odkupienie, ale wraz z tym samo cierpienie zostało odkupione. Chrystus cierpiał za nas i dla nas. Przyjął na siebie całe przekleństwo, bunt i absurd cierpienia, aby pozbawić je trującej mocy, na krzyżu został złamany jego oścień, kolec, który dotąd miażdżył i zabijał życie ludzkie.

Od czasu, gdy „Chrystus wyniósł ludzkie cierpienie na poziom Odkupienia – nauczał Jan Paweł II – każdy jest wezwany do uczestnictwa w tym cierpieniu”. Oznacza to nową możliwość zrealizowania się w miłości. Krzyż staje się chwalebny, otwiera pomost do Boga, umożliwia spotkanie Go w faktach po ludzku niepomyślnych, prowadząc do zakosztowania Jego miłości i intymności z Nim. Staje się wydarzeniem odkrycia Dawcy nieśmiertelności na zakręcie życia. Staje się chwalebny, bo zrywa okowy lęku i egoizmu, umożliwia kochanie, wydobywa z człowieka jego najszlachetniejsze możliwości, otwiera na doświadczenie wolności.

Według papieża Benedykta XVI „wiara nie szuka cierpienia, ale uczy, że życie bez cierpienia nie osiąga pełni”. Przede wszystkim dlatego, że w cierpieniu człowiek zostaje skonfrontowany z faktem, że nie może rozporządzać własnym życiem, bo nie jest ono jego własnością, a on nie jest bogiem siebie samego.
W cierpieniu kryje się szczególna moc przybliżająca człowieka wewnętrznie do Chrystusa - zauważył Jan Paweł II. Na ilustracji: Pietà z Bergamo (ok. 1455 r.) Givanniego Belliniego. Obraz znajduje się w Accademia Carrara. Fot. Fine Art Images/Heritage Images/Getty Images
Droga łaski do człowieka wiedzie przez rozbicie twardej skorupy samouwielbienia, tłumiącej w nim uwielbienie Boga. Dopiero człowieczeństwo, które przeszło przez krzyż, objawia prawdziwego człowieka.

Co to oznacza? Nietrudno sobie to uświadomić w dobie jakby przesytu człowieka swym człowieczeństwem, kiedy już nie znosi samego siebie ani innych. W efekcie łatwo w drugim człowieku dostrzegać albo nagą małpę albo też wyjątkowo złośliwego szczura, którego trzeba koniecznie dogonić, a jeszcze lepiej prześcignąć. Tylko przez przecierpienie siebie samego i uwolnienie się od tyranii egoizmu wiedzie droga do odkrycia w drugim bliźniego, brata. Krzyż przełamuje moje „ja”, zmuszając niejako do wychodzenia poza obszar samego siebie.

Ukryta łaska

Apostołowie i pierwsi uczniowie Jezusa spoglądali na Krzyż od strony Zmartwychwstania. Stąd egzystencja chrześcijanina podąża „drogą paschalną”, pozwala doświadczać mocy zwycięstwa nad śmiercią przy każdorazowym zetknięciu się z krzyżem. Krzyż jest nazywany chwalebnym, bo jest kluczem do chwały, drogą do nieba, wezwaniem do wychodzenia poza granice ludzkich możliwości. Dlatego też możliwe jest nie tylko zaakceptowanie krzyża, ale i chlubienie się nim.

„Poprzez wieki i pokolenia stwierdzono – zauważył Jan Paweł II – że w cierpieniu kryje się szczególna moc przybliżająca człowieka wewnętrznie do Chrystusa, jakaś szczególna łaska. Tej łasce zawdzięcza swoje głębokie nawrócenie wielu świętych” ( Salvifici doloris, 26).
Umieli oni cenić cierpienie, bo znali jego cenę. Ojciec Pio tym, którzy prosili go o usunięcie jakiegoś kłopotu czy dolegliwości, odpowiadał: „przychodzą do mnie, bym im odebrał krzyż”. Wiedział dobrze, że cierpienie złączone z modlitwą to potężna broń. Nazywał je „świętą monetą” na okup łask Bożych. Niektórzy obdarowywani przez o. Pio jakimś wstawiennictwem dowiadywali się od niego: „gdybyś wiedziała, ile mnie kosztowała ta łaska”.

Św. Jan Vianney znany był jako spowiednik zadający łagodne pokuty. Resztę bowiem brał sam na siebie. Matka Teresa z Kalkuty natomiast przyznawała, iż siły do służenia umierającym w Indiach czerpie stąd, że jedna chora Belgijka wciąż ofiarowała w jej intencji swe codzienne udręczenie. Mądrości krzyża można nauczyć się tylko wtedy – mówiła św. Edyta Stein – gdy krzyż czuje się w samym sobie”.

Świadectw ponad miarę dawali temu liczni święci, czyli autentyczni chrześcijanie, którzy uwierzyli i pozwolili żyć miłości Chrystusa w sobie aż do końca. „Nie błagam Cię o to, Boże, byś mnie nie doświadczał – prosiła św. Bernadetta Soubirous – ale byś nie opuszczał mnie w tych doświadczeniach”.

Maria Anna Long, dwunastoletnia męczennica nowotworu, po licznych radioterapiach straciła oko. Urósł jej też duży guz w ustach. Pytał ją ktoś jednego razu, czemu nie modli się o to, by Bóg ją uleczył? I usłyszał w odpowiedzi: „Bóg wybrał dla mnie taką drogę”. Pewien uzdrowiciel nakłaniał chorą Marię Annę: „Pan Jezus może cię uleczyć. Wiem, że On może uleczyć. On może zrobić wszystko”. W końcu ta odparła: „Nie obchodzi mnie, czy mnie uleczy, czy też nie. To Jego sprawa”.
„Mądrości krzyża można nauczyć się tylko wtedy, gdy krzyż czuje się w samym sobie” – mówiła św. Edyta Stein. Fot. Borgas / ullstein bild via Getty Images
Brat Eliasz, młody trapista z opactwa Gethsemani, tego samego, do którego należał Tomasz Merton, w końcowym stadium raka płuc mówił: „Nigdy nie wyobrażałem sobie, że tak słodko jest umierać”.

Jak możliwe, że w miejscu doznawania zła ci świadkowie Boga widzieli i przeżywali zetknięcie z największym dobrem? I podejmowali je nie tylko dla własnego oczyszczenia i zjednoczenia z Bogiem, ale także by cierpieć za innych.

Obywatelstwo niebieskie

Świętość nie polega na bezbłędności, lecz na absolutnym zaufaniu i zawierzeniu Bogu. Nie ważne, czy masz wiele wad i defektów, ważne czyś przekonał się o bezgranicznej miłości Boga. Akcent nie spoczywa na człowieku, ale na Bogu. Nie liczy się wcale to, czy „ja chcę być świętym”, ale uznanie, że święty i dobry jest Bóg.

Aby być świętym, nie potrzeba wcale być wielkim w sensie posiadania silnej woli, odwagi czy charakteru. Odwrotnie: trzeba być małym, ubogim, jak dziecko. Chrześcijańska asceza nie polega na ćwiczeniach pokutnych i umartwieniach, ale na odrzuceniu własnej woli, odstąpieniu od własnych praw, stanięciu w cieniu i nie opieraniu się złu. Aby umarło fałszywe i zgubne „ja”, potrzeba od samoobrony przejść do pewnego rodzaju kapitulacji względem Boga, do uwolnienia się od konieczności odmawiania Mu czegokolwiek.

Projekt Boga dotyczący obdarowania człowieka świętością zmierza do przełamania w nim narcystycznego kompleksu, polegającego na tym, że człowiek umiera od zakochania się we własnym wizerunku. Bez nieba, bez życia wiecznego, bez eschatologii, zamknięty w kręgu własnych spraw i spełniania własnych drobnych zachcianek, człowiek przypomina niewolnika przywiązanego do słupa i pocieszającego się tym, że – jak by nie było – to jego słup. A15 Bóg prowadzi swoich wybranych drogą paschalną: z tego świata do Królestwa Bożego. Jest to droga powolnego zacierania wszelkich podobieństw człowieka z tym światem, aby upodobnił się on do Syna Bożego.

Stać się alter Christus – drugim Chrystusem, Jego żywą ikoną dla ludzi. Tym sposobem chrześcijanin, kształtowany na wzór Swego ukrzyżowanego Oblubieńca, coraz mocniej odczuwa w sobie moc Jego zwycięstwa. I zyskuje przyznawane mu z góry prawo wstępu do nieba, pewien rodzaj niebiańskiego paszportu.

– ks. Robert Skrzypczak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Autor jest duchownym katolickim, duszpasterzem akademickim. Absolwent psychologii i doktor teologii dogmatycznej. W 2014 uzyskał stopień doktora habilitowanego. Zajmuje się personalizmem włoskim. Wykłada teologię dogmatyczną na Papieskim Wydziale Teologicznym i w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie (Fot. PAP/Jakub Kamiński).
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kobieta, która stanęła przeciw Łukaszence
Przez lata żyła „przy mężu”. Dziś musi sprostać roli męża stanu.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak zarobić na Białorusi. Polski biznes w państwie Łukaszenki
To kraj fantastycznie uporządkowany, nie ma tam szarej strefy, jak na Ukrainie czy w Rosji – mówią inwestorzy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Dlaczego zarażeni Polacy rzadziej umierają w weekendy? Dziwne...
W czasie pandemii liczba zgonów spadła. Najbardziej na Lubelszczyźnie, Podlasiu i Podkarpaciu
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Demokraci byli rasistami. Republikanie walczyli o prawa czarnych
Elity republikańskie przypominały namaszczonych elitarnych działaczy Unii Wolności przekonanych, że prowadzą kraj ku postępowi.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Życie na 500 procent normy
„Wtedy Bóg rzekł: Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną; niechaj więc żyje tylko 120 lat”.