Historia

Rosyjska technologia zmartwychwstania

Plan Fiodorowa to ożywianie w pierwszej kolejności osób niedawno zmarłych, w drugiej wszystkich ludzi i zwierząt od początku świata.

Wśród historyków nauki i idei wielu zajmuje się teoriami najzupełniej błędnymi – i tym, w jakich bólach rozstawali się z nimi badacze i intelektualiści dawnych wieków. Najgłośniejszym przykładem jest pewnie wizja Ziemi jako centrum wszechświata, która miała się naprawdę nieźle, dopóki nie zaczęła się mnożyć liczba zaobserwowanych planet i epicykli, które trzeba im było dorysowywać…

Za wizję Ziemi krążącej wokół Słońca oddał głowę biedny Giordano Bruno i kilku jeszcze męczenników, do dziś przywoływanych przez bohaterskich przeciwników obskurantyzmu. Znacznie więcej ofiar znaleźć by można pewnie wśród alchemików, obiecujących władcy transmutację metalu. Niestety, mimo wielu kosztownych dodatków ołów nie zamieniał się w złoto, pracownię wypełniał gryzący dym.

Potem, czyli w nowożytności, bywało już mniej krwawo, ale niemało inkaustu przelano w obronie teorii flogistonu, cieplika czy eteru, frenologii (czyli orzekania o charakterze człowieka na podstawie kształtu jego czaszki) lub leczenia migreny okładami z ogórków. A i dziś portale grupujące entuzjastów płaskiej Ziemi mają się nieźle.

Wszechstronny dyletant

Szermierze postępu zwykle nie zauważają, że „pseudonauki” niemało przyczyniły się do rozwoju Prawdziwych Nauk: bez alchemii nie powstałyby laboratoria i techniki eksperymentalne, bez astrologii nie byłoby dorobku w zakresie obserwacji nieba i umiejętności obliczania ruchów ciał niebieskich.
Pracownia alchemika, rycina według obrazu Davida Teniersa. Fot. Gettyimages
Żeby było zabawniej, czasem dochodzi do ziszczenia się naiwnych wizji – tyle, że w zupełnie inny sposób i w oparciu o inne zasady niż chcieli pomysłodawcy. Podręcznikowym przykładem bywa przemiana ołowiu w złoto. Dałoby się ją współcześnie przeprowadzić bodaj i w reaktorze w Świerku – tyle, że koszt takiej operacji byłby tysiąckrotnie większy niż zysk ze złota. Ale i z lataniem się w końcu udało…

Czasem bywa tak, że błędne założenia prowadzą, trochę niechcący, do prawdziwych wniosków: w ten sposób „przewidziano” choćby istnienie Australii! „Bo musi być jakiś ląd na południowej półkuli, który przeważy Europę!”. Musi, nie musi, ale był, choć z pośpiechu nazwę „Australii” nadano najpierw, w 1642, Tasmanii.

Wśród rzesz odważnych myślicieli pierwsze miejsce powinno jednak przypaść skromnemu bibliotekarzowi-samoukowi: Nikołajowi Fiodorowowi, zmarłemu w roku 1903 w Moskwie. Fiodorow nigdy nie odebrał systematycznego wykształcenia. Ciekaw wiedzy, sam najpierw dorabiał jako korepetytor i nauczyciel, aż oparł się w Moskwie, gdzie niemal do śmierci pracował jako bibliotekarz.

Był postacią ujmującą i pełną dziwactw: uderzająco skromny (nie pozwalał zrobić sobie zdjęcia ani portretu, jego jedyny wizerunek został nakreślony ukradkiem), nie publikujący niemal niczego pod własnym nazwiskiem, ponieważ opowiadał się za wspólnotą dóbr intelektualnych. Wielkiej dobroci – większość skromnych dochodów przeznaczał na stypendia dla studentów i wynalazców, którymi się opiekował. Jarosz i perypatetyk (jako 70-latek poruszał się po Moskwie wyłącznie pieszo), wielkiej pobożności wyznawca prawosławia, rozmówca (i, jak twierdzą historycy literatury, inspirator) Tołstoja i Dostojewskiego.

Wydawałoby się – pogodny, wszechstronny dyletant, jakich niemało było w pogodnym XIX wieku: Fiodorow trochę malował, trochę komponował, z nauki zaś zajmowało go niemal wszystko, od elektrotechniki po hodowlę zwierząt mlecznych i lingwistykę.

Poznać język, pojmać yeti

Niektóre z jego koncepcji rozczulają, do złudzenia przypominając fantazje bystrego dziesięciolatka. Dowiedziawszy się o tym, że Ziemię otoczyły kable telegrafów transatlantyckich zamarzył o tym, by zwiększyć liczbę tych zwojów i przepuszczać przez nie prąd w jednym kierunku, przez co planeta nasza stałaby się „jednym gigantycznym Elektromagnesem” (co by to dało, prócz wysokich rachunków za elektryczność – nie wyjaśnił).

Zatroskany nieurodzajami i huraganami, domagał się okolenia Ziemi naszyjnikiem jakby ogromnych balonów latających, uwiązanych na wielkiej linie i zaopatrzonych w piorunochrony, co pozwoliłoby rozpraszać burze i „sterować pogodą”.

Bez niego nie byłoby tranzystorów, komputerów, smartfonów... Przywrócona cześć Jana Czochralskiego

1 września 1939 roku okazuje się, że Czochralski nadal jest Niemcem. W dokumentach ma na imię Johann.

zobacz więcej
Fascynował go (jak wielu przed nim i po nim) „dach świata”, czyli Pamir, który uznawał za kolebkę ludzkości, a już co najmniej rasy aryjskiej – i, za nic mając wielką rywalizację polityczną między ówczesnym Petersburgiem a Londynem, domagał się zorganizowania „ekspedycji anglo-rosyjskiej”, która poznałaby prajęzyk i pojmała yeti.

Wszystko to jednak zakrawa na figle użytkownika zestawu „Mały Fizyk” w porównaniu z myślą, którą Nikołaj Fiodorow sformułował w pisanym przez wiele lat dziele „Filozofia wspólnego czynu”. W tym traktacie, stanowiącym połączenie wizji, projektu, manifestu i syntezy nauk, „moskiewski Sokrates” postulował nie mniej, ni więcej, lecz kierunki rozwoju ludzkości.

Zaczynał skromnie, od typowego dla końca XIX wieku połączenia optymizmu historycznego z uznaniem dla osiągnięć nauki: należy zaprzestać wrogości między narodami, połączyć siły, zwiększyć wydajność z hektara. Wprowadzić nawozy sztuczne, skomasować grunty, szczepić i edukować. Uregulować klimat (w traktacie nie wchodził w szczegóły) i w ogóle opanować żywioły. Zorganizować społeczeństwo w duchu braterskim.

Marzenia o braterstwie, komasacji gruntów i powszechnym systemie opieki zdrowotnej zdarzały się już wcześniej, wiek XIX jest ich pełen. W latach 90. XIX wieku przewidywano też sporo z możliwego rozwoju medycyny: rojono o wielogodzinnych operacjach, o transplantacjach i transfuzjach. Fiodorow dokonał jednak posunięcia niesłychanego. Uznał, że skoro powyższe będzie już możliwe, skandalem etycznym i wyrazem niewdzięczności byłoby, by z tych błogosławieństw korzystało tylko jedno pokolenie. A skoro tak, aby ustrzec się przed „synowskim egoizmem”, należy postawić przed nauką kolejny cel: powinna ona doprowadzić do wskrzeszenia wszystkich zmarłych!

Obietnica Jezusa

Fiodorow, podkreślmy to raz jeszcze, był głęboko wierzącym chrześcijaninem. Stawiając postulat wskrzeszenia zmarłych w „Filozofii wspólnego czynu” powoływał się wprost na obietnicę daną przez Jezusa. Zarazem jednak – i na tym polega prawdziwie kopernikański przewrót, jakiego dokonał (a może powinniśmy odtąd mówić „fiodorowowski”?) – tego wskrzeszenia domagał się nie od Zbawiciela, nie od Boga, który jest „Ojcem żywych, nie umarłych” lecz od wynalazców przyszłości.

Postulat ten stawiał zaś – warto i to podkreślić – z odwagą i fantazją dziesięciolatka. Nie ograniczał się, jak rzesze współczesnych mu i późniejszych reformatorów, do marzeń o uzdrawianiu schorzeń współcześnie mu nieuleczalnych, o „przedłużeniu życia” poza granicę kilkudziesięciu lat. Nie – Fiodorow domagał się ożywiania w pierwszej kolejności osób niedawno zmarłych, w drugiej zaś – nie zaprzątając sobie głowy bodaj najgrubiej pojętym prawdopodobieństwem, bodaj taką racjonalnością, jakiej oczekujemy od baśni – wszystkich ludzi i zwierząt od początku świata, twierdząc, że można to będzie zrobić „z garści prochu”.
Nikołaj Fiodorow, portret autorstwa Leonida Pasternaka. Fot. Wikimedia
Co czyni jego wizję niepowtarzalną – to połączenie bezgranicznej fantazji ze szczególnego rodzaju drobiazgową, buchalteryjną wręcz racjonalnością w wybranych obszarach. Wskrzesić fizycznie wszystkich, którzy kiedykolwiek zmarli – to nie problem! Ale, nie da się ukryć, na Ziemi zrobiłoby się wówczas dość mało przestronnie. – Damy radę! – odpowiada na to Fiodorow. – Po prostu trzeba skolonizować kosmos!

Dzieło Fiodorowa jest szeroko znane i badane – przez filozofów, historyków i religioznawców. W Polsce pisali o nim wszyscy, od Miłosza po krakowskie „Pressje”.

Nie da się o nim, oczywiście, pisać na serio bez licznych „–izmów” i „–logii”: nurt refleksji, któremu dał początek (a o którym więcej za chwile) bywa nazywany „kosmizmem”, a jego zdumiewającą myśl klasyfikowana jest jako rodzaj aktywistycznej eschatologii (tak postrzegał ją Nikołaj Bierdiajew, wybitny filozof rosyjski początku XX wieku), jako „implikacja ewolucjonistycznej antropologii” (brzmi to niezbyt ładnie, ale logicznie), jako swego rodzaju refleksja nad „przebóstwieniem świata i człowieka”.

Nawet jednak, jeśli starać się myśleć o Fiodorowie możliwie bez „ izmów”, dwie rzeczy muszą zbudzić nasze zdumienie: na jakim gruncie wyrosnąć mogła podobna myśl, do jakich emocji i tradycji intelektualnych musiała się odwoływać, oraz – jak to możliwe, że nie uznano jej za rojenia osoby stojącej na bakier z rozsądkiem, że mogła stać się inspiracją dla kolejnych myślicieli?

Szeroki gest

Pierwszemu z tych tematów, czyli intelektualnym fundamentom fantazji Fiodorowa, poświęcono nie jeden i nie tuzin tomów. Oczywista jest rola rosyjskiego prawosławia – z jego wyprowadzonym od Wschodnich Ojców Kościoła marzeniem o apokatastasis, czyli odkupieniu całego świata, ale też z jego łatwością radykalnych skrótów, sięgania „do korzeni”, odwoływania się do literalnie pojmowanej Ewangelii z odrzuceniem dorobku teologów i bez obawy herezji.

Potrzeba jednak było dużo więcej: jak o tym pisać, żeby nie zredukować wywodu do kilku prostackich formułek o „szerokości rosyjskiej duszy”, czy „rosyjskim rozmachu”?

Nie, nie byłoby Fiodorowa również bez szczególnych dziejów nowożytnej nauki w Rosji (nieobecna w scholastycznym średniowieczu czy w renesansie, została „importowana” przez Piotra I od razu w zaawansowanej postaci, razem z cyrklami, mikroskopami i pudrem peruk). Bez sytuacji społecznej i politycznej XIX-wiecznego Imperium Rosyjskiego, popychającej najróżniejsze umysły w stronę najróżniej pojmowanego radykalizmu: czy pokuta, czy imperium, czy przemiana w sztuce, czy przemiana świata, wszystko musi być totalne…

Czy „boży szaleńcy” poprowadzą Rosję do demokracji?

Akceptowali pijaństwo, bluźnierstwo i seksualne wyuzdanie. Chodzili po ulicach nago. Cudownie uleczali i zabijali.

zobacz więcej
Ale, przyznajmy: bez „szerokiego gestu” – najszerszego z możliwych, bo czego więcej można by zażądać od nauki prócz wskrzeszenia zmarłych?! – by się nie obeszło.

Równie ważkie jest jednak pytanie o recepcję myśli Fiodorowa. Nietrudno bowiem, mimo wszystko, wyobrazić sobie podeszłego wiekiem dyletanta, który formułuje traktat z nierealistycznymi postulatami.

Redaktorzy działu nauki w każdej współczesnej redakcji, gdzie taki dział jeszcze przetrwał, rozpoznają z daleka duże, beżowe koperty zaadresowane ręcznym, staroświeckim pismem, pękate od kserokopii i manuskryptów, których autorzy oferują nową koncepcję lotu kosmicznego, pozyskiwania energii z wody lub leczenia cukrzycy (w braku działów nauki koperty takie trafiają zwykle do działu opinii).

Trudniej zrozumieć, jak myśl ta mogła zyskać w Rosji początku XX wieku tylu wyznawców i naśladowców.

A był ich legion. Do najbardziej znanych wyznawców niemal Fiodorowa zaliczany jest wspomniany wyżej Siergiej Bułgakow – ale przecież i Kazimierz Malewicz („człowiek sposobi się na ziemi do wyrzucenia swego ciała w nieskończoność – swych nóg i aeroplanów – coraz dalej i dalej ku granicom atmosfery”) i rzesze pomniejszych futurystów, suprematystów, rewolucjonistów artystycznych.

Osiemnasta transfuzja

Za jego uczniów i kontynuatorów mieli się najbardziej znani badacze: Konstanty Ciołkowski, którym co starszych czytelników zamęczano w szkole jako „ojcem radzieckiej kosmonautyki”, sam notabene samouk, owszem, opracował fundamenty teorii lotów kosmicznych – niejako w odpowiedzi na zamówienie Fiodorowa! Skoro kwestia powszechnego zmartwychwstania, a co za tym idzie, przeludnienia Ziemi, jest kwestią czasu – należy zawczasu opracować technikę lotów w kosmos!

Za Fiodorowem postępował największy XX– wieczny rosyjski mineralog, Władimir Wiernardski, i jeden z najciekawszych historyków i antropologów, Lew Gumilew (prywatnie syn Anny Achmatowej).

Jednym z jego najwierniejszych akolitów był Aleksander Bogdanow – lekarz, ekonomista, płodny pisarz i wpływowy działacz partii bolszewickiej, a po zwycięstwie rewolucji organizator Socjalistycznej Akademii Nauk. Towarzysz „Malinowski” (jak brzmiał jego najpopularniejszy pseudonim partyjny) miał się za jednego z najwierniejszych uczniów Fiodorowa, wprost inspirując się jego marzeniami o lotach w kosmos i masowym podnoszeniu poziomu zdrowia ludzkości.
Konstanty Ciołkowski, "ojciec kosmonautyki radzieckiej" w latach 30. XX wieku. Fot. Wikimedia
W powieści fantastycznej z roku 1908 o proroczym tytule „Czerwona gwiazda” opisana jest społeczność przybyszów z Ziemi zaludniająca Marsa, która praktykuje powszechne i regularne wzajemne transfuzje krwi. Służyć one mają (w powieści) nie tylko podnoszeniu ogólnego poziomu zdrowia („młoda krew ożywia stary organizm”), lecz, co równie istotne, wykształcaniu się ducha wspólnoty i jedności: skoro wszyscy współdzielą krew, indywidualizm przestaje mieć sens…

Bogdanow pozostał wierny ideom Fiodorowa oraz transfuzjologii również po rewolucji: w 1926 roku powołał w Moskwie do istnienia (przy gorącym poparciu sekretarza generalnego partii, Józefa Stalina) pierwszy w świecie Instytut Krwi i stanął na jego czele. W Instytucie zajmowano się nie tylko badaniami w zakresie hematologii: praktykowano również na dużą skalę, zgodnie z doktryną i powieścią, „wzajemne transfuzje”, mające odmładzać i uzdrawiać.

Grupy krwi już wprawdzie znano, ale niedostatki w badaniu posiewów zastępowano entuzjazmem, na skutek czego sam Bogdanow podczas osiemnastej z kolei transfuzji, jakiej poddał się był w ciągu roku, zaraził się galopującą odmianą gruźlicy i zmarł, stając bodaj pierwszym w dziejach męczennikiem za sprawę Fiodorowa.

Inspirator Doliny Krzemowej

Te fakty i te tropy też zostały już stosunkowo szeroko opisane. Mniej znane jest fakt, że w pięć pokoleń później myśl Fiodorowa w Rosji jest nadal żywa – doskonale łącząc się z najzupełniej współczesnymi koncepcjami i projektami z zakresu transhumanizmu, czyli – najogólniej – koncepcji systematycznego wykorzystania możliwości współczesnych technologii w celu radykalnego przedłużenia ludzkiego życia: być może ad perpetuam?

Transhumanizm znany jest przede wszystkim jako zespół marzeń myślicieli, wynalazców i multimiliarderów Zachodu. Różnego rodzaju projekty transhumanistyczne – od „rozszerzania świadomości”, przez „zespolenie umysł– komputer”, po marzenia o tworzeniu cyborgicznych hybryd ludzko– maszynowych – realizowane są jawnie w laboratoriach kalifornijskich i południowokoreańskich.

Najwięksi potentaci współczesnego świata, od Petera Thiela po Elona Muska deklarują się jako entuzjaści transhumanizmu. Zwykle nie zaprzątają sobie oni głowy jakimś Nikołajem Nikołajewiczem, zajadającym przed 130 laty kiszoną kapustę na zapleczu Biblioteki Rumiancewa. Poważni badacze tego nurtu myślowego przyznają jednak, że o transhumanizmie bez Fiodorowa myśleć nie sposób.

Nieśmiertelność. W ciekłym azocie czy w superkomputerze?

200 tys. dolarów kosztuje zamrożenie ciała po śmierci. A niebawem mogą powstać maszyny, które dadzą życie wieczne naszym mózgom.

zobacz więcej
Rzecz w tym, że Fiodorow inspirował Dolinę Krzemową nie tylko w pośredni sposób – za pośrednictwem wizji Ciołkowskiego, Bogdanowa czy Malewicza, w sposób znany z historii kultury, gdzie wszystko łączy się ze wszystkim. W Rosji współczesnej czynne są środowiska nawiązujące do Fiodorowa najzupełniej wprost, tyle, że marzące o spełnieniu jego wizji przy pomocy neurokomputerów i AI.

Do części z nich dotarła amerykańska badaczka nauki z Princeton, Anya Bernstein. W wydanej przed rokiem pracy „The Future of Immortality: Remaking Life and Death in Contemporary Russia” („Przyszłość nieśmiertelności”) opisuje ona środowiska entuzjastów, pracujących nad wcieleniem w życie marzeń myśliciela.

Wiecznie żywy

Jeśli idzie o techniczny wymiar działań, większość z nich podąża w tym samym kierunku, co entuzjaści „technik osiągania wiecznego życia” na Zachodzie. Tak jest na przykład, ze organizacją „Krio-Rus”, która oferuje swym członkom szansę na nieśmiertelność. Krio-Rus prowadzi na obrzeżach Moskwy jeden z trzech obiektów na świecie (i jedyny poza USA), w którym zwłoki, po napełnieniu naczyń specjalnym glicerynowym roztworem, umieszczane są w specjalnych „sarkofagach”, w temperaturze minus 196 stopni Celsjusza. Na nowe życie czeka tam aż 71 osób – razem z 19 psami, czterema chomikami i dwoma królikami.

Rzecz jednak w tym, że Krio– Rus, w odróżnieniu od komercyjnych firm amerykańskich, działa na zasadzie stowarzyszenia, którego członkowie deklarują się jako „fiodorowiści”. Nota bene, pisma Fiodorowa dotarły do nich za pośrednictwem zmarłej już dysydentki Swietłany Siemionowej, która jeszcze w latach 70. Zaczęła, po latach milczenia, pisać o Fiodorowie w samizdacie.

Krio-Rus nie jest jedyna. Od „Ruchu na rzecz Radykalnego Przedłużenia Życia”, flirtującego z współczesnymi dysydentami, po NeuroNet, duży projekt badawczy finansowany przez Kreml, który stawia sobie za cel rozwój technologii bezpośredniej komunikacji umysłów (rzecz jasna, z wykorzystaniem nowoczesnych rozwiązań, od skanowania kory mózgowej po 5G) – entuzjastów skromnego myśliciela we współczesnej Rosji nie brakuje. Można wręcz powiedzieć, że Nikołaj Fiodorow, wraz ze swą „Filozofią wspólnego czynu” jest tam wiecznie żywy.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


W pracy nad tekstem wykorzystałem cytowaną wyżej książkę Anyi Bernstein, zbiór prac „The Occult in Russian and Soviet Culture” (ed. B.G. Rosental, Cornell University Press, 1997) szereg opracowań z zakresu historii filozofii rosyjskiej, oraz dwa szkice: „Człowiek jako faktor filozoficzno– kosmiczny” Julii Żylina– Chudzik („Pressje”) oraz „The Collectice Body” Sophie Pinkham („The Nation”, March 2020).
Zdjęcie główne: "Zmartwychwstanie ciałem" Luki Signorelliego (fragment), będące część cyklu fresków "Sąd Ostateczny" z katedry w Orvieto. Fot. DeAgostini/Getty Images
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
50 godzin na gwałt. Ciemna strona Monte Cassino
Ofiarą Marokańczyków z francuskich oddziałów kolonialnych padły Włoszki w wieku od 11 do 86. roku życia.
Historia wydanie 15.05.2020 – 22.05.2020
Rosjanie do Ukraińców: To oddajcie Lwów!
W Moskwie furię wywołuje to, że Ukraina uznała pakt Ribbentrop-Mołotow za przyczynę II wojny.
Historia wydanie 8.05.2020 – 15.05.2020
Generał Anders trzy razy pogrzebany
Wieniec na cmentarzu złożyli niemieccy żołnierze, którzy bronili Monte Cassino przed Polakami.
Historia wydanie 8.05.2020 – 15.05.2020
Kłopoty z kapitulacją Niemiec. Francuz groził samobójstwem
Prosił, groził, uderzał w płaczliwe tony.
Historia wydanie 8.05.2020 – 15.05.2020
10 wynalazków, które pozostawiła po sobie II wojna światowa
Nylon, Fanta, Jeep, penicylina czy energetyka jądrowa? 75 lat po zakończeniu wielkiego konfliktu zbrojnego nadal są używane…