Rozmowy

W czasach zarazy ludzie wszędzie zachowują się podobnie. Panika wybucha, gdy choroba jest nieznana

Typową reakcją na zagrożenie jest na przykład udział w protestach, których uczestnicy domagają się od władz szerszej pomocy, większej aktywności czy skuteczniejszych działań. Może również dochodzić do plądrowania sklepów czy ucieczki z miejsc objętych kwarantanną. Działo się tak w czasie epidemii dengi w Argentynie w 2009 roku – zwraca uwagę prof. Michał Wróblewski, socjolog z UMK w Toruniu.

TYGODNIK TVP: Jedni w strachu skupują mięso, inni tworzą prześmiewcze „koronamemy”. Mamy poczucie zagubienia?

PROF. MICHAŁ WRÓBLEWSKI:
Oczywiście. Większość z nas nie doświadczyła przecież podobnej sytuacji w swoim życiu. Mówi się wręcz o największym kryzysie od czasów II wojny światowej. Tyle że nieuzasadnione pustoszenie sklepowych półek to bardzo typowa reakcja społeczna na wszelkie stany zagrożenia. Chyba tylko hobbystyczna społeczność „preppersów” przygotowana jest do długiego przetrwania bez dostępnej w sklepach żywności.

Filozofią „preppersów” jest umiejętność zapewnienia rodzinie przetrwania bez zdobyczy cywilizacji. Podobnie w przypadku fanów survivalu.

Tak, ale zostawmy preppersów. Przyznam, że obserwując ekscesywne zakupy Polaków, zastanawiałem się raczej, w jakim stopniu faktycznie wiążą się one z obecną sytuacją i obawą przed zamknięciem sklepów. W jakim zaś w obliczu kryzysu dochodzą do głosu wspomnienia z PRL-owskich czasów niedoboru zachowane w pamięci społecznej. Wspomniała pani też o memach jako o drugim biegunie. Otóż tworzenie memów, podobnie jak nadmierne zakupy, bywa, wbrew pozorom, sposobem na odreagowanie trudnej rzeczywistości.

Śmiech oswaja strach?

Tak. Memy są praktyką komiczną. A komizm czy satyra funkcjonują m.in. po to, by umożliwić nam „przepracowanie” pewnych napięć. Twórczość internetowa, jako pozbawiona granic moralnych, stwarza przy tym szerokie możliwości. Proszę zauważyć, że sytuacja epidemiologiczna szybko się zmienia. Jeszcze do niedawna oglądaliśmy epidemię tylko za pośrednictwem mediów, śledząc informacje płynące z Chin czy Korei, potem z Włoch. Nawet, gdy Włosi zamieniali kościoły na kostnice, nie dotykało nas to jeszcze w bezpośredni sposób. A zupełnie czym innym jest przyglądanie się z wygodnego fotela, jak na ekranie rozpada się świat wokół nas, a czym innym bycie w centrum podobnych wydarzeń.
Kościół w Alessandrii we włoskim Piemoncie, 23 marca 2020 roku. Fot. REUTERS/Flavio Lo Scalzo
Psychologia twierdzi, że zagrożenia na ekranie to takie, których czasem lubimy się bać.

Oczywiście, tak działają filmy katastroficzne. Ale epidemia dotarła do Polski i historia dzieje się teraz wokół nas. Z każdym dniem kolejne utrudnienia i ograniczenia w codziennym życiu będą nam przypominać, że żyjemy w sytuacji wyjątkowej. Utraciliśmy już komfort dystansu, dynamika rozwoju epidemii przyspieszyła, a liczba zachorowań rośnie.

Co z nami będzie?

Socjologia pokazuje pewne modele zachowania ludzi wobec epidemii. Typową reakcją jest, wspomniane już, masowe wykupywanie żywności i produktów leczniczych. Inną, udział w różnego rodzaju protestach skierowanych do władz, a domagających się szerszej pomocy, większej aktywności czy skuteczniejszych działań. Może również dochodzić do plądrowania sklepów czy ucieczki z miejsc objętych kwarantanną. Działo się tak, na przykład, w czasie epidemii dengi w Argentynie w 2009 roku. Badania socjologiczne pokazują także sytuacje związane ze wzrostem paniki.

Miliony ludzi skoszarowane, szpitale zmilitaryzowane, miasta zamknięte. Chiny w czasach zarazy

Na Chińczyków wylewa się teraz fala hejtu. Przodują w tym muzułmanie, ale i w zachodnim świecie zdarzają się napisy: „Chińczykom wstęp wzbroniony”.

zobacz więcej
Kiedy panika jest największa?

Gdy choroba jest bliżej nieznana ani wśród „zwykłych ludzi”, ani w gronie ekspertów. Z takim przypadkiem mieliśmy do czynienia w 2003 roku w Chinach i Hongkongu. Przetoczyła się wówczas przez nie epidemia innego koronawirusa: SARS. Panika była ogromna. Chińczycy zabijali wtedy nawet zwierzęta domowe, bojąc się, że przenoszą „zarazę”. Także dziś, z dyskursu medialnego i konferencji prasowych wynika, że nie znamy ani wirusa, ani metod leczenia, ani też długofalowych konsekwencji zarażenia. Luki w wiedzy eksperckiej mogą zatem potęgować poczucie społecznego niepokoju. Z drugiej strony podkreślanie tajemniczości choroby w medialnych wypowiedziach wzmaga naszą ostrożność. Nie do końca wiemy bowiem, czym ów koronawirus jest.

Kanclerz Niemiec Angela Merkel podała jednak twarde dane. Koronawirusem zarazi się 60 - 70% Niemców, co wynika z badań Instytutu Roberta Kocha.

Nie mam wiedzy medycznej, by odnosić się do tych badań. Nie wykluczam jednak, że był to także zabieg socjologiczny. Podniesiono poziom zaufania do wiedzy eksperckiej i rządu. Obniżono przy tym, poziom paniki, zwiększając jednocześnie ostrożność. Kolejnym zaś schematycznym zachowaniem stanu zagrożenia jest stygmatyzacja i wykluczanie społeczne. Klasycznym przykładem jest epidemia AIDS w latach 90. XX wieku. Mocno szykanowano wtedy narkomanów i homoseksualistów jako rzekome źródła szerzącej się choroby. Epidemia ta uruchomiła, wszystkie mechanizmy stygmatyzujące. Chorobę postrzegano jako plagę czy karę za styl życia.

We Włoszech pobito już kilka osób chińskiego pochodzenia. Podobna sytuacja zdarzyła się też w Łodzi i we Wrocławiu.

By wytłumaczyć zjawisko stygmatyzacji związane z przemocą fizyczną czy werbalną, literatura socjologiczna i antropologiczna wykorzystuje pojęcie „kozła ofiarnego”. Gdy w społeczności dzieje się coś złego, ujściem negatywnych emocji jest „kozioł ofiarny”, czyli wyznaczone, rzekome źródło całego problemu. W przypadku epidemii związanych z paniką i strachem to bardzo powszechny mechanizm. Warto zdać sobie sprawę z jego funkcjonowania, by mu nie ulec.

W przypadku epidemii „wrogi wirus” może czaić się w każdym z nas. Będziemy uciekać od siebie nawzajem jak w filmie „Coś” Johna Carpentera 1982 roku?

To byłaby przesada, choć wielu z nas już teraz obawia się zakaszleć m. in. w komunikacji publicznej. Zdarzało się bowiem, że pasażerowie zawiadamiali policję i pojazd zatrzymywano. Niemniej zaczniemy teraz zwracać uwagę na rzeczy, które były dotąd na dla nas „przezroczyste”: gesty, wzajemną bliskość czy fizyczny kontakt. Już teraz w miejscach publicznych zaleca się dwumetrową odległość od siebie nawzajem. Nasze codzienne życie składa się bowiem z rutyny, która w sytuacji epidemii zostaje ujawniona i „sproblematyzowana”. Patrząc zaś wstecz, pewną pozytywną rolę w regulacji naszych zachowań społecznych i ograniczeniu paniki odegrała zapewne wczesna decyzja o zamknięciu szkół i restrykcje w transporcie publicznym czy działalności galerii handlowych.
Zamknięcie szkół ma jakiś związek z paniką?

Wytłumaczę to, biorąc za przykład epidemię wirusa H1N1, która wybuchła w stolicy Meksyku w 2009 roku. Pierwsza fala epidemii przyszła w kwietniu. Bardzo szybko po wykryciu zwiększonej ilości zachorowań wprowadzono obostrzenia podobne do tych w Polsce. Zamknięto szkoły i placówki kulturalne, zalecano pozostawanie w domu itd. Panika była wtedy jednak olbrzymia. Ludzie wykupywali ze sklepów, co się dało itp. Ale gdy z końcem sierpnia nastąpiła druga, znacznie potężniejsza fala zachorowań, po panice nie było już śladu.

Dlaczego?

Bo ludzie zdążyli przyzwyczaić się do życia w stanie zagrożenia już wtedy, gdy nie było jeszcze tak źle. Szpitale nie były przepełnione, a system działał. Podobna racjonalność kryje się, mam wrażenie, za obecnym działaniem polskich władz. Bez względu na poglądy polityczne, uważam, że ze względów społecznych był to dobry krok. W kontekście zachowań panicznych lepiej przyzwyczaić się do życia w stanie zagrożenia i innego trybu codziennego funkcjonowania wtedy, gdy nie jest jeszcze źle. Z biegiem czasu nowe zachowania spowszednieją. Obecnie zaś każdego dnia budujemy nową normalność.

Czy pojawią się współcześni „szmuglerzy”, by żerować na epidemii?

Może tak być. Już teraz ogłaszają się chętni, by słono skapitalizować zwykły płyn antyseptyczny. Co gorsze, dochodzi nawet do oszustw „na koronawirusa”. Co z tym robić? W takich sytuacjach bardzo silną rolę będzie odgrywać kontrola społeczna. Także nacisk na osłabienie egoistycznych postaw. Pandemia jest sytuacją zagrożenia całej populacji. Wtedy zaś dochodzi zwykle do głosu myślenie wspólnotowe. Oznacza to zacieśnioną kontrolę społeczną. Innymi słowy: twardo będziemy wymagali od innych odpowiedzialnego zachowania, a wszelkie formy egoizmu zostaną napiętnowane. Postawy egoistyczne będą się nam bowiem jawić jako niebezpieczne. Socjologia uważa, że im społeczność mniejsza i bardziej regulowana przez tradycję, moralność czy prawo, tym silniejsza w niej kontrola społeczna. A zaczynamy teraz z wolna żyć w takich mikro społecznościach.

Kto naprawdę toczy walkę z koronawirusem? Łabędzi śpiew przeciwników państwa

Próbując opanować COVID-19, niektóre rządy popełnią straszliwe błędy, inne zostaną docenione po latach.

zobacz więcej
Mało kto dziś pamięta, że tuż po zamknięciu uczelni warszawscy studenci planowali urządzać nad Wisłą huczne „Koronalia”…

Dziś każda postawa, mogąca przyłożyć się do pogłębienia epidemii może być postrzegana jako aspołeczna i nieodpowiedzialna. Takie zachowanie dowodziłoby, że nie dbamy o interes wspólnoty, w tym naszych bliskich. Przyglądając się zachowaniom Polaków, jestem jednak pełny optymizmu. Zdrowie i rodzina to najwyższe z naszych, deklarowanych wartości. Oto przyszedł na nas czas próby. I cóż? Ulice opustoszały. Ludzie pomagają sobie nawzajem, harcerze i sąsiedzi robią zakupy samotnym seniorom, wyprowadzają psy. Stan zagrożenia wyzwala w nas postawy obywatelskie i jako obywatel widzę, że staniemy na wysokości zadania.

A jako socjolog?

Jako socjolog jestem nieco sceptyczny. Nie wiemy jeszcze, czy zachowania, o których słyszymy, staną się powtarzalne w szerszej skali. Jestem również świadom, że jesteśmy raczej nastawieni na indywidualny sukces i mamy problem ze współpracą z innymi, co pokazują badania nad kapitałem społecznym. Niemniej jednak przynajmniej na razie Polacy raczej podporządkowują się wprowadzonym regulacjom i ograniczeniom. W obliczu kryzysu karnie wypełniamy narzucone na nas zobowiązania. To dobre zjawisko. Z badań, które robiłem wraz profesorem Łukaszem Afeltowiczem i magistrem Andrzejem Melerem w 2018 roku, wynika także, że jesteśmy dość racjonalni.
Opustoszałe półki sklepowe to charakterystyczna cecha pierwszych dni pandemii. Na zdjęciu: supermarket w Harpenden w Wielkiej Brytanii, 18 marca 2020 roku. Fot. REUTERS/Peter Cziborra
Na czym polegały te badania?

Pytaliśmy Polaków m.in. o to, jakich chorób zakaźnych boją się najbardziej. Czy większe obawy budzi w nich epidemia ptasiej czy świńskiej grypy, o której huczą media, czy sezonowa, nie wzbudzająca tylu medialnych emocji? Okazało się, że wciąż najbardziej boimy się AIDS. Widać, że zagrożenie wirusem HIV, które było problemem w latach 90. zostało w pamięci społecznej. Kolejną chorobą była jednak sezonowa grypa. Epidemie, którymi bombardowały nas media plasowały się dopiero na 5, 6 miejscu. Obawiało się ich ledwie 3% i 4% respondentów. Szybko zapominamy więc o panice, sianej przez media. Zachowujemy też racjonalny dystans do jaskrawo i nachalnie prezentowanych w mediach informacji.

Czy sądzi pan, że obecna epidemia zmieni nas jako społeczeństwo?

Może wpłynąć na nasze poglądy czy wybory. Także polityczne. Stan zagrożenia epidemicznego jest sytuacją, gdy państwo ujawnia swoje działanie. Oczekujemy wówczas aktywności organów państwa w różnych obszarach. Nie przeszkadza nam wojsko na ulicach, kordony sanitarne czy inne sposoby regulacji życia społecznego. Podjęte działania lub zaniechania zawsze będą przy tym reklamą ekipy rządzącej. Dobra lub złą. Gdy wszystko pójdzie zgodnie z planem, konsekwencje wyborcze w stosunku do zarządzających kryzysem mogą być pozytywne.

To zależy, czy jest to dobry plan…

Nie do końca. Gdy sytuacja się załamie, winą zawsze zostanie obarczona ekipa rządząca. Nawet wtedy, jeśli wirus okaże się na przykład groźniejszy niż przewidywano i lawina ruszy, mimo dobrego planu czy na szeroką skalę podjętych środków zaradczych. Prawdą jest, że wobec zagrożenia społeczeństwa jednoczą się wokół władzy. Ale dzieje się tak tylko wtedy, gdy ona dobrze działa. Jest to bowiem relacja nieco paternalistyczna, czyli niczym z kimś, kto o nas dba.

– rozmawiała Ewelina Pietryga

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Dr hab. Michał Wróblewski jest profesorem UMK w Toruniu, adiunktem w Zakładzie Socjologii Kultury UMK. Prowadzi badania m.in. w obszarze socjologii medycyny, zdrowia i choroby oraz społecznego obrazu chorób zakaźnych.
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kaczyński, który uczył Polaków kochać operę
Za Marią Callas powtarzał, że „sztuka nie znosi zdrady”. Nawet jeżeli go ktoś zafascynował, to pozostawał wierny muzyce, zwłaszcza głosu ludzkiego.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Przylatuje ich do nas 100 tysięcy. Odlatuje nawet pół miliona
Są mistrzami wykorzystywania energii, ale też mistrzami postu. Potrafią wytrzymać bez jedzenia nawet cztery tygodnie.
Rozmowy Poprzednie wydanie
W pustki na półkach rosyjskich sklepów proszę nie wierzyć – mówi...
Skwieciński: Poparcie Rosjan dla Władimira Putina jest tyle szerokie, co płytkie. Nie jest trwałe i może się widowiskowo posypać.
Rozmowy wydanie 29.04.2022 – 6.05.2022
Drugiej Jałty nie będzie. Zachód nie zostawi Ukrainy
Irena Lasota: Od końca PRL minęło już przeszło 30 lat, a w Polsce wciąż nie wyrobił się nawyk polemizowania.
Rozmowy wydanie 29.04.2022 – 6.05.2022
Polski wynalazek, który wyleczy cukrzycę: bioniczna trzustka 3D
Na koniec 2023 roku będziemy gotowi do wykonania pierwszej transplantacji organu u człowieka – mówi prof. Michał Wszoła.