Cywilizacja

Między koronawirusem a Panem Jezusem. Msza z dachu, komunia po pięć osób, spowiedź drive-thru

Czy hostia w czasie Eucharystii może być źródłem zakażenia? Czy konsekrowane dłonie kapłana mogą przenosić zarazki? I czy oglądanie mszy w internecie może zastąpić osobiste uczestnictwo w liturgii w kościele?

Jeśli istnieje jakaś instytucja, która powinna mieć doświadczenie w reagowaniu na pandemię, to jest nią Kościół. Niestety nie widać, by tym razem chciał sięgać do tradycji i w niej szukać odpowiedzi na wyzwania koronawirusa.

Wiem oczywiście, że tego rodzaju refleksja doprowadzi do wściekłości część z wyznawców kultu nowoczesności (a nie brakuje ich także w Kościele), którzy uznają, że w przeszłości nie ma czego szukać, bo ludzie Średniowiecza czy czasów Kontrreformacji nie rozumieli procesów rozchodzenia się pandemii, nie znali epidemicznych procesów, i nie wiedzieli, jak im przeciwdziałać.

To oczywiście prawda, ale z perspektywy Kościoła jest to prawda mało istotna, bowiem jego logiką nie jest ochrona ludzi przed śmiercią doczesną ani przeciwdziałanie rozprzestrzenianiu się wirusów. Te sfery zainteresowania i odpowiedzialności - zgodnie ze starą zasadą podziału władzy na świecką i religijną - pozostawia On władzy świeckiej. Sam zajmuje się zaś tym, by ludzie mieli dostęp do sakramentów i możliwość modlitwy, która prowadzić ma ich do życia wiecznego.

Podział odpowiedzialności obecny był od wieków w Kościele i nie ma nic wspólnego ani z modernizmem, ani z lewicowym czy liberalnym postulatem rozdziału państwa i Kościoła, wynika natomiast z ewangelicznej prośby Jezusa, by Bogu oddać to, co boskie, a cesarzowi co cesarskie. Logika ta jednak, wbrew temu, co może się wydawać niektórym, nie oznacza, że w czasie zarazy Kościół ma lekceważyć zakazy władz państwowych czy przekonywać, że podczas liturgii nie można zarazić się wirusem. To bowiem także byłoby niezgodne z duchem i literą katolickiej doktryny.

Ortodoksja jest racjonalna

Ta opinia, dla odmiany, może wyprowadzić z równowagi najbardziej pobożnych i zaangażowanych katolików, przyjmujących za obowiązujące w Kościele opowieści księdza profesora Tadeusza Guza. Ten oddany duchowny przekonuje, że konsekrowane dłonie kapłana nie mogą przenosić zarazków, a więc w czasie Eucharystii Jezus nie może być źródłem zakażenia.
Kłopot polega na tym, że tego rodzaju nauczania nie da się pogodzić z katolicką ortodoksją, której wyrazem jest nie tylko sakramentologia, ale i sama liturgia.

Zacznijmy od tej pierwszej. „W życiodajnym sakramencie świętej Eucharystii, po dokonaniu konsekracji chleba i wina, obecny jest prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Pan nasz Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, pod postaciami tychże widzialnych rzeczy” - głosi Sobór Trydencki. „Cały i integralny Chrystus jest obecny pod postacią chleba i pod każdą jej cząstką; podobnie jak integralny jest pod postacią wina i jej cząstkami” - uzupełniają soborowi ojcowie.

Od czasów św. Tomasza realna obecność wyjaśniona jest - w języku arystotelesowskiej metafizyki - poprzez doktrynę transsubstancjacji. W największym skrócie i uproszczeniu głosi ona, że po konsekracji zmienia się substancja (to, czym rzecz jest w samej swej istocie) chleba i wina, które stają się Ciałem i Krwią Chrystusa, przypadłości jednak (to, jak coś wygląda, smakuje, jak się fizykalnie zachowuje) pozostają cechami chleba i wina.

To zaś oznacza, ni mniej ni więcej, tylko tyle, że przypadłości te - jeśli zachowują właściwości chleba i wina - mogą przenosić zarazki.

Nie inaczej jest z dłońmi kapłana czy z jego oddechem w czasie spowiedzi. Oczywiście ksiądz występuje w trakcie sprawowania zarówno sakramentu spowiedzi jak i Eucharystii in persona Christi, w osobie Jezusa Chrystusa, ale to nie znosi jego ludzkich cech, ani człowieczej natury.

Aby dobrze to zrozumieć musimy cofnąć się do Soboru Chalcedońskiego, który ogłosił, że Jezus jest w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem, bez pomieszania, ale i umniejszenia którejkolwiek z natur. Odnosząc dogmat chalcedoński do natury Kościoła można powiedzieć, że Kościół jest teandryczny, Bosko-ludzki, w pełni Boski przez pochodzenie i łaski od Boga, ale też w pełni ludzki, bo składający się z ludzi.

Bóg działając w Kościele posługuje się ludźmi, ich ciałami, a te nawet jeśli są konsekrowane nie przestają mieć normalnych ludzkich właściwości. W praktyce oznacza to, że nie umyte ręce mogą przenosić zarazki, nawet jeśli są to ręce kapłana sprawującego mszę świętą czy oddech księdza spowiadającego.

A mocnym na to dowodem, i to właśnie sięgającym starych tradycji liturgicznych, jest obecny w trydenckiej mszy świętej z udziałem biskupa obrzęd praegustatio, podczas którego ministrant próbuje hostii i wina, które mają być konsekrowane, tak by sprawdzić czy nie zawiera się w nich trucizna.
Ksiądz Francesco Gravino odprawia mszę na dachu kościoła Santa Maria della Salute w Neapolu we Włoszech 22 marca 2020. Fot. Paolo Manzo/NurPhoto via Getty Images
Co to oznacza? W największym skrócie tyle, że już średniowieczny Kościół (a obrzęd ten jest przedtrydencki) miał świadomość, że nawet konsekrowane postacie eucharystyczne, choć w wymiarze duchowym są źródłem życia, mogą człowieka w wymiarze doczesnym zabić.

Nie ma powodów, byśmy w ten sprawie byli mniej racjonalni niż katoliccy duchowni w zamierzchłych czasach. Nie dowodzi to ani pobożności, ani racjonalności.

Nie idealizować stanu wyższej konieczności

Tradycja i historia Kościoła powinny też się stać źródłem sensownych rozwiązań dotyczących pobożności w czasach ograniczeń spowodowanych wyższą koniecznością. A jest z czego czerpać.

Gdy bowiem słyszę pytanie, jak katolicy przystępowali do komunii i uczestniczyli w mszach świętych w czasie wielkich średniowiecznych czy nowożytnych epidemii, to nie mogę nie przypomnieć, że zazwyczaj, i to nie tylko w czasie epidemii, ale także poza nimi, zazwyczaj nie przystępowali.

Świecki katolik do Eucharystii przystępował raz do roku, po wielkanocnej spowiedzi, a cały rok musiał zadowolić się jedynie jej adorowaniem w czasie podniesienia (po to ten obrzęd wprowadzono) albo w czasie osobnej adoracji, też wcale nie tak częstej, jak się może nam wydawać.

Św. Stanisław Kostka, żyjący w XVI wieku, musiał uzyskać specjalną zgodę, by móc do Eucharystii przystępować raz w tygodniu, a w XIX wieku bł. Marcelina Darowska, gdy chciała iść do komunii co niedziela, usłyszała od proboszcza, że byłoby to zgorszeniem dla innych. Zmianę przyniósł XIX wiek i decyzje - inspirowane także przez polskich zmartwychwstańców - papieży bł. Piusa IX, Leona XIII i św. Piusa X, którzy zaczęli zachęcać do częstej, a nawet codziennej Eucharystii. Wcześniej ogromna większość - także sióstr zakonnych, nie wspominając o świeckich - osiągała świętość za sprawą praktyk ascetycznych, umartwień, modlitwy.

Uboczne skutki koronawirusa. Rosja może zbliżyć się do naszych granic

Czy na wschód od Polski nastąpi destabilizacja?

zobacz więcej
Tak jest zresztą w Kościołach wschodnich do dziś, bowiem Eucharystia jest uważana tam za tak wielką świętość, że przystąpienie do niej poprzedza dłuższy czas postu, i nawet kapłani nie sprawują jej codziennie.

Czy możemy przez to powiedzieć, że ludzie średniowiecza, albo obecni chrześcijanie wschodni są od nas mniej święci? Odpowiedź jest oczywista.

Ale wcale nie oznacza to - a taki przekaz się w ostatnich dniach upowszechnia - że uczestnictwo w liturgii za pośrednictwem internetu ma taką samą wartość, jak pójście na mszę do kościoła, a komunia duchowa zastępuje sakramentalną.

To nie jest prawda. Oczywiście może się zdarzyć, że z poważnych powodów nie jesteśmy w stanie uczestniczyć we mszy świętej niedzielnej, i wtedy - szczególnie jeśli mamy dyspensę - możemy w niej uczestniczyć za pośrednictwem środków społecznego przekazu. Ale to nie jest to samo co obecność w świątyni, podobnie jak – mówiąc najprościej – oglądanie obiadu nie jest tym samym, co jego zjedzenie.

Nie jest też prawdą, że komunia duchowa daje nam te same dobra, co komunia święta sakramentalna. Ta pierwsza może nam przysporzyć wiele łask, ale nigdy nie zastąpi Najświętszego Sakramentu.

Jeśli dziś ktoś przekonuje, że msza w internecie lub w telewizji czy komunia duchowa, powinna nas zachwycać i powinna nam wystarczać, to postępuje nieroztropnie i może spowodować, że pewna część wiernych na niedzielną liturgię do kościoła już nigdy nie wróci. Jeśli dziś zachwalamy „zdalne” formy uczestnictwa, to jak potem będziemy przekonywać, że to samo już nie jest tak wspaniałe i wystarczające, jak było w czasie epidemii? Odzwyczaić wiernych od niedzielnego uczestnictwa w Eucharystii będzie bardzo łatwo, o wiele łatwiej niż przyzwyczaić ich na nowo.

Zamiast więc idealizować stan zakazu, przekonywać, jak bardzo on nas zachwyca, warto odwołać się do tego, co o podobnych sytuacjach mówili wielcy mistycy. Św. Fustyna daje nam mocne argumenty:
Po wprowadzeniu ograniczeń dotyczących liczby osób mogących uczestniczyć we mszach wewnątrz kościołów w Polsce, wierni podczas liturgii modlą się przed Sanktuarium Miłosiedzia Bożego w Łagiewnikach 29 marca 2020. Fot. Beata Zawrzel/NurPhoto via Getty Images
Dziś lekarz zdecydował, że mam nie chodzić na mszę świętą, tylko do komunii świętej; gorąco pragnęłam być na mszy świętej, jednak spowiednik zgodnie z lekarzem powiedział, aby być posłuszną. - Wolą Bożą jest, aby siostra była zdrowa, i nie wolno siostrze się w niczym umartwiać, niech siostra będzie posłuszna, a Bóg siostrze to wynagrodzi. Czułam, że te słowa spowiednika, to są słowa Pana Jezusa, i chociaż mi żal było opuszczać mszy świętej, gdyż mi Bóg udzielał łaski, że mogłam widzieć małe Dziecię Jezus, ale jednak posłuszeństwo przekładam ponad wszystko. Pogrążyłam się w modlitwie i odprawiłam pokutę. - Wtem nagle ujrzałam Pana, który mi rzekł: Córko Moja, wiedz, że większą chwałę oddajesz Mi przez jeden akt posłuszeństwa, niżeli przez długie modlitwy i umartwienia - opisywała mistyczka swoje przeżycia.

Podobnie teraz trzeba się odwołać raczej do konieczności posłuszeństwa lekarzom i biskupom, niż zachwycać się brakiem.

Lekcja pandemii

Zakaz publicznych nabożeństw czy ograniczenie liczby uczestniczących w niej osób nie powinny jednak zwalniać duchownych z poszukiwania nowych form zaangażowania. I to także jest lekcja średniowiecznego przeżywania pandemii. Gdy „czarna śmierć” pustoszyła Europę, zakonnicy, mnisi i teologowie szukali takich form pobożności, które ją zatrzymają. W efekcie do modlitwy różańcowej, a konkretniej do „Pozdrowienia Anielskiego” dodano drugą część: „Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. Dziś wspólne - przez Skype, czy po prostu o tej samej godzinie - odmawianie różańca, do czego zresztą namawiają biskupi, jest zatem dobrą metodą utrzymywania pobożności w czasach zarazy.

Po wielkich pandemiach pozostał nam także kult Czternastu Wspomożycieli, czy św. Rozalii, którzy są szczególnie związani z modlitwami w czasie zarazy.

I teraz powinno być podobnie. Hierarchia, a także szeregowi duchowni powinni szukać nowych sposobów dotarcia do wiernych. Tych liturgicznych i tych pozaliturgicznych. W wielu miejscach tak się zresztą już dzieje.

W Neapolu, gdy zakazano sprawowania mszy w świątyniach, jeden z kapłanów zaczął ją odprawiać z dachu (bo tego miejsca zakaz nie dotyczył).

W jednej z warszawskich parafii proboszcz wprowadził niedzielny grafik, zgodnie z którym msze były sprawowane co pół godziny, w dolnym i górnym kościele, co pozwoliło uczestniczyć w niedzielnej liturgii bardzo wielu wiernym.
Jeszcze gdzie indziej, gdy władze świeckie ograniczyły liczbę osób uczestniczących w mszy świętej, proboszcz zdecydował się przynajmniej na to, by w dolnym kościele, ludzie – w grupach po pięć osób - przyjmowali komunię świętą.

No i spowiedź z samochodu (działa to jak fastfood drive-thru, ale zamiast restauracji jest ksiądz w samochodzie, albo choćby i na krzesełku – najlepiej w ochronnej maseczce – do którego po kolei podjeżdżają penitenci) też jest takim rozwiązaniem.

Pojawia się coraz więcej innych metod docierania do ludzi. I tak powinno być, bowiem w przeciwnym razie Kościół błyskawicznie straci wiernych. Choć od wieków w trudnych czasach ich zyskiwał. Pandemie ożywiały bowiem pobożność i wiarę.

Jeśli tym razem będzie inaczej, to część odpowiedzialności spadnie na duchowieństwo, które przyjęło świeckie wyjaśnienia i działania, zamiast odwołać się do sprawdzonej katolickiej tradycji.

– Tomasz P. Terlikowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Transmisja internetowa rekolekcji wiekopostnych z udziałem biskupa Michała Janochy w kościele seminaryjnym w Warszawie 29 marca 2020. Fot. PAP/Leszek Szymański
Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Pomagają czy szkodzą? WHO na cenzurowanym
Szef WHO w ruchu marksistowsko-leninowskim w Etiopii reprezentował radykalne skrzydło wyznawców dyktatora Albanii Envera Hoxhy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Choćby dusza była jak trup…
Publikujemy ostatnią modlitwę Jana Pawła II. Papież już nie zdążył jej odmówić.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Igrzyska, których nie było, kosztowały ponad 5 mld dolarów
Wygląda na to, że nie da się przeprowadzić olimpiady bez prokuratora oraz zespołu śledczego.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Bomba jądrowa dla Polski? Obawia się Berlin, wścieka się Moskwa
Broń masowego rażenia nie tylko dla supermocarstw.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kobiety w polityce. Komu są potrzebne? I po co?
Nie w każdej damie kandydującej na prezydenta kryje się nowa Margaret Thatcher.