Kultura

Oko, usta, nos, a do tego brawurowe cięcia

Pamiętam go z tamtych czasów, gdy zaczynaliśmy studia na warszawskiej ASP. Ignorował modny w 70. latach image – nie zakładał spodni-dzwonów ani koszul z wydłużonymi kołnierzykami. Jedynym posthipisowskim akcentem była bujna, niesforna czupryna. Do tego ascetyczna sylwetka i pociągła twarz rozjaśniana miłym uśmiechem.

Zmarł dwa lata po ciężkiej operacji, z której – jak się wydawało – potrafił się wydobyć, przeświadczony o swej powinności: trwania obok i wspierania wybranej kobiety. Organizm nie wytrwał.

Odejście Wiesława Rosochy (16.09.1946 – 15.03.2020) nastąpiło w momencie, gdy świat koncentrował się na koronawirusie. Zresztą, nawet gdyby zdarzyło się w mniej „panicznym” czasie, pewnie i tak nie krzyczałyby o tym media. Przecież Rosocha nie należał do celebrytów. Nie był pupilem redaktorów „od kultury”; nie pojawiał się na „iwentach”; ignorował konkursowe wyścigi.

Z charakterem

W ogóle, nigdy nie pracował na tempo, odrzucał zamówienia, których „nie czuł”. Selekcjonował je albo sam sobie zadawał tematy. Antyteza grafika użytkowego – choć taką wybrał specjalizację na Akademii Sztuk Pięknych.

Co było mu bliskie? Książki, z którymi się identyfikował (przez pewien czas jego znakiem rozpoznawczym stała się seria ilustracji do „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego); wydarzenia społeczno-artystyczne, jak wystawy organizowane w latach 80. XX wieku przez Janusza Boguckiego i Ninę Smolarz (np. „Apokalipsa”, „Wieczerza” czy „Powiększanie wyobraźni”; do ostatniej z wymienionych wykonał pierwszy w Polsce artystyczny billboard); wydawnictwa traktujące o bieżących sprawach z intelektualnego dystansu – stąd współpraca z „Tygodnikiem Powszechnym”, periodykiem „Charaktery” czy dodatkiem książkowym „Rzeczpospolitej”.


Sposób, w jaki pracował – wymagający niezwykłej precyzji, czasochłonny – nie pozwalał mu podejmować zbyt wielu zamówień. Adresatem jego prac był widz wyedukowany, oczytany, wrażliwy na to, co w domyśle. Jednocześnie trzeba było umieć docenić fenomenalny warsztat Rosochy. Nie do osiągnięcia myszą na ekranie.
Jego głównym sposobem komunikacji było opowiadanie o ludziach i zjawiskach poprzez człowiecze wizerunki, odtwarzane wedle starych konterfektów bądź z natury. Na jego plakatach/kompozycjach wszyscy byli z jednej epoki, pozbawionej cech charakterystycznych. Książę Federico da Montefeltro (sportretowany przez Piero della Francesco), pisarz Jerzy Kosiński czy sam autor wydawali się sobie rówieśni i równi na społecznej drabinie.

Czupurny

Była pierwsza połowa lat 70. XX wieku, plakat uchodził za najgorętszy gatunek sztuki użytkowej, choć w PRL-u bardziej artystycznej niż „stosowanej”, raczej nieprzystosowanej i niepokornej, przemycającej podskórne, niepolityczne komunikaty.

Pamiętam go z tamtych czasów, gdy zaczynaliśmy studia na warszawskiej ASP. Rosocha ignorował modny w 70. latach image – nie zakładał spodni-dzwonów ani koszul z wydłużonymi kołnierzykami. Jedynym posthipisowskim akcentem była bujna, niesforna czupryna. Do tego ascetyczna sylwetka i pociągła twarz rozjaśniana miłym uśmiechem.

Trochę starszy od reszty pracowni (przyszedł na akademię po wojsku, które musiało być dla niego katorgą), wypowiadał się skąpo – co nie znaczyło, że pozostawał poza intensywnym akademickim życiem. Przeciwnie, wypracował sobie taką pozycję, że to przyjaźń z nim wydawała się nobilitująca. Przede wszystkim wymykał się trendom i modom zawsze panującym w świecie sztuki, nawet w obrębie tak zamkniętego światka jak Akademia Sztuk Pięknych.

Dawniej był nóż, teraz ma być kwiatek

Wystawa rysunków Andrzeja Krauzego w "Zachęcie" wraca 22 maja po przerwie związanej z koronawirusem.

zobacz więcej
Studiował w malarskiej pracowni Eugeniusza Markowskiego, gdzie za sprawą profesora panowała cudownie rodzinna atmosfera. Potem wybrał plakat w najbardziej obleganej pracowni stołecznej ASP – u profesora Henryka Tomaszewskiego. Każdy, kto został jego studentem, uważał się za faworyta fortuny.

Rosocha miał to szczęście – ale skorzystał z przywileju inaczej. Swą konsekwencją i uporem „pokonał” charyzmatycznego pedagoga i stworzył swoją całkowicie osobną wizję plakatu.

Innym dowodem uznania dla talentu i osobowości Rosochy była asystentura (1975-78) w pracowni malarstwa prowadzonej przez Teresę Pągowską, wspaniałą artystkę, prywatnie – żonę Henryka Tomaszewskiego.

Antymistrz

Rosocha, nieprzemakalny na styl i metody profesora, oddał Tomaszewskiemu hołd serią plakatów, za którą zdobył kilka nagród i która w równej mierze stała się znakiem firmowym ucznia i mistrza.

„Hommage à Henryk Tomaszewski”, cykl prac z lat 2008-2009, to na pozór karkołomne połączenie brawury i pokory. Od dołu realistycznie odtworzona twarz Tomaszewskiego, trochę ciemna, jakby ogorzała. Od oprawki okularów oblicze geniusza plakatu jaśnieje, rozmywa się w niebycie. Inteligentne oczy (jakże realistyczne!) patrzą znikąd, z pustki. Charakterystyczne krzaczaste brwi zamykają oprawkę szkieł. Nad nimi już nic, żadnego konkretu, jeno jasność i taka jakby aureola – czyżby promieniowanie intelektu? Apoteoza mistrza, lecz lekko prześmiewcza.
Wiesław Rosocha. Szczęście
Bo Rosocha miał inne podejście do warsztatu niż jego mistrz. Tomaszewski improwizował (choć po wielu próbach); Rosocha cyzelował. Jego niepowtarzalny styl polegał na łączeniu iluzjonizmu, światłocienia i realistycznego rysunku z bezkształtną, niemal ulotną formą, nagle wyrastającą tam, gdzie powinien być ciąg dalszy portretu.

Nazwanie tego „surrealizmem” to uproszczenie, nawet pomyłka. Kompozycje Rosochy są skondensowane i nieprzegadane w formie. Na pozór proste, przy bliższym kontakcie okazują się niezwykle złożone, metaforyczne. Składają się z realistycznie odtworzonych fragmentów twarzy – oka, nosa, ust, wpisanych w kształty mniej oczywiste. W formy ulepione z innej materii, jakby z mgły, sadzy, dymu. Rozmywające się po konturach, wnikające w tło, jednorodne, jednolite, jednobarwne.

Do tego brawurowe cięcia – jakby autor w porywie gniewu czy desperacji brał nożyce i rozczłonkowywał postaci na irracjonalne elementy, by scalić je na nowo z czymś z innej bajki, z innej pracy…

Solidarni

Był z pokolenia, które znało altruizm, empatię i miało świadomość, że w sytuacji bezpośredniego zagrożenia pomoże nie ten ze szczytu drabiny społecznej, lecz ten, kto akurat znalazł się najbliżej, nawet obcy. Dlatego na apel o pomoc dla niego – Rosochy – tak wielu zareagowało pozytywnie. Nie tylko przyjaciele.

Był sobie ptak (i jego rodzina)

To są bardzo długie urodziny. Ale drugich takich nie będzie – chodzi o pół wieku twórczej aktywności Andrzeja Dudzińskiego.

zobacz więcej
Koledzy-artyści dawali prace i przekazywali zarobione w ten sposób kwoty na rzecz Wiesława. To i tak było za mało, niestety – poza tym, organizm ma swoje prawa.

A przy okazji – przypomniały mi się rozliczne akcje pomocnicze. To się zaczęło w stanie wojennym. Pamiętam, biegałam od jednych znajomych do kolejnych (piechotką, bo niewiele jeździło, a telefony nie działały) z pytaniami o sytuację, o potrzeby lub tylko o stan zdrowia, również psychicznego, Na początku lat 90., kiedy wiele osób ze środowiska twórczego zostało bez środków do życia, też organizowaliśmy się społecznie. Pomagaliśmy chorym dzieciom artystów (czy raczej ich rodzicom); oferowaliśmy nasze kompozycje na rzecz pisma „Exit”, żeby nadal wychodziło; dawaliśmy prace na aukcje dla Tworek (Szpital Psychiatryczny); skrzykiwaliśmy się z ofertami dla Muzeum Narodowego w Warszawie na kolekcję sztuki najnowszej.

No i stawialiśmy się na aukcjach, gotowi wydać każdy grosz dla podtrzymania licytacji. To była działalność dobrowolna, ale wypływająca z doświadczenia solidarności i stanu wojennego: trzeba pomóc, bo państwo tego nie zrobi. Aż okazało się, że ktoś bardziej obrotny zarabia na naszej dobroczynności…

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
17 mgnień wojny. Bitwa Warszawska w literaturze
A gdyby w wojnie bolszewickiej Polska poniosła klęskę? I czerwona zaraza zalała cały Stary Kontynent?
Kultura Poprzednie wydanie
Sylwia z Gibalaka
Wiesz, co zrobiono takiemu, co donosił? Obcięto nogi. Nożem. A potem zacisnęli drutem i po sprawie.
Kultura Poprzednie wydanie
Magia groźnych praktyk voodoo
W Paryżu Teresa Tyszkiewicz rozkręciła się artystycznie.
Kultura wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Hollywood samo się cenzuruje. Dla Pekinu. Za pieniądze
„Top Gun”, „Piratów z Karaibów”, „Mission Impossible”, „Bohemian Rhapsody”… Te filmy zmieniono dla Chińczyków.
Kultura wydanie 24.07.2020 – 31.07.2020
Magiczny śpiew i koszmarne życie Kasi Sobczyk
Ten jeden rok, który spędziłem z moją matką, to nie było dużo. Ale rok to więcej niż nic – mówił jej syn Sergiusz. Skrzywdziła swoje dzieci i nie mogła o tym zapomnieć.