Rozmowy

Odcinam się totalnie od problemów, tego co jest gdzieś tam w kraju czy w domu

Speleologia jest zdecydowanie ciekawsza od zdobywania gór, szczególnie tych najbardziej znanych. Ich eksploracja stała się działalnością biznesową, w jaskiniach na szczęście jeszcze tego nie ma. Są miejsca, gdzie przez cały dzień można nie spotkać nikogo – mówi Grzegorz Michałek, członek podkomisji ratownictwa jaskiniowego GOPR, ratownik Grupy Beskidzkiej.

Speleolog i alpinista jest pierwszym Polakiem, który ustanowił rekord świata w deniwelacji, czyli różnicy pomiędzy najniższym i najwyższym miejscem na Ziemi, w którym się znalazł. W dziesięć miesięcy zdobył bowiem jaskinię Krubera w Abchazji, schodząc na głębokość 2080 metrów, i wszedł na zbocze Mount Everest do wysokości 8300 metrów n.p.m. Różnica wysokości wyniosła 10 380 metrów. Rekord pobito rok później (zdobywając szczyt Czomolungmy), ale Polak nadal jest drugim człowiekiem na Ziemi z takim rekordem.


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


TYGODNIK TVP: Co pana najbardziej zaskakuje i zachwyca w jaskiniach?

GRZEGORZ MICHAŁEK:
Do takich miejsc przyciąga fakt, że wciąż są mało odkryte. Choćby w Tatrach. Wiele z nich nie jest jeszcze skartowanych, czyli nie ma planów przekrojów i są oczywiście niewidoczne z satelity.

Speleologia narodziła się w Słowenii. Badano tam, gdzie płynie i wpada podziemna rzeka. Ta wiedza miała pozwolić efektywnie zasilać miasta w wodę. Eksploracja jaskiń to również analiza budowy geologicznej Ziemi, archeologia, paleontologia. Możemy lepiej poznać historię naszego życia na Ziemi.

We wnętrzu jaskini można spotkać relikty przeszłości, na przykład kości zwierząt, które tam żyły. Nie wspomnę już o nietoperzach, które są symbolem takich miejsc. Jeśli ma się dużo szczęścia, można natknąć się na prehistoryczne malowidła skalne, a nawet na starożytne buddyjskie pisma, które odkryto w jaskiniach w Nepalu.

Najbardziej zachwycają mnie jaskinie na północy Anglii, w regionie Yorkshire Dales. Malowniczy Park Narodowy, jedno z moich ukochanych miejsc na świecie, jest zbudowany głównie z wapienia. Już na zewnątrz to miejsce jest wyjątkowe. Jest przeorane wyżłobieniami, które zrobiła woda. Są tam strome zbocza, wrzosowiska, skały i podziemne labirynty. Jedna z najpiękniejszych scenerii w tym kraju.
Taką szczególną jaskinią w tym miejscu jest Keld Beck. Odkryli ją moi angielscy przyjaciele. Na początku trzeba się przeciskać pionowo między głazami. Później zaczynają się korytarze. Eksplorowałem jeden z nich, miał około stu metrów długości. To jest rura o średnicy do dwóch metrów. Wapień ma kolor czarny. Woda, która w niej płynie, z powodu torfowisk ma złotawy kolor. Połączenie czerni ze złotem wygląda bajkowo. Piękno tego miejsca przekroczyło wszystkie moje wyobrażenia. I na pewno chciałbym tam jeszcze wrócić.

Nie zraża pana ciemno, brud, ciasnota, nieprzyjemny zapach?

Ależ absolutnie. Można się do tego przyzwyczaić. Ponieważ w większości jaskiń nie ma żadnych bodźców zapachowych, możemy poczuć na przykład zapach naszego ciała, czy gotowanej zupy na biwaku. Zapach ziemi jest odczuwalny wyłącznie blisko otworu. I to jest jedno z najpiękniejszych moich doświadczeń, szczególnie po dłuższym pobycie w jaskini. Jest przecudowny, aromatyczny dzięki choćby trawie czy zapachowi lasu. Nigdy nie przypuszczałem, że będę się tym zachwycał. Niezwykle intensywne doznanie.

Chodząc po jaskiniach interesuje pana eksploracja, czy bardziej czynnik sportowy?

I jedno, i drugie jest fascynujące. Szczególnie, kiedy człowiek otacza się ludźmi, którzy mają podobne pasje.

Od początku byłem bardzo aktywny, najpierw była koszykówka, potem siatkówka, narty, wspinanie, żagle i na końcu jaskinie. Te dyscypliny w pewien sposób łączą się ze sobą. Nie chciałem przywiązywać się tylko do jednej z nich.

Dla himalaisty śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona

Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.

zobacz więcej
To ogromna satysfakcja, przejść taką jaskinię do końca. Może to zająć nawet 12-14 godzin. Testuje się tutaj swoją wytrzymałość, możliwości, tak jak w każdym sporcie. Sprawdzam, na co mnie stać. W niektórych miejscach trzeba się wspinać na skale, która jest mokra i śliska z powodu cieków wodnych, czy trzeba przepłynąć jakiś odcinek. To łączenie różnych umiejętności.

I tak zrodził się projekt „Niebo/Piekło”, w którym w latach 2012-2013 udało się połączyć wspinanie i eksplorację jaskiń. Stworzył pan nową dyscyplinę: deniwelację jaskiniowo-górską.

Inicjując taki projekt chciałem pokazać wszechstronność człowieka, tradycyjne i uniwersalne podejście do himalaizmu i speleologii.

Pomysł narodził się, gdy mieszkałem we Włoszech. Pracowałem niedaleko Jeziora Garda koło Bergamo. Teren sprzyjał różnym aktywnościom. Mogłem tam popływać, powspinać się, pojeździć na rowerze, pobiegać czy wejść do jaskiń.

Wtedy też kończyłem kurs instruktorski w Górskich Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym. I razem z moimi kolegami, Tomkiem Piprkiem i Maciejem Kwiatkowskim, również ratownikami górskimi, postanowiłem wejść do ówcześnie najgłębszej jaskini na świecie. Nazywa się Krubera – Woronia, leży nad Morzem Czarnym w Abchazji, kraju pomiędzy Rosją a Gruzją. Cała wyprawa kosztowała nas jedynie trzy tysiące złotych, dla porównania: za samo pozwolenie na wejście na Mount Everest trzeba było zapłacić wtedy 15 tysięcy dolarów.

Dołączyliśmy się do wyprawy międzynarodowej. Brało w niej udział 60 grotołazów z 10 państw. Ekipa miała wspierać ukraińskiego nurka, który pobił w tym miejscu rekord świata w nurkowaniu jaskiniowym. Giennadij Samochin pogłębił jaskinię do 2191 metrów.
Wyjechaliśmy na 2000 metrów n.p.m, gdzie jest otwór jaskini, i rozpoczęliśmy eksplorację. Każdy z nas chciał osiągnąć suche dno, czyli głębokość 2080 metrów. Krubera jest trudna do przemierzenia. To pionowe studnie, które trzeba było pokonywać zjeżdżając na linach o długości 100-150 metrów. W sumie przeszliśmy w ten sposób 7 kilometrów na linach w ciągu 10 dni.

Trafiliśmy na retransport, czyli końcówkę wyprawy, gdzie pomagaliśmy wynosić rzeczy na górę, na przykład butle nurkowe. I trzeba było wchodzić i schodzić po kolejne. Najtrudniejszym momentem było przeczołganie się z workami przed sobą i za sobą przez 70-metrową rurę o średnicy około 60 centymetrów. Przejście utrudniały wystające stalaktyty i stalagmity. Trzeba było też przepłynąć na bezdechu 7-8 metrowy syfon, czyli korytarz wypełniony lodowatą wodą na głębokości 1400 m pod ziemią.

Poruszaliśmy się non stop przez 7-8 godzin dziennie, aby utrzymać odpowiednią temperaturę ciała. Przerwy mieliśmy tylko 10-minutowe. Chcieliśmy uniknąć niebezpiecznego wychłodzenia się organizmu i wejścia w hipotermię. Temperatura w jaskini wynosiła 4 stopnie Celsjusza, woda 2 st. C.

Po przebyciu kolejnych odcinków udało nam się zdobyć założoną głębokość. Pod ziemią spędziliśmy w sumie 10 dni bez wychodzenia na powierzchnię.

Jaskinia może nie należy do najpiękniejszych i nie można tam liczyć na jakieś szczególne wrażenia estetyczne. Ale ze względu na jej ciasne meandry i głębokość był to dla mnie duży wyczyn sportowy. Wcześniej eksplorowałem jaskinie do tysiąca metrów głębokości.

Są takie miejsca w górach, gdzie ludzie skaczą w przepaść

Dochodziło do tego koło szczytu Sokolicy w Pieninach.

zobacz więcej
Wyzwanie, zarówno fizyczne jak i mentalne okazało się osiągalne. Przed nami było tylko kilku Polaków, którzy też tego dokonali.

Kolejnym etapem było wejście na Mount Everest. Najwyższa góra świata była łatwiejsza czy trudniejsza do pokonania?

Jaskinię eksplorowaliśmy w lecie 2012 roku, a na wiosnę 2013 r. postanowiłem zdobyć szczyt. Trwało to w sumie sześć tygodni. Połowę tego czasu przeznaczyłem na aklimatyzację. Będąc w obozie bazowym pod Mount Everestem byłem przerażony tłumami ludzi, którzy chcieli zdobyć wierzchołek. Czysta komercja. Nawet osoby bez większego przygotowania, które po raz pierwszy próbowały swoich sił w wysokich górach.

Od wysokości 7 tysięcy metrów towarzyszył mi nepalski sherpa. Chciałem mieć w razie czego kogoś do pomocy. To są ludzie przystosowani do ekstremalnych warunków, bo mieszkają tam na co dzień.

Niestety tuż przed wejściem na szczyt wiatr był tak silny, że musiałem się wycofać, będąc na wysokości 8300 metrów n.p.m. Nie dałem rady iść dalej.

Mimo, że się nie powiodło, rekord świata został zaliczony. To była wtedy największa deniwelacja na świecie. Rok później Rosjanin Denis Provalow zrobił całość, zdobywając największą głębokość jaskini Krubera i szczyt Mount Everest. I jest pierwszym człowiekiem na Ziemi, który tego dokonał.

W 2018 roku odkryto jaskinię, która okazała się głębsza od Krubera. To Veryovkina, również w Abchazji. Ma 2212 metrów głębokości.

Czego nauczyło pana to doświadczenie?

Uświadomiło mi, że speleologia jest zdecydowanie ciekawsza od zdobywania gór, szczególnie tych najbardziej znanych. Ich eksploracja stała się działalnością biznesową, w jaskiniach na szczęście jeszcze tego nie ma. Są miejsca, gdzie przez cały dzień można nie spotkać nikogo.
To była doskonała okazja do poznawania siebie, swoich możliwości, barier. Człowiek w takiej sytuacji skupia się na prostych rzeczach, potrzebach. Ja nazywam to rytmem wyprawowym. Polega to na tym, że odcinam się totalnie od zewnętrznych problemów, od tego co jest gdzieś tam w kraju czy w domu. Poświęcam uwagę jedynie temu, co obecnie robię. Wtedy te rzeczy stają się proste, jasne i bezpieczne, a tym samym do pokonania.

Ile obecnie mamy jaskiń w Polsce, które są dostępne do zwiedzania przez turystów, czy badania przez grotołazów?

Jaskiń, które powstały w wyniku procesów krasowych (rozpuszczanie skał przez wody powierzchniowe i podziemne, któremu podlegały głównie wapienie, ale też m.in. dolomit czy gips), jest w Polsce kilka tysięcy. Są między innymi w Tatrach Zachodnich, Sudetach, na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Są też inne, we Fliszu Karpackim, które powstały przede wszystkim na skutek ruchów tektonicznych Ziemi, i jest ich mnóstwo choćby w Beskidach. Według naukowców, nawet połowa z nich nie została jeszcze odkryta, jest więc nadzieja, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Dla turystów dostępnych jest w kraju kilkanaście jaskiń. Są w pełni wyposażone w schodki oraz barierki, a nawet światło i są w miarę bezpieczne.

Jeśli mamy do czynienia z jaskinią o rozwinięciu poziomym, to podczas zwiedzania wystarczy nam dobry kask, latarka, kombinezon i podstawowa wiedza na temat tego miejsca. W środku jest prawie stuprocentowa wilgotność, więc trzeba odpowiednio zabezpieczyć ręce i nogi. Jest tam ciemno, więc musimy mieć dwa źródła światła. W trakcie poruszania się warto oznaczać sobie drogę, albo zapamiętać kierunek. To uchroni nas przed zabłądzeniem.

Tu wyszedł na ganek i po raz ostatni popatrzył na Tatry

O pożegnaniu Jana Pawła z górami, o tragicznej wycieczce licealistów, których zabiła lawina i o czasach, gdy po Morskim Oku pływano łódkami.

zobacz więcej
Jeśli mówimy o jaskiniach pionowych, to tu wymagana jest wiedza i umiejętności z zakresu technik linowych. W Polsce, by bezpiecznie poznawać fascynujący świat jaskiń, należy zdobyć Kartę Taternika Jaskiniowego. Kursy organizowane są przez Speleokluby zrzeszone, podobnie jak Kluby Wysokogórskie, w Polskim Związku Alpinizmu.

Podczas prawie rocznego szkolenia trzeba wziąć udział w wielu akcjach jaskiniowych, w tym również w warunkach zimowych. Poznaje się środowisko, w którym będzie się przebywać, sposoby poruszania się po korytarzach, specjalistyczny sprzęt do zjazdu i wychodzenia. Do obowiązkowego programu dochodzą zajęcia merytoryczne i praktyczne, np. pierwsza pomoc, wspinaczka czy zajęcia lawinowe.

Uważam, że speleolog jest znacznie bardziej wykształcony technicznie od alpinisty. To zapewnia wysoki poziom bezpieczeństwa i dzięki temu wypadków w jaskiniach nie ma aż tak wiele.

Ale nie da się ich uniknąć. Takie akcje ratunkowe są zapewne zdecydowanie trudniejsze i bardziej skomplikowane niż te prowadzone na powierzchni.

W Beskidach odnotowujemy jedną, dwie akcje rocznie. Najprostsze są wynikiem zabłądzeń. Kiedy idzie się kilkanaście metrów i nie ogląda się za siebie zdarza się, że nie można wrócić, bo nie rozpoznaje się drogi powrotnej.

Taką zaginioną osobę można w miarę szybko wyprowadzić, gorzej, kiedy grotołaz się zaklinuje. Mieliśmy taki przypadek w jaskini Salmopolskiej. Mężczyzna utknął w przejściu pod stropem jaskini, które się zwężało ku dołowi. Wpadł do tej szczeliny i zaczął zwisać głową w dół. Najpierw trzeba było go zlokalizować, potem delikatnie wyciągnąć. Na szczęście wszystko przebiegło dość sprawnie. Choć mężczyzna był bardzo wyczerpany.
Podczas akcji ratunkowej ważna jest odpowiednia łączność. Pierwsza ekipa tzw. szpica dociera do poszkodowanego i informuje nas, co zastała na miejscu, wtedy wiemy jak zorganizować dalszą pracę. Jeśli osoba ratowana ma poważny uraz, trzeba ją odpowiednio ustabilizować, aby nie ryzykować pogorszeniem jej stanu w czasie transportu. Czasem trzeba budować ciągi linowe, poszerzać ciasne korytarze, na przykład przez rozkuwanie skały, lub szukać innych dróg wyjścia. To ciężka praca fizyczna. Trzeba tu działać szybko i odpowiedzialnie.

Nasze akcje, na terenie działania GOPR, są może krótkie, trwają najwyżej dobę, ale te ciasnoty, które nam towarzyszą, uczą nas pokory.

Czy taki wypadek, jaki zdarzył się w ubiegłym roku w Jaskini Wielkiej Śnieżnej w Tatrach, można było przewidzieć? Zginęło w nim dwóch speleologów, którzy utknęli w ciasnym, nieznanym dotąd korytarzu. Zostali odcięci przez wodę.

Nie da się wszystkiego przewidzieć. To kolejny raz udowodniło, że takie miejsce może być środowiskiem bardzo nieprzyjaznym. Przypomina mi się zdarzenie w jaskini Cień Księżyca w Tatrach na Słowacji. Podczas jej eksploracji ze stropu spadły głazy na biwak grotołazów. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby się w tym czasie znajdowali w tym miejscu.

Jeśli chodzi o wypadek w Jaskini Wielkiej Śnieżnej, nagłe zalanie korytarza musiało mocno zaskoczyć grotołazów. Takie podziemne cieki wodne z nieznanych nam przyczyn czasem się blokują. A wyciek był olbrzymi. Akcję ratowniczą utrudniała ciasnota przestrzeni. Poszerzenie takich przełazów jest bardzo trudne.

Szukają żywych i martwych. Wyją nad zwłokami, choć nikt ich tego nie uczy

Na lawinisku jeden pies zastępuje pracę sześciu ratowników.

zobacz więcej
Oczywiście każdy grotołaz musi być cały czas czujny, aby zminimalizować wszelkie ryzyko wypadku. Jest to jednak na tyle ciekawe zajęcie, że pcha nas do przodu. Wiem to również po sobie.

Jak pokazała spektakularna akcja ratunkowa w jaskini Tham Luang Nang Non na północy Tajlandii, latem 2018 roku, ratownictwo jaskiniowe jest bardzo rozwinięte technologicznie. Dwunastu młodych piłkarzy w wieku 11-16 lat i ich 25-letni trener zostali uwięzieni w ciemnej jaskini, zalanej przez wodę. Od świata odcięły ich ulewne deszcze. Udało się ich szczęśliwie wyciągnąć po 18 dniach, akcja była sensacyjna, prowadzona przez nurków ratowników, z których jeden zginął. Wyprowadzenie jednego chłopca z jaskini trwało 3 godziny.

W ratownictwie jaskiniowym ważna jest specjalizacja. Musi być na przykład ekspert od poszerzania ciasnych przełazów, od oddymiania tego, co po tym powstało, od wypompowywania wody, od logistyki itd.

Akcja w tajlandzkiej jaskini była rzeczywiście bardzo skomplikowana. Chłopcy i ich trener byli niemal kilometr od jej otworu. Od wyjścia oddzielało ich kilka zalanych odcinków korytarzy, w tym jeden o długości prawie 300 m.

Na szczęście była profesjonalna współpraca wielu służb z wielu państw. Udało się znaleźć najlepszych nurków z dużym doświadczeniem, którzy byli w stanie podjąć się takiej akcji. Ogromne ilości mułu sprawiły, że widoczność była niemal zerowa, nurkowie mieli problem z poruszaniem się w wodzie, a co dopiero z transportowaniem kogoś.

Chłopcom przed akcją ich wyciągania z jaskini podano silne leki sedacyjne. Związano im ręce i nogi, aby w razie paniki nie stanowili zagrożenia dla transportujących ich nurków. Najdłuższe zanurzenia trwały po 40 minut. Na trasie zorganizowano stacje, gdzie sprawdzano stan zdrowia ewakuowanych i ostatecznie wszystko zakończyło się pomyślnie. Ta złożona akcja ratunkowa na pewno przejdzie do historii, gdzie współpraca wielu specjalistów, których nadrzędnym celem było dobro ratowanych, przyczyniła się do jej szczęśliwego zakończenia

„Dobro osoby ratowanej” powinno być mottem każdego ratownika, nie tylko jaskiniowego.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia
Zdjęcie główne: Jaskinia Alum Pot, jedna z najpiękniejszych w Yorkshire w Anglii. Fot. arch. Grzegorz Michałek
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Bóg błogosławiący Ameryce nie ma nic wspólnego z Chrystusem
„Pokolenie Jana Pawła II” w USA oznacza odnowę ich katolicyzmu i falę powołań duchownych z lat 80. i 90. XX wieku.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Babcia, która śpiewa reggae
Celińska: Czas do spotkania z tymi, którzy odeszli, nie jest długi, a stanie się to gdzieś, gdzie będzie raj.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Tysiące ton broni chemicznej i paliw leżą w Bałtyku. Niebawem...
Ryby żerujące przy dnie, np. flądra czy dorsz, są narażone na oddziaływanie związków uwalnianych ze składowisk toksyn.
Rozmowy wydanie 17.07.2020 – 24.07.2020
Nie traktujmy psa jak człowieka
Według animalistów, człowiek przyszłości winien stworzyć ze zwierzętami swoistą wspólnotę obywatelską.
Rozmowy wydanie 10.07.2020 – 17.07.2020
Meblościanka lub fotel 366. Ikony PRL-u znikają ze śmietników
Dlaczego znowu chcemy je mieć? Choć kilka dekad temu ludzie byli i chudsi, i ponoć o 11 proc. niżsi, więc i meble były bardziej filigranowe.