Kultura

Zombie jak wirus, szczepionki wciąż brak, młodzi pożerają starych. Jakie filmy warto przypomnieć sobie w czasie epidemii?

To film sprzed 9 lat. Morderczy wirus przybywa z Chin. Pacjentka zero zaraziła się od kucharza, przyrządzającego świnię zainfekowaną przez… nietoperza. Co to państwu przypomina?

Już w 1950 roku mistrz Elia Kazan nakręcił „Panikę na ulicach”, kryminał noir z elementami neorealizmu o pracowniku departamentu zdrowia i gliniarzu, którzy próbują nie dopuścić do pandemii wirusa wywołującego zapalenie płuc. Od tego czasu filmowcy prześcigają się w kolejnych wizjach końca cywilizacji przez wirusa.

Gdy 11 września 2001 roku zobaczyliśmy w telewizji potworną falę pyłu, która jak gargantuiczny wąż pożerała kolejne ulice Nowego Jorku, mogliśmy poczuć się jak podczas seansu katastroficznego filmu o zniszczeniu Manhattanu. Podobne uczucie towarzyszy mi, gdy dziś oglądam internetowy filmik ukazujący z lotu ptaka opustoszałą Warszawę.

Rasizm i bunt

Z czym skojarzył mi się ten filmik? Z opartym na wydanej jeszcze w czasach zimnej wojny książce Richarda Mathesona filmie „Jestem legendą” (2007) w reżyserii Francisa Lawrence’a. Tam również dostaliśmy zatrważające obrazy pustego Nowego Jorku. Wyludnionego i opuszczonego. Film opowiada o świecie po katastrofie spowodowanej wirusem, który zamienia ludzi w krwiożercze bestie. Will Smith wciela się w – żyjącego z psem na wyludnionym Manhattanie – naukowca, który pracuje nad szczepionką odwracającą skutki zarazy odpowiedzialnej za śmierć 90% populacji. Wirus pojawił się na skutek mutacji nowatorskiego leku na raka. Nie jest to klasyczny film o zombie, choć wykorzystuje ten motyw. To zresztą ciekawe, że właśnie kino o zombie najlepiej oddaje grozę epidemii.

Dlaczego? Przecież filmy o zombie są powszechnie odbierane jako infantylne i głupie. Błąd. Od czasu przełomowej „Nocy żywych trupów” (1968) George'a A. Romero kino o zombie ma drugie dno. Bardzo ideologiczne. Opowiadający o tajemniczym wirusie przemieniającym ludzi w żywe trupy, czarno-biały i nakręcony poza Hollywood za marne 114 tysięcy dolarów horror był w rzeczywistości opowieścią o rasizmie oraz buncie (młodzi pożerają starych) pokolenia ‘68 przeciwko konserwatywnej eisenhowerowskiej Ameryce lat 50.
"Noc żywych trupów", reż. George A. Romero, 1969. Fot. Wikimedia
Dekadę później, już na kolorowej taśmie i z 1,5 miliona dolarów budżetu w „Świcie żywych trupów” Romero opowiedział o uzależnieniu Amerykanów od konsumpcjonizmu (akcja toczyła się w centrum handlowym, gdzie instynktownie zmierzali zarażeni wirusem zombie). Między obydwoma filmami Romero nakręcił jeszcze „Szaleńców” (1973) o zarażonych przypadkowo biologiczną bronią przez wojsko mieszkańcach małego, amerykańskiego miasteczka. Film doczekał się remake’u w 2010 roku.

Po latach najróżniejszych, nomen omen, mutacji kina zombie Brytyjczyk Danny Boyle opowiedział o apokalipsie spowodowanej wirusem w znakomitym „28 dni później” (2002). Jeden z najwybitniejszych brytyjskich współczesnych reżyserów skupił się nie tylko na samym straszeniu krwiożerczymi zombiakami, ale pokazał różne społeczne zachowania w czasie apokalipsy.

Zabijaj martwych

Na podobnych wątkach oparty został nadawany już prawie dekadę serial „The Walking Dead”, stworzony na podstawie komiksów Roberta Kirkmana. Nie było w historii popkultury horroru, który tak mocno by opanował każdą jej gałąź. Zapowiadany jest film kinowy, powstały dwa seriale (spin offem jest „Fear of the Walking Dead”), książki, gry wideo i ich mutacje na telefon oraz liczne gadżety - wszystko to dowodzi, jak bardzo świat potrzebuje takich opowieści.

W „The Walking Dead” wirusem zakażeni są wszyscy ludzie na planecie. Ich zombifikacja następuje po śmierci. Nie wiadomo, dlaczego. Nie wiadomo, jak do zakażenia doszło. Co prawda Kirkman w ostatnich miesiącach sarkastycznie sugerował, że wirus przyszedł z kosmosu, ale pewnie epidemia COVID-19 da mu jeszcze inne pomysły na rozwijanie opowieści.

George A. Romero przed śmiercią krytykował serial za zabicie mitologii zombie. A jednak to właśnie ten cykl najmocniej eksploatuje wszystkie społeczne aspekty apokalipsy. Pokazuje zarówno najlepszą stronę ludzkiej natury jak i najgorszą. „Zabijaj martwych. Bój się żywych” – głosiło hasło reklamujące pierwszy sezon.
Serial "The Walking Dead", twórcy: Frank Darabont i Robert Kirkman, 2010. Fot. materiały prasowe
„The Walking Dead” pomaga uświadomić sobie, co dzieje się w trakcie pandemii i upadku norm cywilizacyjnych, gdy zaczyna rządzić anarchia i skrajny indywidualizm. Gdy miłosierdzie zastępowane jest przez społeczny darwinizm, a przykazania moralne zostają odwieszone na kołku. Serial Kirkmana wiele czerpie z „Bastionu” Stephena Kinga, którego ekranizacja w latach 90. do specjalnie udanych jednak nie należy.

Warto razem z „The Walking Dead” obejrzeć hollywoodzki i absurdalny w wielu momentach film „World War Z”, gdzie apokalipsa zombie widziana jest też przez pryzmat naukowców próbujących znaleźć szczepionkę na wirusa.

Serial Kirkmana wskrzesił modę na wirusa zombie w kinie. Nawet Arnold Schwarzenegger wcielił się w rolę prostego farmera opiekującego się „przemieniającą” się w zombie córką (Abigail Breslin) w ciekawym, aczkolwiek niedocenionym, filmie „Maggie”.

Przerażająco profetyczny

Tak jak kino zombie świetnie oddaje atmosferę epidemii, tak horror s-f jest najlepszym nośnikiem opowieści o wirusie. Dlaczego? Bo wirus jest nieznanym przybyszem? Bo atakuje nas nagle? Z mroku? Czyż obcy przemieniający pasażerów Nostromo w „Obcym” (1979) i ekipę naukowców na Antarktydzie w „Coś” Johna Carpentera nie może być porównany do wirusa? A kilka hollywoodzkich ekranizacji powieści Jacka Finneya „Inwazja pożeraczy ciał”?

Z drugiej strony to ziemskie wirusy i bakterie wykończyły obcą cywilizację atakującą nas w spielbergowskiej wersji „Wojny światów” Herberta George’a Wellsa.

Natomiast już Steven Soderbergh w „Contagion: Epidemii strachu” (2011) w wielu wymiarach opowiedział o bardzo namacalnej i realnej katastrofie wirusowej. Jego film dziś otrzymał drugie życie. Okazał się być przerażająco profetyczny.

Jedna z bohaterek grana przez Kate Winslet tłumaczy, że trzeba myć ręce, bo dotykamy swojej twarzy średnio 2-3 tysiące razy na dzień. Morderczy wirus przybył z Chin, gdzie zaraziła się (przez dotyk) pacjentka zero (Gwyneth Paltrow), która przywiozła go potem do USA. W inne części świata rozniosły go osoby będące w tym samym kasynie w Hongkongu, w którym bawiła się Amerykanka.
"Contagion: Epidemia strachu", reż. Steven Soderbergh, 2011. Fot. materiały prasowe
W finale dowiadujemy się, że zaraziła się od kucharza, przyrządzającego świnię zainfekowaną przez…nietoperza owocowego, którego odchody wpadły do chlewu. Co państwu to przypomina?

Soderbergh jest jednym z najlepszych amerykańskich reżyserów, co widać w wielu scenach „Contagion”. Zachęcam do przeanalizowania ujęć, w których pokazuje jak momentalnie wirus przenosi się przez dotyk. To brawurowe sceny, uświadamiające, dlaczego tak bardzo potrzebna jest dziś w walce z koronawirusem surowa kwarantanna.

Oślizgły blogger

Wyrosły z niezależnego kina Soderbergh całościowo uchwycił istotę zarazy. Pokazuje jak trudno jest wynaleźć szczepionkę na nieznanego wirusa, jak epidemia wpływa na życie każdej rodziny (poruszający obraz ojca ratującego nastoletnią córkę), jak demoluje gospodarkę (puste sklepy, lotniska, szkoły i bankructwa wielu biznesów) oraz jak szybko pękają więzi społeczne (napady na domy w poszukiwaniu pożywienia).

Pod pewnymi względami podobna była „Epidemia” Wolfganga Petersena (tam wirus pochodził od małpy) z 1995 roku z Dustinem Hoffmanem w głównej roli. Jednak dziś ten film wygląda anachronicznie. Mimo kilku fantastycznych scen (lekarka grana przez Rene Russo wbijająca sobie przez przypadek przez kombinezon strzykawki z wirusem albo kropelkowe rozprzestrzenianie się wirusa w kinie) trudno dziś nie zauważyć, że opowiada o świecie, którego już dawno nie ma. To świat bez internetu, telefonów komórkowych i social mediów.

Wirus we Wrocławiu. Przywlókł go chory oficer wracający z Azji

Skala zagrożenia spowodowała, że miasto zostało otoczone kordonem sanitarnym.

zobacz więcej
Soderbergh natomiast w postaci oślizgłego blogera (Jude Law) uświadamia, jak wiele złego robią w takich momentach jak dziś fake newsy i budowanie spiskowych teorii. Zdobywca Oscara za „Traffic” doskonale uchwycił, jak degenerują się media przez manipulatorów, którzy nie potrzebują nawet wyjątkowej inteligencji do zarażania wirusem kłamstwa mas. Wystarczy krzykliwość i bezczelność.

Nie zapominajmy, że „Contagion” ma już prawie 10 lat. Jak taka opowieść wyglądałaby w czasie, gdy człowiek masowy z przestróg Mikołaja Davilli dostał swój głos na Twitterze? „Aby złapać wirusa, musisz najpierw skontaktować się z chorym lub czymś, czego dotknął. Aby się przerazić, wystarczy plotka lub chaos doniesień w mediach” – mówi mu w telewizyjnej potyczce lekarz dzielnie walczący z epidemią o twarzy Lawrence’a Fishburne’a. Debatę i tak przegrywa.

Wrocławska zaraza

„Contagion” przeraża o wiele bardziej niż horrory o zombie. Mimo, że one przez szerokie ramy gatunku mogą mówić o bardziej uniwersalnych wartościach, to właśnie Soderbergh nakręcił film pasujący do obrazu epidemii, jaki cały świat obserwuje dziś za oknem. Może dlatego robi dziś takie wrażenie, że pokazał, iż epidemia może zacząć się od jakiegoś chlewika w dalekiej Azji? To o wiele bardziej przerażające niż naukowiec psychopata z wirusem w walizce z „12 małp” Terry’ego Gilliama.

Jest jeszcze „Ostatnia miłość na ziemi” Davida Mackenzie, gdzie w parę kochanków umierających przez wirusa atakującego kolejne zmysły wcielają się Eva Green i Ewan McGregor. Choroba dotyka w tym filmie Szkocję. Są „Ludzkie dzieci” (2006) Alfonso Cuarona – uniwersalne kino o ludzkiej kondycji w czasie, gdy tajemniczy wirus spowodował ogólnoświatową bezpłodność. Film o wirusie? Raczej o braku wiary w przyszłość i sensu życia bez potomków.

No, ale czy polska „Zaraza” Romana Załuskiego z 1972 roku również nie mówiła nam prawdy o ludziach w zamkniętym w zarażonym czarną ospą Wrocławiu? Dziś tak samo zamknięta jest Italia. Możliwe, że jutro to będzie jakieś polskie miasto.

– Łukasz Adamski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zombie
Zdjęcie główne: "Jestem legendą", reż. Francis Lawrence, 2007. Fot. materiały prasowe
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Oko, usta, nos, a do tego brawurowe cięcia
Na apel o pomoc dla niego – Rosochy – tak wielu zareagowało pozytywnie. Nie tylko przyjaciele.
Kultura wydanie 20.03.2020 – 27.03.2020
Tęsknota za utraconymi kresami i miłość do Polaków
Nad Wisłą bilety na trasy koncertowe zespołów znad Balatonu wyprzedają się na pniu.
Kultura wydanie 6.03.2020 – 13.03.2020
Kulisy kampanii. Czy tylko prawica opłaca hejterów?
Skłonności homoseksualne każą bohatera kojarzyć z Biedroniem. Polityczna charakterystyka – z Trzaskowskim. A finał – z Adamowiczem. O kim opowiada najnowszy film Jana Komasy?
Kultura wydanie 6.03.2020 – 13.03.2020
Czy kapitan Żbik był potomkiem sanacyjnego śledczego?
W stanie wojennym zakończono wydawanie komiksowego cyklu o dzielnym funkcjonariuszu. Ówczesny szef MO generał Józef Beim uważał, iż „młodzież nie musi lubić milicji, ale musi się jej bać”.
Kultura wydanie 6.03.2020 – 13.03.2020
Był sobie ptak (i jego rodzina)
To są bardzo długie urodziny. Ale drugich takich nie będzie – chodzi o pół wieku twórczej aktywności Andrzeja Dudzińskiego.