Felietony

W razie czego zjecie się nawzajem… Dziennik z zarażonego miasta

Niektórzy twierdzą, że nigdy nie wrócimy do normalności. To koniec świata, jaki znamy. Jedynym wyjściem z opresji wirusa są okresowe kwarantanny, takie jaką przeżywamy teraz. Gdy liczba nowych zakażeń spadnie, trzeba poluzować restrykcje i wzmocnić je znowu, gdy wzrośnie.

Sobota. W samolocie nikt nie kaszle

Nic się nie dzieje. Wirus jest daleko. Chińczycy się zbroją, Anglicy się boją, a polska wieś nadal spokojna. Lecimy do Londynu. Na lotnisku ani u nas, ani u nich żadnej kontroli. Żona nieco przeziębiona, ma podwyższoną temperaturę. Ale nie koronowo. Takie lekkie 37 z groszami. Na wszelki wypadek bierze Ibuprom. Niepotrzebnie, nikt nas nie sprawdza. W samolocie nikt nie kaszle i nie kicha. Londyn o tej porze roku, jak zwykle przez cały rok, deszcz, wiatr i słońce. Jutro wracamy.

Niedziela. Panowie trą ręce jak Lady Makbet

Wracamy. Na lotnisku w Londynie nie widać paniki. Wszyscy grzecznie czekają w kolejkach. W pubie nikt nie ma rękawiczek jednorazowych. Życie toczy się normalnym trybem. Jedynie przy wyjściu z toalety powieszono pojemniki z płynem do odkażania rąk. Żona długo nie wychodzi z łazienki.

– Długo cię nie było...
Lotnisko im. Fryderyka Chopina na warszawskim Okęciu. Fot. PAP/Marcin Obara
– Bo kolejka była… do umywalki. Normalnie, większość wychodziła, niektórzy płukali ręce. A teraz, ty wiesz, wszyscy przez minutę myli ręce. Jak na porodówce przed cesarką.

Wchodzę do męskiej. Pisuary wolne. Przed umywalkami panowie trą ręce jak Lady Makbet. A potem wychodząc, leją na nie hektolitry płynu odkażającego.

Spotykam sąsiada z toalety w pubie. Żre frytki rękami. Pochłania burgera. Na stole leżą widelec i nóż. Patrzę na niego i zastanawiam się, czy szklankę z piwem powinienem trzymać na górze, czy na dole. Żeby wirus nie wpadł do mojego ulubionego India Pale Ale. W Polsce trudno dostać. Ostatnia okazja.

W sali oczekiwania na upchanie do samolotu tłumu ludzi. Nikogo w masce. Koleś w baseballówce, dresach i adidasach opowiada przez telefon swojej dziewczynie, co ją czeka, jak już on doleci do Warszawy. Ze szczegółami anatomicznymi. Czuje się, jakbym słuchał pornosa z audiobooka. Anglicy nie rozumieją, więc im wszystko jedno. Rodacy z zażenowaniem odwracają głowy i wkładają słuchawki do uszu. Nie mam słuchawek. Poznałem całą złożoność życia erotycznego dresa. Mam większą wyobraźnię.

Do sali oczekiwania na upchanie wchodzi para. Jako jedyni mają maski na twarzy. Siadają w pewnej odległości od innych. W rękach mają zapakowane szczelnie kanapki. Zastanawiam się, jak oni je zjedzą w tych maskach. Nie da się tego przepchnąć przez te czarne dziurki. Będą musieli zdjąć. A wtedy… witaj korono.

Na lotnisku w Warszawie nikt nam niczego nie mierzy.

Poniedziałek. Na oczach weneckie maski, na ustach maseczki ochronne

Nic się nie dzieje. Zastanawiam się, kto jest na nartach we Włoszech. Zdjęcia z karnawału w Wenecji są co najmniej zabawne. Weneckie maski na oczach, a na ustach zielone maseczki ochronne.

Z Mediolanu wróciła znajoma. Ma temperaturę i kaszle. Pojechała na zakaźny na Kasprzaka. Wsadzili ja od razu do izolatki. Z tego, co wiem, jest podejrzenie. Mają robić testy.

Raczej nikt się z nią nie kontaktował, ale kto wie, jak to się roznosi. Może przez telefon też. Żartujemy sobie, ale nie bardzo się wszyscy śmieją.

Na Fb wszyscy czekają, kiedy ogłoszą pierwszy przypadek wirusa. Pojawiają się memy: „Ogłoście pierwszego chorego, bo trudno wytrzymać to napięcie”. Zastanawiam się, co się stanie, jak to w końcu ogłoszą.

Wtorek. Wiadomości na miarę końca świata

Nic się nadal nie dzieje. Wszyscy czekają na wyniki znajomej. Ale jakoś tak spokojnie, a może tylko tak pokazują. W Włoszech zamykają kolejne miasta, tworzą czerwone strefy. U nas nic. Żadnego zadżumionego. Wszyscy mówią, że na pewno jest, tylko nikt nie wie. Bo nie robią testów. Wszyscy się dziwią, że u nas nic.

– Są tysiące – ktoś mówi. Nikt nie wierzy.

Cały naród w maseczkach. Wirus z Chin wywołał dyplomatyczny konflikt

– Jak zachoruję, to rząd będzie mi płacił pensję – twierdzi pracownik stołecznego hotelu.

zobacz więcej
Znajoma ciągle czeka na wynik testu.

W sklepie zakupy jak zwykle. Żadnych kolejek, papier na półkach, konserwy też. Z Włoch nadciągają wiadomości na miarę końca świata. Tysiące zarażonych, setki zmarłych.

Przeczytałem, że jakaś para uwięziona na kwarantannie na statku, gdzieś koło Japonii zamówiła wino dronem. Ponoć ochrona nie wiedziała, jak ma zareagować. Jak rozumiem, wino dotarło. Tłumaczyli się potem z tego statku, że żywność jest, ale akurat wino się kończyło i zaczęli racjonować. Potem dowiaduję się, że to byli Brytyjczycy. Zawsze ich podziwiałem za spokój i opanowanie.

Zacząłem się zastanawiać, czy nie uruchomić zawczasu jakiegoś start-up’u z dostawami wina dronami do uwięzionych na kwarantannach rodaków. Szybko okazało się, że licencja na obsługę drona to miesiące szkolenia. Prościej będzie dostarczać wino w plastikowych woreczkach i wpychać do skrzynek na listy.

Byłem w sklepie. Oferta win w miękkich opakowaniach w zasadzie nie istnieje. Trzeba by rozrywać kartony i wyciągać te woreczki. Chyba nie warto.

Nigdy nie zostanę milionerem.

Środa. Pierwszy przypadek

JEST. Pierwszy zarażony. Przyjechał z Niemiec. Przypadek? Nie sądzę.

Powiedziałem to znajomym. Jakoś nikt się nie roześmiał.

Czwartek. Wszyscy odetchnęli z ulgą

Poszedłem do pracy. Niby nic. Wszystko normalnie. Okazało się, że znajoma, która wróciła z Mediolanu, z rozsadnika epidemii, nie ma koronawirusa. Zwykłe zapalenie płuc. Rodzina wchodzi do niej przez śluzę, podaje jedzenie i smakołyki.

Uff. Trochę wszyscy odetchnęli z ulgą, choć nikt nie miał z nią kontaktu. Trochę to abstrakcyjne. Na razie epidemia do nas nie dociera.

Piątek. Podobno alkohol pomaga

Znajomej, która miała podejrzenie wirusa, ale jednak go nie ma, zamknęli śluzę. Nikt nie może wejść ani wyjść. Trochę dziwne. Bo w końcu ona nie jest chora na koronawirusa, tylko na zapalenie płuc.

– Coś wiedzą – mówi znajomy. – I nie mówią, żeby nie było paniki. Fałszują testy, kłamią, jest gorzej niż wszyscy myślą.

– Naoglądałeś się X-files. Daj spokój. Może po prostu nie chcą, żeby z zapaleniem płuc czymś się więcej zaraziła – ktoś przytomnie komentuje.

– Gówno prawda. Kłamią. Wszędzie jest, a u nas nie ma? Niby dlaczego.

– Bo podobno alkohol niszczy wirusa. Mówili nawet w CNN. A u nas wiadomo. Każdy się odkaża. W Rosji i na Ukrainie też spokój. Przypadek?

– Nie sądzę – odpowiedzieli wszyscy chórem.

Kolega wieszczący apokalipsę nie miał żadnego kontrargumentu. Spuścił głowę i udał, że zajął się robotą.
Karnawał w Wenecji 2020. Fot. Manuel Romano/NurPhoto via Getty Images
Sobota. Jak tak krzyczą, to prychają wirusem…

W mediach głównie wiadomości z Włoch. W pracy komentarze, dlaczego akurat u nich.

– Jak to dlaczego? To oczywiste, u nich tak zawsze. Non stop gadają, głównie przez telefon. Zawsze i wszędzie. W kolejce na narty nie słychać nikogo poza nimi. Napieprzają przez te telefony nie-ustan-nie. Na okrągło. I krzyczą, a jak krzyczą, to prychają wirusem. Proste.

– Ale to na północy. Tam to jakoś wszystko działa.

– Gówno działa, tam nic nie działa, ile ja razy tam byłem, u nich nic nie działa, to gorzej niż w Polsce, oni mają na wszystko wyjeb… i ciągle ryczą w te komórki. Że niby kazali im zostać w domu. Tyle tego, nikt tam w domu nie zostaje, każdy wali do baru, wakacje se zrobili. A nie wirusa. Byłeś kiedyś u lekarza we Włoszech???

– No, nie byłem.

– Ano widzisz… ja też nie byłem.

Tyle w temacie epidemii w moim ukochanym kraju, no może jednym z najbardziej ukochanych na świecie.

Niedziela. Tłok w dziale makaronów

Powoli, ale jednak rośnie liczba chorych. W mediach wyliczanka. Takie liczniki trzeba by zrobić: „Liczba chorych” i zmieniać co chwila. Pisanie kolejnych tekstów nie bardzo ma sens. W zasadzie nie ma nic nowego, poza tym, że a to w Warszawie pierwszy przypadek, a to w Ostródzie. Wydaje mi się, że większość to jednak narciarze z Włoch. Dobrze, że w tym roku byliśmy w Austrii. I to w styczniu. Intuicja?

Poszedłem do sklepu. W sieci roi się od zdjęć pustych półek. Trochę się bałem, że będę musiał uczestniczyć w walce wręcz o konserwy i makaron, ale na szczęście okazało się, że – mimo tłoku w dziale makaronów i ryżów – da się rzucić do wózka parę opakowań.

W dziale alkoholi sami desperaci. I ja.

Poniedziałek. Powinni robić testy

– Nie robią testów. Dlatego nikt nie wie, ilu jest zarażonych. Zaraz okaże się, że wszyscy – mówi znajoma. – Wysyłają na kwarantanny ludzi zamiast im robić testy i wykluczyć.

Piszę na Fb, że powinni robić testy, zamiast wysyłać na przymusowe wakacje. Wszyscy na mnie napadają, że testy w początkowej fazie nic nie wykazują.

– A Grodzki – piszę. – Dlaczego jemu zrobili test, a nie wysłali na kwarantannę?

– Bo to VIP – odpisują. I tyle. Ale zasadności wykonywania większej liczby testów nikt nie chce komentować. Chyba jednak mam rację. W Niemczech 200 tys. testów, u nas 1200.

Wtorek. Wystarczy poprosić

A jednak. Zapowiadają, że będą testować dużo więcej ludzi. Że zmienią metodę wykrywania wirusa. Nikt jakoś nie chce przyznać mi racji. Trudno. Na społecznościówkach roi się od relacji ludzi, którzy chcieli się przebadać, ale nikt im nie pozwolił.

Dlaczego Chińczycy jedzą zupę z nietoperzy, duszone węże i smażone łaskuny? Wirus na talerzu

Jedzenie rzadkich dzikich zwierząt jest dziś symbolem zamożności, szpanem obliczonym na zaimponowanie biesiadnikom.

zobacz więcej
– Wróciłem z Włoch, poszedłem do szpitala zakaźnego i chciałem sprawdzić, czy jestem chory. Powiedzieli mi, żebym spadał. Mam mierzyć temperaturę i jak zacznę się dusić, to zadzwonić do sanepidu!!! Jak mam zadzwonić do Sanepidu, jak nie będę mógł oddychać! Jak mam z nimi gadać? Morsem???

– A Grodzkiemu zrobili test, bo przyszedł na zakaźny i poprosił!!!

– No jasne. Wystarczy poprosić.

Środa. Podobno witamina zwalcza

No to koniec. Kazali nam pracować z domu. Już to widzę. Każdy wie, jak wygląda praca z domu. W ogóle nie wygląda. E tam, później to zrobię. Albo w ogóle. Kto mi każe? Co tam. Wirus, i z głowy.

Wiele lat temu, zanim jeszcze w ogóle istniała telepraca, zrobiliśmy eksperyment, żeby pokazać, że się da. Że można z domu pracować. O tyle mieliśmy trudno, że miałem z domu prowadzić poranek w radiu. Przez tydzień. Udało się. Miałem w domu zainstalowany sprzęt i robiłem na żywo audycję w szlafroku. Serio.

Wychodziłem rano po gazety, bo wtedy jeszcze nie było gazet w necie i spotykałem kolegów z podstawówki, którzy wlewali w siebie pierwsze browary przed 6 rano pod sklepem. Robiliśmy program przez chyba 2 tygodnie, aż w końcu ktoś zauważył, że to nie ma sensu, bo nikt ze słuchaczy na zauważył, że nie ma mnie w studiu.

Wot, tiechnika.

Z frontu walki z wirusem. Najświeższe wiadomości. Witamina C ajurwedyjska zwalcza wirusa.

Koleżanka, co często do Indii jeździ, zamieściła, trochę dla żartu, ogłoszenie, że sprzeda taką witaminę.

Sprzedała. W ciągu 10 minut. Za kwotę, na którą ja pracuję dwa dni.

Czwartek. Sama jestem, jak mam się zjeść?

Nie mogę zrozumieć, dlaczego zamknięto Tatrzański Park Narodowy, a za nim właściwie wszystkie stacje narciarskie w Polsce. Szczyrk, Mosorny Groń… itd. Prawie 2 metry śniegu na Kasprowym. Idealne warunki. „Warun” tak zwany. I co? I nic. Zamknięte. Może się mylę, ale szansa zarażenia się wirusem w trakcie śmigania na nartach chyba nie jest zbyt duża. Jeśli w ogóle jest to możliwe.

Spróbujmy sobie to wyobrazić. Jadę długim, gigantowym skrętem w dół Gąsienicowej. Po mniej więcej 5 skrętach ma jakieś 70 km/h i wtedy mija się ze mną sucho kaszlący narciarz, który ma 39 stopni gorączki, bóle mięśni i majaczy. Akurat kaszlnął spod zakrytej goglami i kaskiem paszczy prosto w moją zakrytą goglami i kaskiem paszczę. On też jechał około 70 km/h, o ile nie więcej, ze względu na majaczenie. Jakie jest prawdopodobieństwo, że mnie zarazi?

Szwagierka zadzwoniła z pytaniem, czy robimy duże zakupy. – Nie robimy. Po co? Wino tylko kupujemy na zapas. Ale to zawsze robiliśmy. Nawet jak nie było tego korona…
Cały obszar Tatr został zamkniety dla turystów. Fot. PAP/Grzegorz Momot
Wieczorem szwagierka dzwoni i mówi, że zrobiła jednak zakupy na zapas. Makaron, ryż, masło, konserwy… karma dla kota…

– Po co?! – krzyczymy. – Rząd mówi, że nikomu nie zabraknie jedzenia!

– No tak – mówi szwagierka. – Was jest troje, w razie czego zjecie się nawzajem. A ja sama jestem, jak mam się zjeść?

Dobry argument.

Piątek. Jest nadzieja w narodzie

Lockdown. Wszystko zamknięte. Lotniska, dworce, knajpy, centra handlowe. Sklepy spożywcze otwarte. Kartofle i wódkę będzie można kupić. Machorkę pewnie też. Jest nadzieja w narodzie. 68 zarażonych. Trudno uwierzyć, że to koniec świata. Ale kto wie?

Chyba jednak nie pojadę na te narty pod koniec marca.

Sobota. Nos swędzi coraz bardziej

W sobotę często jeździmy na bazarek w Ursusie. Znajoma zadzwoniła, że jedzie. Starsza pani. Zabroniłem mojej mamie jechać. Znajoma się upierała. Mama ją przekonywała, że to zbyt duże ryzyko.

– Coś ci kupić? – pyta znajoma.

– Jak już jedziecie, ale nie powinniście, to może kartofle. – tam są u jednego rolnika bardzo dobre kartofle.

Ale nie przyjechała z tymi kartoflami. Może jednak nie pojechała. Może pojechała i bazarek zamknięty.

Kończą nam się zapasy, których nie zrobiliśmy.

– Pojadę do małego sklepu obok stacji. Lepiej nie jechać do dużego.

Ubrałem się, wsiadłem w samochód i pojechałem. W piekarni puste półki. Nie ma nic. Jakieś ciastko z czasów przedwirusowych.

– Nie ma już nic? – pytam.

– Nie ma, jak pan widzi – odpowiada ekspedientka.

W mięsnym cztery osoby stoją na zewnątrz. Każdy około 2 metry od siebie. W drzwiach stoi pani: – Tylko trzy osoby w sklepie naraz.

Stoimy więc na chodniku. Ludzie mijają nas w bezpiecznej odległości.

W końcu wchodzę do środka. Niestety, zostały tylko resztki indyka. Niedobrze – myślę. Trzeba będzie jednak pojechać do większego sklepu. W lokalnym Leclercu też pusto. Ale za to wszystko jest. Nawet mydło i papier toaletowy. Mięso jest, chleb jest. Piwo też. Pakuję torby do bagażnika. I odruchowo chce podrapać się w nos. STOP. Nie wolno. Nos swędzi coraz bardziej. Ale rozum krzyczy: Stój, co robisz?!. Nie dotykaj twarzy!

Całą drogę do domu nos jakby uparł się, że mnie zmusi do niechybnego zarażenia. Ale jestem silny. Wytrzymam.

W domu zanim rozpakuję zakupy, natychmiast odkażam ręce płynem za 30 złotych. Uff, będę żył.

Czosnek kupiłem. Prawie resztkę.

Jest zła i dobra wiadomość. 3 osoby zmarły, ale 13 wyzdrowiało.

Niedziela. Zaczynam czuć, że tyję

Angielskie „Keep calm and…” trochę mnie niepokoi. Wiem, że oni mają dość specyficzne podejście do życia, ale jednak obawiam się, że zakażenie całego społeczeństwa w imię nabycia odporności na przyszłość jest nieco ryzykowną strategią. We’ll see.

Miliony ludzi skoszarowane, szpitale zmilitaryzowane, miasta zamknięte. Chiny w czasach zarazy

Na Chińczyków wylewa się teraz fala hejtu. Przodują w tym muzułmanie, ale i w zachodnim świecie zdarzają się napisy: „Chińczykom wstęp wzbroniony”.

zobacz więcej
Warszawa nieco wymarła, ale nie tak bardzo jakbym się spodziewał. Na Moście Śląsko-Dąbrowskim wielu spacerowiczów. Korzystają z pięknej pogody. I słusznie chyba.

Trochę im zazdrościłem tego spaceru zza okien samochodu.

Jutro chyba wybiorę się na rower.

Zaczynam czuć, że tyję. Od blisko tygodnia siedzimy w domu i choć nie zjadamy wszystkich zapasów, których nie zrobiliśmy, to nieustanne siedzenie na tyłku...

Kolega ma podobne odczucia. Też mówi, że tyje. Ale nic to. Grubi schudną, chudzi….

Włosi wychodzą na balkony i śpiewają arie. Ale u nich prościej, jest ciepło. U nas ciągle zimno, w nocy poniżej zera. Jak śpiewać słoneczną arię, kiedy z gęby leci para.

Zaczynam mieć poczucie, że jednak ta epidemia zmieni świat, który znamy. Niektórzy eksperci zwracają uwagę, że brytyjskie podejście może jednak mieć sens, jeśli chcemy uratować świat przed nawrotem epidemii w przyszłym roku, przyszłym sezonie. Anglicy będą odporni, oczywiście ci, którzy przeżyją. My nie. Znowu będzie katastrofa. Mimo wszystko wolałbym jednak przeżyć.

Z zabawnych rzeczy. Ponoć jeden z liderów ISIS zaapelował do terrorystów samobójców, by unikali Europy, bo mogą się zarazić koronawirusem. Dziękujemy.

Co ciekawe nakazano terrorystom, by zakrywali usta łokciem, gdy kaszlą i kichają, żeby nie rozprzestrzeniać wirusa. A taką mają okazję. Zarazić się i siać panikę wśród Europejczyków, kaszląc i kichając. 777 dziewic by czekało.

Monty Python by tego nie wymyślił.

Poniedziałek. Czy dowiozą państwo zaopatrzenie do Włoch?

Na Fb pojawił się post pewnej hurtowni owocowo-warzywnej, że w związku z zamknięciem restauracji i barów mogą rozpocząć dostarczanie świeżych warzyw i owoców ludziom do domów. Ceny konkurencyjne. Hurtownia w podwarszawskich Łomiankach.

Pomyślałem, że spytam, czy dowiozą do mnie do domu. Mieszkam we Włochach:

„Czy dowiozą Państwo zaopatrzenie do Włoch?”

Jak opublikowałem post, zdałem sobie sprawę, co napisałem. Część pomyśli, że zwariowałem, reszta, że jestem potwornym draniem, a niektórzy, że robię głupie, najgłupsze dowcipy ludziom, którzy chcą nieść pomoc.

Natychmiast dopisałem, że przepraszam i że chodzi o dzielnice Włochy w Warszawie. I że to nie głupi żart i bardzo przepraszam

Odpowiedź przyszła natychmiast: „Oczywiście”.

Na razie mam, ale teraz nie mam wyjścia, pod koniec tygodnia zamówię parę kilogramów owoców i warzyw.
Turyn, marzec 2020. Fot. Nicolò Campo/LightRocket via Getty Images
Wtorek. Szczegółowe dane o poruszaniu się zakażonych

Social distancing to będzie zwrot roku na świecie. Dziś doświadczyłem tego na własnej skórze. Poszedłem do sklepu po produkty pilnej potrzeby. Mały, lokalny sklep, ale jest kilka alejek z półkami. W środku może 4 osoby. Przed jedną z półek stoi kobieta i przygląda się towarom, które akurat ja też chciałem kupić. Stanąłem więc w odległości 2 metrów i czekam. A ta stoi i przygląda się… no cóż powiem to… podpaskom.

Na co tu patrzeć. Nawet ja wiem, jakie mam kupić. Stała tak z pięć minut, a ja czekałem w odległości 2 metrów. W końcu chyba zauważyła, że stoję. Przeszła na drugą stronę półki. Podszedłem, po konsultacji telefonicznej z odbiorczynią, wziąłem, co miałem wziąć.

Drugi sklep. Kolejka do kasy. Wszyscy przepisowo dwa metry od siebie. Wchodzę w króciutkie alejki o długości mniejszej niż 2 metry, nagle widzę znajomą – wyłącznie z widzenia – sąsiadkę. Grzecznie wycofuję się do sąsiedniej alejki. Czekam, aż ona wyjdzie. Po chwili wychodzi. Na twarzy ma maseczkę.

Social distancing ma na zawsze zmienić świat. Według MIT Technology Review nigdy nie wrócimy do normalności. To koniec świata, jaki znamy. Według Gideona Lichfielda jedynym wyjściem z opresji wirusa są okresowe kwarantanny, takie jaką przeżywamy teraz. Gdy liczba nowych zakażeń spadnie, trzeba poluzować restrykcje i wzmocnić je znowu, gdy wzrośnie, pilnując, by nie nadwyrężyć możliwości systemu medycznego.

Dlaczego? Dopóki ktokolwiek ma w sobie wirusa, zaraża. Social distancing nie leczy, a jedynie spowalnia epidemię. „Wypłaszcza” krzywą zakażeń na tyle, by służby medyczne mogły sobie poradzić z narastającą liczbą chorych. Według Lichfielda może to oznaczać, że kwarantanna trwa dwa miesiące, potem jest miesiąc luzu i znowu dwa miesiące. Aż do czasu, gdy znajdziemy szczepionkę, co może potrwać około 18 miesięcy.

O ile oczywiście w ogóle ją znajdziemy. Przypomnę, że na wirusa HIV szczepionki w zasadzie nie ma, od… ile to już lat? 30? Czy tak samo może być z Covid-19? Nie wiadomo. A to oznacza, że owszem… może.

Lichfield pisze wprost: „Życie w stanie pandemii”. Szkoły, restauracje, hotele, transport, siłownie, mecze, wakacje… wymieniać można w nieskończoność. To wszystko nie będzie w zasadzie funkcjonowało.

W krótkim czasie, powiedzmy tygodni, jakoś sobie poradzimy, ale w długim, kilku lat, niestety nie.

Gen paniki. Uniesienia w czasach epidemii

Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć ze strachu przed koronawirusem?

zobacz więcej
Tak jak po 11 września 2001 r. przyzwyczailiśmy się do drobiazgowych kontroli na lotniskach, do zdejmowania butów przed wejściem do samolotu i miliardami kamer na ulicach śledzących nasz każdy krok 24/7/365, tak będziemy się musieli przyzwyczaić do nieustannego monitorowania naszej temperatury, testom na obecność wirusa przed wejściem do galerii handlowej czy inwigilacji zakażonych za pomocą aplikacji zainstalowanej w ich telefonach, albo wszczepionych pod skórę. By nie kontaktowali się ze zdrowymi.

To nie jest SF, tak się dzieje już teraz w Singapurze, który śledzi kontakty między ludźmi i publikuje szczegółowe dane o poruszaniu się zakażonych – bez upubliczniania ich nazwisk.

Totalna inwigilacja na skalę, o jakiej nie śniło się nawet twórcom „Seksmisji” i „Roku 1984”. Ha, ta inwigilacja przekroczyła najśmielsze ich przewidywania.

I co dalej?

Algorytmy sztucznej inteligencji na podstawie danych z social mediów, transakcji kartami, lokalizacji telefonów komórkowych, ogólnodostępnych danych rządowych o nowych przypadkach zakażeń z łatwością zlokalizują źródła zakażeń i zaproponują ich neutralizację.

Szczerze mówiąc dziwię się, że do dziś nigdzie nie ma artykułów opisujących wyniki analizy rozprzestrzeniania się pandemii dokonywanych przez sztuczną inteligencję.

Obawiam się, że naukowcy, jak je zobaczyli, to wyłączyli komputery, które tych analiz dokonały. Tylko czy wszyscy.
Krokusy. Fot. Andrzej Szozda
Środa. Krokusy się nie poddają

W naszym ogrodzie od jakiegoś czasu kwitną krokusy. Każdego roku kwitną. Kiedyś były białe, fioletowe i żółte. Ale te żółte zniknęły. Ponoć zjadły je ptaki, które nie wiadomo, czemu lubią żółte. A może po prostu te żółte są regresywne i po jakimś czasie znikają. Nie wiem.

Może kupię kiedyś żółte i posadzę.

Swoją drogą, nie mam pojęcia, skąd te krokusy wzięły się w naszym ogrodzie. Były zawsze. Na wiosnę codziennie wyglądam przez okno i patrzę, ile ich jest. Na początku zaledwie kilka. Są małe, jakby schorowane, zziębnięte. Mają drobne kwiatki z pozawijanymi brzegami. Ale nie poddają się. Nawet jak spadnie śnieg, co roku wystają spod tego śniegu i nie poddają się. Zawsze martwiłem się, czy przetrwają wczesnowiosenne przymrozki, a czasem silne mrozy. Ale jakoś im się udaje.

W tym roku nie było w ogóle zimy. Może na kilka godzin ogród był pokryty cieniutką warstwą śniegu.

Od kilku dni mam w ogrodzie naprawdę własną Dolinę Chochołowską. Cały jest zasłany krokusami. Tworzą biało fioletowy dywan. Nawet pozostawione liście z zeszłej jesieni nie są w stanie ich zatrzymać. Rosną i rosną. Codziennie nowe.

Wśród nich przechadza się biało czarny kot. Chodzi tak, by ich nie zdeptać. Jakby wiedział, że są bardzo cenne.

Jest nadzieja.

– Andrzej Szozda

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Dezynfekcja wnętrz pociągu jako środek zapobiegający rozprzestrzenianiu się koronawirusaowym. Fot. PAP/EPA / Marton Monus
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
O czym nie wolno fantazjować. Nawet w „Nowej Fantastyce”
„Przepraszamy. Byliśmy nie dość uważni i nasz błąd dotknął wielu osób” – oświadczyła redakcja pisma.
Felietony Najnowsze wydanie
Szczekać
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Wino i zbrodnia. Czyli porucznik Columbo idzie śladem trunku
To właśnie pełne tego napoju flaszki stają się ostatecznie dowodem winy i dzięki niemu Peter Falk puszkuje Donalda Pleasence’a za morderstwo.
Felietony Najnowsze wydanie
Walka trwa
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Poprzednie wydanie
Trzeba świecić
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.