Kultura

Węgierski rock narodowy. Tęsknota za utraconymi kresami i miłość do Polaków

Nie unikają związków z nacjonalistyczną prawicą, ale niektórych ich utworów nie powstydziłyby się zespoły radykalnie lewicowe. Chcieliby odtworzenia „Wielkich Węgier”. Ostro krytykują globalizm, Stany Zjednoczone i MFW.

Kiedyś – muzyka Zsuzsy Koncz, Omegi i Lokomotiv GT, później soki Globus, salami i ekspresy kawowe Szarvasi. Dzisiaj – nemzeti rock. Węgrzy, niezależnie od przemijających ustrojów wciąż wysyłają nad Wisłę charakterystyczne osiągnięcia swojego przemysłu i sztuki. W przypadku rocka narodowego Polska to zapewne jedyny możliwy kierunek eksportowy. Trudno bowiem sobie wyobrazić, aby zespoły Kárpátia, Ismerős Arcok lub Hungarica podobały się Rumunom, Słowakom lub Serbom.

Opowieść o nemzeti rocku można rozpocząć na dowolnym koncercie zespołu Hungarica w Polsce lub na Węgrzech w ostatnich latach. Na przykład, podczas trasy w 2016 roku, gdy na transmitowanym na żywo przez Polskie Radio Gdańsk recitalu wykonał po polsku... „Rotę” Marii Konopnickiej.

Możemy też powrócić na duży koncert w jednym z budapesztańskich parków dwa lata później. Ten sam wokalista, Zoltán Fábián zaczynał przy aplauzie widowni zwrotkę: „Erdély körül van kerítve/ hideg szelek fújnak benne/ zúgó folyók álljatok meg/ hagy panaszoljam el nektek”. Co w wolnym tłumaczeniu, oczywiście bez zachowania węgierskiego frazowania i rymów oznacza: „Otoczony Transywalnią/ wieją w nim chłodne wichry/ rzeko, skończ swój ryk/ pozwól mu rozpaczać”.
W transylwańskim mieście Gyergyószentmiklós (rum. Gheorgheni) w Rumunii 84 proc. mieszkańców to Węgrzy. Na zdjęciu węgierscy uczniowie w swoich strojach narodowych . Fot. Mel Longhurst/VW Pics/Universal Images Group via Getty Images
„Erdély”(Transylwania/Siedmiogród) – warto zapamiętać to kluczowe hasło, rozpoczynając znajomość z węgierskim nemzeti rockiem, czyli mówiąc wprost: rockiem narodowym. Ktokolwiek pokusiłby się o dokonanie analizy statystycznej słownictwa używanego przez muzyków tego gatunku, „Erdély” z pewnością znalazłoby się na podium medalowym.

Siedmiogród, opiewany przez lidera Hungariki w znanej literaturze od czasów Homera manierze lamentacyjnej, pojawia się tam nieustannie. Tak, jak pojawiał się we wszystkich czytankach szkolnych w epoce międzywojennych rządów regenta Miklósa Horthy’iego. Był tam synonimem utraconej arkadii, zabranej Madziarom przez wrogi świat w ramach Traktatu z Trianon w 1920 roku.

Ta sama Transylwania przez lata gościła codziennie na głównym kanale węgierskiej telewizji publicznej M1. Bynajmniej nie tylko w czasach Viktora Orbana, ale także, poprzedzających je rządów lewicy i liberałów. Przejmowała ekrany na kilka minut, w samo południe, gdy na tle odgłosów dzwonów bijących na „Anioł Pański” pokazywano niszczejące artefakty kultury zamieszkujących ten region węgierskojęzycznego ludu Szeklerów. Opuszczone kościoły, ruiny zamków rycerskich i chłopskich. Wiejskie domostwa ze stożkowymi dachami z grubej, brązowej słomy, niczym ogromne, baranie czapki narzucone na parterową zabudowę o kontrastującej, jasnej elewacji.

Z czasów gulaszowego komunizmu

Może korzeni historii nemzeti rocka poszukać warto jeszcze hen, daleko, w czasach rządów komunistycznych? Nie jest to bynajmniej koncepcja karkołomna. Na Węgrzech, którym przetrącono kręgosłup po nieudanym powstaniu 1956 roku, już od końca lat siedemdziesiątych trwał proces widocznego odrodzenia narodowego.

Niewykluczone, że ważnym impulsem tego procesu był bezprecendesowy, nawet jak na epokę détente, zwrot Węgrom Korony Świętego Stefana przez USA i prezydenta Jimmiego Cartera. Najcenniejsza naddunajska relikwia narodowa, łącząca w nietypowy sposób elementy łacińskie i greckie, została 6 stycznia 1978 roku powitana na lotnisku w Budapeszcie z wielkimi honorami przez... dygnitarzy komunistycznych.

Podkreślali oni, że pomimo zmiany ustroju, z wielką czcią odnoszą się do powrót do kraju tysiącletniego symbolu węgierskiej państwowości. Wystawioną w Muzeum Narodowym relikwię (obecnie znajduje się ona w gmachu parlamentu) w dwa dni w niewielkim przecież kraju obejrzało ponad 2 mln zwiedzających!

W chwili, gdy do stolicy Węgier wracała Korona Świętego Stefana, w kraju działały już zespoły rockowe, które zgodnie z ówczesną modą łączyły ze sobą hard rock, rock progresywny i węgierską muzykę ludową, graną na flecie, skrzypcach i bębnach. Kormorán i P. Mobil chętnie sięgały również do tradycyjnej, węgierskiej mitologii i literatury lub do opowieści z puszty, pokrywającej kiedyś dużą część ziemi Madziarów. Zespoły, w zmienionym co prawda składzie istnieją do dzisiaj i jako weterani, występują nieraz z wykonawcami nemzeti rocka.
Insygnia królewskie św. Stefana są obecnie wystawione w węgierskim parlamencie. Fot. Thierry Tronnel/Corbis via Getty Images
Pamiętajmy jednak, że wszystko to działo się w społeczeństwie „gulaszowego komunizmu” – jak nazywano powszechnie wieloletnią epokę rządów János Kádára. Dysydencki filozof János Kis napisał o niej następujące słowa w jednym z pierwszych samizdatowych pism: „Nic się nie dzieje. Naród jest szczęśliwy, że nie mieszają go do polityki; w każdej chwili buduje rodzinny domek, hoduje drób, odstawia fuszerki. Inteligencja zamknęła się w ogrodzie kultury, pozostawiając politykę politykom, natomiast Kościoły współpracują z państwem” (za: Beszelo. Osskiadas 1981-84, t.1, Budapest 1992, s. 11).

Równym zaskoczeniem, co zwrot Korony Świętego Stefana była wystawiona w Budapeszcie w 1983 roku, a następnie zrealizowana w wersji filmowej rock-opera „István, a király” (Stefan, król). Pokazywała życie pierwszego koronawanego władcy z dynastii Arpadów, który dokonał chrystianizacji Węgier. W zrealizowanym z wielkim rozmachem portrecie muzycznym władcy, wzięli udział czołowi muzycy rockowi oraz przyszłe wielkie gwiazdy, jak Márta Sebestyén, twórczni muzyki do filmu „Angielski pacjent” i liderka folkowej grupy Muzsikás.

Obraz i spektakl urzekały ówczesnych widzów połączeniem ostrego rocka, węgierskiej i starowęgierskiej muzyki ludowej, a nawet chorałów gregoriańskich. Film łamał wszelkie wykładnie dotychczasowej historiozofii marksistowskiej, pokazując mistyczny i sakralny wymiar rządów świętego monarchy. Szczególne wrażenie robiła ostatnia scena widowiska i filmu, gdzie umierający władca śpiewał pieśń „Szép Magyarország, édes hazánk” („O Piękne Węgry, nasz słodki domu”). Było to kolejne ziarno, z którego wiele lat później, już w innej rzeczywistości, narodził się węgierski rock narodowy.

Od subkultury do folkloru

Pisząc o nemzeti rocku możemy też przyjąć perspektywę encyklopedyczną. Żródła wskażą nam, że masowa popularność tego gatunku nad Dunajem rozpoczęła się jeszcze przed wielką rewolucją internetową. Zapewne w okolicach 2000 lub 2001 roku, a więc czasach gdy stopniowo kończyła się złota epoka radia jako medium wyznaczającego gusta muzyczne. Jak w większości krajów regionu, także na Węgrzech w pierwszej dekadzie transformacji na listach przebojów dominowała produkcja imitująca i kopiującą anglosaską muzykę pop.

Pannon Rádió, z którego anteny po raz pierwszy wyemitowano utwory węgierskiego rocka narodowego nie miało charakteru popularnej, komercyjnej stacji skrojonej pod gusta wielkomiejskich słuchaczy. Mówiąc bez zbędnej ekwilibrystyki, było po prostu radiem partyjnym. Stanowiła rozgłośnię silnej wówczas Węgierskiej Partii Sprawiedliwości i Życia (węg. MIÉP), kierowanej przez nieżyjącego już znanego pisarza i dramaturga Istvána Csurkę. Wymienianego w zasadzie jednym tchem z całą listą starszego pokolenia europejskich nacjonalistów: od Jean-Marie Le Pena, poprzez Jörga Haidera, Słowaka Jána Slotę, również już nieżyjącego Rumuna Corneliu Vadim Tudora, a kończąc na serbskim Vojislavie Šešelju oraz nieco już dzisiaj zapomnianym Władymirze Żyrynowskim.
Rockopera „István, a király” powstała w 1983 roku. Fot. Wikimedia/Fortepan — ID 125564:Adományozó/Donor: Urbán Tamás
Pannon Rádió przetrwało w eterze zaledwie 3 lata. Jako swoisty przerywnik pomiędzy audycjami publicystycznymi, które w równym stopniu i za to samo atakowały rządzący wówczas po raz pierwszy FIDESZ, jak też ugrupowania lewicowo-liberalne, nadawało audycje muzyczne dla młodzieży. Wśród nich znalazła się także prowadzona przez redaktora Istvána Kirkovitsa „Rockszerda” („Rockowa środa”). To właśnie w niej budapeszteńska i krajowa publiczność usłyszała po raz pierwszy takie grupy jak Romantikus Erőszak, które gospodarz programu określał często mianem rodzimych artystów nie będących bezdusznymi produktami narzucanej Węgrom globalizacji.

W ścisłym sensie, redaktor posługiwał się dość naciąganym schematem piarowym, gdyż początkowa twórczność tej grupy sięgająca połowy lat dziewięćdziesiątych nosiła ślady nie tyle fascynacji tradycyjną kulturą węgierską, co wyraźnego kopiowania zachodniej muzyki oi! i street punka. Gatunków popularnych na całym świecie zarówno na skrajnej prawicy, jak i lewicy, jak również, czego nie da się ukryć, wśród członków subkultury skinheadów. Niewykluczone, że dzisiaj o samym radiu Pannon i „Rockowej środzie” pamiętaliby nieliczni hobbyści, gdyby nie fakt późniejszej eksplozji popularności rocka narodowego nad Dunajem.

W 2003 roku, gdy Pannon Rádió zostało zamknięte, jak grzyby po deszczu pojawiły się nowe zespoły. Debiutancki EP pod nie pozostawiającym wiele miejsca do interpretacji tytułem „Hol vagytok, székelyek?” („Gdzie jesteście, Szeklerzy”) wydał zespół Kárpátia. Rockowemu instrumentarium towarzyszyły tam już brzmienia dud węgierskich, skrzypiec i akordeonu.

W 2007 roku debiutowała wspomniana już Hungarica. Tytuł jej pierwszego LP również niósł konkretne przesłanie: „Nem keresek új hazát”(„Nie szukam nowego domu”). Można to oczywiście rozumieć dwojako: artyści nie szukali nowego domu po wejściu Węgier do Unii Europejskiej, zwłaszcza na fali emigracji zarobkowej młodego pokolenia po otwarciu jednolitego rynku na kraje nowej Europy.

Ale również, wybierali swój kraj pomimo trudności życia codziennego i negatywnego stosunku do postępującej globalizacji, czy nawet okcydentalizacji węgierskiego życia. Bo, co warto podkreślić – zespoły nemzeti rocka bynajmniej nie kochają też Zachodu – utwór o barwnej nazwie „Szadista-Disneyland”, który znalazł się na debiutanckim albumie Hungariki był niezwykle ostrą krytyką administracji George’a W. Busha i rządu Toniego Blaira za rozpoczęcie wojny w Zatoce Perskiej.

Związki krwi i ziemi

Równie dobrze podobny protest-song mógł wyjść spod gitar i bębnów zespołów o charakterze radykalnie lewicowym. Podobna zresztą mieszanka antyglobalizmu, krytyki USA, UE i Międzynarodowego Funduszu Walutowego znajdziemy w tekstach grupy Ismerős Arcok, która zadebiutowała niemal równolegle z Kárpátią i Hungariką.

Viktor Orbán ogląda bezgłowe zwłoki kozła

Premier na tropie pokrewieństwa Węgrów z koczowniczymi ludami Azji Środkowej.

zobacz więcej
Wróćmy jednak do kluczowego słowa „Erdély”, które równocześnie możemy uzupełnić trzema innymi terminami z węgierskiej geografii historycznej: „Felvidék”, „Vajdaság” oraz „Kárpátalja”. Pierwszy oznacza dzisiejszą Słowację, drugi – wchodzącą w skład Serbii Wojwodinę. Trzeci to z kolei dzisiejsza ukraińska Ruś Zakarpacka, z którą Węgry graniczą od wschodu. Wszystkie one wchodziły niegdyś w zakres ziem Korony Świętego Stefana.

Nie ma zespołu z kręgów nezmeti rocka, który pozostawałałby obojętny zarówno wobec losu Węgrów w krajach ościennych. Równocześnie, nie ma też węgierskiego wokalisty narodoworockowego, który tak jak lider Hungariki, nie rozpaczałby – i to najczęściej w patetycznym i niezwykle podniosłym stylu nad utraconymi po I wojnie światowej terenami. Znów sam za siebie mówi tytuł maksisingla tej grupy z 2010 roku zatytułowany „Felvidék Nem Szlovákia” („Górne Węgry nie Słowacja”).

W imaginarium historycznym nemzeti rocka nie ma z pewnością miejsca na krytyczny osąd nad własną historią ani żadne filozoficzne dwuznaczności. Madziarzy to wielki, bohaterski naród świętych, królów i dzielnych wodzów i wywodzących się od przedchrześcijańskiego Arpada, który z Azji przyprowadził swój lud na żyzną Nizinę Panońską. To naród ani ze Wschodu, ani z Zachodu, daleki odpowiednik Greków, nazywających siebie „an adelphos laos” – „ludem bez brata”, otoczonym przez żywioły Słowian, narodów tureckich i cywilizacji Lewantu.

W liczącym już kilkanaście lat filmie dokumentalnym „Dübörög a nemzeti rock” (sam tytuł można przetłumaczyć wieloznacznie albo jako „Wędrówka narodowego rocka”, albo też, nieco bardziej z humorem jako „Dudnienie narodowego rocka”) pierwsza scena przenosi nas do salonu tatuażu. Kolejne rysunki na ciele robi sobie Balázs Sziva, lider grupy Romantikus Erőszak.

W dobie powszechnej mody na to zjawisko nie wydaje się to niczym zaskakującym. Niemniej, ciekawy jest zestaw tatuowanych postaci na ramieniu wokalisty. Najpierw, mityczny i przedchrześcijański symbol ptaka Turula, który przyprowadził Arpada na dzisiejsze Węgry. Później ukrzyżowany Chrystus i w końcu, święty król Stefan Węgierski.

Muzycy nemzeti rocka, pomimo faktu, że Anno Domini 2020 wkroczyli już w większości w wiek męski, wciąż nie prezentują się jak grupa przykładnych konserwatystów na sympozjum w Lichtensteinie. Pytanie: czy zresztą cały nurt nemzeti rocka możemy określić jako chrześcijański lub konserwatywny?

Odpowiedź jest dość złożona. Twórczość muzyków znad Dunaju i Balatonu promuje patriotyzm, wartości wspólnoty i tożsamości narodowej. Jest również niewątpliwie daleka od szaleństw rasizmu i antysemityzmu. Wydaje się również dość powściągliwa w ekscytujących opinię publiczną sporach obyczajowych.
Mityczny ptak Turul miał doprowadzić Węgrów do Panonii, ich ziemi obiecanej. Na zdjęciu rzeźba Turula autorstwa Gyuli Donatha z 1860 roku na Kamiennej Górze nieopodal miasta Tatabánya (w którego herbie zresztą ów ptak także się znajduje) w północnych Węgrzech. Fot. Martin Zwick/REDA&CO/Universal Images Group via Getty Images
Z drugiej jednak strony, niewątpliwy rewanżyzm historyczny muzyków wobec sąsiednich narodów (w omawianym dokumencie filmowym jedynie lider Romantikus Erőszak przyznaje, że ponowna zmiana granic byłaby trudna do wyobrażenia) wskazuje, że Węgrom bliższy jest raczej XIX-wieczny wzorzec nacjonalizmu wypracowany w Europie Zachodniej, oparty na związkach ziemi i krwi.

Droga na salony

Płyta Hungariki „Demokratúra” z 2008 roku była efektem szoku, jaki wśród węgierskiej opinii publicznej wywołało ujawnienie nagrania z narady kierownictwa rządzącej partii socjalistycznej, na którym urzędujący premier Ferenc Gyurcsány w nieparlamentarnych słowach przyznał, że nie mówił społeczeństwu prawdy w sprawie złej sytuacji gospodarczej. Afera skutkowała niespotykanymi po 1989 roku, a być może i od czasów epoki rządów Jánosa Kádára zamieszkami ulicznymi w Budapeszcie w 2006 roku. Czas zasadniczej zmiany politycznej jeszcze wówczas nad Balatonem nie nastąpił. Koalicja lewicowo-liberalna rządziła tam pełne dwie kadencje, zanim znów przyszedł czas Viktora Orbana.

Warto wspomnieć o tych okolicznościach historycznych nie tyle dla samego nakreślenia tła wzrostu popularności nemzeti rocka, ale dla faktu, że wszyscy wykonawcy tego gatunku pozycjonowali się w ostrej kontrze do ekip rządzących nad Dunajem w latach 2002-2010. Czy oznacza to, że sympatyzowali z FIDESZEM? Nic bardziej błędnego – większość grup nemzeti rocka dość jasno wyrażała swoje poparcie dla nacjonalistycznego Jobbiku, który jako nowa generacja węgierskich polityków zdobył w momencie kryzysu rządów liberalnej lewicy spore poparcie społeczne, znacznie większe niż „senioralne” ugrupowanie MIÉP. Artyści bez oporów grali na imprezach tej partii, pokazując swój dystans zarówno do rządzącącego mainstreamu, jak również ich zdaniem zbyt „centrowego” Orbana.

Relacje nezmeti rocka z Jobbikiem można równocześnie określić jako swoistego rodzaju parosol impresaryjny nad muzykami. Jeden z późniejszych liderów partii László Toroczkai był w pierwszej połowie poprzedniej dekady organizatorem dużego festiwalu rockowego „Magyar Sziget”. Miał on w zamyśle stanowić przeciwwagę dla wielkiego, międzynarodowego festiwalu muzycznego Sziget pod Budapesztem, na którym od lat występują największe gwiazdy swiatowego popu i rocka. Sama nazwa – „Węgierski Sziget” wskazywała, że węgierscy muzycy zamierzają stworzyć alternatywę kulturową wobec mainstreamu. Patrząc na losy festiwalu, który od 2015 roku odbywa się w innym miejscu, raczej ten ambitny program nie został zrealizowany.

Jak powstała granica polsko-węgierska. Tragiczne losy Karpato-Ukrainy

Szefem sztabu Siczy Karpackiej został Roman Szuchewycz, późniejszy twórca UPA, a jej dowódcą Mychajło Kołodziński, jeden z nielicznych, którzy myśl o eksterminacji Polaków na Wołyniu podnieśli do rangi ideologii.

zobacz więcej
Paradoksalnie, to jednak za czasów rozpoczętej w 2010 kolejnej epoki FIDESZ-u rozwijającym wciąż umiejętności i kariery muzykom nemzeti rocka wiedze się coraz lepiej. Płyty Kárpátii (kojarzonej w Polsce m.in. dzięki węgierskojęzycznej wersji „Marszu Piewszej Brygady” czyli „Légiós Dal”) zaczęły wchodzić na wysokie miejsca MAHASZ Top-40 – węgierskiego rankingu najlepiej sprzedających się nagrań. W 2013 roku LP zespołu trafił nawet na 1. miejsce zestawienia. Najnowsza płyta, o znów wymownym tytule „1920” dotyczącym „tragedii Trianon” jest w chwili zamykania tego numeru Tygodnika TVP na miejscu 20 wspomnianej listy przebojów.

Nemzeti rock wszedł niewątpliwie do mainstreamu, a jego twórczość akceptują najwyraźniej nie tylko słuchacze o poglądach narodowych. Koncerty zapełniają stadiony, a także odpowiedniki naszych lokalnych festynów, dożynek i dni miejskich. Błędne byłoby też zastosowanie prostej perspektywy, że nemzeti rocka nie trawi liberalny Budapeszt, a wielbi tradycyjna prowincja. Nawet krytycy sceptycznie nastawieni do poglądów politycznych muzyków przyznają im dobre noty w fachowych czasopismach nad Dunajem.

Jedyne, co działa dzisiaj na pewną niekorzyść całego gatunku nie są czynniki stricte polityczne lub ideowe (chociaż da się zauważyć znaczne osłabienie Jobbiku, którego większość agendy przejął FIDESZ), ale zmiany rynku muzycznego. Związane są one z ogromnym spadkiem sprzedaży płyt na rzecz popularności serwisów streamingowych.

Idzie za nimi również zmiana pokoleniowa: fizyczne nośniki nagrań kupują już głównie słuchacze w dojrzałym przedziale wiekowym. Sam folk rock-metal-postpunk prezentowany przez węgierski nurt narodowy również stał się dzisiaj muzyką pokolenia 35-50+, niż większości nastolatków i słuchaczy w wieku studenckim.

Węgrzy a sprawa polska

Można długo zastanawiać się, jaki fenomen stoi za relatywną popularnością muzyki węgierskiej w Polsce od lat końca lat 60. i czasów śpiewającej na festiwalu w Sopocie uroczej Zsuzsy Koncz. Szczególnie, przy tak dużej barierze językowej dzielącej nas z Madziarami. Popularność nemzeti rocka w Polsce bez wątpienia wypełniła bez wątpienia sporą wyrwę, która po 1989 roku nastąpiła w kontaktach muzycznych pomiędzy Polską a Węgrami.

Hungarica często przyjeżdża do Polski i gościła na jednym z Marszów Niepodległości, choć należy przyznać, że nie wszędzie w Polsce zespoły tego nurtu są mile widziane. Przykładem może być zablokowanie przez władze lokalne koncertów grupy na Jasnej Górze i w Kielcach. Zarzutem było oczywiście propagowanie przez muzyków ideologii nacjonalistycznej.

Wszystko zaczęło się od wpisów polskich fanów pod zamieszczanymi na YouTubie teledyskami i utworami Kárpátii, Hungariki i Romantikus Erőszak. Najpierw krótkimi i w jezyku angielskim, później, po polsku i węgiersku. Polska stała się przed kilku laty jedynym zagranicznym kanałem eksportowym nemzeti rocka, który przecież nie wzbudzi aplauzu Rumunów, Słowaków, Serbów lub Ukraińców.
Węgrzy szli wraz z Polakami w Marszu Niepodległości w 2018 roku w Warszawie. Fot. REUTERS/Kacper Pempel
Rolą muzyka jest niewątpliwie grać i śpiewać tam, gdzie znajduje wierną i entuzjastyczną publiczność. Trasy koncertowe Węgrów są wyprzedawane na pniu, a do współpracy z zespołami znad Balatonu przystąpili tak znani polscy muzycy jak Grzegorz Kupczyk (Turbo) czy Andrzej Nowak (TSA, Złe Psy). Węgrzy zaczęli śpiewać nie tylko „Rotę”, ale również „Rozkwitały pąki białych róż”, „Lengyel, Magyar – Polak, Węgier”, piosenki o Katyniu i „ojczulku Bemie” (jak nazywają Węgrzy polskiego generała). Wszystkie te nagrania uwieczniła płyta Hungariki „Przybądź Wolności”z 2015 roku z udziałem polskich muzyków.

Po raz kolejny sprawdzają się więc słowa wypowiedziane jeszcze w XIX-wieku przez Stanisława Worcella: „Węgry i Polska to dwa wiekuiste dęby, każdy z nich wystrzelił pniem odrębnym i osobnym, ale ich korzenie, szeroko rozłożone pod powierzchnią ziemi i splątały się, i zrastały niewidocznie.”

– Łukasz Kobeszko

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

12.09.2018 – Grzegorz Górny
Zdjęcie główne: Zoltán Fábián, wokalista zespołu Hungarica w marcu 2019 w Kielcach. Fot. Wikimedia/Jarosław Roland Kruk, CC-BY-SA-3.0W
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
W Narodowym: o strasznym łańcuchu pokoleń
Piotr Zaremba: Czy przywoływanie klasycznego już scenariusza filmowego Ingmara Bergmana ma sens dziś – w obliczu pandemii, która niszczy wszystkim życie?
Kultura Najnowsze wydanie
400 iniekcji i prześwietlenie. Pacjentka z Jasnej Góry
Zastrzyki czy wlewki? Wosk czy klej? Jak podtrzymać „zdrowie” cudownego obrazu?
Kultura Poprzednie wydanie
Dla pielgrzymów, kupców, szpiegów i ...
„Przewodniki literackie” powstają dla ludzi, dla których literatura jest bardziej prawdziwa niż życie. A już na pewno równie ważna.
Kultura wydanie 9.10.2020 – 16.10.2020
Angielska klasyka, polska aktualność. Teatr czasów koronawirusa
Piotr Zaremba: Chodzę teraz na przedstawienia kilka razy w tygodniu. Chodzę w strachu, że uczestniczę w czymś nad wyraz kruchym, co lada dzień może się skończyć.
Kultura wydanie 9.10.2020 – 16.10.2020
Nazywam się Bond, James Bond. Jestem żywym trupem
Agent 007 przeżył 130 zamachów, a w jego stronę oddano 4622 strzały. Powalił go dopiero COVID-19.