Wywiady

Nie jestem typem ryzykanta

– Nie można mnie zakwalifikować jako autora powieści trudnych, piszę dla każdego. Tylko krytycy próbują mi czasem przykleić profesorską gębę – mówi Marek Krajewski, autor bestsellerowych kryminałów. Wydał właśnie trzecią opowieść o lwowskim komisarzu Edwardzie Popielskim pt. „Liczby Charona”.

„Liczby Charona” to trzecia Pana powieść, w której występuje lwowski policjant Edward Popielski i chyba pierwsza, w której prawie nie pojawia się Wrocław. Wziął Pan ze swoim miastem literacki rozbrat?

Nie rozstaję się z Wrocławiem. W „Liczbach Charona” jest mały epizod wrocławski. Występuje tam matematyk, który kształcił się we Wrocławiu. W stanie wojennym wyjechał do Norwegii i tam zrobił olśniewającą karierę matematyczną.

Norwegia to ukłon w stronę rosnącej rzeszy miłośników kryminałów skandynawskich?

Nie jest to żadne nawiązanie. Wymusza to fabuła powieści. Nie przyznaje się matematycznej Nagrody Nobla. W Norwegii przyznawana jest natomiast Nagroda Abela dla wybitnych matematyków. W mojej powieści ważną rolę odgrywają matematyka i matematyk, który rozwiązuje skomplikowane zagadnienia i owego matematycznego Abela dostaje. Norwegia nie mogła się więc w powieści nie pojawić. Posłużyłem się kompozycją klamrową – prolog i epilog są norweskie.

Na to, jak ważna jest matematyka w Pana nowej powieści, naprowadza już motto, zaczerpnięte z twórczości Stanisława Lema. Osią intrygi kryminalnej jest matematyczna zagadka. A komisarz Edward Popielski mówi w pewnym momencie, że jest kimś więcej niż matematykiem, jest policjantem. Prowadzenie śledztwa jest czymś podobnym do rozwiązywania skomplikowanego równania z wieloma niewiadomymi?

Nie jestem zawodowym matematykiem i nie potrafię wykazać dokładnie, jak matematyk powinien postępować w swoich badaniach. Na pewno jest to quasi detektywistyczna praca. Tam, gdzie matematyk ma do czynienia z czystymi liczbami, policjant ma trupy. Popielski tłumaczy, że dla policjanta świat jest czymś więcej niż ciągiem liczb. Jest zbiorowiskiem emocji, negatywnych wrażeń i przede wszystkim zbrodni. Matematyk obcuje zaś z przepiękną, krystaliczna, dyscypliną. Choć oczywiście w matematyce jest wiele elementów metafizycznych. Można o tym bardzo wiele mówić.

Jest Pan filologiem klasycznym. Skąd fascynacja matematyką? Żeby napisać „Liczby Charona”, musiał Pan zgłębić parę matematycznych problemów.

To nie było konieczne. W mojej powieści matematyka występuje na poziomie prostej arytmetyki, dostępnej każdemu. Jeśli ktoś nawet nie lubił w szkole matematyki, nie będzie miał problemu podczas czytania „Liczb Charona”. W liceum bardzo lubiłem matematykę i byłem bliski jej studiowania. Dlatego postanowiłem razem z tą moją powieścią wejść na nowe poletko, jakim jest ta nieludzko piękna dyscyplina nauki.
Marek Krajewski (fot. Znak)
Lwów opisuje Pan tak samo sugestywnie jak rodzinny Wrocław. Kiedy i jak zdołał Pan poznać to miasto?

Lwowa nigdy nie poznam aż tak dobrze, jak znam Wrocław, w którym się urodziłem, wychowałem i będę mieszkał do końca życia. We Lwowie byłem kilka razy. Wizyty były dość długie i bardzo intensywne. Znam go na tyle dobrze, by uczynić scenografią moich powieści. Zrobiłem sobie dokumentację fotograficzną Lwowa, a po mieście oprowadzali mnie życzliwi ludzie, historycy lwowscy i ukraińscy, którzy mówili o przeszłości miejsc, ulic, budynków. To była bezcenna pomoc.

Dlaczego Lwów? Czy dlatego, że ze Lwowa do Wrocławia przesiedlono po wojnie wielu ludzi i taka też była ścieżka Pana rodziny?

Prawie każdy wrocławianin ma jakieś powiązania z naszymi kresami południowo-wschodnimi. Ja też. Moja rodzina ze strony mamy wywodzi się z ziemi lwowskiej. Mieszka tam jeszcze parę osób, które nie zdecydowały się nigdy na wyjazd do Polski. Czyli o wyborze miejsca, w którym osadziłem akcję swoich powieści, zadecydowały po pierwsze powiązania rodzinne, a po drugie uroda tego miasta. Zakochałem się we Lwowie podczas mojej pierwszej tam wizyty. Uznałem, że mam dość niemieckich klimatów dawnego Wrocławia i przenoszę się do międzywojennej Polski, czyli do Lwowa.

Bohaterowie Pana lwowskich powieści świetnie posługują się dialektem lwowskim. Nauczył się Pan tak mówić?

Nie, ale słyszałem go w domu, z ust mojej mamy i krewnych, którzy nas odwiedzali. Korzystałem też z wielu książek.

Edward Popielski to słowiańska wersja Eberharda Mocka. Są do siebie bardzo podobni. Zmiana scenerii mogła być pretekstem do stworzenia nowego bohatera. Nie uległ Pan takiej pokusie?

Nie chciałem wykreować nowego bohatera. Człowiek rozsądny, jakim jestem, który żyje z pisania, nie może zupełnie zrezygnować z bohatera, którego jego czytelnicy polubili. Czułem się już znużony przedwojennym Wrocławiem, ale nie bohaterem. Musiałem jednak Mocka zastąpić jego polskim odpowiednikiem.

Nie obawiał się Pan takich reakcji czytelników, jak ta, opisana w „Misery” Kinga?

Dostawałem co prawda e-maile, w których czytelnicy w dość ostrych słowach krytykowali moje poczynania i nowego bohatera, ale w sumie poszło bezboleśnie. Może właśnie dlatego, że Mock i Popielisk są do siebie podobni. Co by się działo, gdybym wymyślił zupełnie innego bohatera? Nie wiem i się nie dowiem. Nie jestem typem ryzykanta i eksperymentatora.
Okladka
Zmienił się Pan też sposób prowadzenia fabuły w lwowskich kryminałach. Częściej myli Pan tropy i zwodzi czytelnika.

To znaczy, że się rozwijam jako pisarz, bo ważnym zadaniem autora kryminałów jest wyprowadzania czytelnika w las.

Ile czasu zajmuje Panu ułożenie misternej, kryminalnej fabuły?

Coraz więcej. Kiedyś potrafiłem wymyślić fabułę powieści w ciągu weekendu. Miałem gotowy cały plan, wszystko było rozpisane scena po scenie. Teraz pracuję nad nową powieścią, która ukaże się za rok i ułożenie fabuły zajęło mi półtora miesiąca. Powodów jest wiele. Nie dotyka mnie, na szczęście, choroba, która trapi czasem pisarzy, a której głównym objawem jest deficyt pomysłów. Co roku piszę nową książkę i nie chcę stąpać po własnych śladach, powielać moich pomysłów. Dlatego potrzebuję więcej czasu. Zależy mi na oryginalności.

Skąd czerpie Pan inspiracje? Z międzywojennych kronik kryminalnych? Choć w Pana kryminałach zwraca uwagę stylistyka nawiązują do horroru – pojawiają się sekty, okultyzm, itp.

Źródeł inspiracji jest wiele. Obserwuję, wiele czytam, oglądam filmy. Nie korzystam z kronik kryminalnych. Wszystko obmyślam sam – od początku do końca. Przy komponowaniu pojedynczych scen bardzo pomagają mi obrazki z życia codziennego, zasłyszane anegdoty. Intryga kryminalna jest jednak zawsze moim dziełem.

Odzywa się ciemna strona umysłu autora powieści kryminalnych?

Ne sądzę, pisarstwo to praca jak każda inna. Uważam siebie za rzemieślnika literackiego. Jestem człowiekiem bardzo zorganizowanym. Pracuję codziennie od godziny 6 do 11 i przerywam choćby w połowie zdania, kiedy jedenasta wybije. To świadczy o tym, że mam duży dystans do mojej pracy i w związku z tym nie sądzę, żeby tkwił we mnie utajony zbrodniarz.

Zagadki kryminalne są też zagadkami filologicznymi, erudycyjnymi. Czy nie bywa Pan czasem zbyt wymagający wobec swoich czytelników?

Nigdy nie słyszałem podobnej opinii od czytelników. Nie można mnie zakwalifikować jako autora powieści trudnych, piszę dla każdego. Na spotkaniach autorskich widzę ludzi z różnych środowisk, w różnym wieku i różnej płci. Tylko krytycy próbują mi czasem przykleić profesorską gębę.

Niesie Pan jednak kaganek oświaty. Pana bohaterowie posługują się np. łacińskimi zwrotami, opowiadają o literaturze antycznej i mitologii.

Nie przyświeca mi cel dydaktyczny. Jestem ukształtowany przez pięć lat studiów filologii klasycznej i 15 lat pracy na uczelni. Kiedyś wykładałem gramatykę łacińską i kulturę starożytną. Tkwię w tym głęboko. Zdarza mi się często przemycać łacińskie maksymy do powieści, ale to nie jest moja ukryta strategia. Mock i Popielski są do mnie bardzo podobni, obaj są filologami klasycznymi. Ja też na co dzień posługuję się łacińskimi maksymami, np. gdy chciałem zwrócić uwagę moim małym dzieciom przy stole, mówiłem „Primum edere, deinde philosophari” (najpierw jeść, potem filozofować) i to było naturalne.
Okładka
Co jeszcze łączy Pana z Mockiem i Popielskim?

Skłonność do pedanterii. Obaj detektywi są ludźmi eleganckim. Ja też staram się taki być. Kiedy pracowałem na uczelni, to wieczorem przygotowywałem sobie garderobę na następny dzień – zawsze krawat, marynarkę, koszulę, wszystko w harmonizujących ze sobą kolorach. Obok stały wyczyszczone jak lustro buty. Moi bohaterowie też tak postępują. Łączy nas jeszcze zamiłowanie do jedzenia. Tak jak oni, jestem wielkim smakoszem. To najważniejsze cechy. Nie podzielam natomiast ich skłonności do nadużywania alkoholu i rozpusty.

Czy możemy mówić w Pana przypadku o inspiracjach literackich. Np. czarnymi kryminałami, takim jakie pisał Raymond Chandler?

Chandler był moim wzorem. Zawsze lubiłem oglądać filmy kryminalne. Lubię też oglądać horrory, w związku z tym mamy w moich powieściach mieszaninę kryminału i horroru. Teraz staram się jednak nie czytać kryminalnych powieści, żeby się nie inspirować czyimiś pomysłami. To musi być bardzo wybitna książka, bym po nią sięgnął. Jestem wymagającym czytelnikiem i bardzo niecierpliwym człowiekiem, w związku z tym rzadko zdarza mi się książkę doczytać do końca.

Uznano Pana za twórcę polskiego kryminału retro. Jak się Pan czuje z tym zaszczytnym tytułem?

Nie jestem ojcem kryminałów retro. Wspomnę tu np. książki sensacyjne pisane przez Waldemara Łysiaka. Tego typu rozstrzygnięcia zostawiam filologom. Na pewno udało mi się, jako pierwszemu pisarzowi, wejść na rynek po latach stagnacji w polskiej literaturze popularnej. W latach 90. wydawcy niechętnie wydawali polskich autorów. Opublikowana w 1999 r. „Śmierć w Breslau” była na pewno pierwszą od wielu lat powieścią kryminalną retro. Książka stała się bardzo popularna we Wrocławiu. Postanowiłem więc iść za ciosem, ponieważ ludzie lubią seriale, także literackie. Znów pojawiłem się więc w moim ukochanym mieście, w jego niemieckiej inkarnacji, i napisałem „Koniec świata w Breslau”, po raz drugi z Mockiem w roli głównej. Książka spotkała się z jeszcze lepszym przyjęciem niż pierwsza, usłyszały o mnie warszawskie media. Wydawca zaproponował mi wtedy, ku mojej wielkiej radości, kontynuowanie cyklu. Co zrobiłem. Tak wygląda moja literacka biografia.
Wymyślił Pan potwora, szowinistę i egoistę, Eberharda Mocka, którego pokochały czytelniczki. To paradoks.

Sam nie wiem, jak to jest, ale wśród czytelników moich powieści dominują kobiety. Zastanawiałem się nad tym i uważam, że rozwiązanie zagadki jest proste. Kobiety są inteligentniejsze i więcej czytają niż mężczyźni. Świadczą o tym statystyki.Myślę trochę stereotypowo i uznałem, że panie chętnie przyjęłyby w moich powieściach wątek romansowy. Jest takowy w „Liczbach Charona:” – to mój ukłon w stronę czytelniczek. Napisałem go bez trudności, ale muszę przyznać, że miewam problemy z opisem scen erotycznych.

„Liczby Charona” zaczynają się od niezwykle sugestywnej, budzącej wyobraźnię zapachową, sceny na strychu. Prawie czuje się wstrętna woń, która przenika to pomieszczenie. Pana powieści pełne są tak sugestywnych, oddziałujących na zmysły opisów – od np. fantastycznego smaku świeżej szynki i zimnej wódki aż po woń trupa. Dokumentował Pan także ohydne wapory? Był Pan na sekcji zwłok?

Moja twórczość jest zmysłowa. Staram się precyzyjnie opisywać wszelkie doznania, smaki, zapachy, a jeśli trzeba, to i smrody. Nie szukam jednak na siłę miejsc, w których opada mnie odrażający odór. Byłem na sekcji zwłok, bo chciałem opisać woń trupa, a nikt nie był mi jej w stanie sugestywne opisać. Gdyby zapytać moją córkę, czego nie lubię, bez wahania odpowiedziałaby: tatuś nie lubi tłumu, żaru i smrodu.

Marek Krajewski ur. 1966. Pisarz, filolog klasyczny. Przez wiele lat prowadził na Uniwersytecie Wrocławskim zajęcia, z których zrezygnował, aby poświęcić się wyłącznie pisaniu książek. Autor bestsellerowych powieści kryminalnych o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim. Zadebiutował w 1999 roku „Śmiercią w Breslau". Jego powieści ukazały się w osiemnastu krajach. Laureat m.in. Nagrody Wielkiego Kalibru, Nagrody Prezydenta Wrocławia, Paszportu „Polityki".
Zdjęcie główne: Marek Krajewski (fot. Wikimedia/Michał Kobyliński)
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.