Felietony

Bikiniarz, który wykazywał podobieństwo kontrkultury do faszyzmu

Przypominał, że palący haszysz i wąchający eter artyści fin de siecle’u zachwycali się nietzscheańską koncepcją nadczłowieka. Byli dandysami przekonanymi o swojej przynależności do arystokracji ducha, a lud traktowali jako godny pogardy motłoch. 19 marca minie 35. rocznica śmierci Leopolda Tyrmanda.

Jego życie to materiał na wartki film akcji. Urodzony w roku 1920 w Warszawie, Leopold Tyrmand był nie tylko poczytnym pisarzem, lecz i barwną postacią, która królowała w kręgach literackich podnoszącej się z wojennych ruin Warszawy.

A wcześniej w życiu prozaika był okres znacznie bardziej obfitujący w przygody. Tyrmand pochodził ze zasymilowanej mieszczańskiej rodziny żydowskiej. Przed drugą wojną światową zdążył przez rok postudiować architekturę w Paryżu, gdzie zetknął się ze swoją przyszłą wielką pasją – amerykańskim jazzem.

Po napaści Niemiec na Polskę uciekł do zaanektowanego przez państwo litewskie Wilna, gdzie publikował w różnych tytułach prasowych. Gdy w roku 1940 miasto to znalazło się pod okupacją sowiecką, Tyrmand zanotował nawet na swoim koncie niechlubny epizod, którego się zresztą potem wstydził – został redaktorem naczelnym wydawanego po polsku reżimowego dziennika „Prawda Komsomolska”.

Historia jednak gnała do przodu – Niemcy zaatakowały ZSRR. W rezultacie Wilno znalazło się w ich rękach. Tyrmand wówczas podjął zdumiewającą decyzję. Z obawy o to, że zostanie rozpoznany jako Żyd, postanowił… na fałszywych dokumentach udać się w głąb III Rzeszy. Tam parał się różnymi zajęciami: był między innymi robotnikiem kolejowym, pomocnikiem bibliotekarza, kelnerem, co zresztą później posłużyło mu za temat powieści „Filip”.

Filmowy bohater bez filmu

Nikt dotychczas nie podjął się nakręcenia filmu o wojennych losach Tyrmanda, choć on sam i jego twórczość pozostają przedmiotem zainteresowania polskiej kinematografii.
Leopold Tyrmand
W roku 2013 pojawiły się głosy, że „Złego” – głośną powieść o warszawskim półświatku lat 50. – zamierza zekranizować Xavery Żuławski. Nic z tego nie wyszło, ponieważ zaproponowany przez reżysera scenariusz odrzucił Matthew Tyrmand. Przybyły z USA syn pisarza miał być jednym ze współproducentów filmu.

Nie tylko ten projekt stał się przedmiotem sporu z udziałem Matthew Tyrmanda. Chodzi również o „Pana T.”, którego scenariusz w pierwotnej wersji oparty był na autobiografii pisarza – „Dzienniku 1954”. Potem jednak w scenariuszu wprowadzono szereg zmian – tak, że odbiegł on od literackiego pierwowzoru.

W efekcie powstał dziwny obraz nie wiadomo właściwie o czym. Wiodący wątek to życie pisarza represjonowanego przez komunistów, ale dziś to już przecież banał. Choć trzeba przyznać, że utrzymana w klimacie epoki produkcja urzeka wizualnie (stąd zapewne nagroda dla najlepszego filmu na ubiegłorocznym festiwalu Camerimage) i nie zabrakło w niej paru zabawnych scen, jak choćby grany przez Jerzego Bończaka Bolesław Bierut, palący cichcem trawkę w toalecie Pałacu Kultury i Nauki.

Pluł do kawy nazisty. Stracił pracę za pochwałę gwizdania na ZSRR

Polak pochodzenia żydowskiego ukrywał się, pracując dla Niemców jako Francuz-ochotnik we frankfurckim hotelu. Po wojnie wrócił i w PRL wystartował jako komentator sportowy. O Leopoldzie Tyrmandzie opowiada Andrzej Dobosz – część 1.

zobacz więcej
Niemniej Matthew Tyrmand, jako właściciel praw autorskich obejmujących twórczość swojego ojca uznał, że w przypadku „Pana T.” zostały one naruszone (odwołania do „Dziennika 1954”) i zagroził procesem. Reżyser Paweł Krzyształowicz bronił się, iż realizując film inspirował się perypetiami znanych postaci polskiej kultury lat 50., a Leopold Tyrmand to tylko jedna z nich. Ostatecznie twórcy produkcji postanowili się zabezpieczyć, zamieszczając na samym jej początku planszę z informacją, że „Pan T.” nie opiera się na niczyjej biografii.

To znamienne, że Leopold Tyrmand obrósł legendą z uwagi na to, co robił w Polsce Ludowej. Przypomnijmy: po wojnie wrócił do Warszawy. Pracował jako dziennikarz, publikował na łamach między innymi „Przekroju” i „Expressu Wieczornego”. Pisał recenzje teatralne i muzyczne, komentował wydarzenia sportowe. I naraził się władzy komunistycznej. A powody były rozmaite. Ot, choćby wytknął stronniczość sowieckim sędziom podczas pojedynku bokserskiego.

Istotną sprawą było też to, że Tyrmand znalazł sobie pracę w „Tygodniku Powszechnym”. A wydawane wówczas przez kurię krakowską „katolickie pismo społeczno-kulturalne” usiłowało okazywać dyktaturze niezależność. Wiosną 1953 roku odmówiło komunistom zamieszczenia u siebie nekrologu Józefa Stalina. Za karę zostało zawieszone, a następnie przekazane lojalnej wobec władzy ekipie związanej ze Stowarzyszeniem „Pax”. I tak Tyrmand stracił pracę. Został też objęty nieoficjalnym zakazem druku.

Nie zraziło go to jednak do specyficznej kontestacji realnego socjalizmu, jaką uprawiał. Uchodził za czołowego bikiniarza, czyli przedstawiciela polskiej subkultury młodzieżowej lat 50., którą cechowały: ekstrawagancki sposób ubierania się oraz fascynacja Ameryką, w tym zwłaszcza jazzem. Pisarz zasłynął noszeniem kolorowych skarpetek, wyróżniających go na tle szarugi PRL.

Tradycyjne cnoty ponad prawami człowieka

Tyle że taki wizerunek Tyrmanda nie uwzględnia bardzo ważnej części jego dorobku. A stanowią ją książki, które napisał po emigracji do USA.
O filmie „Amerykański brzeg Leopolda Tyrmanda”
Tyrmand udał się do Ameryki w roku 1965. Był więc świadkiem burzliwych przemian kulturowych i obyczajowych w tym kraju. To właśnie w USA bikiniarz przemienił się w konserwatywnego myśliciela, który przenikliwie analizował skutki ekspansji nowej lewicy w latach 60. A jednocześnie trzeba mocno podkreślić, że bynajmniej nie stał się nudnym zrzędą, utyskującym na upadek cywilizacji zachodniej. Pozostał publicystą błyskotliwym i dowcipnym.

Żeby się o tym przekonać warto sięgnąć do „Zapisków dyletanta” (napisanych już po angielsku) – zbioru notatek, w których autor dzielił się swoimi obserwacjami dotyczącymi nie tylko Ameryki, ale i innych krajów, jak choćby Izrael. W książce tej Tyrmand nie zostawił suchej nitki na intelektualistach nowej lewicy, wytykając im odklejenie od realnych problemów społecznych. Kpił też z kontrkulturowej rewolty.

W czasach rewolucji bolszewickiej – zauważał autor – komuniści występowali jako wyzwoliciele ludu z ucisku klas panujących. Tyrmand podkreślał, że charakteryzował ich rygoryzm moralny. Inaczej – zdaniem pisarza – rzecz się miała ze stroniącą od zaangażowania politycznego bohemą artystyczną. Jej udziałem były i rozwiązły styl życia, i eksperymenty z narkotykami.

Bikiniarz konserwatysta i polski James Dean – dwie odpowiedzi na kryzys męskości

Leopold Tyrmand i Marek Hłasko to pisarze, których potrzebuje popkultura. Biografie bikiniarza o konserwatywnych poglądach oraz polskiego Jamesa Deana stanowią atrakcyjny materiał dla twórców filmowych.

zobacz więcej
Z tej przyczyny Tyrmand dawał wyraz konsternacji postawą współczesnych mu zachodnich buntowników, którzy protestowali wobec nieludzkiego oblicza kapitalizmu i amerykańskiej interwencji zbrojnej w Wietnamie. Nie mógł pojąć, w jaki sposób postulowane przez hipisów prawo do wolnej miłości sprawi, że uda się zlikwidować nędzę i zaprowadzić na świecie pokój.

Mało tego, Tyrmand wykazywał paradoksalne podobieństwo kontrkultury do… europejskiego faszyzmu. Przypominał, że palący haszysz i wąchający eter artyści fin de siecle’u zachwycali się nietzscheańską koncepcją nadczłowieka. Byli dandysami przekonanymi o swojej przynależności do arystokracji ducha, a lud traktowali jako godny pogardy motłoch.

W USA Tyrmand związał się z The Rockford Institute – think-tankiem reprezentującym paleokonserwatyzm. Ów nurt krytycznie się odnosi do liberalnej demokracji, stawiając tradycyjne – wyrastające z greckiej i rzymskiej kultury klasycznej oraz chrześcijaństwa – cnoty oraz interes narodowy wyżej, niż „prawa człowieka” i równouprawnienie mniejszościowych ekscentryzmów. Paleokonserwatyści nieraz zarzucali części amerykańskiej prawicy, że kapituluje wobec światopoglądowych roszczeń lewicy.

I właśnie ku paleokonserwatyzmowi ewoluował Tyrmand. Można się domyślać, że gdyby pisarzowi przyszło dożyć III Rzeczypospolitej, to jego opinie nie byłyby przychylnie przyjmowane na warszawskich i krakowskich salonach. A reżyserzy woleliby zrobić na niego pamflet, a nawet przemilczeć jego istnienie, niż oddać mu cześć panegirykiem.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

02.01.2020
Zdjęcie główne: Sopot, lipiec 1957 r. Prozaik, publicysta i krytyk muzyczny Leopold Tyrmand (w środku) podczas Festiwalu Muzyki Jazzowej. Fot. PAP/Tadeusz Kubiak
Zobacz więcej
Felietony Poprzednie wydanie
Marynareczka, przez którą dziecko wyzwało mnie od „krasnala”
Cała inteligencja warszawska ubierała się na pchlim targu.
Felietony Poprzednie wydanie
Na dwa tygodnie 1955 roku zmienili Warszawę w radosne miasto
Podczas festiwalu młodzieży nad ulicami zawieszono barwne materie, przykrywając codzienną szarość życia. Ta dekoracja stolicy była jednym z wielkich dzieł Lenicy, Tomaszewskiego i warszawskiej ASP.
Felietony Poprzednie wydanie
Praca w domu
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Poprzednie wydanie
Blok
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony wydanie 20.03.2020 – 27.03.2020
W razie czego zjecie się nawzajem… Dziennik z zarażonego miasta
Kazali nam pracować z domu. Każdy wie, jak wygląda praca z domu. – E tam, później to zrobię. Albo w ogóle. Kto mi każe? Wirus, i z głowy.