Rozmowy

Co robić, żeby nie zmarnować naturalnego piękna i indywidualności

Skóra jest naszą wizytówką. Żyjemy w czasach kultu piękna, selfi, ważniejsze jest, jak wyglądasz, niż kim jesteś, co wiesz lub co masz do powiedzenia. Rozejrzyjmy się po ulicach, czego tam wiele chodzi: sztucznych rzęs, doklejonych paznokci, wydętych ust, brwi permanentnych i wypełnionych policzków, wyrzeźbionych ciał. Całe mnóstwo podobnych do siebie dziewczyn. Czy to jest piękne? Czasami tak , ale czasami widać ofiary zabiegów z pogranicza medycyny estetycznej – mówi Anna Lachowicz.

18 maja mogą zostać otwarte salony fryzjerskie i kosmetyczne. Licencjonowana kosmetolog z 25-letnim stażem, nauczycielka i egzaminatorka państwowa w zakresie kosmetologii instruuje, jak zadbać o siebie na wiosnę i to po długiej kwarantannie. Jak poprawić wygląd skóry, czym są najnowsze techniki, jak utrwalić ich działanie.

TYGODNIK.TVP.PL: Choć zima tego roku niespecjalnie nas poodmrażała, to z powodu pandemii COVID-19 i przymusowej kwarantanny znacznie bardziej nas „zapyziła”. Dym z kominów grzewczych nas osmalił, chłód przesuszył nam skórę, tłuste kremy pozatykały pory. Cięższa dieta i niedobór płynów, bo zimą pijemy jeszcze mniej, porobiły nam krzywdę od środka, niedobór słońca obniżył poziom witaminy D, i tak na ogół niewysoki, no i ruszałyśmy się mniej, a jadłyśmy więcej. Czujemy się wykończone. Czy może nam na to wszystko pomóc wizyta w gabinecie kosmetycznym?

ANNA LACHOWICZ:
Nawet jedna wizyta w salonie kosmetycznym zawsze coś nam da…. Od wypoczętej, zrelaksowanej twarzy, po przerwę i „wylogowanie się” z życia choćby na chwilę, dzięki kojącej rozmowie czy relaksacyjnej muzyce i odprężającym zapachom.

Gdy klientka pojawia się pierwszy raz lub przychodzi rzadko, zaczynamy od podstawowego zabiegu, jakim jest oczyszczanie. Ów „cukierek” można zawinąć w dowolne papierki, zatem często cena będzie zależeć właśnie od nazwy. Od po prostu „zabiegu nawilżająco-regenerujacego”, przez „rytuał Aqua”, po „Spa for skin”. Tu naprawdę wiele zależy od umiejętności i doświadczenia kosmetyczki, tego, ile czasu nam poświęci i jak dopieści naszą skórę. Efekt po jednym zabiegu nie jest długotrwały. Trzeba by – i warto, dla opóźnienia efektów starzenia skóry – taki podstawowy zabieg powtarzać co miesiąc.

Gdy skóra jest zadbana, na wielkie wyjścia robimy sobie tzw. zabieg bankietowy. Ja osobiście łączę tu część manualną z jakimś najprostszym urządzeniem wspomagającym. Na razie o niestrasznej nazwie, np. wytwornicę pary i płytkę ultradźwiękową, która „z siłą wodospadu” nam oczyści skórę z czarnych punktów – to trochę taki efekt, jakby zamiast klasycznej szczoteczki do zębów użyć mechanicznej. No i niewielkie głowice do masażu. Aplikuję też w różnej formie wybraną substancję aktywną [1].

No to nam się trochę zejdzie…

Taki dłuższy pierwszy zabieg, na który warto się nie spóźnić i nie wpaść jak po ogień, daje mi możliwość nie tylko pełniejszej diagnozy skóry, ale i poznania oczekiwań klientki. Ustalamy dalszy plan działania w oparciu o pełną ofertę salonu – wyjaśniam, co się kryje pod takimi nazwami, jak mikrodermabrazja
[2] czy peeling kawitacyjny [3].
ZABIEGI KOSMETYCZNE, KTÓRE WARTO WYKONAĆ ZIMĄ
Później nasza komunikacja będzie łatwiejsza, a klientka też ma szansę sama poczytać i zastanowić się, czego pragnie, a czego się boi, czy nie do końca rozumie. Trochę to przypomina pierwszą wizytę u lekarza, choć warto pamiętać, że NIGDY, ale to NIGDY nie umawiamy się w żadnym gabinecie czy salonie kosmetycznym na zabiegi z pogranicza medycyny estetycznej. Jakie by tam dyplomy ze szkoleń nie wisiały na ścianach i jak bardzo ich cena nie byłaby konkurencyjna wobec taryfikatora chirurgów plastycznych czy dermatologów kosmetologicznych. Gdzie są np. długie igły, musi być naprawdę sterylnie, więc nikt nie powinien się w to bawić w gabinecie kosmetycznym, bo on nie jest od tego.

Na skórze odbijają się wszystkie nasze problemy zdrowotne, od alergii począwszy, a na nowotworach skończywszy. Będzie widać na niej każdy papieros, każdy kac i każdą „o jedną kawę za dużo”, każdą nieprzespaną noc, każdy głębszy stres. Czy kosmetyczka może zdjąć z nas skórę i ją wyleczyć albo poprawić, a potem nałożyć na nasze schorowane czy zaniedbanie ciało, i za jakiś czas wszystko będzie nadal super?

Skóry niestety nie da się ściągnąć i dać do renowacji, a odrestaurowanej założyć ponownie. Jeszcze nie teraz, ale kosmetologia się rozwija, więc jest nadzieja w komórkach macierzystych, z których wyhodujemy sobie nową skórę. Tak będzie można „robić wylinkę” w nieskończoność, ale póki co pozostaje nam systematycznie chodzenie do kosmetyczki. Minimum raz w miesiącu podstawowy zabieg kosmetyczny, taki który złuszcza (czyli wszystkie mikrodermabrazje, oxybrazje
[4], kwasy [5] , peelingi). A potem naprawianie problemów lub braków skórnych substancjami aktywnymi, a także działanie tlenem, wodorem czy dwutlenkiem węgla [6].

Historia opalenizny. Piękny wygląd czy igranie ze zdrowiem?

To, co dziś jest passé, jutro może być bardzo popularne.

zobacz więcej
Po złuszczeniu i przywróceniu równowagi hydrolipidowej, czyli nawilżeniu i natłuszczeniu, trzeba też zaindukować procesy regeneracyjne, które w skórze z wiekiem same z siebie spowalniają. Skuteczne bywa np. działanie prądem czy ultradźwiękami, falami radiowymi albo pulsującym światłem – to techniki zastrzeżone dawniej dla fizykoterapii. Tu się mieści szał ostatnich lat, czyli mezoterapia bezigłowa, IPL, RF itp. [7].

Nie dobieramy sobie zabiegu, bo jest modny, reklamowany, albo jest na niego promocja. Kosmetologia to działania spersonalizowane. Aby poprawić wygląd, trzeba bardzo dobrego wywiadu, diagnozy, a potem współdziałania ze strony klientki. Bo po zabiegu w salonie bardzo ważna jest kontynuacja pielęgnacji w domu.

Trochę to przypomina leczenie schorzeń. Jakie zatem błędy najczęściej popełniają kosmetyczki, a jakie klientki, że efekty nie są oszałamiające, a mogłyby? Rozumiem, że genów się nie da oszukać, ale ewidentnie nie wszystko od nich zależy…

Błąd najczęstszy popełniany przez obie strony to zapewnienie i przekonanie, że po jednym podstawowym zabiegu ubędzie nam 10 lat. To częsta prośba, a tak się nie da. Oczywiście w tym miejscu rozmawiamy o profesjonalnych kosmetologach, co najmniej z tytułem licencjata, o profesjonalnych salonach, gdzie wykształcona obsługa pracuje z prawdziwymi czystymi preparatami, a nie czymś niewiadomym z internetowych platform handlowych, może nawet chińskich. Nie rozmawiamy tu o chałupnictwie, gdzie zabiegowi towarzyszy pies, kot, królik i małe dziecko. Te sytuacje nie tylko psują rynek i prestiż zawodu. One mogą się zakończyć zakażeniem, oparzeniem… ale to temat rzeka i nie na teraz.

Błędy kosmetyczki to najczęściej zła ocena lub niezachowanie standardu zabiegu, złamanie jego procedury (np. prawidłowej sterylizacji narzędzi). Oczywiście nawet najdokładniejszym wywiadem z klientką nie da się przewidzieć wszystkiego, chociażby alergii na jakiś związek z kosmetyku.

Porozmawiajmy o maszynach, które mi przypominają te robiące „ping” z „Sensu życia według Monty Pythona”. Co one mogą dla nas zrobić i dlaczego tak drogo? Czy nie wystarczy po prostu położyć się po zimie w salonie kosmetycznym na półtorej godziny, zrobić czyszczenie, nałożyć maskę, zdjąć ją i wyjść z błyskiem w oku?

To niekoniecznie trafne skojarzenie, bo wiele z tych urządzeń niemało potrafi. W każdym szanującym się gabinecie znajdziemy peeling kawitacyjny, oxybrazję, mikrodermabrazję diamentową i inne urządzenia pomagające mniej lub bardziej intensywnie złuszczyć stary naskórek. Z kolei urządzenia stymulujące to takie, jak dermapeny i dermarolery do mezoterapii cienkoigłowej
[8], masażery i lasery. I najnowsze hity, jak HIFU [9] czy infuzja tlenowa i karboksyterapia [10] . Każde z nich ma inne działanie, inne zastosowanie, ale we wszystkich przykładowych chodzi o głębsze działanie w naskórku, aż po skórę właściwą.
Rozejrzyjmy się po ulicach: mnóstwo sztucznych rzęs, doklejonych paznokci, wydętych ust, brwi permanentnych i wypełnionych policzków, wyrzeźbionych ciał. Czy to jest piękne? – mówi Anna Lachowicz. Na zdjęciu premiera nowej linii kosmetyków w Debenhams w Manchesterze Fot. Shirlaine Forrest / Getty Images dla Kat Von D Beauty
No tak, nowa skóra powstaje z komórek macierzystych ukrytych głęboko, a na powierzchni znajduje się rogowaciejący i martwy już naskórek. Bo skóra to największy ludzki organ, wielowarstwowy, o skomplikowanej budowie wewnętrznej, bogato ukrwiony i unerwiony… Ale po co ta cała technologia? Ile w tym innowacji realnej, a ile gadżeciarstwa?

(śmiech) Bez technologii daleko byśmy nie zaszli. Samymi rękami spektakularnych efektów uzyskać się nie da. Dobrze skalibrowane urządzenia o wysokich parametrach są precyzyjniejsze i się nie męczą. Inna rzecz, że co jakiś czas jest moda na coś. Jak wspomniałam, teraz hitami są HIFU, czy oczyszczanie wodorowe wspomagane bioliftami, czyli taką maską ze światła LED zmelanżowaną, jakby powiedziała młodzież, z odpowiednimi substancjami aktywnymi. Modny jest też zabieg BB glow, gdzie za pomocą dermapenu wprowadza się preparat bogaty w pigmenty – to jak permanentny fluid na twarzy. Daje efekt rozświetlenia i wyrównania koloru. Czas i rynek zweryfikuje, które z tych hitów przetrwają i będą standardem w gabinetach. Są to zabiegi bezpieczne, mało inwazyjne, więc można się im poddać bez lęku.

Formalina w kosmetykach? Domowe sposoby ratunkiem przed chemią

Przedwojenne receptury przybliża książka „Piękno bez konserwantów”.

zobacz więcej
W gabinetach kosmetycznych spotkamy poza „solidnym posiłkiem” dla skóry również „desery i wety”. Jeśli ktoś ze sobą zrobi wszystko, co niezbędne, a nadal ma czas i pieniądze, może zaszaleć i w takich „hobbystycznych” rejonach salonu. Znajdziemy tu dermomasaż, sonoforezę (wprowadzamy substancje aktywne za pomocą ultradźwięków), chromoterapię (specjalne światło wykorzystywane podczas zabiegów upiększających). Tu jest miejsce procedury biolift – liftingu za pomocą mikroprądu (pulsacyjny prąd stały o bardzo niskim natężeniu), biogloves, głowicy hot-cold i wielu innych „gadżetów”.

Jeśli kobiety przychodzą po dotyk, kontakt, relaks, to czy są w stanie polubić techniki sprawiające ból, po których przez jakiś czas utrzymuje się opuchlizna? Dla tworzenia nowego kolagenu w skórze ten stan zapalny jest błogosławiony, ale dla samopoczucia śmiem wątpić… No i gdzie jest ten niemal intymny kontakt z drugim człowiekiem, to zaspokajanie potrzeby dotyku, gdy słyszymy piszczenie maszyn i to one się w sumie nami zajmują?

Tak, ludzie przychodzą do kosmetyczki po dotyk, jego brak to jakaś współczesna choroba epidemiczna. À propos bólu, to kobieta jest w stanie wytrzymać wiele, jeśli ma zaufanie do kosmetologa. Najgorszy jest pierwszy raz, gdyż ból to zjawisko indywidualne, więc ani kosmetolog, ani klientka nie wiedzą, jak wiele dyskomfortu będzie niezbędnego dla uzyskania efektu. Także bardzo ważne jest tzw. spotkanie kontrolne, które powinno się odbyć w trakcie procesu gojenia. Kosmetolog sprawdza wtedy, czy wszystko przebiega zgodnie ze standardem, uspakaja, gdy objawy są prawidłowe i wręcz pożądane. Jak najwcześniej zauważy też, że coś poszło nie tak i zareaguje.

Co do intymności i dotyku podczas wykonywania zabiegu maszyną, to przecież kosmetyczka trzyma rączkę urządzenia, a drugą ręką naprowadza je na miejsce działania, napina skórę, zmywa substancje sprzęgające etc. Taki zabieg nie jest całkiem „bezduszny”. Chociaż pogłębia się dziś tendencja, zwłaszcza na Zachodzie, aby zabiegi były bezdotykowe ze względów epidemiologicznych. Aby uniknąć przenoszenia chorób zakaźnych za pomocą bliskiego kontaktu.

Skóra, zwłaszcza twarzy, ale także dłoni, jest naszą wizytówką – rodzajem etykiety. Po prostu dlatego, że jest widoczna. Np. behawioralny układ immunologiczny jest uwrażliwiony na obserwowanie skóry drugiego człowieka, bowiem każda dziwna zmiana, choćby nieświeży wygląd, może świadczyć o chorobie, także zakaźnej. Skóra mówi też wiele o naszej profesji, stylu życia, nałogach, zły wygląd automatycznie napawa więc obserwatora wstrętem, to naturalny mechanizm. Trzeba zatem o skórę dbać. Jak i czym to robić, by nie zmarnować dzieła, któremu poświęciłyśmy czas i pieniądze w gabinecie kosmetycznym?

Tak, skóra jest naszą wizytówką. Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło i wróciliśmy do pisma obrazkowego (selfi, emotikony etc.) połączonego ze skrótami myślowymi typu „lol”, „xD”, „yolo”. Ważniejsze jest, jak wyglądasz, niż kim jesteś, co wiesz lub co masz do powiedzenia. Dla mnie ideałem byłaby równowaga, ale to rzadko spotykany fenotyp.
Twiggy, czyli Leslie Hornby (po mężu Lawson), podczas sesji zdjęciowej fotografa Rona Burtona w października 1966 r. Po prawej Kim Kardashian w lutym 2020 roku w Nowym Jorku. Fot. Ron Burton / Mirrorpix / Getty Images oraz Jackson Lee/GC Images
Żyjemy w czasach kultu piękna, choć wzorzec nam nieco wyewoluował od Twiggy do Kardashian. I rozejrzyjmy się po ulicach, czego tam wiele chodzi: sztucznych rzęs, doklejonych paznokci, wydętych ust, brwi permanentnych i wypełnionych policzków, wyrzeźbionych ciał. Całe mnóstwo bliźniaczo podobnych do siebie dziewczyn. Czy to jest piękne? Czasami tak, ale czasami widać ofiary zabiegów z pogranicza medycyny estetycznej…

Co robić, aby nie zmarnować – ja bym to tak nazwała – indywidualności i naturalnego piękna? Przede wszystkim zachować umiar. Jeśli wyprowadziłyśmy skórę z rożnych problemów i deficytów, stosując odpowiednie procedury zabiegowe, stosowałyśmy się do wskazań i przeciwwskazań, a potem stosowałyśmy zaleconą odpowiednią pielęgnację domową, to… Trzeba to utrzymać. A wtedy pojawia się pokusa, że chcemy jeszcze więcej i jeszcze piękniej. I tu wchodzi etyka mojego zawodu: czasami trzeba powiedzieć klientce STOP, żeby nie przedobrzyć. Wszystko zależy od tego, jak dana osoba się postrzega, czy siebie akceptuje – to temat rzeka. Jako kosmetolożki musimy umieć pokierować mądrze klientkę, aby się w tym nie zatraciła.

Tu oczywiście mamy wybór pomiędzy naturą a chemią. Dziś się dobrze sprzedają kosmetyki vege, a jeszcze dekadę temu furorę robił w maskach jak najbardziej zwierzęcy kawior i różne pochodne mleka (że niby jak ta Kleopatra w oślim mleku kąpana), dziś zastąpione śluzem ślimaka. Co tak naprawdę jest istotne przy doborze kosmetyków profesjonalnych w salonie i tych na półce w drogerii, do stosowania w domu?

Oj, to ciężki temat. Przede wszystkim skuteczność. Po drugie formuła: jedni lubią ciężkie preparaty, inni lekkie kremo-żele. Następną ważną cechą kosmetyku jest ilość substancji aktywnej. Czytam skład, uwielbiam buszować po półkach w drogeriach i w skrzyniach przedstawicieli handlowych, smarować, nakładać, sprawdzać. Firm funkcjonujących na rynku jest bardzo wiele, ale w gabinetach kosmetycznych zazwyczaj współpracuje się z dwoma – trzema dobrze znanymi, a każda ma jakieś swoje naprawdę udane „perełki”. Kosmetolog umie ułożyć z nich i spersonalizować zestaw dla każdego klienta. Oczywiście na mody nie ma rady, chociaż ja bez oglądania się na nie nadal kocham kwas hialuronowy, felurowy, azaleinowy i wody termalne.

Ja wiem, że to może raczej pytanie do psychologa, ale spytam: dlaczego kobiety chcą być piękne i są w stanie za to dużo zapłacić?

Kobiecość i piękno to jedno i to samo. I nie to jest ładne, co jest ładne, tylko to, co się komu podoba – jak przewrotnie mówi mój znajomy. Coś w tym jest.

– rozmawiała Magdalena Kawalec-Segond,
doktor nauk medycznych, biolog molekularny, mikrobiolog, współautorka „Słownika bakterii”, popularyzatorka nauki prowadząca stronę Naukovo.pl


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Przypisy:



[1]. Nasza skóra zostanie „otwarta” za pomocą pary wodnej i masażu lub przez zastosowanie peelingu mechanicznego, enzymatycznego i tzw. gommage (peeling enzymatyczny, który ścieramy mechanicznie, bo ma formułę lekko zasychającej pasty). Stosuje się także na tym etapie niskoprocentowe kwasy organiczne (np. 2 proc. salicylowy, glikolowy) oraz maski z aktywnym węglem. W zabiegu podstawowym z substancji aktywnych proponuje się klientom na ogół witaminę C i koktajle witaminowe, kwas hialuronowy nieusieciowany (w formie np. maski kolagenowej z kwasem hialuronowym – sam ów kwas jest elementem strukturalnym skóry właściwej i wszelkich chrząstek w naszym organizmie) oraz modne ostatnio tzw. biopeptydy – łańcuchy aminokwasowe pochodzenia naturalnego, penetrujące do skóry właściwej, o zdolnościach pobudzania, regeneracji oraz niwelowania procesów leżących u podłoża starzenia się skóry. Albo jeszcze bardziej à la mode śluz ze ślimaka lub wyciąg z jaskółczych gniazd (chodzi o niesamowite podobno działanie jaskółczej śliny), czy też kosmetyki z jadem pszczoły albo żmii, zawierające neuropeptydy, a więc walczące ze zmarszczkami od strony działania mięśni podskórnych, a nie tylko skóry. Na topie kosmetologii jest dziś medycyna chińska. WRÓĆ

[2]. Najprościej sobie wyobrazić rodzaj mikro-piaskarki, która pod ciśnieniem wyrzuca z siebie zmineralizowany tlenek glinu (korund, ale miło będzie myśleć, że się złuszczamy jego najszlachetniejszą odmianą, czyli rubinem czy szafirem, czyż nie?). Tak działa mikrodermabrazja korundowa – istnieje również diamentowa, czyli w istocie „twardsza” odmiana tej metody. Maszyna „piaskuje” i jednocześnie robi za odkurzacz i zasysa martwy naskórek. Po serii zabiegów skóra staje się napięta, bo wzmaga się w niej produkcja kolagenu i elastyny. Znikają zmiany trądzikowe, zmarszczki i przebarwienia. Skóra zniszczona słońcem (i solarium) jest po tym zabiegu wyraźnie odbudowana, nawilżona i jaśniejsza. WRÓĆ

[3]. Najwięcej ciekawej fizyki znalazłam w procedurze peelingu kawitacyjnego – biorąc na rozum, to po prostu musi działać, bez dwóch zdań. Otóż: temperatura wrzenia każdej cieczy zależy od jej ciśnienia i im ono jest niższe, tym i owa temperatura jest niższa. Wystarczy zatem lokalnie mocno obniżyć ciśnienie jakiejś cieczy, a zacznie ona w tym miejscu wrzeć, tworząc w całej swej wrzącej objętości pęcherzyki gazu. I one będą tarły i ścierały naszą skórę (celowo zwilżoną wodą przed zabiegiem). Powstające bowiem pęcherzyki gazu zapadają się, a często gwałtownie implodują, co wytwarza fale uderzeniowe. Gdy ciecz (woda lub preparaty wodne) gwałtownie przyspieszy w cieniutkiej głowicy urządzenia, jej ciśnienie musi zmaleć, a więc będzie ona wrzeć w temperaturze pokojowej. Nie będzie parzyć, jedynie wrzeć. To jest kawitacja. Przeciekawe i skuteczne. Aczkolwiek nie bezbolesne. WRÓĆ

[4]. Z nieco innej fizycznej bajki jest oksybrazja (mikrodermabrazja wodno-tlenowa), czyli taki mikro-karcher. Tu ze specjalnego aplikatura pod ciśnieniem sprężonego powietrza wydostają się kropelki soli fizjologicznej, co złuszczy powierzchniową warstwę naskórka i spowoduje jego gojenie – narastanie naskórka młodego i pięknego. Idealny bezbolesny zabieg bankietowy, przed wielkim wyjściem. A jeśli zabieg powtórzymy wielokrotnie, wpłynie też na strukturę skóry właściwej (pojawiają się tam jakże pożądane włókna kolagenowe i elastylowe). To metoda bezpieczna dla osób o bardzo delikatnej skórze, naczyniowej czy w inny sposób wrażliwej. Usuwa zaskórniaki, zmniejsza łojotok, czyni życie bakterii trądzikowych (beztlenowców) ciężkim i nie do zniesienia. Można tu regulować temperaturę, korzystając zatem z zimna można wzmacniać ściany naczynek krwionośnych w skórze. Ponadto zabieg masuje skórę oraz ją nawilża dzięki zjawisku osmozy. WRÓĆ

[5]. W tym roku na zabiegi z kwasami jest już trochę późno, bowiem jednym z przeciwwskazań ich stosowania jest wysoki poziom promieniowania UV. Nie możemy robić peelingu kwasami zwłaszcza latem, gdyż wchodzą one w mocną reakcję ze słońcem i mogą powodować przebarwienia. Dlatego lepiej na te zabiegi udać się bardzo wczesną, szarawą jeszcze wiosną - niestety, z powodu koronawirusa były wtedy pozamykane. Jest jednak kilka kwasów CAŁOROCZNYCH, m. in. laktobionowy i migdałowy.

W formie czystego preparatu wysokiej jakości kwasy organiczne to kosmeceutyk, czyli taki kosmetyczny farmaceutyk. Będzie to substancja skoncentrowana, zatem silniej działająca, a z punktu widzenia jej designu i produkcji – technologicznie zaawansowana.

Kwasy są, jak wiemy, żrące, choć te poniższe w zastosowanych stężeniach – raczej penetrujące. Spotkamy zatem w różnych formach, dobrze przenikających w głąb skóry, kwasy: azleinowy i laktobionowy (jedyne bezpieczne do zastosowania przy trądziku różowatym), hydroksybursztynowy, glikolowy (jako pierwszy pojawił się na naszym rynku już w latach 90. XX w. i trwa), trojchlorooctowy, pirogronowy, felurowy, migdałowy, salicylowy, gamma aminomasłowy (ten podobno działa jak botox).

Anna Lachowicz za bardziej skuteczne i bezpieczniejsze uważa stosowanie po kolei kwasów czystych, niezmieszanych ze sobą. Dobranych rodzajem, stężeniem i kolejnością zastosowania do konkretnego skórnego problemu, z którym przychodzimy. Gdy jednak choć raz do roku (póki światło słoneczne nie stanie się mocne, nie można też wtedy chodzić na solarium) zafundujemy sobie od 3 do 6 tego typu profesjonalnych zabiegów w odstępie od 10 do 14 dni, to możemy nawet oczekiwać pozbycia się blizn, przebarwień czy rozstępów. A w międzyczasie warto stosować w domu pielęgnację przy użyciu kremów, żeli czy toników z zawartością 2 do 4 proc. odpowiedniego dla nas kwasu, plus koniecznie krem hydrolipidowy. Skórę bowiem trzeba nawilżać i równie mocno natłuszczać.
WRÓĆ

[6]. Dziś, jeśli chodzi o gabinety kosmetyczne, techniką „must have” jest oczyszczanie wodorowe. To takie cudowne połączenie elektroporacji (ważnej podstawy innej techniki, wspomagającej regenerację skóry, zwanej mezoterapią bezigłowej – patrz przypis 7), z antyoksydacyjnymi właściwościami wodoru cząsteczkowego. Wodór bowiem, spotykając postarzające nas i niszczące nam DNA wolne rodniki tlenowe, łączy się z nimi, tworząc bezpieczną i pożądaną w głębokich warstwach skóry wodę. Zatem i oczyści, i nawilży, i odmłodzi. WRÓĆ

[7]. Intensywne światło pulsujące IPL – zmniejsza zmarszczki, rumień i trądzik, usuwa zbędne owłosienie, zamyka popękane naczynka, rozjaśnia przebarwienia i niweluje wiele innych problemów skórnych. Ale to nie laser, nie daje bowiem spójnej wiązki światła o konkretnej długości fali. Urządzenie IPL (silna lampa ksenonowa i zespół kondensatorów) wytwarza szerokie spektrum niespójnych fal świetlnych (w zakresie od 500 do 1200 nanometrów), które mogą być pochłaniane w tkankach przez konkretne chromofory (substancje absorbujące światło o określonej długości fali, np. melanina i hemoglobina). Powstaje wtedy ciepło, a ono niszczy przekrwione czy przebarwione komórki (wypełnione chromoforami), pozostawiając nietkniętymi komórki zdrowe.

Jeśli chcemy głębiej penetrować skórę tego typu terapią, trzeba do IPL dołożyć RF, czyli fale radiowe (elektromagnetyczne o częstotliwościach 3Hz do 3THz – poza radiem na tym opiera się np. działanie kuchenek mikrofalowych; w kosmetologii stosuje się zakres: 0,5-7MHz). Efekt końcowy podobny do IPL, ale na ogół uzyskiwany szybciej, choć niekoniecznie taniej. Tu chodzi o zabiegi odmładzania skóry i redukcji tkanki tłuszczowej – ponownie w oparciu o zlokalizowany efekt termiczny w tkance (niczym podgrzewanie czegoś w mikrofalówce).

Najnowszy zaś hit w tej klasie to mezoterapia bezigłowa. Jej działanie opiera się na tym, że nasze błony komórkowe są głównie lipidowe, ergo – nieprzepuszczalne dla wody i wszystkiego, co się w niej rozpuszcza. Jednak w tych tłuszczach zatopione są białka, a wśród nich tzw. kanały jonowe. Owe otwierają się w sposób kontrolowany i bardzo wiele z nich otwiera się pod wpływem zmiany napięcia elektrycznego na owej błonie komórkowej. Pojawia się prąd przez kanał i wchodzi wtedy wszystko, na co wielkość i selektywność kanału pozwala, zgodnie z gradientem stężeń. Czyli w przypadku jednoczesnego podawania jakiegoś fantastycznego kosmeceutyku, wchodzi on właśnie. Można podać coś naprawdę głęboko i bez igły, dzięki zjawisku elektroporacji. Wystarczy zastosować pulsy o częstotliwości radiowej wysokonapięciowego prądu stałego. A jak dorzucimy ultradźwięki, to podawana substancja wniknie jeszcze głębiej – tego się nie da osiągnąć żadną dyfuzją, a nawet z najbardziej magicznymi liposomami (czyli tłuszczowymi banieczkami, mającymi tendencję do przenikania przez lipidowe błony komórkowe lub włączania się w nie). Jako osoba niegdyś bawiąca się w elektrofizjologię błon komórkowych i badająca kanały jonowe stwierdzam, że z naukowego punktu widzenia rzecz musi działać. Metoda daje szybkie i widoczne rezultaty w redukcji zmarszczek oraz np. fałd nosowo-wargowych, „kurzych łapek”, w zabiegach liftujących, poprawiających koloryt i strukturę skóry. Pozwala na dość dowolny dobór wprowadzanej substancji czynnej.
WRÓĆ

[8]. Mezoterapia mikroigłowa – tu wszystko zależy od jakości igiełek, które nakłuwają skórę. Niewielkie zranienia bowiem indukują regenerację skóry, czyli tworzenie się warstewki kolagenowej (powstawanie nowych włókien kolagenu i elastyny, białek kluczowych dla napięcia tkanek skórnych). W skórze pod wpływem mikronakłuć powstaje stan zapalny (intensywne, ale bezbolesne zaczerwienienie i opuchlizna, schodzą po kilku dniach). Ma to powodować ozdrowieńczą przebudowę skóry, czyli dawać efekty odmładzające. Wystarczy intensywnie, bardzo gęsto i na odpowiednią głębokość ponakłuwać wybrane okolice twarzy (można łącznie z powiekami), szyi, dekoltu, ramion, grzbietów dłoni, brzucha, pośladków czy ud. Po serii zabiegów (4-6, powtarzanych co 2-4 tygodnie) wychodzimy ujędrnione, ze zniwelowanymi bliznami po trądziku, bez drobnych zmarszczek i przebarwień, ze skórą napiętą, elastyczną i o pogrubionym, lepiej funkcjonującym naskórku. Mikroigiełki ze stali chirurgicznej są różnej długości, ale najlepiej gdy mają 1 mm; mogą być umieszczane na rolce, po ok. 500 sztuk (dermaroller, mezoroller) lub mieć formę DermaPenu z 12 igłami. WRÓĆ

[9]. HIFU (High Intensity Focused Ultrasound), czyli lifting robiony za pomocą skupionej wiązki ultradźwięków o wysokiej energii. Technika działa tylko w precyzyjnie wyselekcjonowanych warstwach głębszych skóry (powierzchnia nie ulega żadnym uszkodzeniom), efekt niszczenia dotyczy wybranych komórek i prowadzi do kontrolowanego procesu zapalnego, a zatem do regeneracji i tworzenia nowych włókien kolagenowych. Można sobie za pomocą HIFU poprawiać tak wygląd skóry (niweluje objawy starzenia), jak i owal twarzy. Pozbawia nas zatem nie tylko zmarszczek i bruzd, ale i nawisów skórnych, choć to nie skalpel. W dodatku po zabiegu po prostu wstajemy i wychodzimy. WRÓĆ

[10]. Kolejną innowacją w walce z grawitacją (gdy skóra opada i wisi), bezbolesną, bezinwazyjną, przyjemną i relaksującą podczas procedury, a w dodatku korzystającą z osiągnięć nauki i stąd skuteczną, jest infuzja tlenowa. To połączenie tlenu pod ciśnieniem z kwasem hialuronowym w dwóch formach: nisko- i wysokocząsteczkowej oraz specjalnego, dobranego dla danej skóry serum, które jest dosłownie wtłaczane tlenem do jej głębszych warstw. Można ten zabieg łączyć z botoxem czy mezoterapią kwasem hialuronowym oraz wolumetrią (technika wypełniania rysów twarzy i niwelowania zmian). Podnosi owal, wyostrza rysy, dlatego nie warto przesadzać, żeby nie skończyć, jak Joker.

Karboksyterapia, czyli dwutlenek węgla jako „niezbędna cząsteczka atrakcyjnego wyglądu”. Tego aktywiści środowiskowi jeszcze nie zakazali, choć rzecz polega na wtłaczaniu cieplarnianego gazu specjalną igłą pod skórę. Boli tyle, co akupunktura, więc nie bardzo, zabieg nie wymaga zatem znieczulenia. Redukuje w skórze tak zmarszczki, jak i rozstępy, cellullit (bardzo skutecznie, nawet rozległy i intensywny) czy nadmiar tkanki tłuszczowej i wiotkiej skóry. Pojedynczy zabieg nie jest jednak tani, a wymaga powtarzania w seriach, oczekiwanie na efekt nawet przez 3 miesiące.
WRÓĆ

Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Na koniec zestrzelili aż cztery odrzutowe Messerschmitty
Brytyjczycy rozważali kupienie najnowocześniejszego myśliwca na świecie od… Polski.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Dlaczego Rosja kocha Putina?
Barbara Włodarczyk: Władimir Władimirowicz nigdy nie zapomina, że ktoś go uraził.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nauczycielom wygodniej jest mówić o Sumerach niż o bezpiece
Historia – obok kultury i języka – tworzy wspólnotę.
Rozmowy wydanie 19.02.2021 – 26.02.2021
Kto był gwiazdą jednego sezonu? Kto trafi do podręczników?
Poczet polityków III RP.
Rozmowy wydanie 19.02.2021 – 26.02.2021
Bosonoga dziewczynka, która została gwiazdą
Znała gwarę góralską. W powstaniu była łączniczką, nosząc córkę w plecaku.