Cywilizacja

Walczą anonimami i szykanami. Sędziowie nauki polskiej

Kadra naukowa i pracownicy polskich uczelni nie zostali poddani, podobnie jak sędziowie i prokuratorzy, weryfikacji po 1990 roku. W jakim stopniu zatem, utrwalając komunistyczne nawyki, doświadczenia i praktykę, mogli decydować o poziomie i organizacji nauki w III Rzeczypospolitej? – zastanawia się emerytowany profesor historii.

Wszystkie opisane poniżej wydarzenia są prawdziwe. Unikam podawania nazwisk, gdyż celem tej publikacji jest ukazanie zjawiska, sprowokowanie do naprawy etycznej w niektórych środowiskach naukowych, napiętnowanie sytuacji patologicznych. Po trzydziestu latach III RP można to już spróbować ocenić.

Donosiciel w aureoli

Pod koniec ubiegłego roku miałem zaszczyt uczestniczyć w międzynarodowej konferencji naukowej. Jakież było moje zdziwienie, gdy gwiazdą tej konferencji okazał się znany i ceniony autorytet w PRL-u.

Było to moje pierwsze spotkanie z tym profesorem. Dotychczas znałem go tylko z lektur i opowieści ministra Władysława Bartoszewskiego.

Opracowywałem biogram pierwszej żony ministra, Antoniny Felicji Bartoszewskiej z domu Mijal do przygotowywanego przez prof. Elżebietą Zawacką „Zo” „Słownika biograficznego kobiet odznaczonych Orderem Wojennym Virtuti Militari”. Minister zaprosił mnie do siebie i – gdy już zebrałem wszystkie materiały – podzielił się ze mną wrażeniami z lektury donosów do służby bezpieczeństwa napisanych na niego w PRL i udostępnionych mu przez Instytut Pamięci Narodowej. Wrednych, złośliwych i nieprawdziwych. Najwięcej donosów napisał na niego ów profesor, gwiazda wspomnianej wyżej konferencji.

Nie wszyscy wiedzą, a niektórzy już nie pamiętają, że aby otrzymać za rządów komunistycznych profesurę zwyczajną, tzw. belwederską, trzeba było wstąpić do PZPR. Dla naukowców bezpartyjnych najwyższym osiągalnym stopniem naukowym był tytuł docenta. Otrzymywało się go po habilitacji lub z mianowania bez habilitacji.

Wybitnym docentem, bez nadziei na profesurę, był historyk Jerzy Łojek. Książki, które cenzura peerelowska nigdy nie dopuściłaby do druku, wydawał na Zachodzie pod pseudonimem. Nie był jedyny w tamtych czasach i warto o takich osobach pamiętać, odróżniając je od docentów (nieraz tylko z tytułem magistra) mianowanych przez ówczesne władze.

Profesor z czasów PRL, którego miałem „przyjemność” poznać na wspomnianej konferencji, po moim wystąpieniu podszedł i niepytany, zaczął tłumaczyć, że on po 1990 roku na wiele spraw zmienił poglądy i wcale się tego nie wstydzi.

Zadałem sobie trud sprawdzenia w bibliotece jego książek i publikacji z ostatnich 30 lat. Poglądy zmienił, ale donosy w IPN są w każdej chwili do wglądu.

Profesor z rysą w życiorysie

Wystarczy wrzucić do internetowej wyszukiwarki nazwisko Manfred Lachs, a otworzą się strony Wikipedii z peanami na jego cześć.
Prof. Manfred Lachs, uznany prawnik, mózg operacji przywłaszczenia spadku po Ignacym Paderewskim. Fot. Rob Mieremet / Anefo - Nationaal Archief, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=38087034
Polski prawnik i dyplomata światowej sławy, sędzia i przewodniczący Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Od 1952 roku był profesorem prawa międzynarodowego na Uniwersytecie Warszawskim. Wniósł duży wkład w rozwój prawa międzynarodowego po II wojnie światowej. Był członkiem polskiej delegacji na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ oraz sędzią Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w latach 1967–1993 (najdłużej w historii). (…) W 1960 roku został członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk. W latach 1961–1967 był dyrektorem Instytutu Nauk Prawnych PAN. W 1973 roku został członkiem rzeczywistym PAN.

I ani jednego słowa o tym, co robił po ukończeniu Wydziału Prawa w Uniwersytecie Jagiellońskim w 1937 roku, do 1952.

Tymczasem po II wojnie światowej Lachs rozpoczął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Cieszył się widać dużym zaufaniem przełożonych, skoro powierzono mu prowadzenie sprawy przejęcia spadku po zmarłym w 1941 roku w Nowym Jorku Ignacym Janie Paderewskim (pisałem o tym w Tygodniku.tvp.pl).

Brudna gra o spadek. Jak komuniści zagrabili majątek Ignacego Paderewskiego

Dla MSZ w Warszawie wyrwanie spadku po słynnym pianiście stało się sprawą prestiżową w rozgrywkach z emigracją polską na Zachodzie

zobacz więcej
1 kwietnia 1949 r. w paryskiej siedzibie Sędziego Pokoju otwarty został testament Paderewskiego odnaleziony w Banku Morgana. Majątek w wysokości około miliona dolarów testator podzielił między trzy uniwersytety: Jagielloński, w Poznaniu i Lwowie (ok. 650 tys. dolarów), Konserwatorium Muzyczne w Warszawie i Gimnazjum im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu. Dzieła sztuki przeznaczył dla Muzeum Narodowego w Warszawie, koncertowego Steinway'a dla Warszawskiego Konserwatorium Muzycznego. Pozostałe pieniądze rozdzielił w postaci pieniężnych legatów pomiędzy rodzinę, przyjaciół i pracowników. Wykonawcą jego ostatniej woli był Sylwin Strakacz, długoletni sekretarz Paderewskiego, później minister rządu RP na Obczyźnie.

Fotokopie testamentu błyskawicznie trafiły do Warszawy jako tajne dokumenty. Do wnikliwego przestudiowania otrzymało je kilkanaście osób, m.in. Jakub Berman, członek Biura Politycznego KC PPR, Hilary Minc, minister przemysłu i handlu, kierujący wówczas polityką gospodarczą państwa, Franciszek Andrzej Mazur (właściwie Lewko Horodenko), członek KC i Sekretariatu KC PPR; a w MSZ – ministrowie Skrzeszewski i Wierbłowski, dyrektorzy Lachs, Gajewski, Żebrowski i Osóbka. Na ich decyzję co do dalszych losów spadku czekali konsul Jan Galewicz w Nowym Jorku, poseł Julian Przyboś w Szwajcarii i ambasador Jerzy Putrament w Paryżu.

Dwa tygodnie po odnalezieniu testamentu, w połowie kwietnia w MZS zwołano zamkniętą konferencję w sprawie spadku poprowadzoną przez dyr. Manfreda Lachsa. Rozważano na niej sposoby usunięcia największej przeszkody, Sylwina Strakacza. W rezultacie Strakacz przekazał wszelkie prawa i interesy do spadku przyrodniemu bratu Ignacego, Józefowi Paderewskiemu, którego w Nowym Jorku reprezentował konsul Jan Galewicz.

Prof. Lachs, mianowany na dyrektora powołanego w MSZ z początkiem 1950 roku Departamentu Prawno-Traktatowego, został wyznaczony do odzyskania wszystkiego, co tylko było możliwe ze spadku. Od tego momentu dyrektor Lachs będzie mózgiem operacji, bezwzględnie usuwającym każdą przeszkodę, w tym dalszych krewnych Ignacego Jana Paderewskiego, którzy zaczęli się zgłaszać jako spadkobiercy. Świadczą o tym zachowane dokumenty w archiwum MSZ, między innymi o przekazywaniu do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego niewygodnych dla sprawy osób.

Czy agenci Forda podsłuchiwali robotników w tramwajach? On pisał, że tak

Komuniści wyrzucili go z uniwersytetu, ale nigdy nie wyrzekł się marksizmu.

zobacz więcej
Oto fragment notatki napisanej przez Jana Balickiego, naczelnika Wydziału II MSZ, do obywatela dyrektora Lachsa w dniu 23 lutego 1953 r.:

Zgłosił się Stolarski Julian, pracownik budowlany z Legionowa – krewny I. J. Paderewskiego, który był bratem ciotecznym jego babki Heleny Stolarskiej z Piotrowskich. (...) Ponieważ nie jest rzeczą pożądaną, aby wokół sprawy spadku zrobił się rozgłos, który, jak w tym wypadku, jest podniecany przez osobników bliżej nieznanych i nie wiadomo skąd czerpiących wiadomości, Wydział II zapytuje, czy nie należałoby zwrócić się do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z prośbą o przesłuchanie ob. Hahna Mikołaja z Legionowa (poinformował on Stolarskiego, że mógłby uzyskać coś ze spadku) w sprawie rozgłaszanych przez niego wiadomości i poinformowanie MSZ o wynikach przesłuchania.

Więcej informacji o tej i innych osobach znajduje się w materiałach i dokumentach po byłym Urzędzie Bezpieczeństwa w Warszawie.

Dyrektor Lachs tak skutecznie nadzorował podział spadku, tylko w niewielkim zakresie zgodnym z zapisem testamentowym, że już w 1951 roku odznaczony został Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w trzy lata później Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.
Główna sala w Pałacu Pokoju w Hadze, gdzie siedzibę znalazł Międzynarodowy Trubunał Sprawiedliwości. Fot. UN-ONU PHOTO / ICJ-CIJ/HO/PAP/EPA.
W sierpniu 1991 roku, po artykułach wydrukowanych miesiąc wcześniej w tygodniku „Przekrój” ukazujących w zarysie mechanizm zawłaszczenia i rozgrabienia przez komunistów spadku po Paderewskim, do archiwum MSZ w Warszawie przyjechał z Holandii prof. Manfred Lachs, emerytowany sędzia Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Siedząc w archiwum przez pięć dni po kilka godzin, przewertował kilka tysięcy dokumentów. Dotarł do teczki nr 6 i wyjechał z Polski. Do pozostałych trzynastu teczek nawet nie zajrzał.

Nie ulegało wątpliwości, że szukał jakiegoś dokumentu. Po jego wyjeździe w teczce nr 6 stwierdzono brak oryginału i kopii „Notatki dla min. Skrzeszewskiego” sporządzonej przez dyrektora Departamentu Prawno-Traktatowego prof. M. Lachsa w dniu 15 maja 1952 r.

Był to tak obciążający go dokument, że prokurator Andrzej Korzeniewski z Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu przekazał do Prokuratury Rejonowej Warszawa- Śródmieście sprawę wykradzenia dokumentów z archiwum MSZ.

Sprawa ciągnęła się półtora roku. Po pięciu miesiącach od jej rozpoczęcia i przesłuchaniu świadków, Prokuratora Rejonowa dla Warszawy-Śródmieście zwróciła się do ekspertów prawników owyjaśnienie, czy Manfred Lachs korzysta z immunitetu właściwego sędziom Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze bądź innego immunitetu skutkującego wyłączenie jego odpowiedzialności spod orzecznictwa polskich sądów karnych (art. 512 i 513 kodeksu postępowania karnego).

Eksperci odpowiedzieli, że z funkcjonalnego charakteru immunitetu jurysdykcyjnego członka Trybunału wynikałoby, iż sędzia Manfred Lachs nie korzystałby z immunitetu jurysdykcyjnego, o ile popełniłby zarzucany mu czyn podczas pobytu w Polsce.

Postanowienie w tej sprawie Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście wydała 14 lipca 1993 r. Prokurator Anna Karlińska napisała w uzasadnieniu: „. … Opisany stan faktyczny usunięcia dokumentów z archiwum MSZ wyczerpuje dyspozycje art. 268 kk. (Kto niszczy, uszkadza, ukrywa lub usuwa dokument, którym nie ma prawa wyłącznie rozporządzać, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3 - przyp. M. K. ) .Wątpliwości nie budzi fakt, że dokumenty te usunął Manfred Lachs. Z uwagi na fakt, że wyżej wymieniony zmarł w dniu 14. 01. 1993 r. , postępowanie w sprawie postanowiono umorzyć.


Od momentu wykradzenia dokumentów Manfred Lachs nie pojawił się więcej w Polsce. Czy wykradając kompromitujące go dokumenty z archiwum MSZ, nie zdawał sobie sprawy, że w III RP istnieje inne prawo niż w PRL? I że on, laureat nagrody ONZ dla wyróżniającego się w świecie prawnika z 1975 roku, może ostatnie lata życia spędzić w polskim więzieniu?
Wikipedia odnotowuje, że jest pochowany na warszawskich Powązkach Wojskowych. Niedaleko wejścia na cmentarz, przy głównej alei, prawie vis a vis jego miejsca pochówku spoczywa Bolesław Bierut.

Represje za felieton

To wydarzyło się na jednym z uniwersytetów. Pracownik naukowy M.W. (inicjały nazwiska zmienione) wydrukował pod swoim nazwiskiem w ogólnopolskim dzienniku felieton o pośle-profesorze, znanym z grubiańskich i agresywnych wystąpień, wielokrotnie przekraczających zasady i normy etyczne naukowca, nie mówiąc już o etyce parlamentarzysty.

Felieton jest jedynym gatunkiem dziennikarskim, którego zdecydowana większość sędziów nie uważa za dowód do ogłoszenia wyroku skazującego. I tak też się stało w tym przypadku.

Poseł profesor miał jednak to szczęście, że rektor uniwersytetu, w którym pracował autor felietonu, był jego dobrym znajomym, może nawet przyjacielem. Nagle wszyscy zaczęli się dziwić, z jakiego powodu dotychczas szanowany i z nieskazitelną opinią ich kolega zaczął być represjonowany. Nie przez rektora, a przez prorektora. Nikomu nie przyszło do głowy, że powodem może być jeden, jednostronicowy felieton o profesorze-pośle z zupełnie innego uniwersytetu.

Autor felietonu mężne i z godnością znosił szykany i represje do momentu, kiedy władze uczelni, rektor, prorektorzy i dziekani otrzymali pewnego dnia anonim wysłany na ich adresy mailowe. Anonimowy nadawca podając się za absolwentkę uniwersytetu, oczerniał w niewybredny sposób, wyśmiewał i dyskwalifikował M.W. jako pracownika naukowego.

Większość adresatów skasowała w komputerach anonim, ale nie prorektor, który wszczął śledztwo na podstawie anonimowych pomówień. Pominął przy tym oceny ankiet studentów, wyniki egzaminów, działalność recenzencką i promotorską M.W., wszystkie było powyżej dobrej, blisko bardzo dobrej.
Inauguracja roku akademickiego 2019/2020. Fot. PAP/Maciej Kulczyński
Prorektor zażądał przesłuchań studentów i przełożonych oraz współpracowników M.W. Naukowiec postanowił zgodnie z obowiązującym prawem poprosić o ustalenie autora anonimu z pomocą policji. Sam nie mógł tego zrobić, jego prośba do rektora w tej sprawie musiała przejść drogę służbową. Dyrektor Instytutu, w którym zatrudniony był M.W., kategorycznie odmówił podpisania prośby i skierowania jej o piętro wyżej, do dziekana.

M.W. opuścił jego gabinet z przeświadczeniem, że żyje w czasach postalinowskich i że autorem anonimu nie była żadna absolwentka. Do dziś nie wiadomo, kto nim był. A wrażeniom i odczuciom M.W. trudno się dziwić, zważywszy na jego doświadczenia. Gdy miał zaledwie kilka miesięcy, po jego ojca przyszli funkcjonariusze UB i przewieźli do więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Ojciec na podstawie kłamliwych zeznań i anonimów otrzymał wyrok sześciu lat więzienia, które opuścił na mocy amnestii po śmierci Stalina w 1953 roku. Mimo, że w 1956 roku został zrehabilitowany, prześladowany był do śmierci.

Niedługo potem u M.W. zdiagnozowano guz. Po operacji i wielomiesięcznej rehabilitacji nie wrócił już na uniwersytet. Dziś utrzymuje kontakty z nielicznymi naukowcami, którzy mu współczują, oczekując na zmianę władz uczelni. Ale nawet zmiana władz i tak niczego już nie zmieni.

Kolekcjoner... cudzych zbiorów

Mówią o nim, że jest znawcą jednego tematu. Przez całe życie powielił go w dwóch lub trzech książkach naukowych i w tyluż popularnonaukowych. Poza tym jest kolekcjonerem pamiątek po bohaterach swojego tematu. Szczyci się i chwali, gdzie może, dużym zbiorem dodając, że pamiątki – zdjęcia, dokumenty, medale, pamiętniki, korespondencję itp. przekazali mu jego bohaterowie. W dowód zaufania i szacunku. Nie ze wszystkimi bohaterami lub ich najbliższymi tak było.

Czy Kościuszko to Moniuszko?

Aż strach zapytać, czego jeszcze nie wie współczesny, młody inteligent – pisze Krzysztof Zwoliński.

zobacz więcej
Wdowa po wybitnym Polaku, który w czasie okupacji niemieckiej współtworzył plan odbudowy gospodarczej Rzeczypospolitej po wyzwoleniu, posiadała cenną kolekcję zdjęć, dokumentów i odznaczeń męża. Ulegając usilnym prośbom, wypożyczyła owemu historykowi-kolekcjonerowi najcenniejsze eksponaty. Kiedy jednak zwróciła się o ich zwrot, ten odmówił, tłumacząc, że jeszcze je opracowuje. Schorowana radziła się znajomego historyka, co robić w tej sytuacji. Ten doradził jej, żeby wysłała pismo adwokackie, żądając zwrotu wypożyczonego zbioru. Pisanie, tłumaczył, do przełożonych historyka-kolekcjonera jest bezcelowe, tym bardziej że złożona chorobą, nie jest w stanie osobiście interweniować. Wdowa zbioru nie odzyskała do śmierci.

Po jej pogrzebie pamiątki usiłował jeszcze odzyskać krewny z Kanady. O tym, u kogo się znajdują dowiedział się od historyka – znajomego wdowy. Na próżno. Kolekcjoner musiał się jednak dowiedzieć, kto go do niego przysłał, bo teraz tam, gdzie może, szkodzi owemu historykowi. I nie przestaje chwalić się publicznie swoją kolekcją.

Pochwała skostniałego języka

Jest w nauce polskiej Fundacja, finansowana z naszych, publicznych pieniędzy, która decyzje o złożonych do niej pracach podejmuje zbiorowo. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby było wiadomo, kto te decyzje podejmuje. Podpisuje się pod nimi sekretarz ze stopniem naukowym doktora, natomiast nazwiska profesorów z Rady Wydawniczej pozostają anonimowe, próżno ich szukać na stronie internetowej Fundacji. Decyzje są ostateczne i nie ma od nich odwołania, bo nie ma do kogo się odwoływać.

W pierwszym etapie profesorowie Rady oceniają, czy można i czy warto skierować pracę do dwóch recenzentów. Zdarzyło się, że odrzucili pracę naukową argumentując, że napisana jest językiem dziennikarskim. Merytorycznie nie mieli żadnych krytycznych uwag.

Zarzut o języku dziennikarskim w pracy naukowej – to kuriozum w świecie współczesnej nauki. Naukowcy najbardziej znanych i cenionych uniwersytetów na świecie: Harvardu czy Cambridge piszą językiem zrozumiałym dla świata naukowego i czytelników. I nikt nie odważy się zarzucić im, że piszą językiem dziennikarskim.
Można pisać skostniałym językiem o życiu seksualnym owadów, o obyczajach polskich parlamentarzystów, ale dużo trudniej z zakresu historii, prawa, etyki i innych dziedzin nauki, gdzie wymagana jest precyzja czytelnych i zrozumiałych sformułowań. Dotychczas jeszcze żaden z polskich naukowców nie podjął się przeanalizowania, jaka jest różnica między językiem naukowym a dziennikarskim. Gdyby nawet taka praca powstała, czy uzyskałaby przychylne opinie i została skierowana do recenzentów przez wspomnianą wyżej Radę Fundacji?

•••

Wydawać by się mogło, że po upływie ćwierć wieku demokracji w nauce III Rzeczpospolitej, nowej ustawie o szkolnictwie wyższym, dużo się zmieniło. Rzeczywiście. Ale są jeszcze enklawy opanowane przez naukowców z nawykami wyniesionymi z minionych lat i przez ich wychowanków.

– Maciej Kledzik,
emerytowany profesor historii


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kobieta, która stanęła przeciw Łukaszence
Przez lata żyła „przy mężu”. Dziś musi sprostać roli męża stanu.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak zarobić na Białorusi. Polski biznes w państwie Łukaszenki
To kraj fantastycznie uporządkowany, nie ma tam szarej strefy, jak na Ukrainie czy w Rosji – mówią inwestorzy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Dlaczego zarażeni Polacy rzadziej umierają w weekendy? Dziwne...
W czasie pandemii liczba zgonów spadła. Najbardziej na Lubelszczyźnie, Podlasiu i Podkarpaciu
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Demokraci byli rasistami. Republikanie walczyli o prawa czarnych
Elity republikańskie przypominały namaszczonych elitarnych działaczy Unii Wolności przekonanych, że prowadzą kraj ku postępowi.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Życie na 500 procent normy
„Wtedy Bóg rzekł: Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną; niechaj więc żyje tylko 120 lat”.