Kultura

Kulisy kampanii. W filmie Jana Komasy winy nie są rozłożone równo, tu tylko prawica płaci hejterom

„Boże Ciało” było dla mnie filmem wielkim. „Hejter. Sala samobójców” jest filmem bardzo dobrym. Z którego wymową nie całkiem się zgadzam.

Zacząć muszę od zastrzeżenia. Sam nie lubię czytać przed obejrzeniem filmu jego streszczenia. Jestem wrażliwy na tak zwane spoilery. Udaje mi się z reguły oglądać filmy przynajmniej częściowo będąc zaskakiwanym zwrotami akcji. W tym przypadku sam Jan Komasa sporo o fabule „Hejtera” powiedział. Mimo to czuję opór przed jej zdradzaniem.

Trudno mi jednak napisać ten tekst nie odnosząc się do konkretnych sytuacji ze scenariusza. W przypadku „Bożego Ciała” było mi łatwiej. Akceptacja dla ogólnej wymowy tamtego dzieła wystarczyła, aby o nim pisać bez szczegółów. Z poszczególnymi wątkami „Hejtera” muszę jednak podjąć dyskusję.

Kto chce więc najpierw zobaczyć, a potem poznawać moje opinie, niech wróci do tekstu po powrocie z kina. Do której to wyprawy gorąco zachęcam.

Przerażenie internetowym gąszczem

Mam wrażenie, że Jan Komasa to dziś dar losu dla polskiego kina. Jeden z niewielu filmowców, którzy od pierwszej „Sali samobójców” ma żywy kontakt z duchem czasu i przestrzeni, z tym co tu i teraz. Który opowiada o polskiej rzeczywistości nadając jej uniwersalny charakter, ale nie roniąc tego, co aktualne i ważne w danym momencie.
Gdy dodać do tego mój podziw i sympatię dla sposobu, w jakim uczestniczy w debacie…. Tak, jestem fanem nie tylko filmów Komasy, ale i samego Komasy. Po przeprowadzeniu z nim długiej rozmowy tylko się w tym poczuciu utwierdziłem.

„Boże Ciało” było równocześnie o tylu różnych rzeczach. Próbowało dać jakiś obraz naszego społeczeństwa. Stawiało pytania o styk religii i moralności z życiem. I podnosiło kluczową kwestię: czy można przełamać raniące podziały rozrywające zbiorowość. Czy jest skuteczna recepta na oskarżenia, podejrzenia, nienawiść.

Zdumiewało inne niż u większości polskich ludzi filmu, empatyczne spojrzenie na prowincję. Ale i uniwersalne przekonanie, że nawet człowiek nie całkiem dobry, kierujący się specyficznymi motywami, może kawałeczek dobra przynieść swoim bliźnim.

Spotkało się to wszystko z zaskakująco masowym odzewem. Chociaż film nikomu nie schlebiał, nie szeleścił papierem gniewnej publicystyki, nie opowiadał się za jednymi czy drugimi w rozmaitych polskich wojnach. Wysoka frekwencja, w sytuacji kiedy nasza publika nie zawsze bywa sprawiedliwa, to może nawet większa nagroda niż nominacja do Oscara i możliwość stania na czerwonym dywanie w Los Angeles.

Zdumiewająco szybko po takim sukcesie Jan Komasa robi kolejny film. W tym samym duecie ze scenarzystą Mateuszem Pacewiczem. Luźno nawiązuje do swojego pierwszego obrazu - postacią Beaty Santorskiej graną przez Agatę Kuleszę. Dotknięta nieszczęściem matka chłopaka uzależnionego od Internetu staje się wydrążoną wewnątrz, na wskroś cyniczną właścicielką agencji będącej tak zwaną fabryką trolli. Zajmującej się PR-em, przede wszystkim tym czarnym.
Jan Komasa podczas ceremonii wręczenia Polskich Nagród Filmowych „Orłów”, 2 marca 2020 w Teatrze Polskim w Warszawie. „Boże Ciało” miało aż 15 nominacji, zostało wyróżnione w 11 kategoriach. Fot. PAP/Leszek Szymański
A więc znowu Komasa daje wyraz swojemu niepokojowi, co ja mówię: przerażeniu netowym gąszczem, w którym czai się zło. Tyle że w „Sali samobójców” prowadziło ono nie tyle do krzywdzenia innych, co do samozagłady.

Gdzie zaczyna się zło

Tu oglądamy proceder kreowania fake newsów za pieniądze, działalność złoczyńców złapanych przez kamerę na gorącym uczynku. To ciekawe, ale to zło jest przedłużeniem zła czającego się w samej metodzie pracy. To korporacja (właściwie korporacyjka), gdzie nikt nikogo nie szanuje. Gdzie liczy się efektywność w wyrządzaniu ludziom krzywd, ale też sporo mamy bezinteresownego krzywdzenia pracownika przez pracodawcę. To celna obserwacja i jakaś prawda o naszej współczesności.

Na to nakłada się opowieść o jednostce. Tomka Giemzę granego przez Macieja Musiałowskiego Michał Oleszczyk już porównał do bohatera „Czerwonego i czarnego” Stendhala. Miałem podobne skojarzenia.

Młody człowiek stający się bezwzględnym arywistą bywa częstym bohaterem kina zachodniego, swoistym uosobieniem niepokoju wywołanego pewnym modelem kariery. Z filmów polskich przypomina się bardzo stary „Wodzirej” Feliksa Falka. Tam z kolei drapieżność młodego karierowicza stanowiła skrót peerelowskiej drogi do sukcesu. Ale do drapieżnego kapitalizmu takie obserwacje pasują zaskakująco dobrze.

Bohater „Hejtera” jest jednak trochę kimś innym niż Lutek Danielak Falka. Owszem, szuka swego miejsca w wielkomiejskiej dżungli, ale chodzi mu o coś więcej. Kieruje się emocjami, zawiedzionym uczuciem do dziewczyny, a poprzez nią do inteligenckiej rodziny Krasuckich, w okolicach której się kiedyś znalazł (znajomi z wakacji).

Podziw dla siły to nie tylko cecha plebsu. Być jak bad boy „Pablo”

Patryk Vega znowu przypomina, że jest czołowym łobuzem polskiej kinematografii i reżyserem wszystkich Polaków.

zobacz więcej
Z jednej strony widzimy kilka razy jego łzy. Danielak-wodzirej na łzy nie tracił czasu. Z drugiej, to pożądanie, nie pieniędzy, a bycia kimś innym, czyni go kimś więcej niż karierowiczem. Jego intryga zawiązana wokół Krasuckich, polityczna i prowadząca do zbrodni, jest z punktu widzenia jego materialnego powodzenia bardziej ryzykiem niż krokiem do sukcesu. Ryzykuje, bo marzy. I przez marzenia staje się potworem.

Ciekawa opowieść. Ciekawa i stawiająca przed każdym młodym, a może nie tylko młodym człowiekiem, zasadnicze pytanie: gdzie zaczyna się zło. Skąd się ono bierze? W swoich komentarzach Komasa chętnie opowiadał, że ważnym wątkiem jest tu odrzucenie, społeczne wykluczenie. Protekcjonalne potraktowanie młodego chłopaka na samym początku rodzi tak potworną frustrację, że prowadzącą do rzeczy najgorszych.

Cenzurki rozdane środowiskom

Tomek przebywa drogę dokładnie odwrotną niż jego niemal rówieśnik Daniel z poprawczaka w „Bożym Ciele”. Tamtego kopiowanie katolickich rytuałów wprowadziło na dobrą drogę, której nie mógł jednak do końca przebyć. Tu bohater także próbuje na wiele sposobów kopiować. To jego recepta na życie. Prowadzi go ona właściwie do sukcesu (pytanie, na ile trwałego). I do ceny najstraszniejszej: utraty duszy.

To wszystko są tematy ważne, rzec by można podstawowe. Ale naturalnie widz będzie oczekiwał od Komasy także czegoś innego. Pokazanie w czasie kampanii wyborczej filmu, gdzie kluczową rolę odgrywają kulisy takiej kampanii, rodzi pytanie o obraz polskiej polityki. O cenzurki rozdane poszczególnym środowiskom. O to, kto wypada lepiej, a kto gorzej.

Scenarzysta i reżyser zawsze mogą powiedzieć, że nie proponują nam uogólnienia, że opowiadają tylko konkretną historię. Mają do niej prawo. Zarazem jeśli ktoś – to przykład – pokazuje czterech księży, z których wszyscy mają paskudne nawyki i złe dusze, trudno się będzie ustrzec wrażeniu, że oglądamy film antyklerykalny.
Komasa już zawędrował na okładkę „Newsweeka” ze słowami o zagrożeniu nienawiścią. Trzeba przyznać, że w wywiadzie dla tego pisma ustrzegł się wpisywaniu w czyjąkolwiek propagandę. Podkreślał swoją apolityczność. Ba, koncentrował się na krytyce inteligenckich elit, które pod postacią Krasuskich przyczyniły się do demoralizacji Tomka. Bo były nie dość inkluzywne.

Zarazem, choć od ich nabzdyczenia się zaczyna, choć traktują ludzi jak dawni arystokraci służbę, lista innych ich grzechów nie jest długa. Prawda, że posługują się naiwnymi komunałami, podobnie jak ich wymarzony kandydat Paweł Rudnicki (Maciej Stuhr), ale naiwność nie jest we współczesnym świecie wadą największą.

Zaryzykowałbym twierdzenie, że niezależnie od tego, co Komasa o własnym filmie mówi, ludzie dawnych elit mogą się nawet poczuć tym filmem cokolwiek podbudowani. Nie wyczują wielu ironii, sypią przecież takimi samymi frazesami jak Krasuccy czy Rudnicki. Za to finał mogą wręcz odebrać jako sprzeczny z tym, co chcieli powiedzieć twórcy filmu. Nie opłacało się otwierać na nowych ludzi, skoro ich przedstawiciel okazał się bestią. Poza naszym kręgiem czai się prawdziwe zło.

Winy rozłożone nierówno

Sam mam skądinąd wątpliwość, czy Jan Komasa przypisując Tomkowi nazbyt wiele złych cech i czynów, nie osłabił innych swoich morałów. Czy bohater filmu jest rzeczywiście ofiarą podwójnej deprawacji: atmosfery fabryki trolli i odrzucenia przez Krasuckich? Czy był od początku do szpiku kości zły? To dylemat występujący nawet w popularnych młodzieżowych slasherach. Postać skrzywdzona odpowiada czymś tak strasznym, że o jej krzywdach przestajemy na serio myśleć.

Z kolei politycznym kontrapunktem dla sił postępu nie jest Tomek, on używa politycznych etykietek dla własnych celów. Zakłada kolejne maski. Nie są nawet muśnięci fabułą filmu narodowcy, choć to z ich kręgu wychodzi finałowa zbrodnia.

Mamy jednak polityka mainstreamowej prawicy Macieja Szozdę (Piotr Cyrwus), który opłaca kampanię czarnego PR-u przeciw Rudnickiemu. Prawda, sztab kandydata postępu też płaci za takie usługi, ale nie widzimy, aby płacił za hejt. Winy są więc rozłożone nierówno. Wystarczy się zaś przyjrzeć choćby obecnej kampanii, aby zauważyć, że jest inaczej.

Trollom prawicowym odpowiadają ci obsługujący liberałów. A co więcej, hejt nie sprowadza się do akcji prowadzonej przez zawodowców. Proszę wejść na internetowe forum poparcia dla Romana Giertycha, gdzie niemal codziennie ogłasza się takie rewelacje, jak ta, że prezydent Duda oszalał. Albo zobaczyć, z jakim wdziękiem Sok z Buraka, portal animowany przez ludzi PO, pyta o rzekome romanse prezydenta. To są hejterskie działania podejmowane nie pod maską anonimowych kont, ale z otwartą przyłbicą.

„Parasite”: dyskomfort dla liberalnych elit

Korea Południowa jawi się jako kraj Trzeciego Świata. Możliwości awansu społecznego są zablokowane.

zobacz więcej
Sam Paweł Rudnicki grany przez Stuhra jest głównie naiwniakiem. Skłonności homoseksualne każą go kojarzyć z Robertem Biedroniem. Ogólna polityczna charakterystyka (kandyduje na prezydenta Warszawy) – z Rafałem Trzaskowskim. A finał z Pawłem Adamowiczem.

Istotnie Pacewicz napisał to, a Komasa nakręcił przed mordem na prezydencie Gdańska i robi to wrażenie proroctwa. Tyle że cała trójka - Biedroń, Trzaskowski, Adamowicz - nie jest naiwna. To twardzi polityczni gracze. Tej prawdy w „Hejterze” nie znajdziemy.

Nie całkiem sprawiedliwy

Film ma zwodniczy urok czegoś naprawdę autentycznego. Komasa umie aranżować sceny; klub muzyczny, pompatyczny koncert, sztab wyborczy, wszystko to świetne narzędzia, aby nas osaczać dobrze wychwyconą rzeczywistością. Sprzyjają temu świetne zdjęcia Radosława Ładczuka - mnóstwo zbliżeń twarzy. Czy dyskretna, ale sugestywna muzyka Michała Jacaszka.

Umie też prowadzić aktorów aby byli maksymalnie niejednoznaczni, wciągali nas w gry z ich własnymi portretami. Ten film ma dwie wielkie kreacje. Maciej Musiałowski, świeży absolwent łódzkiej filmówki potrafi wygrać różnorodne emocje, nawet te których nie ma w słowach scenariusza. Umie pokazać, w których momentach Tomek się waha. Jego tyradę przez łzy na temat elit zapamiętamy na lata. I – to największy paradoks – bardzo długo musimy mu współczuć. Wręcz go lubić.

Zapamiętamy też wielką rolę Agaty Kuleszy. Wizerunek zła spętanego, pokonanego przez zło jeszcze większe, wszystko to wypełza na twarz aktorki z dosadnością, której dawno nie widziałem. I mamy mnóstwo ról drugoplanowych, które się pamięta. Jacek Koman i Danuta Stenka (Krasuccy), Vanessa Aleksander (Gabi, ich córka) – to pierwsze przykłady, jakie się nasuwają.
A jednak przy rozkładaniu win i mierzeniu odpowiedzialności Komasa nie chciał albo nie umiał wyjść poza perspektywę lewicowo-liberalnej elity. Pokłuł ją, prawda, ale nie na tyle aby realnie zrobić jej krzywdę. I powtórzę: nie miał takiego obowiązku, każdy ma prawo do własnego punktu widzenia. Wyszedł film mądry i ciekawy, ale przecież z mojej perspektywy nie całkiem sprawiedliwy.

Może mieć sporą widownię, wstrzela się przecież w historyczny moment. Polityka jest właśnie TAKA coraz bardziej, nie mniej. O pewnych zjawiskach, jak choćby o trollowaniu za kasę, w polskim kinie mówi chyba po raz pierwszy. Nie lekceważę „Hejtera” jako uniwersalnej przestrogi.

Ale jest mniej zwrócony do wszystkich Polaków niż „Boże Ciało”. Ludzie o konserwatywnych poglądach bez trudu zauważą, że zagrożenia są przez Komasę postrzegane trochę jednostronnie. Namawiam jednak do obejrzenia tego filmu. Mówi o ważnych sprawach i jest ofertą, z którą przynajmniej warto się poważnie spierać.

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Jak psują się religie?
Zdjęcie główne: Fotos z filmu "Sala samobójców. Hejter", reż. Jan Komasa. Fot. Jarosław Sosiński/Kino Świat
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Polski los, amerykańskie wzruszenia
Czekając na trzeci sezon „Stuleci Winnych”.
Kultura Poprzednie wydanie
Niewierny twardziel, magnum 44 i polityka
Przyjaciel Reagana, zwolennik McCaine’a, sympatyk (chwilowy) Trumpa, poplecznik Bloomberga.
Kultura wydanie 22.05.2020 – 29.05.2020
Od Górniak do Harrelsona. Fake newsy celebrytów
Wymyślony koronawirus, niebezpieczne szczepionki, groźna sieć 5G…
Kultura wydanie 22.05.2020 – 29.05.2020
Inspirowała Kantora. Miała talent i pecha żyć, kiedy ton sztuce...
Została dostrzeżona już na studiach, ale dokonania Marii Stangret-Kantor nie były tak popularne, jak jej męża.
Kultura wydanie 15.05.2020 – 22.05.2020
Ostatnia rewolucja w świecie dobrobytu
Krytyka rządów sprzed 1979 roku, która utorowała Margaret Thatcher drogę do władzy, współbrzmiała z głosami muzyków punkowych.