Cywilizacja

Odesłani do lamusa. Końcówka kariery bywa smutna

Starają się przeciągać ją tak długo jak się da i jeszcze trochę. Ważną motywacją są pieniądze, zwłaszcza że wiedzą, jak je zarabiać. Ważny jest też sam sport, ponieważ wiedzą, co mają w nim robić. Nie wszystkim udaje się zejść ze sceny niepokonanym. Ostateczną decyzję (trwać czy odpuścić) – częściej podejmuje ciało niż głowa.

I zdaje się, że to ciało zadecydowało u Marii Szarapowej, która ogłosiła zakończenie sportowej kariery. 32-letnia tenisistka, która zdobyła pięć tytułów wielkoszlemowych, w ostatnich latach nic wielkiego nie osiągnęła. Narzekała za to na kontuzje i urazy.

Wiek to jedna z rzeczy, na które nie mamy wpływu. Zatem nie warto się nim zajmować, a zwłaszcza – przejmować. Zamartwianie się upływem czasu to strata czasu. Zapewne zdrowsze będzie skupienie się na „tu i teraz”.

Ta teoria względności przemijania nie obejmuje jednak tego, czym człowiek zazwyczaj wypełnia swoje życie i co reguluje jego samopoczucie. Tym czymś jest praca zawodowa. Sukcesy dodają nam energii. Porażki dołują. Podobnie jak choroby. Wtedy zauważamy swój wiek, często czujemy się niepotrzebni.

Ale jest profesja, w której następuje to szybciej niż gdzie indziej. I nie ma nic wspólnego z potocznie rozumianym wiekiem podeszłym. Ludzie młodzi i zdrowi tracą gwarancję użyteczności. Zostają odesłani do lamusa, choć ich metryka zupełnie na to nie wskazuje. Tą profesją jest sport.

Jak długo można?

Sportowiec to zawód z ograniczoną licencją czasową. Nie ma na to żadnej ustawy, reguluje to biologia. W tej branży młodość i starość postrzegane są inaczej niż w innych. Czterdziestolatek to dziadek. Osiemnastolatek to szczaw.

Czterdziestoletni mężczyzna w cywilu (bo kobiety zawsze mają 18 lat) często dopiero dociera do szczytu możliwości zawodowych, robi karierę, a nierzadko też pieniądze. Jak mu odwala, staje się królem życia i zmienia żony.

Czterdziestoletni weteran sportu – przeciwnie. To, co najlepsze częściej ma już za sobą niż przed sobą. Stara się jakoś osiedlić w cywilnej rzeczywistości – mniej lub bardziej nerwowo. Gdy ma kasę, to spokojniej. Ale majętnych nie ma aż tak wielu jak można by sądzić z lektur o sportowych celebrytach.

Z tej przyczyny liczne grona znanych i mniej znanych sportowców starają się przeciągać kariery tak długo jak się da i jeszcze trochę. Ważną motywacją są pieniądze, zwłaszcza że oni wiedzą, jak je zarabiać. Ważny jest też sam sport, ponieważ wiedzą, co mają w nim robić. O życiu poza sportem będą się dopiero dowiadywać.

Zawód sportowca kończy się wcześniej niż jego potencjalna aktywność zawodowa i nie ma na to rady. Do emerytury kawał drogi. Kto nie miał szczęścia, nie zostanie rentierem ani inwestorem. A sama myśl, że trzeba zaczynać od nowa, boli.
Waldemar Baszanowski dowiedział się ze zdziwieniem, że jego organizm jest starszy od niego. Na zdjęciu: Rok 1968. 33-letni sztangista na igrzyskach olimpijskich w Meksyku. Fot.PAP/CAF-archiwum
Nie wszystkim udaje się zejść ze sceny niepokonanym. Niektóre końcówki bywają smutne. Frustrujące nie tylko dla sportowca, ale także dla jego kibiców.

Zatem proste pytanie: jak długo można uprawiać ten fach i od czego to zależy?

Spekulacje biorą w łeb

Większość sportowców odpowie bez namysłu, że zależy to od zdrowia. Dopóki zdrowie dopisuje, można robić swoje i nie oglądać się na wiek. Tyle że wszystko zależy od zdrowia, życie też.

Problem jest bardziej finezyjny. Nie sposób go sprowadzić do jednej zależności. Nie da się go opisać jedną tezą bez rozwinięcia. Nawet to banalne spostrzeżenie, że granica wieku sportowców wyczynowych przesuwa się, też wymaga dopowiedzenia.

Bo co to jest wiek sportowca? Wbrew pozorom wskazuje na niego nie tylko metryka. Bardziej długość sportowej kariery, która wpływa na stan organizmu właściwy dla określonego wieku człowieka. Trzydziestoletni sztangista może mieć organizm 60- lub 70- latka.

Były takie badania na wybitnych polskich ciężarowcach przed laty. Poddał się im między innymi Waldemar Baszanowski, mistrz olimpijski. I dowiedział się ze zdziwieniem, że jego organizm jest starszy od niego. Wykazywał to stan kręgosłupa, ścięgien i więzadeł w stawach.

Robert Kubica. Anatomia porażki. Fenomen nadziei

Media wróżą rychły koniec kariery polskiego kierowcy w F1.

zobacz więcej
Rzecz jasna nie każda dyscyplina tak mocno postarza uczestników i nie każdy jest równie podatny na taką demolkę. W 1920 roku Szwed Oscar Swahn zdobył srebrny medal olimpijski w strzelectwie, mając 72 lata.

W 1924 brytyjski curler Robin Welsh Senior wywalczył olimpijskie złoto, mając 54 lata i 101 dni. 58 lat i 157 dni miał Szwed Carl August Kronlund, gdy na igrzyskach Chamonix zdobywał srebro w curlingu.

Strzelectwo i curling nie należą do sportów morderczo ekstremalnych, to prawda. Ale już biathlon potrafi dać w kość. Tymczasem Ole Einar Bjørndalen przekroczył czterdziestkę i metę w Soczi z ósmym złotem olimpijskim w karierze.

Jak się trafiają tacy goście jak ten Norweg czy Noriaki Kasai (48 lat), wszystkie spekulacje biorą w łeb. Japończyk uprawia skoki przez 32 lata – na razie…, Bjoerdalen w 2014 był biathlonistą od 24 lat, więc jak długo można?

Nadzieja umiera ostatnia

Sport można uprawiać dłużej albo krócej, można zamykać sklepik wcześniej albo później, ale nie to jest istotą problemu. Sportowcy nie dostają medali ani nie zarabiają pieniędzy za długowieczność zawodową. Jedno i drugie dostają za wyniki. Rzecz w tym, jak utrzymać wysoki poziom mimo upływu lat.

Przeciąganie kariery musi być kompatybilne z osiągnięciami, inaczej nie ma to sensu. Jednak wielu kariery przeciąga, chociaż idzie im coraz gorzej. Nie dlatego, że stracili rozum. Ale dlatego, że nie stracili nadziei na kolejny, lepszy sezon.

Na potwierdzenie szukają racjonalnych argumentów i znajdują: bo była kontuzja, bo trener zawalił robotę. To bardzo ludzkie reakcje, chociaż nieprofesjonalne. Nadzieja umiera ostatnia, a kariera zaraz potem.

Przykład Bjoerdalena jest inspirujący. On zszedł ze sceny niepokonanym. Niestety takie przykłady to wyjątki, które nie stanowią reguły, chociaż zdarzają się w różnych sportach i czasach budzą zdziwienie i rodzą pytania.

Większość wybitnych sportowców kończy dziś ze sportem w wieku 34 – 36 lat. Kiedyś robiono to przeważnie koło trzydziestki albo przed, więc nowa tendencja jest zauważalna. Lecz w każdym czasie i każdym sporcie bywają odchylenia, które trudno racjonalnie wytłumaczyć.

Na wybory osobiste – kończyć albo trwać na posterunku – bardzo często wpływa sytuacja na rynku sportowym. Ona dotyczy zawodników dużego formatu, którzy zasilają reprezentacje narodowe. Póki nie ma młodszych zmienników na wyższym albo porównywalnym poziomie, starszacy pozostają w grze.
Piłkarze reprezentacji Polski po ostatnim meczu eliminacyjnym mistrzostw Europy ze Słowenią w listopadzie 2019 roku na PGE Narodowy w Warszawie. Fot. PAP/Leszek Szymański
Tak jest w wielu dyscyplinach, między innym w polskiej piłce. Trzon reprezentacji to trzydzieści Plus. Robert Lewandowski (31 lat); Kamil Grosicki (31); Thiago Cionek (33); Kamil Glik (31); Artur Jędrzejczyk (32). Jednak wszyscy utrzymują poziom.

Kadra A naszych skoczków narciarskich to Stefan Hula (34); Dawid Kubacki (30); Kamil Stoch (33); Piotr Żyła (33); Maciej Kot (29); Jakub Wolny (25). Indywidualnie i drużynowo występy skoczków przynoszą krajowi sławę i chwałę.

Takie podpory polskiej siatkówki jak: Bartosz Kurek (32); Fabian Drzyzga (30); Grzegorz Łomacz (33); Michał Kubiak (32); Dawid Konarski (31); Karol Kłos (31); Andrzej Wrona (32) także należy zaliczyć do grupy trzydziestolatków z plusem i do chluby naszego sportu.

Dobra koordynacja metryki z osiągnięciami stwarza pewien margines wyboru. Nie tak duży, aby uznać go za komfortowy. Ostateczną decyzję (trwać czy odpuścić?) – częściej podejmuje ciało niż głowa. Gdy namnażają się kontuzje, pora zwijać kramik

Falowanie i spadanie

Przedłużanie karier wywołuje często pewien niekorzystny efekt w całych dyscyplinach albo określonych konkurencjach. A mówiąc obrazowo – powoduje zjawisko falowania i spadania: konkretnie wskaźnika sukcesów.

To zjawisko nie dotyczy, albo dotyczy w niewielkim stopniu, krajów o potężnych potencjałach kadrowych jak Chiny, USA czy Rosja. Nie dotyczy krajów o wielkich zasobach specjalistycznych talentów jak Kenia czy Etiopia w biegach albo Jamajka w sprincie. Lecz wszystkich innych już tak.

Narodowa duma i pokrzepienie serc. Polacy pod narciarską skocznią

Dzięki sportowi tak wielu zawdzięcza nielicznym tak wiele pozytywnych doznań. Wyzwalają się w nas postawy patriotyczne. Wtedy wszyscy jesteśmy Polakami.

zobacz więcej
Na czym to zjawisko polega? Ujmując rzecz najprościej i najogólniej: na kumulacji sił i środków, przez piętnaście czy dwadzieścia lat, na grupach sportowych liderów.

Oni są w centrum uwagi wszystkich udziałowców rynku: trenerów, działaczy, sponsorów, lekarzy, fizjoterapeutów, farmakologów, menadżerów, producentów sprzętu, psychologów, branżowych federacji, właściwych ministerstw, wszystkich mediów, speców od reklamy i promocji oraz głównego konsumenta sportu, czyli opinii publicznej.

Taka koncentracja na gwiazdach, które ciągną dyscyplinę i to przez długie lata, skutkuje osłabieniem wsparcia, jakie mogą otrzymywać przyszli zmiennicy liderów. Skala środków na tworzenie zaplecza, głównie z młodych kadr, zależy od zamożności danego kraju i struktury sportu. Jednak jest bardziej ograniczona od tej z głównego nurtu, pod każdym względem.

Z tej przyczyny w sporcie młodzieżowym istnieje duża przypadkowość karier. Przy dużym szczęściu parę wybitnych talentów w końcu zajmuje miejsca zasłużonych weteranów. Przy mniejszym – trzeba czekać aż ktoś wypełni lukę po mistrzach, niekiedy całe dekady. A wtedy dyscyplina albo konkurencja spada z wysokiej fali.

Nerwowe ruchy

Falowanie i spadanie powtarza się cyklicznie i w polskim, i w światowym sporcie. Jednak trudno przewidzieć moment, w którym po hossie nastąpi bessa, ponieważ rządzi tym zbieg okoliczności – bardziej korzystnych lub mniej.

Póki jest dobrze i są sukcesy, nie ma ciśnienia na zmiany. A jak nie ma ciśnienia na zmiany, mało kogo boli głowa o zmienników. Z wyjątkiem trenerów, którzy pracują z młodzieżą, bo oni tym żyją na co dzień.

Dopiero, gdy liderzy zbliżają się do sportowej emerytury, zaczynają się nerwowe ruchy, przeważnie już spóźnione. W takich sytuacjach bywają różne dyscypliny. Choćby obecnie nasza męska piłka ręczna, która po zmianie pokolenia ze starszego na młodsze, zasadniczo zmieniła pozycję międzynarodową z lepszej na gorszą.
Rok 2014. Anna Rogowska w finale rywalizacji kobiet w skoku o tyczce podczas halowych lekkoatletycznych mistrzostw świata w sopockiej Ergo Arenie. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Tak jest w kobiecych biegach narciarskich po odejściu Justyny Kowalczyk. Także w skoku o tyczce kobiet po zakończonych karierach Moniki Pyrek i Anny Rogowskiej. Wszystkie trzy sportsmenki wyniosły swoje specjalności na szczyty. Gdy odpuściły, poziom konkurencji poleciał na łeb na szyję. Nieprędko wróci do stanu poprzedniego.

Czy tak się stanie w polskich skokach narciarskich, siatkówce albo w lekkoatletyce, w której mamy wielu mistrzów powyżej trzydziestki, a między nimi Piotra Małachowskiego lat 37? Czy może jednak będą odchodzić tacy, którym nie uda się zsynchronizować metryki z wynikami?

Trudno przesądzać, bo zawsze jest nadzieja na kolejny, lepszy sezon.


Znane nazwiska przyciągają fanów, fani – sponsorów i media, i rzesze ludzi zainteresowanych karierą championa, gdyż jego sława to także ich pieniądze. Potrafią zadbać, aby sportową biografię doświadczonego mistrza przedłużyć.

Muszą żyć planowo, trzymać dyscyplinę, unikać nałogów. Najogólniej – dobrze się prowadzić, bo bez tego długo w sporcie nie pociągną.

Niegrzeczni chłopcy

Niestety jest z tym różnie. Nawet tytani aren bywają bezsilni wobec uzależnień, które skracają im kariery, zerują konta bankowe, wyniszczają psychicznie i fizycznie, toteż często lądują w klinikach odwykowych.

Diego Maradona nie tylko brał narkotyki, lecz także nimi handlował w ramach współpracy z mafią w Neapolu, gdzie grał w piłkę i wpadł w szpony dilerów, którzy podawali mu prochy na tacy, jak przyznał w jednym z wywiadów. Był też trzykrotnie zawieszany za doping.
Tenisista Boris Becker na różne terapie od uzależnień wydawał rocznie 300 tysięcy dolarów. Chlał wódę i ostro ćpał, ponadto cierpiał na bezsenność. Pewnego razu prosił żonę, by go zastrzeliła, bo w głowie słyszał łomot pędzącego pociągu i nie mógł tego znieść.

Piłkarz George Best wyznał, że pasją jego życia był alkohol. Że jego organizm pracował na alkoholu tak, jak samochód na benzynie. Nie pamiętał całych fragmentów własnego życiorysu, bo zatarł je właśnie alkohol. Przeszczepił sobie wątrobę nie po to, żeby przestać. Tylko po to, żeby dalej pić. Zmarł w 2005 roku.

Inny piłkarz Paul Gascoigne trzykrotnie próbował samobójstwa. Pił na umór, a po pijanemu zwyczajnie wariował. Regularnie bił żonę, demolował pokoje hotelowe, obnażał się publicznie, czarnoskóremu koledze kupił karnet do solarium, bawiąc się sterami w samolocie, którym leciał z drużyną na mecz, o mało wszystkich nie zabił.

Mike Tyson zarobił w ringu 400 milionów dolarów i wszystko roztrwonił. Przez całą karierę brał narkotyki i dużo pił. Na haju robił tysiące głupot: kupował koleżkom luksusowe samochody, nieustannie popadał w konflikty z prawem. Był wielokrotnie aresztowany.

Koszykarz Dennis Rodman także miewał myśli samobójcze. Na potęgę imprezował. Nie chwalił ani piciem, ani narkotykami, choć trudno przyjąć, że zabawiał się na sucho. Jednak przyznał, że jest uzależniony od seksu. A właściwie opętany erotyzmem. Nawet chciał zmienić swoje imię na „Orgazm”.

Żaden z niegrzecznych chłopców nie miał wątpliwości, że mógłby dłużej uprawiać sport, gdyby nie nałogi. Mówili o tym w różnych wywiadach, wskazując jednocześnie na przyczyny. U Besta i Tysona miła to być wrodzona nieśmiałość. U Maradony i Rodmana – stresująca sława. U Beckera i Gascoigna – ciężkie depresje.
Boris Becker na różne terapie od uzależnień wydawał rocznie 300 tysięcy dolarów. Na zdjęciu: w czasie turnieju na Wimbledonie w 1996 roku. Fot. Fiona Hanson - PA Images/via Getty Images
No cóż, nie każdemu służy sława i pieniądze. Sport jest bezlitosną próbą charakterów. Silne – wzmacnia, słabsze potrafi połamać. Słabsi częściej znajdują argumenty, by to sobie jakoś wytłumaczyć. Silniejsi nie mają powodów, aby ich szukać.

Higieniści symetryści

Wydłużenie zawodowego życiorysu wymaga wyrzeczeń, a one twardej samodyscypliny. Higieniczny tryb życia to atrybut tego zawodu. Pomocny w planowaniu kariery, unikaniu przypadkowych kontuzji.

Rodzaj dyscypliny sportu też ma znaczenie, chociaż niczego z automatu nie przesądza. Wiele zależy od genów, niepowtarzalnych możliwości osobniczych. Dlatego nie istnieje ogólna teoria, która wyjaśnia wpływ wieku na sport.

Ogólna wiedza o ludziach to nie to samo, co szczegółowa wiedza o każdym człowieku. Wyjątki tworzą luźną układankę z różnych elementów o różnym znaczeniu w różnych przypadkach. Z tego się nie sklei spójnej hipotezy.

Boks jest sportem kontaktowym. Nawet worek treningowy z czasem się rozsypuje od mocnych uderzeń, a co dopiero człowiek, który przyjął tysiące ciosów. Na rozum biorąc, ten sport stwarza śmiertelne zagrożenie dla pięściarza w podeszłym wieku. Tyle, że nie dla każdego.

Amerykanin Saoul Paul Mamby, mistrz świata WBC stoczył ostatnią walkę w karierze w 2008 roku, mając 60 lat. Tym samym jest najstarszym zawodowcem w historii bosku. Czym można to logicznie wytłumaczyć?

Tym, że wcześniej był żołnierzem i walczył w Wietnamie, więc odwagi mu nie brakowało? Że będąc dziadkiem 11 wnucząt, zaryzykował osierocenie rodziny, więc miał skłonność do ryzyka?

Zapewne był odważny i bywał ryzykantem, lecz przede wszystkim odznaczał się ponadprzeciętną odpornością na ciosy. Tylko jeden raz w całej karierze przegrał walkę przez TKO. W tej informacji tkwi szczypta logiki.
Z kolei Evander Holyfield po raz ostatni stanął na ringu w wieku 49 lat. A to przecież kultowa postać boksu zawodowego. I on, tak jak Mamby, nie tylko zadawał, ale i przyjmował ciosy. Pomijając kawałek ucha, który został w paszczy Tysona, Holyfield musiał mieć szczękę z tytanu, a korpus ze stali. Tyle że nie jest to teoria naukowa.

Takich sportowców nazywamy fenomenami. A fenomen fenomenów jest raczej odporny na racjonalne wyjaśnienia. Za każdym razem wchodzą w grę inne czynniki. Niekiedy są do siebie podobne i wskazują je sami sportowcy.

Oprócz wyżej wymienionych było takich jeszcze kilku w boksie. Boksowali do pięćdziesiątki i trochę dłużej. Pytani, jak im się to udaje, odpowiadali, że żyją higienicznie i prowadzą się sportowo, więc dlatego.

Ma to sens w każdym sporcie i w każdym wieku. Usain Bolt balangował ekstremalnie w początkach kariery. W efekcie zamroził swój talent na parę lat. Gdyby nie spotkał trenera, który wziął go na krótką smycz, nigdy byśmy nie poznali tego geniusza sprintu. Tyle, że jego geniusz opierał się nie tylko na tym…

W polskim sporcie też mieliśmy zacne grono zdyscyplinowanych higienistów, którzy umieli skorelować metrykę z wynikami. Kiedy Robert Korzeniowski zdobywał złoto na igrzyskach olimpijskich w Atenach, miał dokładnie 36 lat.

Szermierz Jerzy Pawłowski został mistrzem olimpijskim w Meksyku w tym samym wieku co Korzeniowski. Trzy lata później, mając już 39 lat, wywalczył srebro w mistrzostwach świata.

Janusz Sidło, legenda rzutu oszczepem, kończył karierę z brązem mistrzostw Europy w Atenach. Miał wówczas 36 lat i długi staż za sobą. Dwa lata młodsza była Jadwiga Wajsówna, która też zdobyła brąz tyle że na Mistrzostwach Europy w 1946 roku.

Anatomiczny atlas grozy. Gdy jedni mówią sport to zdrowie, drudzy dodają – stracone!

W przypadku trwałej niezdolności do gry Robert Lewandowski otrzyma 330 mln złotych odszkodowania.

zobacz więcej
No cóż, na bieg czasu sportowcy nie mają wpływu, na jego przebieg mają. Od tego, jak przebiega każdy dzień i rok po roku, zależy między innymi to, jak długo to wszystko potrawa. Zdrowy tryb życia to fundament, na którym można budować, ale jeszcze nie konstrukcja.

Ona składa się z mnóstwa detali, gdyż rozwój sportowy to rozwój zrównoważony w każdym szczególe. Żadnego nie można pominąć, bo tylko razem tworzą spójną konstrukcję nazywaną karierą sportową.

Niektórym udaje się ją przedłużyć, a zarazem trzymać poziom. Tacy potrafią też trzymać się w ryzach. Jednak każdy higienista musi być też symetrystą, aby dotrwać do finału jako sportowiec spełniony.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Pomagają czy szkodzą? WHO na cenzurowanym
Szef WHO w ruchu marksistowsko-leninowskim w Etiopii reprezentował radykalne skrzydło wyznawców dyktatora Albanii Envera Hoxhy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Choćby dusza była jak trup…
Publikujemy ostatnią modlitwę Jana Pawła II. Papież już nie zdążył jej odmówić.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Igrzyska, których nie było, kosztowały ponad 5 mld dolarów
Wygląda na to, że nie da się przeprowadzić olimpiady bez prokuratora oraz zespołu śledczego.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Bomba jądrowa dla Polski? Obawia się Berlin, wścieka się Moskwa
Broń masowego rażenia nie tylko dla supermocarstw.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kobiety w polityce. Komu są potrzebne? I po co?
Nie w każdej damie kandydującej na prezydenta kryje się nowa Margaret Thatcher.