Rozmowy

Szukają żywych i martwych. Wyją nad zwłokami, choć nikt ich tego nie uczy

To jest w zasadzie niewytłumaczalne. Jak psy odnajdują osobę żywą, to szczekają rytmiczne, długo, ciągle. Ale gdy trafiają na martwą, szczekają w taki powolny, zawodzący sposób. Nikt ich tego wcześniej nie uczył. Czesi mówią, że to takie smutne szczekanie – mówi Jacek Falkenberg, przewodniczący podkomisji psów ratowniczych Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, w Grupie Karkonoskiej przewodnik dwóch psów: Rica i Rabki.

TYGODNIK.TVP.PL: Zaletą psów jest ich doskonały węch, który pozwala zlokalizować zaginioną czy poszkodowaną osobę niezależnie od pory dnia czy warunków atmosferycznych.

JACEK FALKENBERG:
Pies w zasadzie cały świat odbiera za pomocą węchu. Mówi się, że jest on 800-1000 razy mocniejszy od węchu człowieka. Nieprzypadkowo u psa nos jest wilgotny – tam zbierają się miliony molekuł zapachowych, które dokładnie analizuje. Rozróżniając tysiące zapachów, wybiera te najmocniejsze, lub te, które w procesie szkolenia zostały mu „wdrukowane”.

Nasze czworonogi pracują na tzw. stożku zapachowym, czyli na górnym wietrze. Jeśli wejdą w ten stożek, wtedy doprowadzają nas do źródła zapachu, czyli do poszukiwanego człowieka. Jednak psy są cwaniakami i potrafią pracować też po śladzie.

W trakcie szkolenia pozorant udaje osobę zaginioną. Puszczamy psa ze smyczy i on przeszukuje teren. Kiedy odnajdzie pozoranta, jest nagradzany. Otrzymuje na przykład zabawkę do poszarpania czy pokarm. Mamy tak naprawdę dwie sekundy, aby to zrobić. Powyżej tego czasu pies już nie kojarzy tego zapachu z otrzymaną nagrodą. Te dwie sekundy dotyczą zachowania, które chcemy nagrodzić, zaś w pracy węchowej ten czas nie odgrywa już takiej roli. Tam nagradzamy za zlokalizowanie i poprawne oznaczenie miejsca.

Praca węchowa jest bardzo trudna szczególnie na lawinisku. Źródło zapachu jest małe i pod ogromnymi zwałami śniegu. Lawina, która schodzi, wytwarza dużą temperaturę. Kiedy się zatrzymuje, człowiek jest pokrywany warstwą lodu. I tworzy się taki kokon wokół człowieka. Szczególnie, kiedy jest długo pod śniegiem.

Dlatego my w procesie szkolenia zwierząt ćwiczymy coś co nazywa się mikrolokalizacją. Do tego służą specjalnie skonstruowane urządzenia, które emitują niewielką ilość ludzkiego zapachu. Mamy specjalne rury, które w zimie zasypujemy i w których chowamy bezpiecznie pozorantów pod śniegiem, czy latem pod piachem, żwirem itp.
Jacek Falkenberg w Grupie Karkonoskiej GOPR jest opiekunem dwóch psów: owczarka niemieckiego Rico, pierwszego certyfikowanego psa lawinowego grupy, który ma już 10 lat i niedługo kończy swoją pracę, oraz rocznej suki owczarka Rabki – ta w listopadzie 2020 roku na szkoleniu w Bieszczadach przejdzie egzaminy klasyfikacyjne. Fot. archiwum prywatne podkomisji psów ratowniczych GOPR
To co sobie założyliśmy w Podkomisji Psów Ratowniczych GOPR, to ogólne wyszkolenie psa do ratownictwa, tak aby umiał się dostosować do każdych okoliczności i warunków. Natomiast drugie pojęcie to pies ratowniczy, który posiada jedną specjalizację, na przykład lawinową czy do poszukiwań w terenie otwartym.

Statystycznie w Polsce jest najwięcej akcji poszukiwawczych osób zaginionych. Ostatnie dane, które posiadam, są z 2017 roku i wtedy było takich akcji dwa tysiące w całym kraju, z czego dwieście w GOPR-rze. W 60 z nich brały udział psy.

Czy w pana życiu psy były obecne od zawsze?

Można tak powiedzieć. Obecnie mieszkam w Jeleniej Górze, ale pochodzę ze wsi. Rodzice mieli różne zwierzęta, w tym duże psy: bernardyny, owczarki niemieckie i podhalańskie. Lubiłem z nimi spędzać czas, szczególnie podczas spacerów po lesie. Później w Jeleniej Górze razem z kolegą Robertem Czechowskim założyliśmy Karkonoski Klub Owczarka Niemieckiego, w którym zajmowaliśmy się trenowaniem czworonogów.

W Grupie Karkonoskiej jestem obecnie opiekunem dwóch psów. Jeden z nich to 10-letni owczarek niemiecki, eksterierowy (termin oznacza, że pokrój i zewnętrzna budowa ciała są zgodne ze wzorcami rasy, pies wystawowy – przyp. red.), o imieniu Rico, który jest już u schyłku swojej działalności. To jest pierwszy certyfikowany pies lawinowy Grupy Karkonoskiej według nowego regulaminu egzaminów. Zdał egzamin na Turbaczu dwa lata temu. Drugi zwierzak to roczna suka owczarka niemieckiego użytkowego, o imieniu Rabka. Jest to pies z linii pracującej. Z pokolenia na pokolenia te psy są wykorzystywane w sporcie albo w ratownictwie. Mają dużo motywacji do pracy.

Tu wyszedł na ganek i po raz ostatni popatrzył na Tatry

O pożegnaniu Jana Pawła z górami, o tragicznej wycieczce licealistów, których zabiła lawina i o czasach, gdy po Morskim Oku pływano łódkami.

zobacz więcej
Rabka jest dopiero przed egzaminami klasyfikacyjnymi, które musi zdać między 12. a 24. miesiącem życia. Przejdzie je na szkoleniu w Bieszczadach w listopadzie 2020 roku. To ważne, aby sprawdzić jej predyspozycje i postępy.

Ma pan już za sobą jakieś znaczące sukcesy w odnajdywaniu osób zaginionych czy poszkodowanych?

Z Rickiem pracuję od ośmiu lat, więc trudno mówić tu o jakimś ogromnym doświadczeniu. Do tej pory brałem udział 18 akcjach poszukiwawczych.

Jedna z nich dotyczyła zaginięcia mężczyzny w lesie niedaleko Kowar, miasta leżącego obok Karpacza. W tym czasie mieszkał on w leśnym szałasie. Oddalił się od tego miejsca i stracił orientację w terenie. Zadzwonił po pomoc. W akcji brało udział dwóch policjantów i ja z psem. To za mało ludzi, aby wyznaczyć odpowiednie sektory do przeszukania, postanowiliśmy zatem iść leśnymi duktami. Odpiąłem Rica ze smyczy, tak jak to robię na spacerze i penetrowaliśmy teren. Po dwóch godzinach pies złapał ślad i doprowadził do poszkodowanego. Około 150 metrów od leśnej ścieżki wbiegł na łąkę i tam zaczął szczekać. Na trawie leżał poszukiwany mężczyzna. Był nieco zziębnięty – to była jesień, temperatura wynosiła mniej więcej 5 stopni Celsjusza. Natychmiast przenieśliśmy go do karetki.

Wśród sukcesów ratowników GOPR można też przytoczyć szczęśliwe odnalezienie 12-letniego chłopca w Bieszczadach. To był listopad 2018 roku. 20 ratowników Bieszczadzkiej Grupy zostało wysłanych przez Komendę Powiatową Policji w Brzozowie do miejscowości Izdebki, do poszukiwań dziecka, które oddaliło się z miejsca zamieszkania. W poszukiwaniach wzięło udział 60 ratowników GOPR z Grupy Bieszczadzkiej, w tym dwóch przewodników z psami, 2 ratowników Grupy Krynickiej GOPR z psem i 7 ratowników Grupy Podhalańskiej GOPR z 4 psami. Po 48 godzinach poszukiwań w trudnym terenie, przy niesprzyjających warunkach atmosferycznych, 12-latek został odnaleziony przez ratownika GOPR z psem Mija z Podhalańskiej Grupy. Wychłodzony, głodny i przestraszony chłopiec został przetransportowany do szpitala w Rzeszowie.
Wyczuwają coś, czego my nie jesteśmy w stanie. Dobrze wyszkolony pies daje 70 procent gwarancji odnalezienia osoby w danym sektorze, jeżeli ona się tam znajduje. Na zdjęciu Jacek Falkenberg z Rabką, szkolenie lawinowe na Turbaczu. Fot. archiwum podkomisji psów ratowniczych GOPR
Ratownik Podhalańskiej Grupy GOPR Andrzej Górowski, który ma ogromne doświadczenie w pracy z psami, przeprowadził eksperyment dotyczący poszukiwania osoby zaginionej w terenie otwartym, na obszarze 10 hektarów. 27 ratowników odnalazło dwóch pozorantów w czasie 29 minut. Dwóm psom zajęło to 5 minut. Wyczuwają coś, czego my nie jesteśmy w stanie. Dobrze wyszkolony pies daje 70 procent gwarancji odnalezienia osoby w danym sektorze, jeżeli ona się tam znajduje.

Po raz pierwszy w Polsce psy zostały wykorzystane do pracy podczas zejścia lawiny w karkonoskim Białym Jarze, 20 marca 1968 roku. To jedna z największych tragedii polskich gór. Tony lodu i śniegu zabiły 19 osób, członków integracyjnej wycieczki, w której skład wchodzili Polacy, Niemcy i Rosjanie.

Śnieg z całą siłą uderzył w zakręt Śląskiej Drogi w Białym Jarze. Na drodze lawiny znalazły się 24 osoby. Lawinisko miało ponad kilometr długości, prawie 40 metrów szerokości. Warstwa śniegu wahała się od kilku do niemal 24 metrów w czole lawiny.

Na powierzchni lawiny utrzymali się dwaj Polacy, Rosjanin i dwóch turystów z NRD. Porwani przez śnieg, zdołali się chwycić drzew i krzewów. Pomogli im turyści znajdujący się na szlaku. Ocaleli, ze złamaniami i potłuczeniami, zostali przetransportowani do dolnej stacji kolei.

Są takie miejsca w górach, gdzie ludzie skaczą w przepaść

Dochodziło do tego koło szczytu Sokolicy w Pieninach.

zobacz więcej
Do Białego Jaru ruszył GOPR, Wojska Obrony Pogranicza i przygodni turyści. Lawinisko było jednak ogromne. Na miejsce wezwano kolejne służby do pomocy. Między innymi psy, które należały do czeskiej, horskiej służby. Jedne źródła podają, że odnalazły cztery, martwe już ofiary, naoczni świadkowie temu zaprzeczają, więc nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, jak to naprawdę było. Akcja poszukiwawcza trwała kilka dni. Ostatnie osoby wydobyto ze śniegu 1 i 5 kwietnia. Przeciętny wiek ofiar wahał się od 24 do 27 lat.

Piotr Lucerski, ochotnik Grupy Karkonoskiej GOPR, który obserwował pracę czworonogów na lawinisku, postanowił stworzyć psich ratowników na tym terenie. Zamiar udało się zrealizować po 5 latach: w listopadzie 1973 roku, w czasie uroczystości Dnia Ratownika w Schronisku PTTK Pod Orlicą, na ręce ówczesnego Naczelnika Sudeckiej Grupy GOPR Mariana Sajnoga złożono prezent w postaci czarnej, ruchliwej kulki. To był pierwszy pies w Grupie Sudeckiej.

Wieloletnim konsultantem GOPR ds. szkolenia psów ratowniczych była Maria Gutowska, międzynarodowy sędzia kynologiczny i twórczyni Stowarzyszenia Cywilnych Zespołów Ratowniczych z Psami STORAT, powołanego 5 grudnia 1999 r. przez 22 osoby zainteresowane szkoleniem i wykorzystaniem psów w ratownictwie. Zlecono im między innymi wyszkolenie psów lawinowych.

Tak. Maria Gutowska to wybitny specjalista w tej dziedzinie. Jej zasługi dla GOPR-u są nieocenione.

Mówi się, że na lawinisku jeden pies zastępuje pracę sześciu ratowników. Zasada jest taka, aby po nagłym zejściu śniegu na miejscu w pierwszej kolejności pojawił się przewodnik z psem oraz ludzie z elektronicznymi urządzeniami, na przykład detektorami lawinowymi typu PIPS, odbierającymi sygnały nadajników ofiar. Mówimy tu o pierwszych 15-20 minutach. Jest to czas dający człowiekowi, który znajduje się pod warstwą śniegu, szansę na przeżycie, o ile wcześniej nie uległ on poważnemu urazowi.
Psa dowozi się niemalże pod samo miejsce zdarzenia, tak jak to jest w naszych górach. Chodzi o to, żeby nie był zbytnio zmęczony. To jest trudna praca, bo zmienia się tutaj podłoże, jest ono często mokre, twarde czy zlodzone. Lawina to przecież setki tysięcy ton twardego, zmarzniętego śniegu.

Są różne metody przeszukiwania terenu, w zależności od liczby psów czy wielkości lawiniska. Zaczyna się kilka metrów przed jej czołem. Pies penetruje obszar, będąc sterowanym przez przewodnika – kieruje się wskazaniami rąk człowieka i podąża za nim. Kiedy zainteresuje się danym miejscem, to wtedy go oznacza, czyli zaczyna drapać w śniegu, ewentualnie dodatkowo szczeka. Przewodnik psa oznacza to miejsce chorągiewką. To jest sygnał dla kopaczy bądź grupy sondującej, aby to miejsce dokładnie sprawdzić. Zwłaszcza, jeśli pies wraca w to miejsce, głośno szczeka i próbuje sam coś odkopać.

Tak naprawdę na sukces, jakim będzie odnalezienie osoby pod śniegiem, wpływa wiele czynników, takich jak: warunki atmosferyczne, poziom wyszkolenia psa oraz szczęście. W historii psów ratowniczych w GOPR nie znamy takiego przypadku, ale na świecie takich przykładów nie brakuje.

Dla himalaisty śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona

Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.

zobacz więcej
Dużo szczęścia miał 12-latek porwany przez lawinę we francuskich Alpach. Do wypadku doszło w 2018 roku. Chłopiec wraz z rodzicami jeździł na nartach poza oznakowanymi trasami, w pobliżu stacji narciarskiej La Plagne. Nagle porwała go lawina. Spędził pod śniegiem 40 minut. Akcja była mocno utrudniona, bo nie miał przy sobie detektora lawinowego. 400 metrów poniżej miejsca porwania przez lawinę, chłopca odnalazł pod śniegiem pies ratowniczy. Dziecko przeżyło pod śniegiem tak długo dzięki temu, że utknęło w jamie, w której miało powietrze. Z tak groźnego zdarzenia wyszło praktycznie bez szwanku – miało jedynie złamaną nogę.

Dlatego ważne jest, aby w zagrożonym lawinami terenie zabierać ze sobą zestaw lawinowy – sondę, łopatę i detektor. Bez tego szanse na szybkie odnalezienie przysypanej osoby są małe.

Jakie warunki musi spełniać pies, aby nadawał się jak najbardziej do ratownictwa?

Jeśli chodzi o jego budowę, nie może być ani za mały, ani za duży, tak aby można go było łatwo przenieść czy podać. Musi wejść na nieruchome przeszkody, budynki czy gruzy. W przypadku działań ratowniczych w górach, muszą być to psy z długą sierścią, czyli bardziej odporne na mróz, bowiem takie akcje trwają wiele godzin. Natomiast jeśli chodzi o ich predyspozycje genetyczne, muszą mieć mocno rozwinięty instynkt łowiecki, czyli chęć pogoni za zwierzyną. Bo tak naprawdę na tym budujemy ratownictwo z psami. Tu tą „zwierzyną łowną” jest w terenie poszkodowany czy zaginiony, a na treningu – pozorant.

Pies pracuje w ratownictwie średnio około 10 lat. Czasem kilkanaście. Najczęściej w pracy używane są owczarki niemieckie w linii użytkowej. To mogą być też border collie, labradory, golden retrievery, owczarki holenderskie, belgijskie czy czeskie, tollery – inaczej retrievery z Nowej Szkocji. Mogą być też mieszanki ras, np. połączenie border collie z owczarkiem niemieckim. Nie muszą posiadać rodowodu.
W ratowaniu ludzi podobno miały też kiedyś pomagać bernardyny. Tu nawiązuję do przekazu o psie Barrym, który żył w latach 1800 – 1814 i służył w schronisku na Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda. Przypisuje mu się uratowanie 40 zaginionych i zasypanych przez lawiny turystów.

Na terenie przełęczy znajduje się, pochodzący z około 1050 roku klasztor kanoników regularnych, założony przez Bernarda z Menthon. Mnisi zasłynęli z niesienia pomocy zagubionym i zmęczonym podróżnym. Od nazwy przełęczy wzięła się nazwa psów bernardynów, które pomagały w górskich akcjach ratowniczych.

Nie wiadomo do końca, czy przekaz o wyczynach Barrego to prawdziwa historia. Mam co do tego wątpliwości. Raczej można ją potraktować jako legendę. Jedno jest pewne, ówczesne bernardyny były zupełnie inne niż te, z którymi mamy do czynienia teraz. Miały krótszą sierść. Były mniejsze, więc zdecydowanie lżejsze od obecnych. Na szlakach były zaginięcia, więc mnisi, pomagając w poszukiwaniach zapewne wspierali się tymi psami.
Jak mówi przekaz, po śmierci Barrego jego ciało zostało spreparowane i wypchane, następnie trafiło do Muzeum Narodowego w Bernie. W 1923 roku za pomocą technik dermoplastycznych zastąpiono wypchanego Barry’ego gipsowym odlewem. Do dziś zajmuje on honorowe miejsce w hallu muzeum, jako pierwszy eksponat. Po sporządzeniu odlewu, Barry’ego pochowano na cmentarzu dla zwierząt niedaleko Paryża. Na nagrobku widnieje napis:
Barry z Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda.
Uratował czterdziestu ludziom życie...
Zabił go czterdziesty pierwszy
.

Program szkolenia psów w GOPR przewiduje również szukanie osób martwych.

To bardzo istotne, aby to umieć. Ponieważ tak naprawdę nigdy nie wiemy, kogo szukamy. Pomógł nam się wyszkolić jeden z najlepszych specjalistów na świecie w tej dziedzinie, Walijczyk David Jones. W Walii jest dużo takich poszukiwań. To on nadał certyfikaty kilku naszym psom.

Jak wykazują badania, zapach człowieka zmienia się po 48 godzinach. Dla psa jest to inny zapach i uczymy go analizy na specjalnych próbkach zapachowych – na przykład świń, odpowiednio spreparowanych, bo w 72 procentach ich zapach jest podobny do zapachu ludzkich zwłok.

Szukanie osoby martwej odbywa się tak samo, jak żywej. Tu chodzi tylko o skojarzenie zapachu. Różnica może być w sposobie oznaczenia miejsca znalezienia i to jest w zasadzie niewytłumaczalne. Jak psy odnajdują osobę żywą, to szczekają rytmiczne, długo, ciągle. Ale gdy trafiają na martwą, szczekają w taki powolny, zawodzący sposób. Nikt ich tego wcześniej nie uczył. Czesi mówią, że to jest takie smutne szczekanie. Pies kojarzy ten zapach z czymś nieprzyjemnym.
Niektóre psy do ratownictwa są bardzo samodzielne i nie potrzebują wiele czułości, ale zawsze potrzebują opieki, pracy, zabawy. Fot. z archiwum prywatnego podkomisji psów ratowniczych GOPR
Opiekuje się pan psami niemal całą dobę. Musi więc pana wiązać z nimi jakaś szczególna więź.

Więź między przewodnikiem a jego psem zawsze będzie występowała. Będzie mniejsza lub większa. Niektóre psy do ratownictwa są bardzo samodzielne i nie potrzebują wiele czułości, ale zawsze potrzebują opieki, pracy, zabawy.

Według mnie, więź między przewodnikiem a psem jest trochę przereklamowana. My te psy kochamy, spędzamy z nimi dużo czasu, mają najlepsze jedzenie i posłanie, ale musimy pamiętać, że przede wszystkim są narzędziem do pracy.

Do ratownictwa trzeba podchodzić świadomie i profesjonalnie. Pies może być zawodny, ma swoje gorsze dni. Ale i tak jest bardziej niezawodny niż człowiek. Choć musimy pamiętać, że nie robi tego dla nas, tylko dlatego, że mu się to opłaca – dostaje coś w zamian. I my to w odpowiedni sposób wykorzystujemy. Pies je, bawi się jak trenuje.

Dla mnie filarem ratownictwa jest posłuszeństwo. Aby wyszkolić psa na najwyższym poziomie, musi reagować na każdą komendę. Musi wejść tam, gdzie nie da rady człowiek. Na przykład w Bieszczadach są takie jary, pionowe ściany, gdzie ratownik nie wejdzie i tam puszcza się psa.
Niewiele osób wie, że specjalnie selekcjonuje się psy do pracy w wojsku, na przykład służące później na misjach w Afganistanie. To muszą być najlepsze jednostki, które ratują setki istnień ludzkich. Jak pies nie wyczuje w bazie wjeżdżającego samochodu z materiałem wybuchowym, to cała dywizja ginie. To już nie jest zabawa. Od odpowiedniego i właściwego wyszkolenia może zależeć ludzkie życie.

Jestem do swoich psów przywiązany. Rico to był kiedyś taki pies dominujący. Nie chciał dać się głaskać. Teraz ma 10 lat i to już jest wierny, oddany przyjaciel. Nie da się tego opowiedzieć. Jego spojrzenie na mnie jest zupełnie inne w porównaniu do tego sprzed 6-8 lat. Zawsze skacze z radości, kiedy pojawiam się w domu. Każdy trening traktuje jako super zabawę.

To jest największe marzenie przewodnika, aby trud włożony w wielogodzinne treningi przełożył się w realnej akcji na sukces. Nie ma większej motywacji do pracy, jak odnalezienie osoby zaginionej. Każdy przewodnik liczy, że jemu się to właśnie uda.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

PODKOMISJA PSÓW RATOWNICZYCH GOPR MA 45 LAT
Zdjęcie główne: Na lawinisku jeden pies zastępuje pracę sześciu ratowników. Zdjęcie: ratownik Andrzej Górowski z psami Koką i Banschi podczas szkolenia letniego w Bieszczadach. Fot. archiwum podkomisji psów ratowniczych GOPR
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Meblościanka lub fotel 366. Ikony PRL-u znikają ze śmietników
Dlaczego znowu chcemy je mieć? Choć kilka dekad temu ludzie byli i chudsi, i ponoć o 11 proc. niżsi, więc i meble były bardziej filigranowe.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Odcinam się totalnie od problemów, tego co jest gdzieś w kraju
Zaginionego dość szybko można wyprowadzić, gorzej, kiedy grotołaz się zaklinuje. Ale speleolog jest znacznie bardziej wykształcony technicznie od alpinisty, dzięki temu wypadków w jaskiniach nie ma aż tak wiele.
Rozmowy wydanie 26.06.2020 – 3.07.2020
Ani „tylko nasze”, ani „tylko wasze”
Takie obiekty, jak zamki Radziwiłłów, są ważne dla historii dwu, a nawet trzech narodów. Białorusini, choć może mniej to okazują niż Ukraińcy, ale też mają kłopot z polską częścią swojej historii.
Rozmowy wydanie 26.06.2020 – 3.07.2020
Znaleźć siłę, by ocalić swoje życie
W okolicy był stary, opuszczony dworek z zarośniętym stawem. Starsi ludzie przebąkiwali o jakiejś klątwie z nim związanej…
Rozmowy wydanie 19.06.2020 – 26.06.2020
Słowa, których nigdy nie chciałam usłyszeć
Inaczej, gdy twoje dziecko leży podpięte do respiratora, bo jakiś pijany przejechał po nim samochodem, a inaczej, gdy dowiadujesz się, że to ty przekazałaś mu ten „chory gen”. Że nieświadomie skrzywdziłaś swoje dziecko.