Historia

Wirus we Wrocławiu. Przywlókł go chory oficer wracający z Azji

Dyrektorom nakazano natychmiast odizolować szpitale. Portierzy zamykali drzwi i klucze oddawali szefom. Od tego momentu nikt nie miał prawa wejść do placówki ani z niej wyjść.

– Jak się pan czuje? – spytał Arendzikowski niezbyt pewnym głosem.

– Powoli wracam do siebie. Tylko jakbym miał nie swoją twarz. Znajomi, którzy tu przychodzą, gdy spojrzą na mnie, mają przerażone oczy, jakby chcieli się cofnąć, uciekać. Czy ja wyglądam tak strasznie, powiedzcie?

– Wygląda, pan kolego, normalnie, naprawdę nie ma powodu do niepokoju.

Gdy wyszli z pokoju, zamknęli drzwi i odeszli kilka kroków, dyrektor zatrzymał doktora, jakby chciał od niego usłyszeć cokolwiek, zanim wejdą do gabinetu wypełnionego lekarzami.

– Jakie jest pańskie zdanie?

– Czemu nie dajecie mu lusterka? – odpowiedział Arendzikowski.

– Pan nie znał Zawady?

– Nie.

– Myśmy go znali, był u nas na stażu parę ładnych miesięcy. Gdy go teraz przywieźli, nie poznaliśmy go. (…) To było kilka dni temu, kiedy jeszcze nie wystąpiła wysypka. Teraz wygląda jeszcze gorzej. Zabroniłem mu dawać lusterko, mógłby dostać szoku.

– Moim zdaniem to nie jest wiatrówka – powiedział doktor Arendzikowski.

– A co?

– To wygląda na prawdziwą ospę.

– Pan się myli, to niemożliwe, ale skąd nagle ospa w Polsce? I to gdzie? We Wrocławiu.
Podzcas epidemii ospy we Wrocławiu w 1963 roku zaszczepiono 200 tys. osób. Fot. PAP/ Eugeniusz Wołoszczuk
Tak dziennikarz Jerzy Ambroziewicz opisywał początki wrocławskiej epidemii ospy w 1963 roku w wydanej dwa lata później książce „Zaraza”. Ten reportaż stał się kanwą dla scenariusza filmu fabularnego, który pod tym samym tytułem w 1971 roku nakręcił reżyser Roman Załuski.

Prywatne śledztwo doktora Arendzikowskiego

Doktor Bogusław Arendzikowski, pracownik stacji sanitarno-epidemiologicznej we Wrocławiu, w sobotnie upalne popołudnie wrócił z pracy (soboty wtedy były pracujące – przyp. GS) i planował udać się na budowę wymarzonego domku jednorodzinnego, który stawiał na Krzykach.

Jednak tuż przed wyjściem z domu otrzymał telefon od dyrektora wrocławskiego szpitala zakaźnego z prośbą o pilne spotkanie. Pół prywatne, pół służbowe. Celem tej narady była właśnie konsultacja przypadku doktora Zawady. Przy okazji okazało się, że niedawno w innym wrocławskim szpitalu zmarła pielęgniarka. Zaś w szpitalu są jeszcze dwaj pacjenci, chłopiec i mężczyzna, z podobnymi objawami.

Gdyby Arendzikowski z pracy pojechał prosto na budowę swojego domku lub gdyby pośpieszniej wyszedł z domu, historia mogłaby mieć o wiele tragiczniejsze skutki. A tak młody lekarz epidemiolog niezadowolony z przebiegu rozmowy w szpitalu zakaźnym, gdzie nie tylko dyrektor, ale i pozostali lekarze odrzucili jego opinię, że chory cierpi nie na popularną wiatrówkę, lecz na prawdziwą ospę, sam rozpoczął śledztwo w tej sprawie, które mu zajęło sobotnie popołudnie i całą niedzielę.

Udało mu się dotrzeć do matki zmarłej pielęgniarki, która była salową w szpitalu MSW. Kobieta w rozmowie z Arendzikowskim przyznała, że zachorowała przed córką i z powodu złego samopoczucia trafiła do szpitala. Po kilku dniach wypuszczoną ją do domu, kiedy objawy choroby - w ocenie lekarzy - zaczęły ustępować. Trafiła do domu, ale nadal czuła się źle.

Wtedy dotknęła ją tragedia: choroba córki i jej niezrozumiała śmierć. Lekarze nie potrafili wytłumaczyć powodów drastycznego pogorszenia zdrowia młodej pielęgniarki. Uznano, że ujawniła się u niej w gwałtowny sposób białaczka. Tym tłumaczono szybko postępującą chorobę i rychłą śmierć.

Arendzikowski szybko ustalił, że pielęgniarka nie mogła być pierwszą, ani nawet drugą ofiarą w łańcuchu rodzącej się epidemii. Akurat była na kursie zawodowym, nie miała kontaktu ze szpitalem. Z kolei doktor Zawada pracował na ulicy Olubińskiej, gdzie salową była Pałubińska, matka pielęgniarki, która zachorowała jako pierwsza.
Szpital w Szczodrem koło Wrocławia w dniach epidemii. Fot. PAP/Eugeniusz Wołoszczuk
To ona rozpoczynała ten łańcuch niebezpiecznej epidemii. To od niej zaraziła się córka, potem syn, od syna chłopiec, który leżał w szpitalu na sąsiednim łóżku. Matka trafiła do szpitala na ulicy Rydygiera. Ale to nie ten szpital był ogniskiem choroby. Pod koniec lipcowej niedzieli 1963 roku doktor Bogusław Arendzikowski nie miał wątpliwości, że najgorsze się już zaczęło.

10 tys. szczepionek w bagażniku czarnej wołgi

Następnego dnia w poniedziałek, 15 lipca 1963 roku, o siódmej rano poszedł do swojego szefa, dyrektora wrocławskiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej. Poinformował go o wynikach swojego epidemiologicznego śledztwa. Musiał być przekonywujący, skoro szybko podjęli decyzję o zamknięciu trzech wrocławskich szpitali.

Ich zamykanie wyglądało w ten sposób, że z San-Epidu dzwonili do kolejnych dyrektorów i kazali im natychmiast zamykać placówki. Gdy dyrektorzy pytali, w jaki sposób mają to zrobić, w odpowiedzi słyszeli, że mają portierowi kazać pójść do drzwi i zamknąć je na klucz. Potem portier miał wrócić do gabinetu dyrektora i oddać mu klucze. Od tego momentu nikt nie miał prawa wejść ani wyjść ze szpitala.

Jak się nie udawało dodzwonić, to sami jechali do szpitala i osobiście nakazywali dyrektorowi zamknąć drzwi.

Dopiero wtedy postanowili „zawiadomić Warszawę”, bo tak wtedy określało się władze centralne. Ale Warszawa już wiedziała, widocznie ktoś życzliwy lub z odpowiedniego resortu (w sprawę był zamieszany przecież szpital MSW) pierwszy poinformował centralę. Ministerstwo Zdrowia wysłało do Wrocławia dwóch urzędników, lekarzy.

Ruszyli wioząc w bagażniku czarnej wołgi dziesięć tysięcy szczepionek z warszawskiej Polfy. Byli przekonani, że wrócą szybciej niż przyjechali, a cała sprawa okaże się pomyłką, fałszywym alarmem wywołanym przez sumiennych, ale nadgorliwych pracowników San-Epidu.

Dodatkowym pasażerem był dyrektor departamentu sanitarno-epidemiologicznego ministerstwa, który w 1961 roku kierował walką z epidemią ospy na Wybrzeżu. Przypłynęła ona ze statkiem z hinduską załogą. Z Trójmiasta ściągnięto doktora Gajdę, który zwalczał epidemię sprzed dwóch lat.

Wrocławscy lekarze początkowo nie wierzyli w pojawienie się ospy w ich mieście, bo uważali, że coś podobnego mogłoby nastąpić tylko w portowych miastach takich jak Szczecin, Gdynia i Gdańsk, lub w Warszawie, gdzie było międzynarodowe lotnisko. Wrocław, choć ponad czterystutysięczny, na początku lat sześćdziesiątych był miastem bardzo odległym od świata.
Ospa we Wrocławiu w 1963 roku, środki dezynfekujące na terenie jednego ze szpitali. Fot. PAP/ Eugeniusz Wołoszczuk
Na korytarzach spluwaczki dla gruźlików

A skąd się brała tak potężna władza San-Epidu? Polska była krajem biednym, zaniedbanym, odbudowującym się po strasznej wojnie. Jednym z największych problemów, szczególnie pierwszych dwóch powojennych dekad, a i później nie było lepiej, były fatalne warunki sanitarne. Wynikały nie tylko z uwarunkowań politycznych i gospodarczych, ale i też cywilizacyjnych.

Lodówki pojawiły się w domach tak naprawdę w połowie lat sześćdziesiątych. I pojawiały się stopniowo, bo były luksusem trudno dostępnym. Latem ludzie masło chłodzili w naczyniach z zimną wodą.

Poważnym problemem były niektóre choroby takie jak gruźlica. Trudno sobie dzisiaj wyobrazić, ale jeszcze na początku lat siedemdziesiątych w publicznych instytucjach, w tym na korytarzach placówek służby zdrowia, były ustawiane spluwaczki dla gruźlików.

Efektem złych warunków sanitarnych były więc częste zbiorowe zatrucia w różnych placówkach takich jak szkoły, szpitale, przedszkola, żłobki i zakłady pracy. Te zatrucia szczególnie masowo występowały w upalne letnie miesiące. San-Epid działał więc jak straż pożarna. Gasił ogniska zapalne, zanim z tego mogło zrobić się coś groźniejszego.

Władze decydowały i tak co ujawnić, a co zostawić w tajemnicy. Pozwalano jednak piętnować kierowników brudnych placówek gastronomicznych, bo lepiej jak ludzie skupiali się na skutkach, a nie na przyczynach takiej sytuacji. Jerzy Ambroziewicz opisuje w książce pierwszą naradę po przyjeździe delegacji ze stolicy:

Paru obecnych poczuło się tak, jakby im sufit zleciał na głowę. Lekarz staruszek o bogatej wojskowo-medycznej karierze zaczął być napastliwy.

– A szafa? – zapytał.

– Jak szafa, doktorze? – zwrócono się w jego kierunku, sadząc, że byłemu sztabowcowi może coś z lekka pokręciło się w głowie. Staruszek jednak nie ustępował.

– Pancerna szafa. Gdzie jest? – ciągnął ze wschodnim zaśpiewem. – Ta z zalakowanymi kopertami, z planem działania na wypadek ospy? Nie macie takiej szafy i kopert, co?

– Nie mamy – odpowiedzieli wysłannicy z Warszawy.

– No to, znaczy się, trzeba do pracy – zawyrokował staruszek. I widać było, że staje się coraz bardziej energiczny i żwawy.


Witamy i żegnamy się bez podawania rąk

Skoro nie było procedur, to tworzono je ad hoc. I tak w urzędzie miasta wszystkie jednostki uznały, że podporządkowują się wydziałowi zdrowia i na czas walki z epidemią będą mu podlegać.

Skala wrocławskiej epidemii spowodowała, że miasto musiało zostać otoczone kordonem sanitarnym. Ludzie musieli poddawać się obowiązkowym szczepieniom. Unikającym groziła wysoka kara finansowa. Z miasta nie można było wyjechać, ani też nie można było do niego pojechać.
Apelowano o higienę i nieorganizowanie imprez rodzinnych takich jak imieniny i wesela. Jedno z haseł brzmiało: „Witamy i żegnamy się bez podawania rąk”. Fot. PAP/ Eugeniusz Wołoszczuk
Chorych izolowano. Zaś tych, którzy się z nimi kontaktowali obejmowano kwarantanną. Na przykład sąsiedzi jednej z chorych osób nie mogli opuszczać domu, a jedzenie podawano im przez ogrodzenie.

W przypadku salowej Pałubińskiej uznano, że została niesłusznie wypisana ze szpitala. Musiała tam wrócić. Stwierdzono jednak, że nie może jechać karetką pogotowia ani też żadnym publicznym środkiem transportu. Parę przecznic do szpitala pokonywała więc spacerem z lekarzem i inspektorem San-Epidu.

Wędrówkę wykorzystano na rozmowę o tym z kim się kontaktowała ona i jej zmarła córka. Ten wywiad był podstawą do wytypowania osób do pierwszego izolatorium.

Przed różnego rodzaju instytucjami ustawiono wiadra z chloraminą, a klamki drzwi w publicznych gmachach owijano gazą nasączoną środkami dezynfekcyjnymi. Apelowano o higienę i nieorganizowanie imprez rodzinnych takich jak imieniny i wesela. Jedno z haseł używanych w tamtym czasie brzmiało: „Witamy i żegnamy się bez podawania rąk”.

„Po paru dniach wszyscy przyzwyczaili się do maczania rąk w chloraminie, stronili też od tłoku i witali się bez podawania rąk” – pisał Jerzy Ambroziewicz.

W mieście obowiązywała prohibicja. Krzysztof Kąkolewski, jeden z najwybitniejszych polskich reporterów, również autor tekstu o wrocławskiej zarazie, często opisywał i pokazywał też, grubą księgę z wyżłobionym miejscem na butelkę wódki. W niej przemycano alkohol do miasta.

Oficer SB wracał z Indii

Choć początkowo zakładano, że walka z epidemią może potrwać co najmniej pół roku i pochłonąć kilkaset ofiar śmiertelnych, to izolatoria zaczęto likwidować już pod koniec sierpnia. W drugiej połowie września walką z epidemią została zakończona. Zachorowało 99 osób, przede wszystkim pracownicy służby zdrowia. Siedem osób zmarło, spośród nich cztery to lekarze i pielęgniarki.

Miliony ludzi skoszarowane, szpitale zmilitaryzowane, miasta zamknięte. Chiny w czasach zarazy

Na Chińczyków wylewa się teraz fala hejtu. Przodują w tym muzułmanie, ale i w zachodnim świecie zdarzają się napisy: „Chińczykom wstęp wzbroniony”.

zobacz więcej
Źródłem epidemii ospy prawdziwej był wracający z Indii (według niektórych z Birmy i Wietnamu) oficer Służby Bezpieczeństwa Bonifacy Jedynak. To on 2 czerwca 1963 roku zgłosił się do szpitala MSW we Wrocławiu z objawami tropikalnej choroby. I to od niego zaraziła się salowa stając się tym samym wtórnym źródłem epidemii.

Bonifacy Jedynak w resorcie bezpieczeństwa pracował od lutego 1945 roku, był absolwentem moskiewskich kursów, brał udział w inwazji na Czechosłowację. Doczekał się stopnia generała. Należał do ścisłego kierownictwa MSW, będąc przez pewien czas dyrektorem generalnym. Według CIA był zaangażowany w przygotowania wprowadzenia stanu wojennego. W 1985 roku przeszedł na emeryturę. Zmarł w 2013 roku mając 93 lata.

– Grzegorz Sieczkowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


W tekście cytowano książkę Jerzego Ambroziewicza „Zaraza” (wydania: Książka i Wiedza, Warszawa 1965, oraz Fundacja Instytut Reportażu, Warszawa 2016)
Zdjęcie główne: Ospa we Wrocławiu w 1963 roku. Fot. PAP/ Eugeniusz Wołoszczuk
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Salutowali im generałowie
W II RP weterani powstania styczniowego otoczeni zostali szczególną opieką.
Historia Najnowsze wydanie
Twierdza poczciwych cyników
Eile starał się lawirować, lecz w okresie bierutowszczyzny poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa.
Historia Poprzednie wydanie
10 największych dokonań Polaków w historii himalaizmu
Biało-czerwoną flagę, krzyżyk i różaniec wnieśli 40 lat temu na Mount Everest Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. Było to pierwsze zimowe wejście na „dach świata”, a to tylko jeden z sukcesów Polaków we wspinaczkach w najwyższe góry Ziemi.
Historia wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Polacy zesłani na „białe niedźwiedzie”
Chodzili po wagonach, nosząc pod rękami zmarzłe dzieci, niemowlęta, pytając się czy „zamierszczych rebiat nima”.
Historia wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Kwiaty, pościel i wykwintne dania. Złote lata podróży lotniczych
Latanie stało się dziś relatywnie tanie i pospolite, nikogo więc nie ekscytuje i nie wyznacza – tak jak kiedyś – wysokiego statusu.