Cywilizacja

Rudawki liżą się w męskim kręgu, a makaki mają flufferki. Paradoksalny homoseksualizm Darwina

Zwierzęta z różnych gałęzi drzewa życia prezentują zachowania biseksualne. Nie wykazują zatem zdecydowanej orientacji seksualnej. Jedynymi znanymi powszechnie gatunkami, co do których nauka twierdzi, że wykazują preferencje homoseksualne przez całe życie, są ludzie i… udomowione owce. 8 proc. samców „kocha inaczej”. Czy uprawianie seksu z tą samą płcią może mieć ewolucyjny sens?

„Mein Kampf” jako manifest feministek. Nowe szaty gender

Astronomii oberwało się za bycie z natury seksistowską, tak jak kominy fabryczne, równanie Einsteina i mechanika ciała stałego. Heteroseksualistom – za nieużywanie wibratorów do penetracji analnej.

zobacz więcej
Gdy z domku z kart (każda teoria jest domkiem z kart) wyjąć jedną-dwie centralne, zaraz nam to wszystko runie. Od kilkunastu lat pewni ekolodzy ewolucyjni (od profesorów po magistrów) grzebią w samym jądrze darwinizmu. Czy bardzo nas zdziwi, że wydana w 2004 roku bestsellerowa naukowa książka, w której już na 5. stronie napisano „Teoria Darwina o selekcji płciowej jest fałszywa”, nosi tytuł „Evolution’s Rainbow: Diversity, Gender and Sexuality in Nature and People” („Tęcza ewolucji – różnorodność, płeć i seksualność w naturze i wśród ludzi”)?

Cóż ma przeciw doborowi płciowemu emerytowana dziś profesor ekologii i biologii ewolucyjnej na Stanfordzie, 73-letnia Joan Roughgarden? I czy to w tej sprawie istotne, że do 1998 roku pani profesor znana była jako Jonathan David Roughgarden, który doktorat z zakresu nauk biologicznych uzyskał na Harvardzie w roku 1971? Żeby było jeszcze ciekawiej, dziś Roughgarden jest najsłynniejszą chyba przedstawicielką ewolucjonizmu teistycznego, czyli takiego „panabożego”[1]. Ewidentnie, atak na Charlesa Darwina przyszedł z niespodziewanej i przedziwnej w swej złożoności strony.

Jakby tego było mało, pod koniec listopada ubiegłego roku pewna – wtedy jeszcze o mało co doktorantka Szkoły Leśnictwa i Badań nad Środowiskiem Uniwersytetu Yale – mgr. (z kropką, bo magistra) ekologii Julia Monk została uznaną autorką naukową. Tego typu artykuł poglądowy nosi nazwę „perspective”, a pojawił się na łamach prestiżowego czasopisma naukowego „Nature ecology and evolution” oraz nawet bardziej prestiżowego, choć parającego się raczej popularyzacją nauki periodyku „Scientific American”. Jej teksty nosiły tytuły: „Alternatywna hipoteza ewolucji zachowań homoseksualnych” (wersja enigmatyczna) i „ Dlaczego zachowania homoseksualne są tak powszechne wśród zwierząt?” (wersja popularna). Materiały na temat artykułów pani magistry Julii Monk przetoczyły się jak burza przez wszystkie ważniejsze redakcje: od BBC, przez „The Economist”, po TOK-FM (kolejność alfabetyczna), komentowane przez profesorów zwyczajnych i naukowe sławy.
Swoje prace i przekonania Julina Monk i Joan Roughgarden manifestują na Twitterze. Na zdjęciu kolaż: https://twitter.com/hooliamonk/status/1176160293229137921 i https://twitter.com/JoanRoughgarden. Fot. printscreen
Obie panie, prof. Roughgarden i mgr. Monk, dzielą dwa pokolenia, ale łączy potrzeba, by „celebrować i tłumaczyć różnorodność przejawów seksualności”. Tylko ta pierwsza postanowiła w swych pracach Darwina pogrzebać z kretesem w kwestii doboru płciowego, a ta druga jakoś próbuje ową różnorodność z teorią Darwina „pożenić”. Po co w ogóle się aż tak napinać?

Podstawowy bowiem zonk, który z homoseksualizmem, a nie z Darwinem, mają inni poważni ludzie nauki jest jeden. I da się go, wielce upraszczając, zapisać jako pytanie: jak homoseksualizm może się (od)wiecznie pojawiać w naturze, skoro nie jest w stanie dawać potomstwa? A tzw. sukces ewolucyjny polega na tym, że ma się więcej wnuków, niż Kowalski z drugiego piętra.

Dlaczego nie jesteśmy klonami, tylko łatwo i przyjemnie wymieniamy się DNA?

Każdy zachwycony pawim ogonem, czy o wschodzie słońca wsłuchany w śpiew skowronka, lub wieczornie – słowika i żabiego chórku dokładnie wie, o czym teraz będzie. O oczywistości, dostrzegalnej okiem nieuzbrojonym
niczym poroże gigantycznego łosia irlandzkiego, że istnieje dobór płciowy. Polega on na tym, że członkowie jednej płci rywalizują między sobą o względy przedstawicieli płci przeciwnej. Chcą bowiem sobie (to nie musi być uświadomione oczywiście, zatem termin „chcieć” jest mocno na wyrost, a w dodatku może zwodzić co do natury procesu) zapewnić sukces reprodukcyjny – niezbędne preludium do sukcesu ewolucyjnego. To elementarne, że najpierw trzeba skutecznie zapłodnić, aby w ogóle mieć kiedyś nadzieję na wnuki. Cóż tu jeszcze tłumaczyć, gdy nic w niniejszym nie sprzeciwia się zdrowemu rozsądkowi ani codziennemu doświadczeniu?

Seksmisja wydarzyła się naprawdę! Prawdziwi mężczyźni na wojnie zginęli

Warunkujący męskość chromosom Y jest słaby. Nie przetrwa prawdopodobnie kolejnych 5 milionów lat. To powolne uderzenie „bomby prof. Kuppelweisera”.

zobacz więcej
Dodam zatem jedynie, że rzecz całą opracował koncepcyjnie już Karol Darwin, a także, niezależnie od niego, ów znacznie mniej znany – a szkoda – prekursor teorii ewolucji wynikłej z doboru naturalnego Alfred Russel Wallace [2].

A po co w ogóle rozmnażanie płciowe – przecież świat bezpłciowy by się mnożył znacznie wydajniej? Po co ewolucja utrzymuje jakieś płcie? Co kosztuje energetycznie drogo, gdy zauważyć, że na ogół tylko jedna z nich w istocie dostarcza nowych organizmów – „rodzi”, a ta druga jedynie „płodzi”, jedzą zaś i korzystają z innych zasobów obie. Co, umówmy się, jest straszną stratą ewolucyjnego „czasu i atłasu”.

Jaki zatem „sens ewolucyjny” ma płeć i dobór płciowy? Ponieważ najlepiej znam się na bakteriach, postaram się to wytłumaczyć właśnie na ich przykładzie, choć przecież, jak uczono nas w szkole… bakterie płci nie mają. A jednak!

Jeśli coś rozmnaża się bezpłciowo, to najczęściej generuje własne klony. Ma szansę robić to na kilka sposobów
[3]. Organizm może po prostu podzielić się wzdłuż lub w poprzek ciała na pół i po robocie – tak robią właśnie bakterie. Tak z jednej powstają dwie, z nich 4, z 4 – 8 i tak w nieskończoność. Dlaczego, skoro już powstała sobie kiedyś w sposób tajemniczy i niejasny ta pierwsza komórka, to dziś całe życie na Ziemi to nie jest właśnie ona? Gigantyczny klon. Zwielokrotniona centyliony razy (centylion to 1 i 600 zer), identyczna, idealna, toczka w toczkę, jak ta pierwotna?

Zmieniła się – dając w efekcie także nas – i nadal się zmienia, gdyż warunki zawsze są zmienne, a klon ma mniejsze szanse przetrwać kolejne zmiany środowiska. Aby się dostosowywać, trzeba się zmieniać – i nawet bakterie ciągle mutują, tak że dziś występują w tysiącach poznanych i
milionach niepoznanych rodzajów.
Tak patrzymy na to intuicyjnie i tak to zdefiniował lekarz, botanik, profesor zoologii i twórcą wczesnej teorii ewolucji Jean-Baptiste de Lamarck. Choć akurat w teorii Darwina jest odwrotnie – zmieniamy się (mutujemy) bez celu, co nas ewentualnie dostosowuje, bo jeśli nie, to nie zostawiamy tyle płodnego potomstwa, by przetrwać w formie własnego DNA przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Zmiana – ta zapisująca się w DNA, zatem dziedziczna – to mutacja. Pewne mutacje akumulują się w jednej zmieniającej się komórce, kolejne powstają w jej potomstwie – niezależnie. W grupie komórek wystąpi ich różnorodne mnóstwo.

Gdy na scenie dziejów pojawia się czynnik selekcyjny, mikroorganizm ma (filozoficznie, bo to nie jest jego wybór świadomy) dwa wyjścia. Albo mutować sobie dalej swobodnie i przypadkowo, aż nabędzie tej konkretnej mutacji, która może mu niebawem uratować życie – to znaczy zapewnić podział, czyli potomstwo – lub wymienić DNA z taką komórką bakteryjną, u której owa mutacja już zaszła. W ten sposób jego kawałek DNA (bez mutacji) zostanie zastąpiony kawałkiem z mutacją w sposób „szybki, łatwy i przyjemny”. Bakterie wytwarzają specjalne wabiki oraz „kleje” agregujące komórki dawcy i biorcy DNA, by ten proces ułatwić. Taka wymiana DNA (są i inne) nazywa się koniugacją i jest tzw. procesem para-płciowym.

W procesie płciowym chodzi też głównie o to, żeby się wymieszał materiał genetyczny, żeby doszło do jego rekombinacji. Od mieszania wprawdzie herbata nie staje się słodsza, jednak w tym wypadku od dosypywania cukru są mutacje, a mieszanie pozwala uzyskiwać optymalny smak – wygrywać w walce o byt.

Cała ta produkcja gamet, jakże wyspecjalizowanych i wyszukanych komórek tworzonych w wyszukanych i wyspecjalizowanych organach, całe te skomplikowane rytuały doboru w pary, ptasie trele, zaloty i flirt oraz krwawe walki rogatych samców – wszystko to, aby DNA się w populacji mieszał i to najlepiej najlepszy z najlepszym. Bo to daje szansę, że nawet mniej liczne – a więc „w produkcji” mniej kosztowne energetycznie – potomstwo będzie „najlepiej przystosowane” i przetrwa. Po czym wyda własne potomstwo. I stąd te wnuki, właśnie stąd [4].

Która z biegaczek okaże się „mężczyzną”? Wchodzą w życie nowe zasady stwierdzania „kobiecości” w sporcie

Płeć – choć ideologia gender podważa jej biologiczne istnienie – w jednym obszarze trzyma się mocno: w sporcie.

zobacz więcej
Wprawdzie większość otaczającego nas żywego świata rozmnaża się bezpłciowo, to jednak spora jego część przynajmniej od czasu do czasu, a najczęściej co drugie pokolenie rozmnaża się także płciowo. To tzw. przemiana pokoleń. Pokolenie bezpłciowe danego gatunku może tak dominować nad płciowym, jak trzystuletni modrzew nad mikroskopijnym tzw. przedroślem żeńskim, ukrytym na dnie zielonej łuseczki jego szyszeczki, czy przedroślem męskim zawartym w jego ziarnie pyłku. Dlatego często nie zwracamy uwagi na owe niepozorne pokolenia płciowe. W pokoleniu bezpłciowym życie się namnaża w postępie geometrycznym i mutuje (nalewamy kolejne szklanki herbaty i dosypujemy cukru), w płciowym zaś rekombinuje te powstałe warianty – mieszamy energicznie po dwie szklanki na raz, aż się cukier rozpuści, i sprawdzamy, która herbata nam najlepiej smakuje, czy raczej sprawdza to matka-ewolucja [5].

Rozmnażanie płciowe jest mniej częstym sposobem dawania sobie rady w życiu, ale i od bezpłciowego ewolucyjnie młodszym. Pojawiło się na naszej planecie jakiś 1-1,2 mld lat temu, czego dowodem są skamieniałości stworzeń bez wątpienia płciowych
[6]. I trwa. Co dla kreacjonistów i lamarkistów oznacza, że jest potrzebne i celowe, a dla darwinistów – że ma znaczenie ewolucyjne, bo daje benefity, które zapewniają najlepsze przystosowanie do środowiska i przetrwanie kolejnej i kolejnej selekcji naturalnej [7]. Pozwala ono także okazać swe cechy i przetestować je przed rozmnożeniem się (gdy się jest zredukowanym do niewielkiej komórki służącej do rozmnażania płciowego). „Wyścig plemników w drodze do oocytu” widział na filmie przyrodniczym chyba każdy z nas – tam wygrywa najlepszy.
Wśród wolno rosnących, skomplikowanych strukturalnie organizmów tkankowych rozmnażanie płciowe staje się tak powszechne, że wśród kręgowców czy lądowych roślin naczyniowych już nie spotykamy gatunku rozmnażającego się wyłącznie na drodze bezpłciowej.

Ile właściwie jest tych płci?

Kolejne zagadnienie, które musi poprzedzić rozważania nad „seksem z tą samą płcią” lub „płcią przeciwną”, to: a ile właściwie jest tych płci? I czy są one niezmienne?

Przyzwyczailiśmy się do dualizmu w tej materii, życie jednak nie jest aż tak prosto ciosane. Oczywiście znowu – dwie płcie to standard w świecie dużych, silnych i wzmocnionych szkieletem. Płci jednak bywa bardzo wiele, zwłaszcza u organizmów takich, jak śluzowce czy grzyby. Chyba największym znanym rekordzistą jest rozszczepka (Schizophyllum). Pracowici mykolodzy naliczyli u niego 20 tys. płci, czy raczej „typów godowych”
[8].

Niemało, bo ponoć 720 płci, ma też pewien śluzowiec, który zdobił niedawno okładki w kilku mediach tradycyjnych i memy w mediach społecznościowych. Rośnie sobie w paryskim ogrodzie zoologicznym, a zwą go (?) The Blob od tytułu horroru z 1958 roku, gdzie dało się zobaczyć młodego Steve’a McQueena.

Co do niezmienności płci… No nie jest aż tak, że płeć jest całkiem płynna, ale jej zmiany są popularne np. wśród ryb rafy koralowej. Tu znajdziemy błazenka (Amphiprion), który zmienia płeć pod wpływem dojścia do władzy (sic!). Otóż ławicą takich rybek zawiaduje dominująca samica. Gdy ona padnie, jej rolę – wraz z rolą reprodukcyjną – przejmuje najbardziej dominujący spośród samców. Staje się on samicą.

Podobna operacja – tylko w odwrotną stronę – odbywa się u wargaczowatych (ryb z rodziny Labridae), gdzie największa samica haremu zmienia płeć na męską po śmierci samca dominującego nad owym haremem. Płeć potrafią zmieniać także mureny i liczne drobnych rozmiarów ryby z gromady promieniopłetwych, rzędu Gadiformes. Same koralowce owych raf (to zwierzęta, parzydełkowce, zwane za moich szkolnych lat jamochłonami), o ile należą do rodziny Fungiidae, też nie trzymają się takiej płci, „z jaką je Pan Bóg stworzył”. Mogą ją pod wpływem zmian warunków środowiska dość dowolnie i wielokrotnie zmieniać z męskiej w żeńską. Przykładów jest więcej
[9].

U nas płeć determinują chromosomy płciowe (XX – kobieta, XY – mężczyzna). Występują jednak głębokie zaburzenia płci, związane np. z nadmiarem czy niedoborem chromosomów, mutacjami w DNA czy problemami z działaniem narządów dokrewnych i hormonów. Nie zawsze zatem da się precyzyjnie określić, czy dana osoba jest kobietą, czy mężczyzną. Chociażby dla potrzeb zawodów sportowych, gdzie wszakże konkurencje dzielą się na męskie i kobiece. Pisałam o tym w szczegółach tu:
„Która z biegaczek okaże się mężczyzną?” oraz tu: „Pułaski w służbie gender”.
Świat istot żywych zatem jest pod względem rozmnażania i płciowości bardzo różnorodny. Co zasadniczo oznacza, że każda z zaobserwowanych utrwalonych ewolucyjnie (dobrze radzących sobie w życiu i rozmnażaniu) form jest tu „naturalna”. Oczywiście czym innym jest płeć biologiczna, a czymś jeszcze innym „gender” – czyli, jak się rzekło w literaturze przedmiotu: konstrukt społeczno-kulturowy. Osobiście skłaniam się zatem ku wynikłemu z samej powyższej definicji „gender” poglądowi, który uznaje, że trudno jest z sensem mówić o „gender” w przypadku zwierząt poza człowiekiem [10].

Homoseksualizm – w świetle ewolucji, zjawisko paradoksalne

W świetle powyższego: czy Charles Darwin miał rację postulując dobór płciowy i tym samym – ustami niezliczonych swych uczniów – uważając homoseksualizm za zjawisko w świetle ewolucji paradoksalne? Czas na rozmowę o zachowaniach homoseksualnych i co na ten temat mają do powiedzenia tak gwiazdy ekologii ewolucyjnej zachodzące już z wiekiem, jak i te z wiekiem być może wschodzące.

Najistotniejsza koncepcyjnie wydaje się tu prof. Roughgarden i jej wspomniana już na początku książka z roku 2004 oraz towarzyszący jej artykuł w „Science”. Książka wypełniona przykładami, w których biologia jakiegoś stworzenia wpływa na seksualność i identyfikację gender, była bombą, bo – teoretycznie – dawała Darwinowi do wiwatu w kwestii doboru płciowego. A artykuł w „Science”… doczekał sie 40 listów do redakcji od kolegów po fachu, nie tylko krytycznych, ale czasem wręcz jadowitych! W jakich „strasznych czasach” żyliśmy w środowisku naukowym jeszcze nie tak dawno temu, to się w głowie nie mieści. Dziś tych oburzonych jadowicie by zwolniono z pracy za wiadomo co.

Czy James zostanie Luną? Jak zmienić 7-latkowi płeć

Jeffrey Younger alarmował, że w „przemianę” jego syna w dziewczynkę zaangażowani są wszyscy, łącznie z instytucjami.

zobacz więcej
Inna recenzja, autorstwa Ellen D. Ketterson, ukazała się z kolei na łamach czasopisma „BioScience” w lutym 2005. Niejadowita, od specjalistki w zakresie „gender studies” już w owych pionierskich czasach, więc z pełną ostrożnością procesową można ją tu zacytować. Tamże autorka – wybitna profesor biologii Uniwersytetu Stanu Indiana – uprzejmie zaznacza, że książka jest dobrze napisana, pełna faktów i że zawarte w niej kontrowersyjne idee skłaniają do dalszych badań, ale tu grzeczność się kończy. Książka jest nazwana „wkurzającą” ze względu na zawarte w niej „stereotypy dotyczące środowiska naukowego”[11].

No cóż, nie jest łatwo być prorokiem, a zwłaszcza jednocześnie neofitą, we własnym środowisku.

Idąc dalej, prof. Ketterson zarzuca prof. Roughgarden, że im bardziej przekonująca jest w wyliczaniu kolejnych i kolejnych przykładów z natury, gdzie role płciowe i społeczne niekoniecznie pokrywają się z płcią genetyczną czy stereotypami, które mamy w sobie na temat owych płci i ról, tym mniej przekonująca jest w swoim głoszeniu, że Darwin się pomylił. Darwin bowiem, jak przypomina profesor z Indiany, to wszystko też opisał, choć nie aż w takich szczegółach. Oczywiście Darwin w swych pracach okazywał się mizoginem co najmniej trochę, jak większość mężczyzn jego czasów (okropna ta przeszłość, nie da się jej zupełnie analizować z naszych punktów widzenia, a trzeba), no ale – jak konkluduje prof. Ketterson – ocenie autorki „Tęczy ewolucji” miały podlegać poglądy Darwina na ewolucję, a nie na kobiety.

Wreszcie – nie wystarczy zglanować Darwina za niechęć do kobiet, mając wrażenie, że się obala niemal centralny aspekt doboru naturalnego w ogólności, mianowicie dobór płciowy. Trzeba jeszcze coś zaproponować na to miejsce – to jest nauka, a nie heheszki. Tu autorka książki proponuje zamiast doboru płciowego tzw. dobór społeczny. Który w znacznie jaśniejszy sposób, niż na łamach „Tęczy ewolucji” pani prof. Roughgarden przedstawia w ostatniej swej książce: „The Genial Gene: Deconstructing Darwinian Selfishness” („Genialny gen – dekonstruując darwinowskie samolubstwo”), wydanej przez University of California Press w 2009 r.

Cóż to takiego ów dobór społeczny? Podobnie jak dobór płciowy, ma się on opierać na reprodukcji. Zamiast jednak walki i współzawodnictwa, mamy tu transakcje reprodukcyjne. Ma to pozwalać nie tylko na ewolucję biologiczną, ale i na rozwój zachowań (pro)społecznych wszelkich stworzeń.
Te transakcje polegać by miały tak mniej więcej na tym, co Sara, żona Abrahama, zaoferowała niewolnicy Hagar: mój mąż pójdzie do ciebie, a potem urodzisz na moich kolanach. I to będzie moje dziecko. Czyli jeden organizm oferuje drugiemu jakąś pomoc czy wsparcie za to, by mieć dostęp do szansy reprodukcyjnej. Maksymalizujemy produkcję potomstwa tworząc społeczności. Właściwie wszelkie, od „chłopak-dziewczyna, normalna rodzina” po komuny poliamoryczne.

Gejowski jak… owca

Najpierw, by opowiedzieć swoją koncepcję, prof. Roughgarden wylicza w książce 26 wyjątkowych fenomenów, z którymi darwinizm, posługując się konceptem doboru płciowego, sobie według autorki nie radzi. Są wśród nich gatunki płciowe bez wyrażonego dymorfizmu (czyli samiec nie wygląda i/lub nie zachowuje się inaczej od samicy – co przecież niekoniecznie znaczy, że np. dla tej samicy inaczej „nie pachnie”, czego nasz nos nie wyczuwa), gatunki o odwróconych rolach płciowych (Darwin też to widział), gatunki, u których występują osobniki prezentujące się jako transpłciowe, gatunki z częstymi godami homoseksualnymi etc.

Ten ostatni element jest szczególnie zajmujący. Malutka i modelowa w biologii muszka owocówka (Drosophila melanogaster) może mieć mutację, która sprawia, że samce tracą zainteresowanie seksem z samicami. Samce-mutanty wolą lizać sobie nawzajem odwłoki. Tworzą w tym celu nawet rodzaj hedonistycznego homoseksualnego kręgu, w którym on onego, on onego i znowu on onego za porządkiem liże. Samce muszki bez mutacji, gdy się przepoczwarzą, to próbują „mieć seks” z czymkolwiek, i dopiero z czasem uczą się rozpoznawać zapach samicy i za nim iść. Od czego odwieść je może jedynie zapach alkoholu.

Chemsex, czyli geje, narkotyki i AIDS. Niebezpieczna epidemia w świecie „kochających inaczej”

Wraca „gejowska dżuma”. Wśród homoseksualistów dramatycznie i gwałtownie wzrasta liczba zakażonych HIV/AIDS. Nie tylko w Londynie, ale i w Amsterdamie, Moskwie czy Kijowie…

zobacz więcej
Nie trzeba aż pozyskiwać mutantów. Całkiem niezmutowane i też latające, choć znacznie od muszki większe samce rudawki (czyli nietoperza zwanego lisem latającym) też podniecają wzajemnie oralnie swoje wzwiedzione penisy „w męskim kręgu”. Z kolei makaki japońskie w sezonie godowym walczą o dostęp do samicy nie tylko między sobą, ale i z samicami, które też chciałyby się wspiąć na partnerkę. Postymulować jej genitalia i spojrzeć głęboko w oczy – i taka relacja występuje powszechnie i może trwać dłużej niż tydzień. Aczkolwiek owe teoretycznie homoseksualne samice wspinają się także na samce, głównie po to, by zachęcić ich do stosunku. Może zatem po prostu lubią to robić (kto nie lubi?) i chcą wszystkich w stadzie nieco bardziej „napalić”? Pełnią więc nie tyle rolę homoseksualnych partnerek, co biseksualnych flufferek?

Jeszcze ciekawiej do seksu podchodzi chrząszcz żyjący w mące – trojszyk gryzący. Wspina się na innego samca i szczytuje, by… zostawić na jego odwłoku spermę. Gdy ów zaś pójdzie na gody z samicą, być może zaniesie spermę ową na swym grzbiecie aż do jej dróg rodnych. Chodzi zatem nie tyle o to, by „kochać inaczej”, ale dokładnie o to, co zapewnia ewolucyjny sukces. Powtórzmy wspólnie raz jeszcze: jak najwięcej wnuków! [12]

Według wszelkich dzisiejszych standardów, przygniatająca większość opisanych przykładów dotyczy sytuacji, gdy zwierzęta z różnych gałęzi drzewa życia prezentują zachowania biseksualne, nie wykazują zatem zdecydowanej orientacji seksualnej.

Jedynymi znanymi powszechnie gatunkami, co do których nauka twierdzi, że wykazują preferencje homoseksualne przez całe życie, są ludzie (Homo sapiens sapiens) i… udomowione owce (Ovis aries). Nawet procentowo się to podobnie rozkłada, bo jak u ludzi, tak i u owiec około 8 procent samców jest homoseksualnych. Przy czym według neurobiologów, homoseksualne barany mają mniejsze podwzgórze mózgu (obszar odpowiedzialny za sekrecję hormonów uwalniających m.in. hormony płciowe), niż ich heteroseksualni kuzyni z tego samego stada. Również badacz neurobiologicznych podstaw zachowań seksualnych u ludzi, Simon LeVay, w sierpniu 1991 roku opisał na łamach „Science” podobne różnice w mózgach mężczyzn homo- i heteroseksualnych. I tej publikacji do dziś nikt nie odwołał ani nie usunął z tego prestiżowego czasopisma.

Genu homoseksualizmu nie znaleziono

Z drugiej strony jesienią ubiegłego roku sążniste studium przedmiotu na tych samych łamach twierdziło – korzystając z najnowocześniejszych metod analizy statystycznej danych genetycznych, korelowanych z cechami rozwojowymi, zdrowotnymi i psychicznymi ludzi – że trudno wykazać uchwytne i trwałe podłoże genetyczne dla zjawiska, jakim jest homoseksualizm
[13] . Chwilowo trudno zatem również jakoś molekularnie wyjaśnić w sposób prosty owe ewentualne różnice anatomiczne. A ewolucja selekcjonuje – w swym podstawowym wymiarze – geny, bo to one ulegają mutacjom, które mogą być przekazane kolejnym pokoleniom [14] .
Problem zatem darwinizmu pozostaje w tym punkcie stały: jakie korzyści dla sukcesu ewolucyjnego niesie homoseksualizm, skoro „chleba z tej mąki nie będzie”? Nawet gdyby trwał jako stała preferencja życiowa jedynie u owych dwóch gatunków zwierząt, to i tak jest to pytanie o bardzo dużej istotności. Gdyby bowiem, jak zakładano dawniej, istniał jakiś pojedynczy „silny” gen homoseksualizmu (czy powiedzmy kilka genów), to ich selekcja według mechanizmu darwinowskiego mogłaby się odbywać u samic. Na przykład gen ów zapewniałby im wysoką płodność. Co z nawiązką pokrywałoby „niedobór potomstwa” generowany przez fakt, iż ten sam gen warunkowałby homoseksualizm u samców.

Czym zatem na tym tle zaskoczyła ludzi nauki i mediów pod koniec ubiegłego roku pani mgr. Julia Monk? W sposób bardzo zaangażowany, pełen tabel i grafów oraz pięknych fotografii wybranych stworzeń, u których daje się zaobserwować zachowania homoseksualne (jest ich, według jej wyliczeń, 1500 gatunków, rozproszonych po niemal wszystkich większych gałęziach drzewa rodowego zwierząt), zaproponowała, byśmy odwrócili rzecz całą do góry nogami. Czyli zamiast pytać: dlaczego w toku ewolucji wciąż i wciąż pojawiają się zachowania seksualne skierowane ku własnej płci (jak zgrabnie je nazywa i prosi, by je nazywać p. mgr. Monk), mamy zacząć pytać: a czemuż by nie?

To jest bardzo sprytne i wcale naukowo nie bezpłodne podejście. No trzeba jeszcze by było wykazać to, co autorka postuluje, że mianowicie zachowania seksualne skierowane ku tej samej płci nie są dla populacji energetycznie kosztowne, mimo, że nie są w stanie zaowocować potomstwem. Julia Monk jednak twierdzi, że pogląd przeciwny, darwinowski – że owe zachowania są kosztowne, a bezpłodne – też jest słabo udokumentowany naukowo (oj, wyciągamy karty z konstrukcji domku troszkę nonszalancko!).

Jądra motorem ewolucji

W mosznie ukrywa się wiele niedocenianej dotąd mocy. A wszystko za sprawą mutacji.

zobacz więcej
Z psychologicznego punktu widzenia jej propozycja zatem sprawia, że zamiast się dziwić i napinać na poszukiwanie rozwiązań paradoksu, zmieniamy paradygmat i teraz mamy relaks. A to jest uczucie miłe i pożądane, zwłaszcza na współczesnym uniwersytecie. Ludzie tam chodzą tacy napięci walką o granty, o publikacje, o punkty, o awans, o przetrwanie… i jeszcze ambicją docierania jednak jak najbliżej prawdy, mimo przeciwności.

Czy uprawianie seksu z tą samą płcią może być ewolucyjnie korzystne?

Założenia nowego podejścia mgr. Monk dotyczą ewolucji populacji (tzw. makroewolucja) i nie skupiają się właściwie na genetycznym podłożu zjawisk ewolucyjnych. Po pierwsze zatem, same osobniki mogą w toku życia zmieniać podejście do ukierunkowania swoich zachowań seksualnych, i nawet z tego jedynego powodu (a powodów może być więcej) ich populacje będą różnorodne pod tym względem. Choć można sobie teoretycznie założyć istnienie populacji wyłącznie hetero- oraz wyłącznie homoseksualnych. W tym ostatnim jednak przypadku, jak przyznaje autorka, populacja musi wyginąć.

Drugie założenie jest takie, że pierwotna populacja najbliższych wspólnych przodków stworzeń płciowych (o ile płciowość pojawiła się w toku ewolucji tylko raz, na co nie ma specjalnych dowodów) nie dyskryminowała pomiędzy zachowaniami seksualnymi skierowanymi ku własnej płci i ku płci przeciwnej. Była pod tym względem polimorficzna, niczym świeżo przepoczwarzone samce muszki owocówki, zanim nauczą się rozpoznawać zapach samicy.

Trzecie założenie jest takie, że homoseksualizm jest ewolucyjnie neutralny (nawet jeśli nie przynosi korzyści, to nie przynosi szkód), wiec dobór nie selekcjonuje przeciw niemu.

Autorka twierdzi, że za jej koncepcją przemawia właśnie owa powszechność pojawiania się zachowań homoseksualnych na drzewie życia, na różnych gałęziach, w rozmaitych ich węzłach. Ale tu trzeba by założyć, co jest spekulacją i to niemałą, że płciowość pojawiła się ewolucyjnie tylko raz. Przewiduje też, że przy głębszym przyjrzeniu się sprawie znajdziemy kolejne i kolejne przykłady homoseksualnych zwierząt. Gdyby zaś, jak twierdzi stara koncepcja, zachowania seksualne względem własnej płci musiały się ciągle odradzać, niczym feniks z ewolucyjnych popiołów, a źródłowa populacja płciowa była ekskluzywnie heteroseksualna, widzielibyśmy to zjawisko znacznie rzadziej i tylko na końcowych węzłach gałęzi drzewa życia.
Autorka proponuje również tezę, że uprawianie seksu z tą samą płcią może być w istocie ewolucyjnie korzystne, o ile jednak – jeśli się temu bliżej przyjrzeć – dotyczyć będzie osobników biseksualnych. Czyli: nadal będzie chodzić ostatecznie o heteroseksualne gody, ale tam, gdzie samice nie różnią się od samców, osobnik osiąga sukces reprodukcyjny, o ile uprawia seks z jak największą liczbą partnerów, jakiejkolwiek płci by nie byli. „Jak będzie zbyt wybiórczy w poszukiwaniu płci przeciwnej, ograniczy swoje pole manewru”. Aby pokazać swój godowy potencjał, lepszy rydz, niż nic – chciałoby się rzec.

Autorka wreszcie sugeruje, że poprzednie badania dotyczące zachowań homoseksualnych zwierząt były robione pod tezę o ich ewolucyjnej atypowości, czy nazwijmy to po imieniu: „nienormalności”. Gdy tę tezę zniesiemy, odkryjemy światy cały zakryty dotąd przed „szkiełkiem i okiem”. Czas zatem przestać patrzeć na behawior zwierzęcy przez owe stare okulary, nawet jeśli to okulary Darwina. Dziś idzie nowe, młode, bardziej owocne podejście. Zobaczymy, jak pomaszeruje dalej, najpierw może ku doktoratowi.

– Magdalena Kawalec-Segond,
doktor nauk medycznych, biolog molekularny, mikrobiolog, współautorka „Słownika bakterii”


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Przypisy:


[1] Prof. Joan Roughgarden od swych narodzin akademickich w latach 70. ubiegłego wieku, jeszcze w ciele mężczyzn (Jonathan David Roughgarden ujawnił się jako osoba transpłciowa i zmienił imię na Joan w swoje 52. urodziny, w 1998 roku) aż do dziś jest autorem 8 poważnych książek, wśród których są trzy bestsellery, oraz ok. 180 artykułów w czasopismach naukowych. Najpierw przedmiotem zainteresowania pani profesor były karaibskie jaszczurki oraz drobniutkie, osiadłe skorupiaki zwane wąsonogami, żyjące na skałach u wybrzeży Kalifornii. Powstał także, wydany w roku 1979, podręcznik teorii ekologii ewolucyjnej. Dopiero operacja zmiany płci zmieniła również zainteresowania autorki na dobór płciowy i skłoniła do postulowania przez nią doboru społecznego.

Prof. Joan Roughgarden jest autorką m.in. bestselleru „Evolution and Christian Faith: Reflections of an Evolutionary Biologist” („Ewolucja i wiara chrześcijańska: refleksje ewolucyjnego biologa”), wydanego w roku 2006 przez Island Press, a dotyczącego związków między nauką i chrześcijaństwem. Główna myśl tego dzieła – gdzie dobór społeczny jest podstawą rozumowania – jest taka, iż wszystkie istoty żywe są ze sobą wzajemnie połączone, tak jak członkowie wspólnoty wiernych chrześcijan łączą się ze sobą. Bóg był w jej przekonaniu zaangażowany w ewolucję, choć nie na drodze „inteligentnego projektu”, ani dosłownie stworzenia. WRÓĆ

[2] Alfred Russel Wallace to brytyjski przyrodnik, odkrywca, geograf, antropolog i ilustrator. Jego idee w zakresie teorii ewolucji w wyniku selekcji naturalnej poprzedzają „O pochodzeniu gatunków” Darwina. Można też uznać, że ich publikacja w 1858 roku skłoniła Darwina do wydania drukiem jego opus magnum. W swoich pracach opierał się o własne podróże i badania w terenie (Amazonia, Archipelag Malajski). Ojciec biogeografii. Był także autorem pierwszej na świecie publikacji naukowej poważnie rozważającej istnienie życia na Marsie. WRÓĆ

[3] Rozmnażanie bezpłciowe może polegać np. na rozpadaniu się na liczne organizmy potomne – tak to jest u pięknego glonu zwanego toczkiem (Volvox). Organizm może pączkować z siebie organizmy potomne, jak to robią np. niektóre grzyby, chociażby drożdże. Może też wytwarzać bezpłciowo zarodniki. To jest niebanalny proces i genetycznie mogą się w tym wypadku dziać rzeczy mniej lub bardziej istotne. Takie bowiem zarodniki mogą być po prostu zlepkiem komórek lub nawet pojedynczą komórką (np. konidium grzyba) i powstać przez prosty podział komórki (klony). Mogą jednak również zaistnieć na drodze tzw. mejozy. To tu gnębiła nas w szkole „anafazą pierwszego podziału mejotycznego” pani od biologii, a my dalej nie rozumieliśmy, gdzie zachodzi owa „redukcja i rekombinacja materiału genetycznego”. Przyjmijmy zatem na wiarę, że w takim przypadku, mimo że rozmnażanie jest nadal bezpłciowe, poprzedza go jednak rekombinacja DNA. A to akurat jest clou całego rozmnażania płciowego i wtedy organizm potomny nie jest klonem macierzystego. Przy czym w rozmnażaniu płciowym miesza się dodatkowo nasze DNA z DNA partnera, gdy zaś powstają zarodniki mejotyczne – jest to jedynie mieszanie we własnych chromosomach, pomiędzy ich parami. Zatem to płciowe zapewnia więcej mieszania DNA i o to chodzi.

Tu uwaga na marginesie: zupełnie czym innym jest bycie obupłciowym – czyli hermafrodytą. Wtedy rozmnażanie jest płciowe, dochodzi jednak bardzo często, choć znowu niekoniecznie, do samozapłodnienia. Tak żyją sobie liczne ślimaki i mnóstwo innych stworzeń. Zatem i tu wystąpi rekombinacja DNA poprzedzająca tworzenie gamet, a potomne osobniki mogą być bardzo różnorodne w obrębie gatunku i nie są klonem rodzica.
WRÓĆ

[4] Ma rozmnażanie płciowe i swe pułapki – np. zbyt bliskie pokrewieństwo partnerów nie jest wskazane, bo zamiast ciągłej domieszki nowych mutacji, akumulują się pewne konkretne stare. A te nie muszą być korzystne, mogą wręcz szkodzić i powodować choroby, a także niepłodność, o czym opowie każdy genealog zajmujący się rodami panującymi w Europie czy Amiszami. Wsobność nie jest wskazana ewolucyjnie. Rozmnażanie płciowe wymaga istnienia sporej populacji wyjściowej. A tu drugą pułapką jest fakt, że z rozmnażania płciowego bardzo często wynika mniej potomstwa, niż zapewnia go bezpłciowe podejście do zagadnienia. I ta populacja nie chce być duża. Tu jest właśnie miejsce na rolę tzw. przemiany pokoleń. WRÓĆ

[5] Inne rozwiązania tego samego problemu to np. płodność larw, czyli tzw. neotenia. Według pewnych koncepcji ewolucyjnych dotyczących strunowców (czyli wszystko od lancetnika, a nawet osłonicy w górę, w tym i my, jako korona stworzenia), są one potomkami neotenicznych larw innych, jeszcze bezkręgowych stworzeń wtóroustych, czyli szkarłupni. Czasem warto o sobie pomyśleć, jako o uzdolnionej do rozmnażania larwie rozgwiazdy. WRÓĆ

[6] Skamieniałości Bangiomorpha pubescens, wielokomórkowego nitkowatego glonu należącego do gromady krasnorostów, posiadającego przemianę pokoleń, płciowego i bezpłciowego, wydobyto w 2000 roku z osadów na wyspie Somerset (Kanada). WRÓĆ

[7] Biolodzy widzą tu zjawisko zapewniające zapobieganie szkodliwym mutacjom oraz naprawę DNA (odbywa się ona intensywnie podczas mejozy, a komórki płciowe, zwłaszcza jajowe – o czym pisałam tu: „Jądra motorem ewolucji” – są bardzo poważnie zabezpieczone przed mutacjami). A także zjawisko zwiększające szybsze tempo adaptacji do środowisk oraz pewien sposób radzenia sobie we współzawodnictwie. WRÓĆ

[8] Dojrzewa też wśród nich przekonanie, że właściwie każda nowa kolonia tych grzybów na tyle różni się od pozostałych chemicznymi znacznikami odpowiedzialnymi za to, że „strzępka plus chce się zlać ze strzępką minus” (co nieco bardziej detalicznie opisałam tu: „Dają rozkosz, robi się z nich cegły i pośmiertne jesionki. Nieznany świat grzybów”), iż dałoby się ją uznać za osobną płeć. O płci w ogóle niewiele się da powiedzieć „niechemicznie”, gdy w organizmie nie występują specjalne chromosomy płciowe, nie widać organów płciowych, a komórki rozrodcze męskie i żeńskie nie różnią się zasadniczo kształtem czy wielkością lub jednym i drugim. Nie zawsze bowiem to jest w naturze tak, że zygota powstaje przez zlanie jaja i plemnika, które wyglądają jakby były organizmami z innych planet. WRÓĆ

[9] Nawet zwykłe kurczaki pod wpływem działania związków hormonalnie czynnych lub całkiem „od czapki” mogą zmienić płeć. U ptaków płeć jest determinowana jak u nas, chromosomalnie, przy czym samice to są XY, a samce XX. Geny na owych chromosomach płciowych zajmują się głównie produkcja hormonów, które działają w jaju podczas rozwoju zarodka oraz przez całe życie ptaka. Teraz: samice rozwijają na ogół tylko jeden, lewy jajnik. Prawy znajduje się w stanie niejako uśpienia i w dodatku ma potencjał, by stać się tak jajnikiem, jak i jądrem – ostatecznie w obu przypadkach ma być to organ, którego komórki zdolne są do podziałów mejotycznych i powoływania do życia gamet. A czy to będzie smaczne jajko, czy niewidoczny gołym okiem plemnik, to zasadniczo, jak widać na tym przykładzie, detal. Jeśli lewy jajnik kury straci z jakichś względów zdolność tworzenia estrogenów, uśpiona gonada po prawej budzi się do życia i produkuje taki hormon płciowy, jaki jest w stanie w danym momencie rozwojowym. Jeśli będą to androgeny, staje się jądrem i kurczak zaczyna mieć cechy zewnętrzne koguta, aczkolwiek rozrodczo się nim nie staje, no bo te chromosomy! Rzecz cała może się odbyć także w odwrotną stronę: jeśli jajo zapłodnione tak, by dać koguta, zostanie przechłodzone kilka dni po złożeniu (kokosz zejdzie z gniazda na zbyt długo), to wzajemne oddziaływanie hormonów obecnych w jaju na rozwój sprawi, że rozwinie się kurczak o żeńskich cechach zewnętrznych, a w dodatku płodny i składający jaja. „Piejo kury, piejo, ni mają koguta” – jak niesie pieśń gminna spod Biłgoraja. WRÓĆ

[10] Aczkolwiek można w tym kontekście rozpatrywać pszczoły czy mrówki – królowa vs. robotnice, gdzie ta sama płeć genetyczna, a jednak zupełnie inne stymulacje hormonalne i społeczne powodują, że nie tylko rola w procesie reprodukcji, ale nawet pokrój ciała są tu dość odmienne. Jeszcze bliżej koncepcji „gender” są sytuacje ze świata zwierząt, gdy jedna z płci (zazwyczaj samce) obejmuje różne typy osobników wyglądające odmiennie (np. znacznie mniejsze) i mające odmienne strategie reprodukcyjne. Tak jest np. u małp, patasów rudych, u których sporych rozmiarów samce mają haremy, natomiast drobniejsze to spryciarze zdolni zakradać się do owych haremów w celach wiadomych, natomiast nie utrzymujące własnego. Inny przykład to rohatyńcowate, żuki, u których samce mogą mieć róg na głowie lub być go pozbawione. Te pierwsze dzielnie bronią swych samic, natomiast te bezrogie starają się jednak przedrzeć i przyprawić kolejne rogi temu już rogatemu.

Alternatywne strategie godowe nie kończą się oczywiście na byciu sprytnym żigolakiem. Taka np. rybka Xiphophorus pygmaeus, czyli znany nam z akwariów mieczyk, ma dwa typy samców: dużego brutala i małego, który stara się jak najbardziej przypominać samicę, aby uniknąć agresji dużych samców. Gdy zaś to samice są większe od samców (co jest bardzo częste w naturze), mogą dominować, aż do ekstremum, gdzie krokuta cętkowana (zwana dawniej hieną) obnosi łechtaczkę wzwiedzioną niczym penis w sytuacjach społecznych wymagających prezentacji, że jest samicą alfa.

Niektóre z tych i inne przykłady możemy odnaleźć we wspomnianym na początku bestsellerze prof. Joan Roughgarden. O tych wielu konkretnych sytuacjach, gdy w danym gatunku zwierząt przedstawiciele tej samej płci pełnią różne role „społeczne”, zwłaszcza w aspekcie dominacji, „wystawianiu się na pokaz”, zachowań homoseksualnych etc. WRÓĆ

[11] Owo zaś jest w książce oskarżane, słusznie lub nie, o: 1) używanie słów upraszczających relacje między płciami, 2) podkreślanie roli współzawodnictwa (słynnej „walki o byt”) a nie współpracy w procesie wykształcania i selekcji zachowań, oraz 3), że wraz ze środowiskiem medycznym wartościuje geny, układy chromosomalne czy sytuacje hormonalne jako „dobre lub patologiczne”, gdy tymczasem one wszystkie mogą się mieścić w szeroko pojętej normie. No i że – co już dziś dla nas oczywiste, ale 15 lat temu mogło szokować – tak ludzie, jak i zwierzęta wykształcają całą tęczę płciowych prezentacji, podczas gdy antropolodzy i socjolodzy tylko siedzą i tak, jak im nakazuje ich zachodnia kultura, mają owej różnorodności za złe.

Najbardziej intrygujące dla recenzującej są zaś te fragmenty opus magnum Roughgarden, gdzie ta proponuje wprost, że zwierzęta mają gender, i że owych jest więcej niż dwa. Rzecz zrobi się nieco jaśniejsza, gdy przyjrzeć się mocno niekanonicznej definicji gender, którą proponuje w swej książce i artykule pani prof. Roughgarden. A mianowicie, że jest to „wygląd, zachowanie i historia życiowa zwierząt płciowych”. No, jak tak poszerzyć definicję, to istotnie wszystko w nią wpada. I staje się nieważne, że tylko człowiek ma samoświadomość bycia kobietą lub mężczyzną lub też kimś innym jeszcze oraz tworzy kulturę, co dla zjawiska gender zdawało się nieodzowne w oczach specjalistów tej gałęzi z „drzewa poznania dobrego i złego”.
WRÓĆ

[12] Podobny cel ma trwały – na całe życie – związek dwóch samic albatrosa ciemnolicego, gniazdującego na Hawajach. Aż 30 proc. par tych ptaków tworzą niespokrewnione ze sobą samice. Co więcej – wychowują one z poświęceniem młode, jak inne pary, na ogół jedno pisklę w sezonie godowym. Nie, nie jest ono efektem dzieworództwa. Po prostu te wielkie ptaki wiążą się w pary na całe życie, inaczej nie są w stanie wychować z sukcesem żarłocznych młodych. Nie znalazłszy partnera, samice tworzą czułe pary „wychowawczo-opiekuńcze”, a jakiś mniej wierny albatros „skacze w bok” i zapładnia obie lub jedną z tych samic. I w ten sposób one też, choć nie znalazły samca na stałe, mogą cieszyć się rodzicielstwem. Tam, gdzie u tego gatunku albatrosa nie występuje wynikła z migracji na wyspę nadwyżka samic, nie ma ani homoseksualizmu, ani „zdrady małżeńskiej” samców.

Można tu wyliczać dalej: chyba najbardziej entuzjastycznie i jednocześnie powszednio podchodzący do seksu wśród naczelnych – bonobo. Ten nasz kuzyn wykorzystuje seks (hetero- i homoseksualny) tak, jak my wykorzystujemy uścisk dłoni. Seks (oralny, petting, a także, rzadziej, penetracja) cementuje w ich grupach więzi społeczne, wprowadza młode samce do społeczności, kończy spory, nawet przebiegające z walką wręcz – czyli redukuje napięcie, „spuszcza powietrze” z nabuzowanych samców. W aktywności seksualnej bonobo z pewnością nie chodzi jedynie o reprodukcję, bowiem tak jak i ludzie – odbywają one stosunki poza ścisłym czasem płodności samicy.

Podobnie – do zacieśniania więzów wewnątrz populacji – używają seksu, w tym z przedstawicielami własnej płci, delfiny butlonose. Jednak i tu nie powstają homoseksualne pary na całe życie – wszystko kończy reprodukcja.

Najstarszą, pełną szczegółów listę takich zachowań zawiera książka pt. „Biological Exuberance” („Żywioł biologiczny”) z 1999 roku, autorstwa Bruce’a Bagemihla, jak sam się on przedstawiał: gejowskiego biologa z Uniwersytetu Wisconsin.
WRÓĆ

[13] W tej materii, za pomocą metody najpełniej dzisiaj obrazującej zjawiska genetyczne w populacji – „genome wide association study” [metodę tę opisałam uprzednio tu: „Nie wie strona lewa, co czyni prawa – czyli co mają wspólnego Arystoteles, Lady Gaga i Barack Obama”], wykonano dwa badania. W 2018 roku Ganna i wsp. próbowali skorelować męski i kobiecy homoseksualizm z sekwencjami DNA całych genomów 26 890 osób deklarujących przynajmniej jeden stosunek homoseksualny w życiu (porównanie z 450 939 genomów kontrolnych). U przebadanych znaleziono 4 warianty sekwencyjne charakterystyczne dla „osób homoseksualnych” wg powyższej definicji (na chromosomach 7., 11., 12. i 15.), z czego z homoseksualizmem męskim związek miały te na chromosomach 11. i 15. Owe tzw. polimorfizmy korelowały także z zaburzeniami usposobienia i zdrowia psychicznego (depresja, schizofrenia, osobowość dwubiegunowa). Jednak żaden z nich z osobna, ani ich kombinacje nie były wystarczające, by przewidzieć u danej osoby predyspozycje homoseksualne. Jeszcze szerzej zakrojone badanie (493 001 osób) przeprowadzone tą samą metodą, opublikowane na łamach „Science” w roku następnym przez tę sama autorkę i częściowo nowych współpracowników, doprowadziło do konkluzji, że za zjawisko homoseksualizmu odpowiada olbrzymia i zmienna różnorodność genetyczna (setki, a nawet tysiące wariantów genetycznych rozsianych po genomach), 5 z nich da się statystycznie znamiennie skorelować z tą cechą, dwa z nich były znalezione w genach związanych bądź to z produkcją hormonów płciowych, bądź z działaniem zmysłu powonienia. Inne dawały się znów skorelować z cechami psychicznymi, jak np. „otwartość na nowe doświadczenia”, czy „podejmowanie zachowań ryzykownych”. Zaobserwowane polimorfizmy pozwalały jednak „wychwycić” jedynie między 8 a 25 proc. zmienności indywidualnej różnorodności zachowań homoseksualnych. Badanie to również ustaliło, że nie ma genetycznego kontinuum pomiędzy preferencjami hetero- i homoseksualnymi, którego istnienie sugeruje tzw. skala Kinseya. WRÓĆ

[14] Co trzeba przyjąć nawet, jeśli odrzuci się teorię samolubnego genu. Czyli taki koncept, wedle którego to geny walczą o przetrwanie, a my jesteśmy jedynie opakowaniem dla nich – rodzajem mniej lub bardziej pociągającego pudełka bombonierki, zależnego od składu czekoladek. A natura stoi przy kontuarze i wybiera, jaką by tu czekoladkę ze smakiem zjeść. WRÓĆ

Źródła:


https://www.economist.com/science-and-technology/2019/11/28/a-new-theory-argues-same-sex-sexual-behaviour-is-an-evolutionary-norm

https://blogs.scientificamerican.com/observations/why-is-same-sex-sexual-behavior-so-common-in-animals/

http://www.tokfm.pl/Tokfm/7,171710,25526490,seks-z-przedstawicielem-tej-samej-plci-ewolucyjna-norma-potwierdza.html

https://www.livescience.com/same-sex-behavior-is-old.html

http://www.bbc.com/earth/story/20150206-are-there-any-homosexual-animals

https://www.futurity.org/same-sex-behavior-animals-2216542/

https://academic.oup.com/bioscience/article/55/2/178/221485

https://news.cnrs.fr/articles/how-many-sexes-are-there

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Maszyny i… klapki japonki. Czym Chińczycy podbijają Afrykę
Pracownicy z Chin odmawiali siadania przy wspólnym stole podczas lunchu z Afrykanami i obrażali ich dając do zrozumienia, że źle wykonują swoją pracę.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wzywał arcybiskupów do dymisji, będzie uczyć kleryków w Holandii
Po zakonniku kolejne upomnienia, kary, zakazy wypowiedzi spływały jak po kaczce.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Partia związana z antybrytyjskimi terrorystami wraca na salony
W ciągu 40 lat zginęło 3500 osób. Połowa to ofiary IRA. Do dzisiaj mnóstwo jest spraw niewyjaśnionych: kto i dlaczego zginął, kto wydał rozkaz, kto go wykonał, gdzie spoczywają ofiary skrytobójczych morderstw?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Do czego Putinowi są potrzebni „terroryści” z Sieci?
W Rosji zaczyna się rodzić zapotrzebowanie na lewicową alternatywę wobec obecnej władzy, która postrzegana jest jako ultraliberalna.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Obserwujmy anglikanów. Bo Kościół katolicki idzie ich śladem
Wielka Brytania dokonała brexitu. Ale metody funkcjonowania Kościoła Anglii nadal podbijają europejski katolicyzm.