Felietony

Nie był „zgniłkiem”

Upadek cywilizacji zwiastuje sytuacja, w której kobiety nie chcą rodzić dzieci, a mężczyźni, bronić ojczyzny – twierdził ojciec Innocenty Maria Bocheński.

Do gmachu ambasady PRL w Szwajcarii wdziera się czterech mężczyzn. Okupują budynek zatrzymując w charakterze zakładników personel placówki. Są Polakami, przedstawiają się jako Powstańcza Armia Krajowa. Żądają zniesienia stanu wojennego w Polsce i dla siebie samolotu do Albanii. Jest 6 września 1982 roku.

Na odbiciu ambasady z rąk terrorystów zależy zarówno władzom szwajcarskim, jak i dyktaturze generała Wojciecha Jaruzelskiego. Ale to nie oznacza zbieżności interesów. W placówce znajdują się bowiem bardzo cenne papiery. Reżim PRL obawia się, że jeśli to Szwajcarzy przeprowadzą skutecznie operację antyterrorystyczną, to uzyskają dostęp do treści tych tajnych dokumentów…

O tym, jak się ten dramat zakończył przypomni spektakl Teatru Telewizji „Negocjator” autorstwa Jana Parysa i Jacka Sucheckiego w reżyserii Jarosława Żamojdy (emisja – poniedziałek 10 lutego, godz. 21, TVP 1). Niemniej głównym tematem sztuki nie jest sam atak terrorystyczny, lecz sylwetka człowieka, do którego policja szwajcarska zgłosiła się wtedy z prośbą o mediacje z terrorystami.
Chodzi o dominikanina ojca Innocentego Marię Bocheńskiego. Ubiegłoroczną uchwałą Senatu RP rok 2020 został ogłoszony jego rokiem. 8 lutego upłynie 25 lat od śmierci tej nietuzinkowej postaci.

W 1982 roku dla Szwajcarów liczyło się to, że był on nie tylko kapłanem katolickim i Polakiem, lecz również emigrantem politycznym i antykomunistą.

Urodził się jako Józef Franciszek Emanuel Bocheński w roku 1902 w rodzinie szlacheckiej herbu Rawicz.

Miał troje młodszego rodzeństwa: siostrę Olgę (po mężu Zawadzką, uhonorowaną przez Instytut Jad Waszem medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata) oraz dwóch braci, znanych konserwatywnych publicystów – Aleksandra i Adolfa. W latach 20. napisali oni wspólnie głośną broszurę „Tendencje samobójcze narodu polskiego”. Pierwszy związał się w PRL ze Stowarzyszeniem „Pax”, drugi, służąc w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, zginął przy rozbrajaniu miny pod Ankoną w roku 1944.

Zanim Józef Bocheński wybrał stan duchowny, walczył jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, potem zaś studiował prawo i ekonomię. Ostatecznie jednak wstąpił do zakonu dominikanów, a jako uczony wybrał filozofię (specjalizował się w logice) i teologię. Podczas kampanii wrześniowej był kapelanem 80. Pułku Piechoty. Wziął udział w bitwie pod Kockiem. Następnie przedostał się do Włoch. Uczestniczył w bitwie pod Monte Cassino jako starszy kapelan w II Korpusie Polskim.

Po drugiej wojnie światowej zamieszkał w Szwajcarii. Był profesorem filozofii współczesnej na Uniwersytecie we Fryburgu. W latach 1964-66 pełnił funkcję rektora tej katolickiej uczelni.

Uchodził za barwnego człowieka. W wieku 70 lat uzyskał licencję pilota. Nie stronił od dosadnego słownictwa. Był błyskotliwym i przenikliwym publicystą. Teksty zamieszczał na łamach między innymi paryskiej „Kultury”. Jej redaktora naczelnego, Jerzego Giedroycia znał jeszcze z czasów studenckich.

I wreszcie – prowadził badania sowietologiczne. Cieszył się opinią wybitnego specjalisty w tym zakresie. Konsultowały się z nim rządy RFN, RPA, Argentyny, Szwajcarii. Był obecny jako ekspert na toczącym się w latach 1955-1956 procesie Komunistycznej Partii Niemiec przed Federalnym Trybunałem Konstytucyjnym w Karlsruhe. Sprawa się skończyła delegalizacją tego ugrupowania.

A jednak ojcu Bocheńskiemu z wieloma polskimi antykomunistami nie było po drodze. Dlaczego?

W PRL antykomunizm przybierał często formę bezrefleksyjnego odruchu. Był po prostu przejawem sprzeciwu wobec politycznego zamordyzmu oraz niosącego nędzę i niedorozwój systemu ekonomicznego.
Ojciec Innocenty Maria Bocheński miał dwóch braci, znanych konserwatywnych publicystów – Aleksandra, który zmarł w 2001 r. w Warszawie i Adolfa, który służąc w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, zginął przy rozbrajaniu miny pod Ankoną w 1944. Fot. PAP/Marek Broniarek i NAC/Archiwum Fotograficzne Tadeusza Szumańskiego
Tym samym antykomunistami stawali się ludzie, którzy wcześniej dawali się uwieść utopijnej czerwonej ideologii, a potem, w wyniku rozczarowania nią, przechodzili na pozycje „socjalizmu z ludzką twarzą” i marksistowskiego rewizjonizmu. Pozostawali oni w zaklętym kręgu lewicowego myślenia i nie byli w stanie zgłębić tkwiącego w komunizmie filozoficznego kłamstwa.

Ludzie ci z jednej strony kontestowali reżim PRL, z drugiej zaś podejrzliwie odnosili się do katolicyzmu i patriotyzmu, widząc w nich zalążki fanatyzmu religijnego i szowinizmu. Byli orędownikami kulturowej emancypacji jednostki nie tylko w stosunku do partii komunistycznej, lecz również wobec Kościoła katolickiego i narodu.

U progu III RP bliżej im już było do „reformatorów” z PZPR niż środowisk, które chciały odbudować w Polsce prawicę. Żywili obawy, które wyraził Adam Michnik w eseju „Trzy fundamentalizmy” z początku lat 90.

Inaczej do sprawy podchodził ojciec Bocheński. Intelektualistów z różnych krajów, którzy dali się nabrać na komunizm, określał mianem „zgniłków” (nie traktował tego terminu pejoratywnie, lecz jako naukowy opis ludzi będących produktem rozkładającego się społeczeństwa). Oddzielanie przez wiele osób totalitarnych metod rządzenia od wzniosłych marzeń o naprawie świata uważał za poważny błąd.

Twierdził, że zbrodnie komunizmu jako polityczno-ekonomicznego systemu są właśnie pokłosiem fałszywej filozofii, na której się ów system opierał. A lewicowe szczytne intencje do dominikanina nie przemawiały. W obliczu transformacji ustrojowej w Polsce nie ufał „reformatorom” z PZPR i optował za dekomunizacją życia publicznego.

Według ojca Bocheńskiego, ideologia komunistyczna to wbrew temu, co głosili jej zwolennicy, nie światopogląd naukowy, lecz rodzaj żarliwej wiary religijnej – tyle że niebezpiecznej i zabobonnej. Zakonnik demaskował ją właśnie jako zjawisko obskuranckie.

W najbardziej chyba znanej swojej książce – „Sto zabobonów. Krótki filozoficzny słownik zabobonów” (1987) zarzucał reżimowym intelektualistom w krajach bloku wschodniego, że nie stać ich na krytyczną refleksję nad propagowaną przez nich doktryną: „(…) korzą się przed władzą i wysławiają marksizm, jak gdyby był nieomylnym proroctwem”.

Konkluzja ojca Bocheńskiego była bezlitosna: „Powinno (…) być jasne, że przyjmowanie wszystkiego, co powiedział Marks z dodatkiem tego co wymyślili jego wyznawcy w rodzaju Lenina, jest kompromitującym zabobonem. (…) Można bez przesady powiedzieć, że od wielu wieków nie znano takiego poniżenia myśli ludzkiej jak to, którego doznała pod rządami marksizmu”.

Sztandar partii wyprowadzić. Dokąd poszli komuniści

30 lat temu przestała istnieć PZPR.

zobacz więcej
Dawne spory ojca Bocheńskiego z marksizmem mogą się wydawać z dzisiejszej perspektywy nieaktualne. Tyle że dominikanin wskazywał wiele innych zabobonów, które do teraz bywają przez wpływowe środowiska na Zachodzie lansowane jako prawdy oczywiste.

Ot choćby kroczył pod prąd w kwestiach feminizmu i pacyfizmu. Znana jest jego opinia, że upadek cywilizacji zwiastuje sytuacja, w której kobiety nie chcą rodzić dzieci, a mężczyźni – bronić ojczyzny.

Na uwagę też zasługuje stosunek zakonnika do Żydów. Deklarował się jako filosemita i popierał Izrael w wojnie sześciodniowej.

Jednocześnie w „Między logiką a wiarą” – wywiadzie rzece przeprowadzonym z nim przez Jana Parysa (1995) nazywał judaizm religią nacjonalistyczną, czyli odmienną od chrześcijaństwa, które poza nacjonalizmy wykracza. I mówił: „Nas chrześcijan Żydzi uważają za gorszą kategorię ludzi. Papieżowi [Janowi Pawłowi II], moim zdaniem, Żydzi zrobili rzecz szpetną. Gdy był w synagodze, czytali mu listę Żydów pomordowanych przez Polaków. Dlatego napisałem, że należałoby opublikować listę Polaków pomordowanych przez Żydów-komunistów. Ale takiej listy nie sporządzono, choć wielu było pomordowanych przez nich”.

Z pewnością ojcu Innocentemu Bocheńskiemu nie brakowało intelektualnej odwagi. Potrzebował jej bardzo, ponieważ całe swoje dorosłe życie – nawet będąc kapłanem – czuł się żołnierzem. Za swoje powołanie uważał walkę, tyle że toczoną myślą oraz słowem. A był postacią kontrowersyjną. Nie był jednak „zgniłkiem”.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Uroczystość nadania tytułu doctora honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego profesorowi Innocentemu Marii Bocheńskiemu OP (z prawej). Na zdjęciu także rektor uniwersytetu profesor Aleksander Koj. Fot. PAP/Maciej Sochor
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Maska
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Diabeł
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Pamiętajmy o tym, że przemijamy
Wprawdzie udaje ci się odsunąć śmierć, ale czy uda ci się ją usunąć?
Felietony Poprzednie wydanie
Na rozdrożu. Andrzej Krauze komentuje dla Tygodnika TVP
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Poprzednie wydanie
Czajka
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.