Kultura

Doświadczył śmierci cywilnej. Jego kariera się załamała, ale byt się poprawił

Nie sprzyjał czerwonej władzy, dostrzegał hipokryzję jej „wyznawców”, sam zaś wierzył w Boga. Jednak… wpisał się w to, co w antykomunistycznym środowisku uważano za zdradę: 21 marca 1982 roku (szczyt represji wprowadzonych w efekcie stanu wojennego) otwarto jego wystawę w Zakopanem, w budynku Tatrzańskiego Parku Narodowego. Na wernisażu pojawił się (podobno niezapowiedziany) Jerzy Urban, znienawidzony rzecznik rządu PRL.

Taka wizja samego siebie: znoszony sweter (typu polo), tani, koloru khaki. W wykroju dekoltu zamiast głowy – czerwień. Nad ramionami – coś jakby poświata. A z błękitnego tła, dookoła koszulki rozpiętej na podobieństwo Ukrzyżowanego, groźnie sterczące odłamki szkła.

Oto bolesny autoportret Władysława Hasiora.

Autoportret z chandrą

Była połowa lat 80. ubiegłego wieku. Już po stanie wojennym, lecz przed przełomem (ustrojowym, mentalnym). Zatytułował tę pracę „Autoportret z chandrą”. Nietrudno zinterpretować jej wymowę. Nie trzeba być wytrawnym znawcą sztuki, żeby odczuć ból, emanujący z kompozycji.

Już za życia Hasiora mówiono o nim: genialny, ale kontrowersyjny. Za życia, które trwało 71 lat. Za spektakularnego życia.

Przypadło ono na ostatnią dekadę przedwojenną (urodził się w maju 1928), aż do końca pierwszej dekady naszej transformacji (zmarł 14 lipca 1999, w dniu narodowego święta Francji).


Pół roku po wylewie, który spowodował niedowład prawej ręki, jednak intelektualnie sprawny, układał cykle slajdów – swoje artystyczne archiwum, źródło inspiracji i motywów. Guz mózgu sprawił, że zaniechał nawet tej aktywności.

Dwadzieścia lat po śmierci Władysława Hasiora, Muzeum Tatrzańskie, gdzie jest trzon jego dorobku, podjęło decyzję o remoncie. Na ten czas eksponaty powędrowały do różnych magazynów, a istotna część – na wystawę w Galerii Opera, w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie.

Szpada przy swetrze

Mam takie wspomnienie: przyjechał z pokazem slajdów na plener w Osiekach – w pobliskim Koszalinie pracował nad rzeźbą plenerową „Ogniste ptaki”. Była sama końcówka lat 70. ubiegłego wieku, Hasior u szczytu sławy, wiecznie młody, z bujną plerezą, nadużywający, ale zawsze umysłowo trzeźwy.
Rok 1995. Władysław Hasior świętuje 67. urodziny w swojej galerii w Zakopanem. Fot. PAP/Jacek Bednarczyk
Fantastycznie komentował swoje wizualne notatki, które dziś uznalibyśmy za swoisty reportaż. Fotografował absurd hurraoptymistycznych, prokomunistycznych haseł, wypisywanych na banerach, frontonach i plakatach ku krzepieniu serc, ku tumanieniu i ku ochocie. Na pewno nie były one afirmacją komunizmu. Przeciwnie, stanowiły wielką kpinę, negację, obnażenie słabych stron jedynie słusznego ustroju.

Ale to był margines jego twórczej aktywności. Owszem, pożywka i inspiracja, jednak nie tak ważne jak dzieła rzeźbopodobne, konstruowane z tego, co kultura („kultura”?) wyrzuciła na śmietnik. Destrukty, popkulturowe resztki, produkty jednorazowego użytku. Złożone w „rebusy”, zyskiwały znaczenia dające się zwerbalizować, lecz przede wszystkim oddziaływujące na emocje. I nigdy nie były to uczucia nakazujące odbiorcy usytuować się po jakiejś stronie politycznej rzeczywistości – za to zmuszające do sprecyzowania postawy etycznej. Ponadczasowej. Co może jeszcze trudniejsze.

Wtedy, w Osiekach, widziałam go po raz pierwszy na żywo i w akcji. Pokazywał swoje slajdy, robione w rozmaitych miejscach Polski, wówczas tytułowanej PRL-em. Ależ nędza! Nie sprzyjał władzom, to w oczywisty sposób wynikało z jego lakonicznych dopowiedzi do zdjęć.

Kontrast, jaki tworzyło naturalne i rzeczywiste otoczenie, nadawały tym sloganom prześmiewczą wymowę: tu budujemy komunistyczne mocarstwo, a tu tynk na fasadzie budynku użyteczności publicznej sypie się jak jesienne liście.

Żył w zmysłowym oczadzeniu. Nienasycony

W jego obrazach odnajduję nieustającą potrzebę krzesania twórczego ognia – pisze Monika Małkowska.

zobacz więcej
Hasior wewnętrznie, psychicznie też się sypał. Dobiła go anatema, jaką został objęty w – czy raczej po – stanie wojennym.

A przecież nie sprzyjał czerwonej władzy, dostrzegał hipokryzję jej „wyznawców”, sam zaś wierzył w Boga. Jednak… wpisał się w to, co w antykomunistycznym środowisku uważano za zdradę: 21 marca 1982 roku (szczyt represji wprowadzonych w efekcie stanu wojennego) otwarto jego wystawę w Zakopanem, w budynku Tatrzańskiego Parku Narodowego. Na wernisażu pojawił się (podobno niezapowiedziany) Jerzy Urban, znienawidzony rzecznik rządu PRL.

Od tej pory wielu znajomych, przyjaciół i krytyków zainteresowanych twórczością Hasiora zerwało z nim kontakty.

Doświadczył śmierci cywilnej. Jego artystyczna kariera załamała się – choć zarazem byt się poprawił. Bo wcześniej miał trudno. Aż PRL-owskie bonzy dały mu szansę.

Po latach wegetowania w danych mu dwóch pomieszczeniach wygospodarowanych w internacie zakopiańskiej Szkoły Kenara, jesienią 1984 roku, Hasior przeprowadził się – wraz z dorobkiem – do budynku dawnej tzw. Leżakarni koło hotelu „Warszawianka”. Od 1983 roku obiekt miał służyć artyście jako mieszkanie, pracownia, zarazem muzeum.

Inauguracja odbyła się 1 lutego 1985. I znów wtopa: ceremonię rozpoczął I sekretarz Komitetu Miejskiego PZRP w Zakopanem, a ówczesne media skupiły się na relacjonowaniu wypowiedzi partyjnych dostojników.
A bohater? Ubrany w narciarski sweter, ze szpadą u pasa, na której cały czas opierał dłoń, przekazał miastu „na służbę społeczną” 90 procent swych dokonań.

Wtedy na zakopiańską kolekcję Władysława Hasiora złożyło się 240 prac przestrzennych oraz 260 rysunków. W kolejnej dekadzie doszło do tego 124 obiektów pozyskanych tu i ówdzie, wreszcie kolejnych 116 eksponatów zapisał w testamencie sam artysta.

Pompatyczne sztandary i zraniony chleb

Co ważne – mistrz sam aranżował Galerię, która sama w sobie stała się dziełem sztuki. Nie respektował tam chronologii, lecz – w nowatorski jak na owe czasy sposób – budował kolejną narrację, którą tworzyły „dialogi” nawiązywane pomiędzy obiektami a odbiorcami. Umiejętnie rozmieszczone w przestrzeni lustra zacierały granice między rzeczywistością a iluzją, wpisując widownię w ten dziwny spektakl.

Co było w ekspozycji? Najsłynniejsze assemblages (obiekty ze znalezionych i ponownie wykorzystanych przedmiotów), kolaże, a nade wszystko Hasiorowy przebój: „Sztandary”.

Jak je zakwalifikować? Do tej pory trwają spory historyków sztuki. Tkaniny, rzeźby, asseblages? Autor nie przywiązywał wagi ani do nazewnictwa, ani „oryginalności”. Tworzył repliki, duplikaty, kolejne wersje. Nie tylko zakłócał chronologię – nie chciał być jednoznacznie zakwalifikowany: rok, gatunek, tytuł, rozmiar… Bo najważniejsze są treści, jakie dzieło w sobie zawiera, a nie dane katalogowe.

Tak też jest w Galerii Opera w stołecznej Operze Narodowej. A w niej – iskrzy, żarzy się, płonie! Aż strach, że zabytek się zajmie. Powodem zagrożenia – wystawa Władysława Hasiora. Bo to on podłożył ogień pod sztukę polską ubiegłego wieku. I ten żar płonie do dziś.

Uzależniony od Bugu i feromonów stodoły. Ze ściągawką od mamy

To już nie jest pejzaż, lecz podział świata. Dosłowny i symboliczny – bo w świetle można upatrywać pozytywów, a w ciemności – złych sił.

zobacz więcej
Człowiek wierzący, zakorzeniony w katolickiej tradycji, wierzył też w wielkość ludzi. I tym bardziej doskwierała mu małość charakterów, tragikomicznych z jego punktu widzenia, wyniesionych na piedestały przez współziomków.

W Galerii Opera Hasior zyskał nowy kontekst: uteatralnił się, uscenicznił. Zrobiło mu się blisko do Moniuszki, Fredry, Wyspiańskiego, Mrożka. Do tych, którzy dostrzegali nasze narodowe przywary. Bo przy dość powszechnych, ponadnarodowych wypaczeniach, polskie charaktery wyróżnia skłonność do pompy. Szczególnie pozostawało to w konflikcie i kontraście w PRL-owskich realiach. Rozmiłowani w celebrze, nie dostrzegaliśmy własnej śmieszności ani diabolicznej natury celebrantów.

Tę naszą cechę bodaj najdobitniej pokazał Hasior w „Sztandarach”. Z daleka oglądane, niesione w niby-procesjach te quasi-chorągwie miały wiele odniesień. Aranżowane w plenerach spektakle miały religijne odniesienia, lecz ich charakter pozostawał świecki, nawet pogański. Jest okazja przyjrzeć się z bliska „bohaterom” tych flag.

Żaden święty tu u nas nie gości, by sparafrazować song Martyny Jakubowicz. Są za to Święty Łotr, Czarownik, Noblista i Prelegent Wiejski. Wśród dam wyniesionych na sztandary specjalnym szacunkiem darzę Atenę Powiatową. Z twarzy podobna do sowy śnieżnej, mądrej ponad wszystkie pliszki, co to swoje ogonki chwalą. A ta sowa postawiła na oczy, których moc pokreśliła sztucznymi rzęsami.

Sztandarowy poczet w Operze zamarł w bezruchu – ale pokazana obok projekcja filmowa niesie widza do beskidzkiej wsi Łącko, gdzie po raz pierwszy w 1973 roku Hasior zorganizował procesję-happening z udziałem strażaków i mieszkańców.

Piękne i poruszające – lecz dla mnie większą siłę ma niewielka praca „Chleb polski”: owalny bochenek, z nożem wbitym w krwawiącą ranę, jak włócznia w bok Pana. Nasza niekończąca się Golgota.…

A wystawa do ósmego marca. Też symbolicznie.

– Monika Małowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Ekspozycja prac Władysława Hasiora w Galerii Opera w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie jest dostępna do 8 marca 2020 roku.
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Oko, usta, nos, a do tego brawurowe cięcia
Na apel o pomoc dla niego – Rosochy – tak wielu zareagowało pozytywnie. Nie tylko przyjaciele.
Kultura wydanie 20.03.2020 – 27.03.2020
Tęsknota za utraconymi kresami i miłość do Polaków
Nad Wisłą bilety na trasy koncertowe zespołów znad Balatonu wyprzedają się na pniu.
Kultura wydanie 20.03.2020 – 27.03.2020
Zombie jak wirus, szczepionki brak, młodzi pożerają starych
Warszawa w ostatnich dniach przypomina wyludniony Nowy Jork z filmu „Jestem Legendą” z Willem Smithem.
Kultura wydanie 6.03.2020 – 13.03.2020
Kulisy kampanii. Czy tylko prawica opłaca hejterów?
Skłonności homoseksualne każą bohatera kojarzyć z Biedroniem. Polityczna charakterystyka – z Trzaskowskim. A finał – z Adamowiczem. O kim opowiada najnowszy film Jana Komasy?
Kultura wydanie 6.03.2020 – 13.03.2020
Czy kapitan Żbik był potomkiem sanacyjnego śledczego?
W stanie wojennym zakończono wydawanie komiksowego cyklu o dzielnym funkcjonariuszu. Ówczesny szef MO generał Józef Beim uważał, iż „młodzież nie musi lubić milicji, ale musi się jej bać”.