Cywilizacja

Anatomiczny atlas grozy. Gdy jedni mówią sport to zdrowie, drudzy dodają – stracone!

Maratończykom amatorom nikt nie mówi, że bieganie po asfalcie jest jak młotkowanie kręgosłupa, stawów kolanowych i skokowych. Że więzadła i ścięgna doznają mikro urazów, które często przechodzą w przewlekłe stany zapalne.

Oba zawarte w tytule twierdzenia mają sens. Oba są od siebie odległe. Każde opisuje odrębny rodzaj sportu i odmienne do niego podejście. To pierwsze odnosi się do rekreacji. To drugie – do pracy zawodowej. Dobrze jest wiedzieć, do czego człowiek się zabiera i dokąd zmierza, zanim zacznie.

Rekreacja z definicji służy zdrowiu i lepszej kondycji. W każdym razie tak ma być. Poranna gimnastyka, spacerek albo trucht nie działają wyniszczająco na organizm lecz przeciwnie, poprawiają jego funkcje. Tyle, że rozumienie rekreacji zmieniło się dzisiaj bardzo. Im gorliwiej nagłaśnia się jej potrzebę, tym mniej jest rekreacji w rekreacji a więcej wyczynu.

Biznes wie, biegaczom się wydaje

Pokonanie maratonu nie jest rekreacją. Jest wysiłkiem wyczynowym, bez względu na tempo biegacza, z wszelkimi zagrożeniami i sporym ryzykiem dla zdrowia, gdyż uczestnicy takich zmagań robią to na własną odpowiedzialność, często bez badań lekarskich. Nierzadko też niestety bez przygotowania, a zwłaszcza – fachowego przygotowania.
Orlen Warsaw Marathon w kwietniu 2018. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Jednak modzie na bieganie towarzyszy hałas i zadęcie, które zagłuszają poczucie koniecznej rozwagi w katowaniu własnego organizmu. Stający na starcie mogą się dowiedzieć, że to wyraz ich pasji, heroiczne wyzwanie, próba charakteru. I to jest prawda, lecz połowiczna

Druga połowa prawdy zawarta jest w informacjach, których maratończycy amatorzy raczej nie usłyszą. Że bieganie po asfalcie jest jak młotkowanie kręgosłupa, stawów kolanowych i skokowych. Że więzadła i ścięgna doznają mikro urazów, które często przechodzą w przewlekłe stany zapalne, co ułatwia ich nadrywanie.

Ta wiedza jest dostępna, lecz niespecjalnie promowana. Nie ma takiego obowiązku. Ponadto nie wszyscy chcemy wiedzieć, że to, co lubimy, może być szkodliwe. Powszechna moda na bieganie to sprytne połączenie twardego biznesu i harcerskiego entuzjazmu. Biznes wie, po co to robi. Uczestnikom wydaje się, że wiedzą.

W tym przypadku trudno jest określić, ot tak na rybkę , czy sport to zdrowie, czy wręcz przeciwnie? Czy ktoś uprawia rekreację, czy już wszedł na ścieżkę wyczynową i ma tego świadomość? Skutki bywają odległe, chociaż niedostatek informacji na pewno nie sprzyja korzystnym prognozom.

Sportowcy zwodowi nie mają takich dylematów. Oni narażają zdrowie z pełną świadomością ryzyka, a mówiąc potoczne – jadą po bandzie i każdy z nich o tym wie. A kto nie wie albo zapomniał, ten długo po bandzie nie pojeździ. Znacznie dłużej będzie leżał w szpitalnym łóżku.

Usterka instrumentu

Wybitny pianista, w porywie natchnienia, może rozwalić swój fortepian. Gdy instrument się rozleci, może go wymienić na nowy, pięknie grać, ciągle pozostając wielkim wirtuozem. Żaden sportowiec nie ma takiego komfortu. To on jest instrumentem, na którym gra. Nie może go zniszczyć, bo nie ma innego i nie będzie miał.

Przekaz jest prosty, ale zadanie skomplikowane, a sprowadza się do pytania: jak wyjść cało z opresji ekstremalnych przeciążeń i stresów, nadal robiąc swoje z lekkością motyla? Pierwsza podpowiedź jest taka, że trzeba się do tego długo i starannie przysposobić.

Zaraz potem przychodzi refleksja, że nie da się wszystkiego przewidzieć, więc nie można się zabezpieczyć przed każdą usterką osobistego instrumentu. Ten kłopot towarzyszy zawodowcom od początku do końca kariery. Jest, że tak powiem, stałym fragmentem gry, który wymaga czujności, wymaga wiedzy i doświadczenia, szczególnie w rozpoznawaniu sygnałów ostrzegawczych organizmu.

Krychowiak na diecie warzywnej. Czy można być idolem, nie jedząc mięsa?

Władysław Komar zdobył złoty medal olimpijski w 1972 roku. Wcześniej codziennie na obiad dostawał dwukilogramowy połeć pieczonej polędwicy wołowej.

zobacz więcej
Kto to potrafi, ten może mieć nadzieję na łagodniejszy wymiar kary, choć nie może mieć pewności, że jej uniknie. Nieustanne przesuwanie granic własnych możliwości jest czymś w rodzaju eksperymentu na żywym organizmie. I to jest podróż w jedną stronę.

Każdy organizm ma jakieś granice. Kto nie próbuje ich przekraczać, ten się nie dowie, gdzie one są. Droga eksperymentu to standardowa procedura wyczynowej kariery z wynikiem niewiadomym. A to się nazywa rozwojem sportowym. Dlatego sportowcy dzielą się na tych, którzy mieli, mają albo będą mieć kontuzje.

Stachanowska statystyka

Intensywność i objętość wysiłków, jakie podejmują współcześni wyczynowcy, są obecnie znacznie większe niż przed laty. Powodem jest wyższy popyt na widowiska, a co za tym idzie, monstrualnie rozbudowane kalendarze imprez.

To nie może nie mieć wpływu na organizmy zawodników. Ciekawe i pouczające badania przeprowadzono w Premier League na piłkarzach. Najbardziej zapracowani rozgrywają w rocznie od 60 do 69 meczów. Jednak niewiele to mówi. Dużo więcej można się dowiedzieć z opisu wykonanych zadań.

Na przykład Callum McGregor z Caltic Glasgow w sezonie 2018/2019 rozegrał 65 spotkań. W każdym meczu przebiegał średnio 10 km. W sumie pokonał na boisku 655 km, czyli dystans 15,5 maratonów. Lecz to nie wszystko.

Dodając do tego rozgrzewki przed meczami, w czasie których zaliczył dodatkowe 100 km, bo to dokładnie zmierzono, wyszło 18 maratonów w 44 tygodnie. Ale i na tym nie koniec. On nie biegał tych maratonów w tempie maratończyka tylko sprintera. Szczęka opada, gdy się pomnoży objętość tej aktywności przez jej intensywność.

W tej stachanowskiej statystyce nie uwzględniono meczów granych w reprezentacjach narodowych, a przede wszystkim – treningów. A one przecież pożerają mnóstwo energii, wymagają potężnej dawki biegów, które łatwo można przeliczyć na kolejne maratony.

W polskiej ekstraklasie mniej się gra, więc i krócej się biega, co nie oznacza, że praca jest lekka. Nasza średnia ligowa to mniej więcej o 20 meczów mniej niż w Lidze Mistrzów, jednak swoje maratony piłkarz musi odhaczyć. A ile takich maratonów wykonuje piłkarz.pl?

Sebastian Szymański, który zagrał 45 pełnych spotkań, pokonał 11 pełnych maratonów. Doliczając 11 spotkań w reprezentacji, zaliczył 53 mecze. Trochę mniej niż Robert Lewandowski – 55. I mniej od Mateusza Klicha, rekordzisty sezonu, który miał 59 spotkań. Każdy może sobie to przeliczyć na maratony (42 km 195 m).
Callum McGregor z Celticu Glasgow w sezonie 2018/2019 pokonał na boisku dystans 15,5 maratonów. Na zdjęciu zawodnik podczas treningu w styczniu 2020 w Dubaju. Fot. Craig Williamson / SNS Group via Getty Images
Rodzaje wysiłków maratończyka w maratonie i piłkarza na boisku są oczywiście różne. Maratończyk bazuje na wytrzymałości, piłkarz na wytrzymałości szybkościowej, bo uprawia biegowe interwały z przerwami na krótkie odpoczynki.

Jednak objętość oraz natężenie wysiłków, tak maratończyka jak i piłkarza, prowadzą do nieuniknionych przeciążeń, które objawiają się na różne sposoby i w różnych kadencjach czasowych pod postacią mniej lub bardziej trwałych kontuzji.

Ścięgno o tym nie wiedziało

Futbol to gra kontaktowa. Powodem kontuzji bywają często bezpośrednie starcia z rywalem. Ale warto zaznaczyć, że przeciążony treningami i meczami aparat ruchu, jest bardziej podatny na urazy, ponieważ jest osłabiony.

Doświadczają tego wielkie gwiazdy piłki nożnej, mniej znani piłkarze oraz wielkie talenty futbolu, którym kontuzje przeszkodziły w karierach. Do grupy pierwszej bez wątpienia zalicza się Lionel Messi, który od roku 2014 do 2019 pauzował 15 razy z powodu różnych przypadłości zdrowotnych.

Cristiano Ronaldo, który uchodzi za wybitnego higienistę i bardzo uważnie monitoruje swój organizm, też 15 razy rezygnował z gry i musiał się leczyć. Lista gwiazd przejściowo poszkodowanych jest za długa, aby ją tutaj zamieszczać.

Warto jednak wymienić nazwiska paru piłkarzy, którym kontuzje odebrały szansę pełnego rozwoju. Wybitne talenty nie rodzą się, jak widomo, na kamieniu, więc dla piłki nożnej są to straty, choć nigdy nie dowiemy się jak duże.

W tym spisie należy uwzględnić Marco Reusa, Abou Diaby, Aimara, Jonathana Woodgate czy Kakę, który wprawdzie wygrał z Milanem Ligę Mistrzów, lecz na tym zakończył światową karierę. I tę listę można by wydłużać.

Przeciążenia to podstępny, cichy wróg sportowców wyczynowych. One nie biorą się znikąd. Nie następują z dnia na dzień. W powolnym tempie nakładają się na siebie degenerując włókna mięśni czy więzadeł aż do widocznego skutku, którym jest kontuzja.

Niestety nie ma na to rady. Medycyna sportu też jej nie znalazła mimo znacznego postępu diagnostyki i technologii aparatur. Poprawiła metody leczenia, poprawiła metody operacyjne tyle, że podstawowy problem zawodnika nie sprowadza się do tego, jak naprawiać, lecz do tego, co robić, by się nie zepsuło.

Może kiedyś, z pomocą nanochirurgii, uda się ten problem rozwiązać. Póki co, profilaktyka pozostaje na szarym końcu sportowej medycyny. Często sprowadza się do dobrych rad pana doktora: proszę się dobrze rozgrzać, posmarować tym czy owym, powinno pomóc…
Cristiano Ronaldo był kontuzjowany i musiał się leczyć już 15 razy. Na zdjęciu Portugalczyk na noszach podczas meczu z jego reprezentacji z Francją w finale mistrzostw Europy w 2016 roku. Fot. Pressefoto Ulmer\ullstein bild via Getty Images
Mniej więcej tak mi kiedyś powiedział pewien lekarz sportowy, skądinąd świetny ortopeda, gdy leciałem na mityng do Hawany ze stanem zapalnym ścięgna Achillesa. „Dobrze rozgrzać, wcierać maść. Będzie dobrze”. Ścięgno o tym nie wiedziało, więc się zerwało.

Obszary zagrożone

Zapobieganie kontuzjom jest trudne. Głownie dlatego, że testy wytrzymałości organizmu, czyli treningi i zawody, dają informacje zwrotne po wykonaniu zadań sportowych a nie przed. Póki coś nie zacznie boleć, nie wiadomo, co należy szczególnie ochraniać.

Wiedza empiryczna gromadzona przez lata pracy lekarzy i fizjoterapeutów, pozwala na wyodrębnienie anatomicznych obszarów zagrożonych typowymi urazami dla konkretnej dyscypliny sportu. Prognozy czasem się sprawdzają a czasem nie.

Piłka ręczna jest sportem urazowym. Najczęstsze kontuzje szczypiornistów to uszkodzenie rotatorów, czyli mięśni zlokalizowanych na łopatce a są to: nadgrzebieniowy, podgrzebieniowy, obły mniejszy i podłopatkowy. Leczenie zabiera od 2 do 3 miesięcy.

Inna dolegliwość, która się powtarza to tzw. łokieć tenisisty. Wywołuje ostry ból kłykcia bocznego kości ramiennej. Powodem są tysiące podań i rzutów na bramkę. Leczenie także może potrwać 3 miesiące.

Uszkodzenie mięśnia piersiowego wielkiego to trzecia z klasycznych kontuzji w tej grze. Dochodzi do niej zazwyczaj po zablokowaniu mocnego rzutu na bramkę. Takie blokady to norma, zatem i urazy też.

Anatomiczny atlas grozy można wykonać dla każdej dyscypliny. Można coś tam zabezpieczyć ćwiczeniami, gdy się wie, jakie kontuzje są typowe w konkretnym sporcie. A co z kontuzjami nietypowymi?

Ludzie ze szkła

Pytanie jest retoryczne, bo kontuzji nietypowych nie da się przewidzieć, więc nie można się przed nimi ratować. One się zdarzają w różnych okolicznościach, często także nietypowych.

Startując do metra, które zaraz ma odjechać ze stacji, można naderwać mięsień dwugłowy uda. Grając dla zabawy w siatkówkę na plaży, można uszkodzić staw barkowy, staw kolanowy i tak dalej. Piotr Małachowski, ikona rzutu dyskiem, nabawił się kontuzji dokładnie w takiej zabawie. Potem dochodził do formy przez parę miesięcy.

To się pewnie wydaje dziwne. Wytrenowanie i sprawność sportowca powinny go zabezpieczać przed takimi przypadkami. Ale jest wręcz odwrotnie. Organizm wyczynowca jest tak podrasowany, tak nagle i automatycznie wchodzi na wysokie obroty, że wymyka się spod kontroli.
Dyskobol Piotr Małachowski nabawił się dolegliwości podczas zabawy na plaży. Potem dochodził do formy przez parę miesięcy. Ireny Szewińskiej kontuzje się nie imały. Na zdjęciu Mistrzostwa Świata w lekkoatletyce w 2013 roku w Moskwie, Małachowski odbiera srebrny medal z rąk Szewińskiej. Fot. PAP/Adam Warżawa
Na stadionie każdy zawodnik jest bardzo skupiony, podejmuje ekstremalne wysiłki po solidnej rozgrzewce. W okolicznościach cywilnych jego sprawność nie spada, nawet na błahe bodźce reaguje instynktownie, jednak przy znacznie obniżonej koncentracji, stąd niespodziewane kontuzje.

Krótko mówiąc ludzie, których podziwiamy za nadludzkie osiągnięcia są jak ze szkła, chociaż robią na nas wrażenie, jakby byli ze stali i betonu. Trochę inaczej patrzymy na tych, którzy uprawiają sporty tzw. wysokiego ryzyka. Oprócz kontuzji oni mają wpisane w kariery również liczne wypadki, niekiedy niestety śmiertelne.

Rzecz jasna nikt nie siada na motocykl żużlowy, nie staje na stoku alpejskim, nie wychodzi na ring bokserski ani nie skacze na nartach po to, żeby ginąć albo nabawić się kalectwa. Jednak takie rzeczy działy się wielokrotnie. I mogą wydarzyć się znowu.

Nie ma sportu bez ryzyka. Nie da się w pełni skutecznie ochronić przed kontuzjami. Nie da się dogadać z losem, żeby oszczędził nam wypadków. Jedno, co się da, to ubezpieczyć na zdrowie i życie oraz od utraty pracy.

Polisa na 330 mln

Żaden sportowiec nie chce mieć kontuzji, lecz kiedy już ją ma, chce jak najszybciej wrócić. Po pierwsze do zdrowia. Po drugie do swojego fachu i zarobków. Zawodowcy pracują dla pieniędzy. Gdy nie pracują, tracą pieniądze. Niektórzy nawet fortuny. Ale nie tylko oni. Tracą ich kluby. Tracą menedżerowie. Jest wielu zainteresowanych.

Problem jest poważny, a o udanym rozwiązaniu decydują dwa bezpieczniki: zabezpieczenie finansowe procesu leczenia (zabieg operacyjny, rehabilitacja, pobyt w szpitalu oraz ewentualnie w ośrodku przyrodo-leczniczym) i zabezpieczenie finansowe na okres przerwy w wykonywaniu zawodu.

Możliwości są rozmaite i zależą od klasy wyczynowej zawodnika i jego dochodów. Od budżetów organizacji sportowych takich jak związki, kluby, federacje. Od energii, zaradności i empatii działaczy. Wreszcie od zdolności przewidywania samych sportowców.

Polskie Związki Sportowe mają obowiązek ubezpieczania reprezentantów kraju na międzynarodowych imprezach. Taka polisa obejmuje doraźną pomoc medyczną w miejscu zdarzenia z ograniczonym zakresem usług. Nie dotyczy zabezpieczenia finansowego.

Największe związki, a jednym z takich jest PZPN i prestiżowe federacje, a taką jest PKOl. poszerzają strefę ochronną zawierając partnerskie umowy z firmami ubezpieczeniowymi lub grupami placówek medycznych.

Przed Mundialem 2018 PZPN zawarł umowę z PZU. Kompleksowa ochrona od następstw nieszczęśliwych wypadków i kosztów leczenia objęła 7 tysięcy klubów oraz 450 tysięcy piłkarzy i 1800 placówek medycznych.

Chciwość i korupcja. Milionowe transfery i sędziowskie przekręty. Cała prawda o futbolu

To nie pieniądze psują piłkę nożną. Psują ją ludzie, których zepsuły pieniądze, bo mieli do nich zbyt łatwy dostęp.

zobacz więcej
Polisa obejmowała kontuzje i wypadki tylko podczas gry w piłkę nadzorowanej przez kluby, bo to one płaciły składki według własnych możliwości i wyborów. Przewidziano odszkodowania różnej wysokości. Np. za trwały uszczerbek na zdrowiu lub w przypadku śmierci od 5000 do 100 000 złotych.

Z kolei PKOl. zawarł umowę z medyczną grupą LUX MED dla polskich olimpijczyków na leczenie i rehabilitację w jej oddziałach. Ten kontrakt nie jest z gumy, zamyka się w określonej kwocie kosztów, jednak funkcjonuje sprawnie.

Zupełnie inną perspektywę własnego bezpieczeństwa mają mieszkańcy ostatniego piętra wieżowca o nazwie sport zawodowy. Tam ten problem rozegrano na trzy takty. Po pierwsze leczenie. Po drugie odszkodowanie. Po trzecie rekompensata zarobków.

Rezydentów tego piętra, a są wśród nich gwiazdy futbolu, stać na wysokie, prywatne polisy, bo nie stać ich na to, żeby ich nie mieć. Robert Lewandowski jest jednym z najlepiej umocowanych piłkarzy, chociaż poważne urazy akurat jego szczęśliwiej omijają.

W przypadku trwałej niezdolności do gry Polak otrzyma 80 mln euro, czyli 330 mln złotych. W razie kontuzji będzie otrzymywał całość wynagrodzenia do 2021 roku, a jego kontrakt z Bayernem wynosi 20 mln euro.

David Beckham, póki biegał po boisku i błyszczał na salonach, także zatroszczył się o siebie. Gdyby nagle i boleśnie zakończył karierę, dostałby 150 000 mln dolarów. Ronaldo i Messi wzięli by za to samo po 103 mln euro tyle, że Argentyńczyk nie dostałby tej kasy do ręki, wpłynęła by na konto klubu.

Jednak Messi otrzymałby jakąś część pieniędzy, ponieważ dorzuca trochę drobnych od siebie, konkretnie coś między 300 a 400 tysięcy euro rocznie. Za to bramkarz Manuel Neuer osobiście ubezpieczył swoje dłonie na 36 mln euro. Każdą z nich na taką samą sumę, żeby nie było…

Na zdrowiu, albo raczej na chwilowym albo trwałym jego braku, zarabiają też kluby piłkarskie. Im są bogatsze, tym więcej zarabiają, gdyż zatrudniają kosztownych pracowników. Każą sobie płacić za kontuzje nabywane przez piłkarzy w meczach międzypaństwowych.

Kłótnie z FIFA czy UEFA trwają od lat. Każdy liczy po swojemu i korzystniej dla siebie. Klubom wychodzi więcej, federacjom mniej. Żadna ze stron nie chce dopłacać do interesu. Ogólnie obie wychodzą na swoje.

Czas, genetyka i trening

A zatem sport to zdrowie czy zdrowie stracone? Myślę, że trochę jedno i trochę drugie. To zależy od paru czynników. Między innymi od perspektywy czasowej, w jakiej będziemy to oceniać.
Manuel Neuer osobiście ubezpieczył swoje dłonie na 36 mln euro. To znaczy każdą z nich na taką sumę. Na zdjęciu niemiecki bramkarz z kolegą z reprezentacji Sergem Gnabrym po meczu z Irlandią Północną. Fot. Lars Baron/Bongarts/Getty Images
Czterdziestoletni miotacz, zharatany przez dwadzieścia lat tysiącami ton dźwiganych ciężarów, może na nic nie narzekać, czuć się zdrowy jak ryba. Jednak rzetelną odpowiedź na stawiane wyżej pytanie, może sobie dać dopiero wtedy, kiedy przekroczy sześćdziesiątkę z plusem.

Tak samo maratończyk amator. Jeżeli zaczął biegać wcześniej, licznik bije dłużej. Gdy zaczął później, licznik bije krócej, za to mocniej. Człowiek dorosły, który nagle zapada na gorączkę maratońską, sporo ryzykuje, gdyż pominął etap podstawowy, czyli stopniowy proces zaprawy sportowej.

W przypadku zawodowców ważne są jeszcze dwie rzeczy: genetyka i trening. Irena Szewińska nigdy nie miała poważnej kontuzji mimo długiej kariery i wielu wyśrubowanych rekordów. Miała po prostu fenomenalny organizm.

Wayde van Niekerk, który wyżyłował niesamowity rekord świata na 400 metrów, wyżyłował też swój organizm. Ciągle na coś narzeka, ciągle pauzuje. Za metą pada i leży przez pół godziny poddawany reanimacji. Powodem może być trening.

Ten chłopak ma dwadzieścia parę lat, ale haruje od dzieciaka. Młody talent można szybko doprowadzić do wielkich wyników wielkimi obciążeniami na treningach. Zbyt dużymi jak na dojrzewający organizm. Efektem są częste urazy, które mogą złamać karierę.

Świadomie pomijam w tym tekście wpływ dopingu na kontuzje, a jest on dzisiaj niestety niemały. Problem dotyka wyczynowców i amatorów zwłaszcza, że w imprezach masowych nie prowadzi się kontroli antydopingowych. Temat jest zbyt obszerny i wymaga odrębnego artykułu. Rzecz jasna nie każdy zawodowy sportowiec czy maratończyk amator kończy na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej albo z protezami stawów kolanowych czy biodrowych. Tak też bywa, chociaż nie jest to reguła.

Amatorom rekreacji łatwiej jest uniknąć zdrowotnych komplikacji pod warunkiem, że realnie uprawiają rekreację, a nie wyczyn i niczego nie łykają. Zawodowcom nigdy nie jest łatwo i rzadko się to udaje.

Przed kontuzjami nic ich nie broni. Ani świadomość ryzyka. Ani sportowe doświadczenie. Ani wysokie ubezpieczenie, bo ono zabezpiecza przed skutkami. Nie chroni zdrowia, opłaca starty.

No cóż, niech będzie, że sport to zdrowie, ale pod pewnymi warunkami. Niektóre zależą od sportowca, inne wyłącznie od sportu. Kto stąpa po cienkim lodzie, ma nadzieję , że lód wytrzyma. Czasem wytrzymuje, a częściej nie. Taka to praca. I nie ma, że boli.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Roberta Lewandowskiego poważne urazy szczęśliwie omijają. Na zdjęciu polski napastnik w meczu Bayern Monachium-Real Madryt w kwietniu 2018. Fot. Boris Streubel/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Maszyny i… klapki japonki. Czym Chińczycy podbijają Afrykę
Pracownicy z Chin odmawiali siadania przy wspólnym stole podczas lunchu z Afrykanami i obrażali ich dając do zrozumienia, że źle wykonują swoją pracę.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wzywał arcybiskupów do dymisji, będzie uczyć kleryków w Holandii
Po zakonniku kolejne upomnienia, kary, zakazy wypowiedzi spływały jak po kaczce.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Partia związana z antybrytyjskimi terrorystami wraca na salony
W ciągu 40 lat zginęło 3500 osób. Połowa to ofiary IRA. Do dzisiaj mnóstwo jest spraw niewyjaśnionych: kto i dlaczego zginął, kto wydał rozkaz, kto go wykonał, gdzie spoczywają ofiary skrytobójczych morderstw?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Do czego Putinowi są potrzebni „terroryści” z Sieci?
W Rosji zaczyna się rodzić zapotrzebowanie na lewicową alternatywę wobec obecnej władzy, która postrzegana jest jako ultraliberalna.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Obserwujmy anglikanów. Bo Kościół katolicki idzie ich śladem
Wielka Brytania dokonała brexitu. Ale metody funkcjonowania Kościoła Anglii nadal podbijają europejski katolicyzm.