Rozmowy

W II RP jednym tekstem postawił klinikę. W PRL był przemilczany, zapomniany, zmanipulowany

W wielu sprawach był pierwszy. Jako pierwszy publicysta krytycznie skomentował układ Sikorski-Majski, słusznie przewidując jego złowieszcze konsekwencje dla całości Rzeczypospolitej, jako pierwszy pisał o zbrodni katyńskiej. I na emigracji musiał zmagać się z cenzurą: rodzimą oraz brytyjską – mówi Paweł Chojnacki, autor książki „Kiedy Zygmunt Nowakowski wróci wreszcie do Krakowa?”

TYGODNIK TVP: Niedocenianie bohatera pańskiej książki pod Wawelem bierze się z ideologicznego bagażu permanentnego prezydenta Krakowa w III RP?

PAWEŁ CHOJNACKI:
Spróbuję odpowiedzieć dyplomatycznie… Kiedy w 2011 roku rozpoczynaliśmy akcję przypominania postaci i postawy Zygmunta Nowakowskiego, wspierający ją od początku prof. Andrzej Nowak spontanicznie skomentował: „No, niezależnie od wszystkiego, to ten pomysł profesor Majchrowski poprze! Dobrze wie przynajmniej, kim był Nowakowski!”. Stało się inaczej. Prezydent Krakowa uniknął nawet spotkania z organizatorami społecznej akcji „2013 – Rok Zygmunta Nowakowskiego”. Rzeczywiście trudno zrozumieć ten chłód, zważywszy na specjalizację historyczną permanentnego prezydenta, choć na myśl przychodzi właśnie tenże ideologiczny bagaż formacji, z jakiej się wywodzi. Ale czy jego konkurenci zachowaliby się inaczej? Naprawdę nie wiem.

Moja książka proponuje nowe otwarcie kampanii na rzecz symbolicznego powrotu jej bohatera do Polski, do Krakowa. W dedykacji dziękuję dotychczas wspierającym tę kampanię, chcę oczywiście zawstydzić tych, którzy nie pomogli, ale głównie pragnę zachęcić do pomocy wszystkich, którym ten powrót leży na sercu.

Mam nadzieję, że postawa władz miasta uległa przemianie. Nowakowski należy do wszystkich krakowian, źle by się stało, gdyby jego „reemigracja” stała się jednostronnym wydarzeniem politycznym. Na pewno by sobie tego nie życzył. Ale na pewno też Polewce (Adam; pisarz, publicysta, działacz KPP i PZPR- przyp. red.) czy Machejkowi (Władysław; pisarz, publicysta i działacz komunistyczny, poseł na Sejm PRL -przyp. red.) ręki by nie podał. Podejrzewam, że z Szymborską też mógłby mieć problem. Na zaproszenie komunistów wrócić nie chciał.
Zygmunt Nowakowski, symbol „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Fot. NAC
W PRL Zygmunt Nowakowski dostąpił zaszczytu wpisania go na listę proskrypcyjną cenzury, choć zezwolono na wznowienie jego jednej książki.

Ten wielowątkowy twórca zapłacił bolesną cenę za niezłomną postawę na emigracji. Był dumny, że Mała Encyklopedia Powszechna PWN nazywała go „przeciwnikiem Polska Ludowej”. Najpierw jego twórczość była w kraju oficjalnie przemilczana, a on sam wymazywany – za karę.

Po jego śmierci w 1963 roku wydarzyło się coś może jeszcze gorszego – zafałszowywanie wizerunku. Elementem tej manipulacji stała się publikacja (i kilkakrotne wznawianie) jego najbardziej znanej przedwojennej powieści „Przylądek dobrej nadziei”. Nie trzeba było ingerować w jej treść, gdyż to urocza literatura, częściowo autobiograficzna, opisująca krakowskie dzieciństwo na przełomie XIX i XX wieku. Drugą pozycją, którą wydano za komuny w 1975 roku był dość stronniczy wybór felietonów z „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z lat trzydziestych. Edycję tę przygotował partyjny historyk literatury Henryk Markiewicz. Podano więc Nowakowskiego jako neutralnego politycznie literata i walczącego z sanacją publicystę, głównie humorystę „z myszką”. Temu manewrowi pikanterii dodaje fakt, iż rzeczywiście był i takim pisarzem i felietonistą, ale to tylko dwa z jego kilkunastu wcieleń…

„Czasem klaskałem, czasem gwizdałem”. Pamiętniki wiecznego outsidera

Żołnierz Legionów zniechęcony do Piłsudskiego. Członek władz PPS w opozycji do większości partii. Promotor Sikorskiego, który został ostrym recenzentem jego polityki.

zobacz więcej
Bo zanim sięgnął po pióro służył Melpomenie...

W niejednej roli – popularny aktor, reżyser, autor dramatów, utytułowany historyk i popularyzator teatru, krytyk, dyrektor krakowskiej sceny miejskiej…. Teatr kochał całe życie. Powiedział kiedyś: „Rozstaliśmy się z Melpomeną, ale my żyjemy ze sobą”.

Pseudonim artystyczny wymogło nazwisko nienadające się na afisz?

Urodził się jako Zygmunt Tempka w 1891 roku. Pseudonim – najpierw aktorski, potem literacki – wybrał, przyjmując nazwisko panieńskie matki Heleny. Wybitna i dzielna kobieta, jedna z pierwszych absolwentek Uniwersytetu Jagiellońskiego, samotnie wychowywała czterech synów – owdowiała, gdy Zygmunt miał pięć lat.

A czy nazwisko Tempka nie nadawało się na afisz? Węgrzyn, Jaracz, Solski – bo w tej lidze grywał – brzmią lepiej? Być może… Niektórzy współcześni komentowali tę decyzję raczej chęcią niekompromitowania porządnej rodziny tę nieco awanturniczą przejażdżką tespisowym wozem – bracia zostali poważanymi lekarzami, prawnikami… A Zygmunt – komediantem!

Reżyserią i dyrekcją teatralną zajął się, bo znudziło go aktorstwo?

Nie. Kierując Teatrem im. Juliusza Słowackiego w latach 1926–1929, równocześnie tam grywał, a reżyserię praktykował już wcześniej (certyfikat Związku Artystów Scen Polskich zdobył w 1924 roku). Zresztą tematyka teatralna to przez długi czas – dzięki badaniom dr Diany Poskuty-Włodek – najlepiej rozpoznany wątek jego biografii. Zasłynął wieloma rolami, wspominanymi jeszcze po latach. Zapamiętano może zwłaszcza te, które kojarzyły się z jego późniejszą postawą, a więc Cyrana de Bergerac, Księcia Niezłomnego, Gustawa-Konrada… Ale tworzył też z powodzeniem kreacje komediowe, dobrze czuł się jako amant.

Za jego dyrekcji Teatr Słowackiego zasłynął między innymi prapremierą „Akropolis” Wyspiańskiego, śpiewogrą „Krakowiacy i górale” według Karpińskiego i Bogusławskiego (ogromny rekord komercyjny) czy też pierwszą w Polsce inscenizacją „Księżniczki Turandot” Gozziego. Okres ten to również sukces, jakbyśmy dziś powiedzieli – menedżerski. Przeprowadził najpoważniejszą od powstania gmachu Teatru Miejskiego, czyli od roku 1893, modernizację techniczną tej sceny.
Czemu nie wpadł w oko kamery?

To zadziwiające, ale rzeczywiście nie znamy żadnych nagrań filmowych jego kreacji. Występował natomiast w radio, najprawdopodobniej był pierwszym lektorem, jeszcze przed oficjalnym otwarciem rozgłośni. I w tej dziedzinie został doceniony przez współczesnych. O jego randze świadczy fakt, że podczas wielkiego przedsięwzięcia medialnego II Rzeczypospolitej, jaką było sprawozdanie z pogrzebu Józefa Piłsudskiego, relacjonował przebieg uroczystości z najważniejszego stanowiska w Katedrze Wawelskiej. Wspominał, że komentarz, który spotkał się z przejmującym odbiorem słuchaczy, został zarejestrowany na płycie. Marzyłoby się jej odnalezienie – jeśli naturalnie przetrwała wichry historii.

Zawsze to powtarzam: gdyby w Polsce niepodległej przed 1939 rokiem rozwinęła się telewizja, to Zygmunt Nowakowski byłby z pewnością jej prekursorem i pierwszą twarzą!

Jego pisarska przygoda została zainaugurowana współpracą z najpopularniejszym dziennikiem II RP, czyli „IKC”?

Wejścia w powieściopisarstwo i felietonistykę zbiegły się czasowo z głośnym pożegnaniem z teatrem, gdy zrezygnował z funkcji dyrektora. Zresztą jego powieść „Przylądek dobrej nadziei” drukowana była pierwotnie w odcinkach i ma budowę nowelistyczną. W 1931 roku odniósł nią wielki triumf, za rok – kolejny, powieścią o tematyce teatralnej. „Start Edmunda Sulimy”, który najwyżej cenił, został uhonorowany Nagrodą Miasta Krakowa i podobnie jak „Przylądek...” czy jego kontynuacja „Rubikon”, był kilkakrotnie wznawiany. Równocześnie pisarz cieszył się opinią symbolu jednego z największych ówczesnych dzienników „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”.

Jego gazety lekceważyły zasady ortografii, epatowały zbrodnią i seksem, kupowały tajne informacje od morderców

Przyjaźnił się z Kornelem Makuszyńskim i Janem Kiepurą. Finansował budowę „zakopianki” i Pomnik Nieznanego Żołnierza. Stworzył największe w Polsce imperium prasowe.

zobacz więcej
Był chyba jednym z dwu – obok Wiecha – najbardziej poczytnych felietonistów międzywojnia. O czym pisywał?

Ze Stefanem Wiecheckim wiąże Nowakowskiego nawet pewna anegdota. Gdy bard Warszawy przyniósł swój debiut do prestiżowego wydawnictwa Jakuba Przeworskiego miał usłyszeć: „Felietonistów poniżej Zygmunta Nowakowskiego nie wydajemy!” (nota bene większość jego prac opublikowała jednak oficyna Gebethnera i Wolffa). Ale myślę, że raczej powinniśmy stawiać Nowakowskiego obok Antoniego Słonimskiego czy – jak czynili to współcześni – Adolfa Nowaczyńskiego i Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

Nowakowski wykształcił oryginalny typ felietonu interwencyjnego, społecznie zaangażowanego, a przy tym literacko błyskotliwego. Za największy swój przedwojenny sukces uważał „wybudowanie jednym tekstem” nowej kliniki laryngologicznej w Krakowie. Pod sam koniec niepodległości nie wystarczyło już czasu, by zebrać pieniądze na budowę partnerki dla ORP „Orzeł” – hasło budowy „Orlicy” rzucił w „Ikacu” w maju 1939. Rzeczywistość lat trzydziestych bezlitośnie krytykował, chociaż już na emigracji wielokrotnie z melancholią wracał do ówczesnych problemów, tęsknił do nich!

Niewątpliwy patriotyzm Nowakowskiego wiązał się z epizodem legionowym w jego życiu, a rozkwitł „Gałązką rozmarynu” – sztuką teatralną obecną w repertuarze teatralnym nawet za komuny.

Zgłosił się w do Legionów na ochotnika. Nie udało się wyjaśnić do końca, czy rzeczywiście walczył na froncie. On sam o tym nie wspomina. Wiemy natomiast, że służył w Departamencie Wojskowym Naczelnego Komitetu Narodowego i pisywał do jego prasy. Z tego czasu datuje się jego trudna – jak się miało okazać – przyjaźń z gen. Władysławem Sikorskim czy Marianem Kukielem (generał, historyk, przed wojną profesor UJ, działacz społeczny, minister rządu londyńskiego - przyp. red.).

Przeżycia wojenne zaowocowały w 1917 roku debiutem literackim – powieścią „Wymarsz”. Nie bardzo ją cenił, lecz stanowiła jedno z pierwszych w literaturze ujęć Wielkiej Wojny. W ogóle – w wielu przypadkach bywał prymusem. Jego życie ułożyło się w ten sposób, że kilkakrotnie debiutował w nowych dziedzinach twórczości. I zawsze z powodzeniem.

Bez osobistego doświadczenia legionowego nie powstałoby widowisko teatralne „Gałązka rozmarynu” – wielki przebój wszystkich praktycznie ważniejszych scen przedwojennej Polski. Z humorem i sentymentem oddane dzieje jednego strzeleckiego plutonu każą przypuszczać, że autor jednak wąchał proch… Po wojnie dwukrotnie pokazane w Londynie i jako słuchowisko zaprezentowane na antenie sekcji polskiej Radia Wolna Europa – w kraju długo zakazane.
Zygmunt Nowakowski był sprawozdawcą wielkiego przedsięwzięcia medialnego II RP, jaką był pogrzeb Józefa Piłsudskiego w maju 1935. Fot. KEYSTONE-FRANCE/Gamma-Rapho via Getty Images
W 1956 roku na namowy Arnolda Szyfmana do powrotu do kraju (za jego dyrekcji w Teatrze Polskim w Warszawie miała miejsce prapremiera spektaklu w 1937 roku) Nowakowski odpowiadał: wystawcie „Gałązkę...”, a wrócę. Szyfman mógł tylko niemo rozłożyć ręce. Przedstawienie niespodziewanie i niezauważalnie przemknęło przez scenę Teatru im. Jaracza w Łodzi jesienią 1982, a ponownie stało się szlagierem w sezonie 1988/1989, kiedy to grały ją teatry Warszawy, Krakowa, Radomia, Lublina, Gdyni… To oficjalne dopuszczenie Nowakowskiego (artykuły na jego temat zaczęło gęsto publikować na przykład partyjne „Życie Literackie”) stanowiło znów element manipulacji jego twórczością i życiorysem.

Oczywiście można powiedzieć, że podobnie jak publikacja jego powieści i wyboru felietonów, przyczyniło się ono do przywrócenia pamięci o nim. Jednak kontekst odprawiania tych urzędowych, peerelowskich „guseł” legionowych nie przyczynił się do poznania całości jego spuścizny i – przede wszystkim – prawdy o jego postawie po roku 1939.

Zaszczuty polski bohater. Czyli czarnowidz, który miał rację

Przeciwko niemu ruszyła machina FBI, wywiad wojskowy i komuniści w USA. Przeciwnika sojuszy z Sowietami okrzyczano pomocnikiem Hitlera. Od obywateli Niemiec i Japończyków odróżniało go to, że nie siedział w obozie.

zobacz więcej
Dlaczego – i jak – Nowakowski opuścił Polskę?

Pożegnał Kraków 3 września 1939 r. i tu zaczyna się zupełnie nowy okres w jego życiu. Zbliża się do pięćdziesiątki, pozostawia uznanie, utwierdzoną pozycję, willę „Pod Rozmarynem”, którą „wybudował pięciu palcami”, bo tyloma pisał na maszynie. Z plecakiem oraz właśnie z walizkową maszyną w ręce opuszcza na rozkaz dowództwa – jako zmobilizowany porucznik rezerwy –ukochany Kraków, by nigdy tam nie wrócić.

Na swym koncie pisarskim ma także proroczy w wymowie zbiór reportaży o dniach zdobywania władzy przez Hitlera („Niemcy a la minute”) – wie, że musi uchodzić. Ewakuacja okazuje się chaotyczna – w mijanych miejscowościach oficerowie proszą go o przemawianie do uciekinierów, by zapobiec panice.

Dociera do Lwowa, gdzie jest świadkiem kapitulacji miasta i wejścia Sowietów, co silnie przeżywa i opisuje w dantejski sposób. Kieruje jeszcze pracami Komitetu Pomocy dla Uchodźców z Województwa Krakowskiego, ale ma świadomość, że bolszewicy zgotują mu ten sam los, co hitlerowcy. Granicę polsko-węgierską przekracza nielegalnie 10 października.

Publicystą politycznym stał się na obczyźnie? Co spowodowało jego zatargi z emigracyjnymi władzami RP?

Jakkolwiek jest sporo racji w stwierdzeniu Adama Pragiera (legionista, ekonomista, publicysta, działacz emigracyjny – przyp. red.) iż Nowakowski dopiero podczas wojny w Londynie – nieco zaskakując sam siebie – przeistoczył się w komentatora polityki, to początków jego zaangażowania w sprawy publiczne możemy się doszukać już w felietonistyce międzywojennej, w jego bojach z cenzurą, w wyborze tematyki tekstów. Sam mawiał: „byłem niedzielnym wesołkiem w »Ikacu«”, co tylko częściowo odpowiadało prawdzie. Mam wrażenie, że był po prostu wierny przysiędze żołnierskiej – pozostawił relację, że minister Józef Beck chciał go zachować do swej dyspozycji w przypadku mobilizacji z planem powierzenia zadań w dziedzinie propagandy. Ten rozkaz, już ochotniczo, wykonywał do końca swych dni.
Od 1952 roku Zygmunt Nowakowski w RWE zaprezentował kilka serii gawęd historycznych. Fot. NAC
Wspominałem o tym, że w wielu sprawach był pierwszy. Tu także. Jako pierwszy publicysta krytycznie skomentował układ Sikorski-Majski, słusznie przewidując jego złowieszcze konsekwencje dla całości Rzeczypospolitej, jako pierwszy pisał o zbrodni katyńskiej. I na emigracji musiał zmagać się z cenzurą – rodzimą oraz brytyjską. Za tę postawę płacił wysoką cenę. Wielokrotnie podejmował próby znalezienia się na froncie, przy wojsku w charakterze korespondenta – zawsze mu to uniemożliwiano.

Możemy tylko snuć przypuszczenia, jakich utworów polska literatura – nie tylko wojenna – została w ten sposób pozbawiona. Musiał siedzieć w Londynie, gdzie pełnił – formalnie – rolę redaktora „Wiadomości Polskich” (kontynuacji „Wiadomości Literackich” Mieczysława Grydzewskiego). Pozostawał tego tytułu głównym publicystą – także po wznowieniu tygodnika w 1946 roku.

Którą z dwu trybun medialnych Nowakowskiego stawia pan wyżej: „Wiadomości” czy sekcję polska RWE?

Była jeszcze trzecia „mównica” – „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza” – felietony w najważniejszym piśmie codziennym emigracji niepodległościowej. Jestem przekonany, że wszystkie trzy kierunki aktywności twórczej Nowakowskiego po wojnie są istotne, równorzędne i każdy pełni nieco odmienne funkcje. Kontynuację misji zaangażowanego felietonisty wymogli na nim może emigracyjni czytelnicy, mianując go z urzędu najwybitniejszym przedstawicielem tego gatunku.

Król fotoreporterów II RP

Skandal sądowy ani mu szkodził, ani przeszkadzał. Po prostu – dodatkowa forma reklamy. Był trochę romantykiem, trochę fantastą, ale i człowiekiem interesu.

zobacz więcej
Współpraca z Radiem Wolna Europa i specjalne względy, jakimi się cieszył jako autor u dyrektora sekcji polskiej Jana Nowaka-Jeziorańskiego to próba (udana!) zachowania łączności z krajem. Od 1952 roku zaprezentował kilka serii gawęd historycznych, potem historyczno-literackich i teatralnych. Część tych audycji opracowała po śmierci Nowakowskiego Lidia Ciołkoszowa (taki dał warunek ich publikacji). Zostały ogłoszone w tomie „Wieczory pod dębem” i stanowią londyński odpowiednik eseistyki historycznej Pawła Jasienicy.

Podobną witalność zachował trzeci nurt jego powojennego pisarstwa, czyli eseistyka literacka publikowana głównie na łamach reaktywowanych „Wiadomości”. Wypowiadał się o naszych wielkich klasykach, o nowościach literatury emigracyjnej oraz krajowej, recenzował tytuły anglojęzyczne dotykające spraw polskich. Wytworzył w tych szkicach niepowtarzalny styl, zwany przez oszołomionych nim komentatorów typem eseju Zygmunta Nowakowskiego – gatunek zupełnie niezauważony przez znawców i badaczy polskiej szkoły eseju.

Jestem przekonany, że właśnie te szkice: mieszanina erudycyjnej szarży, subtelnych odniesień do klasyki, traktatu moralnego, dowcipu i prawie zawsze nawiązań do współczesnych autorowi wydarzeń zachowały świeżość. Ich pierwszy wybór przygotowuję w tej chwili dla Państwowego Instytutu Wydawniczego. Powinien ukazać się w 2020 roku.

Formalnie Nowakowski pozostał w stanie kawalerskim, chociaż miał damę serca...

W jego życiu trwałe miejsce zajęła jedna (prócz matki oczywiście!) kobieta. Przyjaźń, związek, permanentny romans – trudno rozeznać i nazwać tę trwającą ponad trzydzieści lat relację z Różą Celiną Otowską – mogłyby stanowić kanwę powieści, jakże innej zapewne w treści, niż na przykład dywagacje Manueli Gretkowskiej o Jerzym Giedroyciu i Agnieszce Osieckiej. Zachowała się (a nawet częściowo została opublikowana) bogata korespondencja pana Zygmunta i pani Celiny. Otowska była właścicielką majątku i dworu w Trzęsówce na Podkarpaciu, gdzie powstały najważniejsze utwory Nowakowskiego – spędzał tam w latach trzydziestych miesiące letnie. Jako dobroczyńca Trzęsówki jest tam do dziś pamiętany. W 2013 roku jego imieniem nazwano miejscową szkołę.

Spoczął w rodzinnym mieście, lecz nie tam, gdzie sobie życzył, bo pisał: „A gdy mi przyjdzie świat ten rzucić, mam być pochowany nie gdzie indziej, tylko na polu karnym Cracovii. Jeszcze po śmierci będę bronił jej bramki!”

Zmarł w 1963 roku. Pierwotnie pogrzebano go na londyńskim cmentarzu Fortune Green. W testamencie pozostawił dyspozycję, aby jego prochy przeniesiono do Krakowa. Wykonawcy ostatniej woli trzej przyjaciele: Mieczysław Grydzewski, Leopold Kielanowski i Karol Poznański zdołali przemóc opór komunistycznych władz dopiero w 1968 roku. Warunkiem było uczynienie tego aktu w ciszy. Tak się też stało.

W powtórnym pochówku oprócz rodziny uczestniczyła garstka osób. Wśród emigracji panowało powszechne przekonanie, że Zygmunt Nowakowski powinien spocząć na Skałce. Skromna tabliczka na grobowcu rodziny Kowalskich i Krypta Zasłużonych obrazują rozziew, jaki nastąpił w naszej kulturze, ruinę – do tej pory nieodbudowaną.

Osobiście uważam, że istotnie powinien leżeć u ojców paulinów. Ale w jego powrocie widzę ważniejsze elementy na dziś niż miejsce wiecznego spoczynku.

Zaryzykuję twierdzenie, iż absencja dorobku pisarskiego Zygmunta Nowakowskiego wynika dziś z faktu, że był związany z polskim Londynem, a nie z Paryżem...

Ta nieobecność ma kilka przyczyn. O jednej z już mówiliśmy – planowej operacji, jakiej komuniści dokonali na zbiorowej pamięci. To zatrważające, jak podobna chirurgiczna ingerencja okazała się – w tym i w podobnych przypadkach – skuteczna i trwała.

Zła prasa, jaką miał na łamach „Kultury” wiązała się z odmiennymi wizjami działania czy też z odmiennymi funkcjami, jakie spełniały dwa intelektualne środowiska polskiej emigracji – londyńskie i paryskie (przy całej umowności tych określeń). Taktyczną krytykę Giedroycia sprzed lat bezkrytycznie przejęła część peerelowskiej inteligencji, na którą oddziaływał.

Z tego cudzego i bardzo już starego osądu niektórzy badacze czy komentatorzy polskiej kultury drugiej połowy XX wieku nie mogą się ciągle otrząsnąć. Swą rolę grają takie dawne autorytety jak Maria Danilewicz-Zielińska, która w osobistej, a traktowanej jak obiektywny podręcznik książce o literaturze emigracyjnej pisała o Zygmuncie Nowakowskim niestworzone historie. Powtarzane są jednak do dziś – podobnie, jak manipulacje cytatami z jego artykułów dokonane kiedyś na zimno przez Juliusza Mieroszewskiego. To drugi – obok komunistycznego zakłamania – nurt, który należy przemyśleć i przezwyciężyć. Naturalnie, jeśli chcemy bogactwo i znaczenie fenomenu, jakim był „reemigrejtan” – tak określiłem bohatera mej książki – w pełni dostrzec, docenić i się nim cieszyć.

– Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Paweł Chojnacki jest historykiem, filozofem, dziennikarzem i publicystą. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Univercity College London. Autor siedmiu książek.
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Dawniej był nóż, teraz ma być kwiatek
Andrzej Krauze: Kiedyś ilustrując temat rasizmu, rysowałem czarnoskórych. Dziś redaktor mi mówi, żeby skomentować to zjawisko bez koloru.
Rozmowy Poprzednie wydanie
W łóżku mężczyźni boją się kobiet
Ona idzie do seksuologa, edukuje się w tej materii, kupuje gadżety, a on ucieka z sypialni, nie chce spełnić jej zachcianek, bo boi się, że nie podoła.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nienawiść między Legią a Polonią wywołali komuniści
Był taki mecz, na którym pojawili się nawet kibice Legii, by kibicować Polonii.
Rozmowy wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Seks z internetu
W ciągu godziny oglądania pornografii mamy do czynienia z większą ilością bodźców seksualnych, niż nasi dziadkowie przez całe życie. To gwałt na mózgu.
Rozmowy wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Temperament Kulig i Szaflarskiej, kapsuła czasu i sądeckie Oskary
Mają związki z niderlandzką rodziną królewską, własne wino spod Tokaju, drzwi na świat, ale i zapach naftaliny. Ludzie, którzy „z gór widzą lepiej”.