Rozmowy

Tu wyszedł na ganek i po raz ostatni popatrzył na Tatry

W progu przed drzwiami stanął Jan Paweł II. Spodziewano się Go na Rusinowej Polanie, ale śmigłowiec w ogóle nie wylądował, wrócił do Zakopanego. Tam Ojciec Święty przesiadł się w samochód i przyjechał do nas. To było jego pożegnanie z górami – wspomina Maria Łapińska, prowadząca tatrzańskie schronisko PTTK nad Morskim Okiem.

Trafiła tutaj 46 lat temu, mając zaledwie 19 lat. Obiekt zaczęła prowadzić 10 lat później. Opowiada o czasach, gdy po jeziorze pływała na randki łódką i jak raczyła lokalną nalewką księcia Karola. Wspomina też tragiczną wycieczkę licealistów – młodzież zabiła lawina, a ciała pół roku zwożono do Morskiego Oka, gdzie z wetkniętą kosówką czekały na transport...

TYGODNIK.TVP.PL: Mówią o pani: „nasze dobro narodowe”.

MARIA ŁAPIŃSKA:
To miłe, coś takiego usłyszeć na swój temat (śmiech). Ten przydomek otrzymałam od starszego pokolenia wspinaczy, którzy raz w roku robią zjazdy w schronisku. Większość z nich ma już ponad 80 lat, szkoda, że to środowisko tak szybko się kurczy – od ostatniego spotkania zmarło już 16 osób.

Czuję się jednak raczej osobą wybraną niż dobrem narodowym. Bo kto ma tak dobrze, jak ja? Nie ma piękniejszego miejsca w Polsce. Jestem blisko natury, jezioro i wysokie góry są w zasięgu ręki i do tego nieskazitelne górskie powietrze. No i mieszkam w miejscu z niezwykle bogatą tradycją. Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej.

Rodzina Łapińskich związana jest z tym miejscem już od II wojny światowej. W latach 1945-1980 schroniskiem kierowali pani teściowie, Łapińscy Czesław wraz z żoną Wandą, zwaną pieszczotliwie „Dziunią”. To był czas rozwoju taternictwa i polskich sukcesów w Himalajach. Niemal wszyscy sławni himalaiści bywali tutaj, snując górskie opowieści i śpiewając przy gitarach.

Czesław Łapiński był alpinistą, ratownikiem tatrzańskim oraz taternikiem. Był współzałożycielem grupy taternickiej zwanej „Pokutnikami”. Trzon tej grupy stanowili Marian Paully, Kazimierz Paszucha, Czesław Łapiński i Adam Górka, którzy w latach 30. ubiegłego wieku trenowali wspinaczkę na wapiennych skałach pod Krakowem. Nazwą „Pokutnicy” ochrzciły ich wiejskie kobiety, które nie raz widziały ich rankiem lub o zmroku, jak szli pod skały, obwieszeni linami i dzwoniący żelazem haków i młotków.
Dodatkowo Czesław Łapiński z Kazimierzem Paszuchą stworzyli duet wspinaczkowy „Łapiński-Paszucha”, który zasłynął z pierwszych przejść: północno-wschodniej ściany Mnicha, północno-wschodniej ściany Kazalnicy Mięguszowieckiej, środkiem północno-zachodniej ściany Galerii Gankowej.

Kiedy po raz pierwszy pojawiłam się w schronisku, to głównymi gośćmi obiektu byli właśnie taternicy. I tak, można było posłuchać wielu barwnych opowieści czy anegdot związanych ze zdobywaniem górskich szczytów, czy też gry na gitarze, fujarce oraz organkach . Atmosfera była tu naprawdę wyjątkowa.

Pochodzi pani z Bochni, jak to się stało, że weszła pani na stałe do górskiego środowiska?

Wydziedziczono baców. Mówiono, że owce niszczą góry. Teraz wracamy!

Fujara ma dwa metry długości. Końcówka jest subtelna. Dwojnica ma sześć otworów i zarazem wcale. A trombita musi być szczelna. O co chodzi i jak to się robi?

zobacz więcej
Dzieciństwo spędziłam w Bochni, natomiast często przyjeżdżałam do Zakopanego. Tam chodziłam do Technikum Hotelarskiego. Do schroniska przyszłam w sierpniu 1973 roku na miesięczną praktykę, za karę po oblanej na maturze matematyce. Miałam wtedy 19 lat. I ta kara trwa do dzisiaj (śmiech).

Tu pracowała moja ciocia. Była bufetową. Pomagałam jej w obowiązkach. Chodziłam po sali i zbierałam kufle, czy robiłam wodę z sokiem. Wtedy kuchnia była prosta, w ofercie był głównie bigos czy flaki. Ja później wprowadziłam szarlotkę, bo to było jedyne ciasto, które umiałam zrobić (śmiech).

W trakcie mojej praktyki syn kierowników obiektu, Wojtek Łapiński, nie odstępował mnie na krok. Jak się później dowiedziałam, wpadłam mu w oko już dużo wcześniej. Było to podczas pochodu pierwszomajowego po ulicach Zakopanego. Szłam ze swoją szkołą, on był z ratownikami TOPR-u. Byłam ubrana w piękną garsonkę oraz eleganckie buciki. Na pochód trzeba było ubrać wszystko, co najlepsze (śmiech). I tam mnie wypatrzył. Kiedy miałam przyjechać do pracy w schronisku, zobowiązał się, że mnie przywiezie gazikiem z dołu. W drodze poczęstował mnie bundzem. Auto było dość brudne i na serze odbiły się jego linie papilarne. Byłam zniesmaczona, ale zjadłam (śmiech). Czułam przed nim respekt. Zaiskrzyło między nami i potem spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę.

A było miejsce na prywatność?

Oczywiście! Na przykład lubiliśmy spać pod namiotem nieopodal Morskiego Oka. Niekiedy też wypływaliśmy łódką na jezioro. Bo do lat 70. ubiegłego wieku można było to robić. Po jednej i drugiej stronie stały drewniane przystanie i w ten sposób przewożono turystów. To była duża atrakcja. Później władze Tatrzańskiego Parku Narodowego zakazały pływania i przystanie rozebrano. W sumie do końca nie wiadomo, z jakiego powodu, prawdopodobnie ze względu na zaśmiecanie wody.

Zdążyliśmy na szczęście zaliczyć kilka randek na wodzie. Nie przeszkadzało nam, że łódka była dziurawa. Byłam majtkiem, który miał za zadanie wylewać wodę (śmiech). Czułam się z Wojtkiem bezpiecznie. Pierwsze stanowisko, jakie miał w obiekcie, to był wioślarz przystaniowy.

To był cudowny czas. Kiedy zaszłam w ciążę, postanowiliśmy się pobrać.


Pani mąż przejął schronisko po rodzicach w 1981 roku, kiedy były największe problemy z zaopatrzeniem. Jak sobie radziliście w tych trudnych czasach?

Mieszkałam z mężem i dwójką dzieci, córką Patrycją i synem Kubą, w skromnych warunkach, na tyłach schroniska w jednym pokoju, do tej pory nazywam go dziecinnym. To była harówka od rana do wieczora.
Ja zajmowałam się sprawami personalnymi i hotelowymi oraz kuchnią. W międzyczasie robiłam studia w Warszawie z administracji państwowej. Mój mąż czuwał nad obsługą techniczną obiektu i zaopatrzeniem. W latach 80. w sklepach nie było praktycznie nic, o wszystko trzeba było walczyć. Towar zdobywało się po znajomości. Jechało się na przykład po słodycze do Skawiny, czy po mięso do Nowego Sącza. Przydziały, które dostawaliśmy, wystarczały najwyżej na dwa tygodnie. Mąż pracował w nieustannym stresie i to go w końcu zabiło.

Są takie miejsca w górach, gdzie ludzie skaczą w przepaść

Dochodziło do tego koło szczytu Sokolicy w Pieninach.

zobacz więcej
3 sierpnia 1985 roku postanowiliśmy pojechać do Bochni na jeden dzień, aby tam odpocząć i przy okazji zabrać naszego syna, którym opiekowała się moja mama. To był piękny dzień w gronie ukochanych osób. Wypoczywaliśmy nad rzeką Rabą. Mąż uczył dzieci pływać, ja odpoczywałam na kocyku. Wieczorem położyliśmy się spać, a on we śnie zmarł, nagle, na zawał serca. Miał zaledwie 36 lat. Okazało się, że miał wadę serca, o której mi wcześniej nie wspominał.

To był dla mnie szok. Zaczęłam krzyczeć, że nigdy nie wrócę nad Morskie Oko, że nienawidzę tego miejsca. Byłam zła na los. Córka, która była ulubienicą Wojtka, powiedziała do mnie, że tata by nigdy nie opuścił schroniska… I kazała mi przysiąc, że tam wrócimy. Dotrzymałam słowa. Po tygodniu z dwójką dzieci pojawiłam się z powrotem nad jeziorem.

Do tej pory brakuje mi męża. Trudno mi się z tym pogodzić, że tak szybko odszedł. Byłam jeszcze bardzo młoda, miałam 30 lat, i byliśmy po ślubie zaledwie 10 lat. Całe życie było przed nami. Najbardziej jednak śmierć Wojtka przeżyła córka Patrycja. Zabierał ją na narady, czasem na wagary (śmiech). Kiedyś w drodze na cmentarz powiedziała do mnie: „Wolałabym, żebyś ty umarła zamiast taty. Ty miałaś Kubę, a ja teraz zostałam sama”. Ani trochę nie miałam do niej żalu. Miała prawo tak czuć. Syn go nie pamięta, bo w chwili jego śmierci miał tylko 2,5 roku.

Nie rozważała pani wejścia w kolejny związek?

Byli tacy, którzy chcieli zająć miejsce Wojtka. Nawet od jednego z nich dostałam pierścionek zaręczynowy. Ale jakoś nie byłam w stanie się przełamać. Miłość do męża pozostała bardzo silna. Lubię z nim rozmawiać, kiedy jestem sama. Wierzę, że mnie słyszy i liczę, że kiedyś spotkam go po drugiej stronie.

Po jego śmierci wspierał mnie kardynał Franciszek Macharski, który lubił przyjeżdżać do schroniska. Mówiłam mu, że gdyby Bóg istniał, to by mi nie zabrał męża i nie zostawił samej. A on mnie zapytał: „Jak pani idzie do ogrodu, to zrywa pani te brzydkie kwiaty, czy te najładniejsze?”. Odpowiedziałam, że oczywiście te drugie. A on na to, że mój mąż to był właśnie taki piękny kwiat. Nie do końca mnie to usatysfakcjonowało. Bardzo jednak lubiłam sobie porozmawiać na różne tematy z fajnymi osobami duchownymi. Choć nie ze wszystkim się z nimi zgadzałam.

Prowadzenie schroniska samej, i to kobiecie, musiało być nie lada wyzwaniem. Wszystkie obowiązki spadły na panią.

Czasy były rzeczywiście bardzo ciężkie, bo trzeba było przeprowadzić generalny remont schroniska. Trwał od 1988 do 1992 roku. Wymienione w nim zostało niemal wszystko. Na szczęście miałam zgrany zespół. Wszyscy pomagali.
Wtedy pracowałam na pół etatu jako stróż obiektu. Pieniądze nie wystarczały mi jednak na utrzymanie dzieci i musiałam szukać innych źródeł dochodu. W 1989 roku wyjechałam do Norwegii na dwa miesiące. Tam robiłam różne rzeczy, zbierałam truskawki, sprzątałam piwnice, malowałam tor wyścigowy i domy. Z moją koleżanką Bożeną Wajdą umówiłam się, że ja maluję dół, a ona górę budynku. Bałam się wejść na drabinę, wysokość mnie przerażała.

Aż trudno uwierzyć, że ma pani lęk wysokości!

Niestety, jest nabyty po śmierci Wojtka. Prawdopodobnie na skutek nadmiaru stresu i odpowiedzialności. Wcześniej nie miałam z wysokością problemu. Chodziłam w Tatry, bez najmniejszego zawrotu głowy wielokrotnie przeszłam między innymi Świnicę czy Orlą Perć. Aż do czasu utraty męża.

Dla himalaisty śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona

Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.

zobacz więcej
Pewnego dnia wzięłam dzieci na spacer do Marchwicznego Żlebu. Był z nami też mój brat – himalaista, taternik i ratownik – oraz żona naczelnika TOPR-u. Weszłam na pewną wysokość i kiedy się obejrzałam, spojrzałam w dół, ogarnął mnie ogromny strach. Powiedziałam, że nie zejdę. Bałam się, że spadnę. Mój brat zdecydował, że pójdziemy dalej na Marchwiczną Przełęcz, potem przez Opalone na Świstówkę i szlakiem wróciliśmy do Morskiego Oka. Z półgodzinnego spaceru zrobiło się pięć godzin.

Po tym incydencie już nie wróciłam w góry. Trwało to aż do 2008 roku, kiedy obchodziliśmy stulecie schroniska. Wtedy moja rodzina i znajomi namówili mnie, żebym weszła z nimi na Rysy po stronie słowackiej. Co ciekawe, nigdy nie zdobyłam szczytu po stronie polskiej. Mimo swoich lęków, postanowiłam spróbować sił. Na łańcuchach krew się lała, ale szłam dzielnie w górę (śmiech). Szczęśliwie weszłam. Byłam z siebie bardzo dumna. Potem już nie sprawdzałam, czy lęk wysokości minął mi bezpowrotnie. Z powodu problemów z kręgosłupem na stałe musiałam się pożegnać z górskimi wyprawami.

Życie z dala od cywilizacji szczególnie trudne musiało być dla pani dzieci.

Najtrudniej było przeżyć zimę. Nie raz byliśmy odcięci od świata.

Do mojego drugiego porodu, syna Kuby, musiałam lecieć do szpitala śmigłowcem TOPR-u. Był styczeń, droga nieprzejezdna. Potem musiałam czekać dwa tygodnie na powrót, na lotną pogodę, czyli odpowiednią widoczność. Na 30. urodziny syna ratownicy postanowili zrobić mu prezent i zabrać śmigłowcem do Doliny Pięciu Stawów. Był bardzo przerażony lotem, powiedział mi później, że zdecydowanie lepiej czuje się na ziemi (śmiech).

Córka Patrycja też przeszła swoje w okresie zimowym. Musiałam ją budzić o 5 rano, żeby zdążyła na lekcje do szkoły. Zazwyczaj odwoziłam ją skuterem do Łysej Polany, tam przesiadała się na autobus. Raz zdarzyło się, że musiałam z nią przechodzić przez lawinę. Było to w poprzek Żlebu Żandarmerii, miejsca najbardziej zagrożonego schodzeniem lawin w Tatrach. Czasem dochodziło tam do wypadków, w których ginęli ludzie. A wtedy była straszna zamieć. Córka przystanęła i nie chciała się dalej ruszyć z lasu poniżej Żandarmerii. Wróciłam po nią i popychałam ją siłą, aż się jej krew puściła z nosa. Pamiątką były też ślady odmrożeń na twarzy i palcach. Do tej pory mi to wypomina.

Kilka dni później zeszła w tym miejscu lawina. Zresztą to niemal codzienność w Tatrach. Zdarzyło się, że podeszła nam nawet pod same drzwi schroniska. Kiedy nie było pługa, ratownicy i pracownicy piłą motorową cięli bloki śniegowe i ustawiali je po bokach drogi. Tak powstawał wąwóz, przez który można się było przemieszczać.

Kiedy nie można było przejechać samochodem, to trzeba było po towar schodzić dwa kilometry na Włosienicę, skąd załoga schroniska wynosiła go na górę.

Wciąż pamiętana jest tragedia pod Rysami w Tatrach: pod koniec stycznia 2003 roku lawina zabrała dziewięciu licealistów wyprawy górskiej z I LO im. Leona Kruczkowskiego w Tychach. Uratowała się tylko jedna dziewczyna, zginęło osiem młodych osób z trzynastoosobowej grupy zmierzającej na szczyt.
Obraz tej tragedii jest dla mnie cały czas żywy. Bardzo to przeżyłam. Licealiści nocowali w Morskim Oku. To był ich drugi dzień pobytu w Tatrach. Pierwszego dnia Rysy zdobyła jedna część grupy, kolejnego miała wejść następna. Opiekun wycieczki zabrał młodzież na wyprawę mimo ostrzeżeń o pogarszającej się pogodzie, i choć nie miał uprawnień do prowadzenia górskich wycieczek. Nagle usłyszeliśmy potężny huk. Zeszła lawina i zabrała młodzież w dół. Mimo natychmiastowej akcji ratunkowej, było już dla nich za późno.

Na mnie spadło informowanie rodzin o wypadku. Kiedy tu przyjechali z psychologami, słychać było tylko płacz. To było coś strasznego. Niektórzy z nich stracili dwoje dzieci, ktoś inny jedynaka. Niektórzy z nich chcieli brać ze schroniska do swojego domu pościel z łóżkiem, na którym spało ich dziecko. Na pamiątkę.

Prorok na polskiej ambonie. Jan Paweł II z Bogiem się nie wadził, chociaż – jak wszyscy – nie potrafił Go pojąć i wyrazić

Karol Wojtyła „dzielił się tym, co odkrył, co przeżył, czym się zachwycił, czego się przestraszył”.

zobacz więcej
Zdążyłam się zaprzyjaźnić z tymi rodzinami. Wiedziałam wszystko o ich dzieciach. Kto jakie miał plany.

Wydobywanie ciał trwało niemal pół roku. Część z lawiny, część z Czarnego Stawu. Później zwożono ciała do Morskiego Oka. Tam z wetkniętą kosówką czekały na transport – to taki zwyczaj, aby umieszczać gałązkę kosodrzewiny przy zmarłej osobie. To było pośmiertne pożegnanie. Kiedy wyciągnęli ostatniego chłopca z wody, 17 czerwca, jego mama podeszła do mnie mówiąc z żalem, że ściągnęła mu czapeczkę razem z jego włosami. Do tej pory ciarki mnie przechodzą. Tego nie da się zapomnieć. Jak jest rocznica tragedii, to na ganku palimy znicze.

Dziennie w Morskim Oku pojawia się kilka tysięcy turystów, w rekordowych dniach nawet kilkanaście tysięcy – to musi być bardzo męczące. Nie ma pani potrzeby, by czasem odciąć się od tych tłumów, wyjechać gdzieś bardzo daleko?

Jestem przyzwyczajona do tego zgiełku. Kiedy jest wielki ruch, idę do pokoju, aby tam odsapnąć i po 10 minutach wracam do swoich obowiązków jak nowonarodzona. Generalnie nie lubię się stąd ruszać. Byłam na kilku krótkich wyjazdach, między innymi w Tunezji, na Cyprze i Gotlandii, ale szybko chciałam stamtąd wracać. Nigdzie się tak dobrze nie czuję, jak w schronisku. Co jakiś czas pojawiają się tutaj wyjątkowi goście.

„Po co mam jeździć w świat, skoro cały świat tu przyjeżdża?” – to podobno powiedzenie pani teścia. A szczególnych wizyt tutaj nie brakowało. Znienacka przyjechał kiedyś Jan Paweł II.

Dzień przed jego wizytą pojawił się w schronisku ksiądz z papieskiej świty i rozpytywał, o której godzinie robi się tu pusto. Powiedział, że jak mi się uda zmniejszyć ruch turystyczny, to nie pożałuję. Przeczułam, że papież może do nas zawitać. Zadzwoniłam do mamy, aby przyjechała. Dzień później w progu przed drzwiami stanął Jan Paweł II. Spodziewano się Go na Rusinowej Polanie, ale śmigłowiec w ogóle nie wylądował, wrócił do Zakopanego. Tam Ojciec Święty przesiadł się w samochód i przyjechał do nas.

Dyrektor TPN-u witał Go z honorami. Później moja mama na werandzie. Była bardzo szczęśliwa. Do końca życia miała nad łóżkiem swoje zdjęcie z papieżem.

Siedzieliśmy razem krótką chwilę w moim biurze. Rozmawialiśmy o moich teściach. Ojciec Święty znał ich dobrze, w młodości podczas swoich wędrówek górskich czasem ich odwiedzał.

Było podniośle. Czułam dumę, że akurat wybrał to miejsce. To było jego pożegnanie z górami, wyszedł na ganek i po raz ostatni popatrzył na Tatry. Na odchodne dostaliśmy różańce, a ja podarowałam Ojcu Świętemu album o Tatrach i naszą nalewkę litworówkę.
Litworówka to podobno specjalność schroniska. Zachwycał się nią nawet książę Karol, który również odwiedził Morskie Oko.

To jest wieloletnia tradycja wyrobu tego trunku. Mój teść otrzymał przepis od swojego teścia, który był gorzelnikiem. Zbiera się arcydzięgiel litwor, który rośnie nad jeziorem. Suszy się zioło i potem łączy w odpowiednich proporcjach ze spirytusem. Nalewka ma taki intensywny smak, zapach i aromat.

Książę Karol był rzeczywiście zachwycony nalewką. Nabrał rumieńców i skwitował z uśmiechem: „Very, very strong drink”. To było bardzo miłe spotkanie. Tylko moje wnuczki były zawiedzione, że nie miał korony i karocy (śmiech).

Odwiedził nas też między innymi sir Edmund Hillary, który w 1953 roku jako pierwszy człowiek w historii zdobył szczyt Mount Everest. Byli też strażacy z Word Trade Center, sporo sportowców, polityków, aktorów czy piosenkarzy.

Jest pani związana ze schroniskiem niemal 50 lat. Czy to miejsce jakoś panią naznaczyło, zahartowało?

Oj bardzo. Życie mnie nie rozpieszczało. Przeszłam ciężkie chwile, ale zarazem bardzo piękne. Nigdy bym sobie takiego scenariusza dla siebie nie napisała. Nie wyobrażam sobie życia w mieście, wręcz nie umiem się w nim odnaleźć. Tak jak moje dzieci. Dlatego cieszy mnie to, że mam następców, którzy myślą tak, jak ja. Moja córka i syn, którzy razem ze mną kierują obiektem, świetnie się sprawdzają w tej roli.

Ubolewam jedynie, że turyści się zmieniają. Część z nich jest dość roszczeniowa czy nieprzygotowana do turystyki górskiej. Ale nie jestem zmęczona doradzaniem i pomaganiem. To jest mój żywioł i tak chyba już zostanie.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Spodziewano się papieża na Rusinowej Polanie, ale on przesiadł się w samochód i przyjechał nad Morskie Oko. Krótką chwilę rozmawiał z Marią Łapińską (stoi obok Jana Pawła II) o jej teściach, których Ojciec Święty znał dobrze - odwiedzał ich w młodości podczas swoich wędrówek górskich. Było podniośle. Wybrał to miejsce, by się pożegnać z górami – wyszedł na ganek i po raz ostatni popatrzył na Tatry. Fot. arch. prywatne MŁ, schronisko Morskie Oko
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Miał być pałac klasy robotniczej. Dlaczego w latach 50....
Tunele istnieją do dziś, zalane wodą. Są ukryte szyby i chodniki, podziemna komora rozjazdowa przed stacją Szwedzka. Dziś jeździmy osuszonym fragmentem tunelu na I linii na Muranowie, w innych zrobiono magazyny, m.in. składy Centralnych Piwnic Win Importowanych (do 2006 roku).
Rozmowy Poprzednie wydanie
Przemilczany, zapomniany, zmanipulowany
Gdyby w Polsce przed 1939 rokiem rozwinęła się telewizja, byłby jej twarzą! – mówi autor książki „Kiedy Zygmunt Nowakowski wróci wreszcie do Krakowa?”
Rozmowy wydanie 10.01.2020 – 17.01.2020
Życie przestępców staje się coraz trudniejsze
W rzędzie szeregowców tylko na jednym dachu roztopił się śnieg. Okazało się, że na strychu była emitująca ciepło hodowla marihuany.
Rozmowy wydanie 3.01.2020 – 10.01.2020
Niemiecki muzyk: Polskę uważam za moją drugą ojczyznę
Kto rzuca dobrą posadę w Niemczech i osiedla się w innym kraju? Tylko człowiek bardzo zakochany.
Rozmowy wydanie 3.01.2020 – 10.01.2020
Za choroby tylko częściowo odpowiadają geny
Przykładowa celebrytka Angelina Jolie, obciążona mutacją BRCA1, może urodzić dziecko wyselekcjonowane tak, by nie miało mutacji – mówi prof. Ewa Bartnik, genetyk.