Historia

„Sprzedam szczęki na Manhattanie”, czyli lata dziewięćdziesiąte w Polsce

Trzydzieści lat temu w Polsce zaczął się rodzić wolny rynek. Obok analogowego telefonu komórkowego, z powodu wielkości zwanego ironicznie kaloryferem, symbolem nowobogackiego kapitału były białe skarpetki, powszechne i równie drażniące jak dzisiejsza moda chodzenia bez skarpet. Stały się symbolem całej dekady polskiego kapitalizmu. Ale tak naprawdę nie chodzi o skarpetki, tylko o pewien styl zachowania, które one reprezentowały: butę, brak manier i wiedzy, brak gospodarczej odpowiedzialności. Stały się symbolem cwaniactwa.

Na początku lat dziewięćdziesiątych świat był ogarnięty faksmanią. Francuskie media opisując to zjawisko narzekały, że ludzie przesyłają sobie ogromne ilości stron potrzebnych i niepotrzebnych dokumentów. Choć faksy pojawiły się już pod koniec PRL, to szybko upowszechniły się zaraz po upadku komunizmu. Od razu stały się podstawowym wyposażeniem biur. I tak jak na Zachodzie, natychmiast ludzie zaczęli zasypywać się tonami papierów. Pamiętam, że w 1991 roku otrzymałem faksem list od małej partii, która nie zgadzała się z moją opinią zawartą w jednym zdaniu komentarza. Do długiego listu ugrupowanie załączyło dokumenty, które ich zdaniem potwierdzały to, że są liczącą się siłą polityczną. Razem było tego ponad 20 metrów papieru.

Z kolei synonimem luksusu i nowoczesności w prywatnych mieszkaniach była automatyczna sekretarka w telefonie. Oczywiście dla tych, którzy posiadali w domu telefon, bo ten był nadal dla większości nieosiągalnym marzeniem. Pierwsze sekretarki automatyczne ludzie przywozili zza granicy. Wiele osób miało jednak obawy przed ich używaniem. Uważali je za sygnał dla włamywaczy, że nikogo nie ma w domu.

Ludzie bali się o swój skromny dobytek. Dlatego przełom lat 80. i 90. to także masowe kratowanie klatek schodowych. Bloki mieszkalne zaczęły przypominać twierdze lub mini więzienia. Wiele rzeczy przemija, ale te kraty w większości przypadków „zdobią” blokowe klatki do dziś.
Obecnie absolutna większość telefonów komórkowych działa w systemach cyfrowych (np. GSM, DCS, PCS, UMTS). W starszych rozwiązaniach stosowano sieci analogowe (NMT, AMPS). Pierwszy telefon komórkowy został dopuszczony w USA na rynek, do powszechnego użycia, w latach 80. Ważył 0,8 kg i miał wymiary cegły. 3 grudnia 1992 . wysłano po raz pierwszy wiadomość SMS. Na zdjęciu telefony bezprzewodowe z 1989 r. Fot. PAP/DPA
Z nastaniem kapitalizmu narastała agresja, szczególnie widoczna wśród młodzieży. Największą rozróbą w początkach III RP nie była jedna z akcji Samoobrony, ale warszawski Dzień Wagarowicza w 1990 roku. Po tych zamieszkach władze oświatowe usankcjonowały owo nieoficjalne święto i od następnego roku zaczęto organizować w tym dniu imprezy dla młodzieży. Frustracja młodych ludzi przeniosła się więc na stadiony piłkarskie i w sposób jeszcze mniej formalny i spontaniczny na ulice miast. Symbolem przemocy stał się wtedy kij bejsbolowy. Nikt z używających go w bójkach w życiu nie uprawiał sportu, do którego był przeznaczony. Bejsbol wyeliminował znane z przeszłości sztachety, kłonice, francuzy i łomy, czyniąc z rodzimej przemocy zjawisko bardziej światowe.

Można było mówić, co się chce

Elity III RP są w defensywie. Utraciły kontrolę nad rzeczywistością

Ugryziony w tyłek żubr, jak napisał swego czasu Jarosław Marek Rymkiewicz, przebudził się i pędzi w niewiadomym kierunku.

zobacz więcej
Wracając do telefonu – był w Polsce atrybutem luksusu. Telefon komórkowy, wówczas analogowy, bo o cyfrowym jeszcze nikt nie marzył, z powodu bardzo wysokich kosztów połączenia był dla większości niedostępnym urządzeniem. Stał się jednym z symboli polskiego kapitalizmu z początku lat 90. Ostentacyjnie noszony, co po części wynikało z wielkości aparatu telefonicznego, podkreślał pozycję społeczną właściciela, a przede wszystkim jego majętność.

Z kolei przeciętni ludzie nosili ze sobą radia z samochodów. Po zaparkowaniu auta, w obawie przed kradzieżą, należało wyjąć odbiornik radiofoniczny i udać się z nim do sklepu, urzędu lub na spacer. Bogacze nosili i komórki, i radia, chyba że zaparkowali na strzeżonym parkingu.

Najważniejszy w relacjach ludzkich jest jednak kontakt osobisty. Pamiętam, jak kiedyś na wielkim wernisażu w Muzeum Literatury podszedł do mnie mężczyzna i przedstawił się bardzo ciekawie, bo miał bardzo znane imię i nazwisko, ale absolutnie nie był podobny do osoby, która je nosiła.

– Taka przypadkowa zbieżność. Nic na to nie poradzę – powiedział widząc moje zdziwienie. Miał miłą powierzchowność i dobre maniery. Rozmawialiśmy przemieszczając się po salach. Co chwilę spotykałem kogoś znajomego, a mój nowo poznany towarzysz ochoczo wykorzystywał to do prezentacji swojej osoby, za każdym razem wzbudzając ciekawość zmieszaną ze zdziwieniem. W końcu pozostał w kręgu moich znajomym z pewnego miesięcznika literackiego, ja zaś samotnie krążyłem zaspakajając własne potrzeby towarzyskie. W końcu uznałem, że czas udać się do domu. W szatni napotkałem znajomego, redaktora wspomnianego wyżej miesięcznika literackiego. Razem wyszliśmy na Rynek Starego Miasta.

– Jak to dobrze, że poznałem tego pańskiego przyjaciela – powiedział redaktor naczelny.
– Ja go pierwszy raz na oczy widziałem! – krzyknąłem zdumiony.
– O, Boże! On powołując się na pana złożył nam kilka ofert finansowych.

Lata 90. to czas, kiedy można było mówić, co się chce. Mało kto to weryfikował. „Jesteśmy rekinami na kredyt” – mawiał jeden z popularnych wówczas biznesmenów, który twierdził, że pod ulicą Piotrkowską w Łodzi robi dla NASA skomplikowane podzespoły. Potem okazało się, że surowiec, z którego miał wykonywać Amerykanom elementy do programu kosmicznego, to folia izolacyjna i szpachlówka samochodowa. Ktoś inny posiadał wpływy, bo pokazywał zdjęcie zrobione – zresztą dość przypadkowo – z Lechem Wałęsą.
Kapitalizm początku lat 90. bardziej przypominał świat nowobogackich z „Pluskwy” Włodzimierza Majakowskiego, niż z brytyjskiego serialu „Capital City”, tak uwielbianego przez raczkujący kapitał i zwolenników Leszka Balcerowicza. Bo zresztą rodzimym kapitalistom było bliżej do łóżek polowych, na których rozkładali swój towar, niż do prawdziwego świata finansów, którego wtedy nad Wisłą po prostu nie było. Kapitalizm szczękowy (szczęki to metalowy stragan popularny w latach 90.) wyśmiewany i lekceważony zadecydował o tym, że transformacja ustrojowa się udała. Negatywny obraz to zapewne zasługa wszelakiej maści aferzystów, których tak wielu było wówczas.

Jak Jacek Kuroń stał się dowódcą armii pacyfikującej społeczny bunt

Słyszałam, że wziął kartkę i rysował strzałki, kierunki natarcia policji, rozlokowanie sił, które miały rozpędzić strajkujących – wspominała Janina Paradowska.

zobacz więcej
Za oceną kapitalizmu szczękowego stoją przede wszystkim kompleksy rodzimych elit. Pamiętam, jak młody irlandzki architekt dziwił się wtedy tej ciągłej krytyce – również ze strony administracji – największego bazaru w Europie na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie.
– Co wy chcecie? Przecież to wielki pracodawca. Daje zatrudnienie, ludzie płacą podatki – mówił.

Stadion Dziesięciolecia działający jako Jarmark Europa był mega-hurtownią dla całej Polski. Zaczynał pracę jeszcze długo przed świtem, a kończył po południu. Mieszkałem niedaleko Stadionu i kiedyś wracając do domu byłem jedynym Polakiem i białym w zatłoczonym nocnym autobusie. Wszyscy wysiedli na Rondzie Waszyngtona. O drugiej w nocy tylko ja poszedłem w innym kierunku.

Stacje benzynowe były forpocztą zachodniej cywilizacji

W śródmieściu Gdańska ktoś kiedyś porozklejał ogłoszenia: „Sprzedam szczęki na Manhattanie we Wrzeszczu”, co podobno było wtedy niezwykle atrakcyjną ofertą. To było popularne w Trójmieście targowisko. Dzisiaj w tym miejscu jest nowoczesne centrum handlowe. Nazwa Manhattan przetrwała.

W Warszawie na ulicy Marszałkowskiej przy domach towarowych Centrum szczęki w 1990 roku tworzyły ciasny szpaler. Prawdziwy handel był na ulicy, a nie w domach towarowych. Pod Pałacem Kultury i Nauki było wielkie targowisko. Plac Defilad po raz pierwszy ożył. Można było tam kupić przywiezione z Rosji łapcie z łyka (coś dla dzisiejszych ekologów) i kawior, wietnamskie hełmy korkowe oraz papierosy, niektóre być może z przemytu. Papierosy zresztą sprzedawano nawet na sztuki.

Nie było miasteczka w Polsce, w którym nie stał samochód zza wschodniej granicy z wyłożonym wokół towarem. Lornetki, jakieś drobiazgi, jak igły do szycia, lupy i tym podobne rzeczy. Mówiło się na to towar „od Ruskich”, przy czym ci „Ruscy” brzmieli bardzo swojsko.

Zresztą było w Polsce sporo miejscowości, które żyły z kontaktów handlowych ze Wschodem. Nieopodal Częstochowy są dwa miasta: Myszków i Żarki. Specjalizowały się one wtedy w robieniu butów, a głównym odbiorcą tego towaru byli klienci z Rosji, Białorusi i Ukrainy. Handel się skończył, kiedy Polska weszła do strefy Schengen. Większość osób żyjących z tego handlu nie była przygotowana na tak szybkie zamknięcie granic.

Największą zmianą dla podróżujących po Polsce było pojawienie się stacji benzynowych. Kolorowe, czynne całą dobę, na dodatek czyste. Można było tam coś zjeść, zrobić zakupy. Były taką forpocztą zachodniej cywilizacji.
O ile przy drogach można było dobrze pożywić się w różnych barkach z kuchnią polską, o tyle warszawską i w ogóle wielkomiejską gastronomię uliczną zdominowały wietnamskie budki. Ale ówczesna taka bardziej luksusowa gastronomia to przede wszystkim pizzerie i puby. Nagle okazało się, że Polacy kochają piwo, które w PRL-u było produktem często trudnym do zdobycia. A jak było, to nie zawsze nadawało się do spożycia, o czym najlepiej świadczyło określenie na przykład na piwo z browaru w Jędrzejowie. Kto raz się napił, rozumiał skąd się wzięła nazwa „zemsta Jędrzejowa”.

Browary sprywatyzowano szybko i przyniosło to niemal natychmiastowe efekty. Piwo było dostępne i miało nie najgorszą jakość. A w miastach zaroiło się od pubów, co zresztą wynikało nie tylko z jakości browarniczych produktów, ale także z nadal ubogiej oferty na spędzanie wolnego czasu. Mało kto pamięta, ale w latach 90. przed kinami – tak jak w głębokim PRL-u – bilety na atrakcyjniejsze filmy kupowało się od koników (dla młodszych czytelników: konik – sprzedający bilety po wyższej cenie). Instytucja koników zniknęła, kiedy pojawił się multipleksy.

Obok analogowego telefonu komórkowego, z powodu wielkości zwanego przez niektórych ironicznie kaloryferem czy cegłą, drugim symbolem nowobogackiego kapitału były białe skarpetki, powszechne i równie drażniące jak dzisiejsza moda chodzenia bez skarpet. Jak widać, każda epoka lubi nadużywać pewne elementy. Skąd się wzięła ta moda? Prawdopodobnie białe skarpety kojarzono z ważnymi uroczystościami. Z komunią, z początkiem i końcem roku szkolnego.

Nadmiernie używane białe skarpetki stały się symbolem całej dekady polskiego kapitalizmu. Ale tak naprawdę to nie chodzi o te skarpetki, tylko o pewien styl zachowania, które one reprezentowały. Butę, brak manier i wiedzy, brak gospodarczej odpowiedzialności. Choć były białe, nie przypisywano im czystych intencji. Stały się symbolem cwaniactwa.

– Grzegorz Sieczkowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Jarmark Europa na Stadionie Dziesięciolecia, 1997 rok. Niedziałający od 1983 r. stadion został w 1989 r. wydzierżawiony przez miasto stołeczne Warszawa do celów handlowych firmie Damis, która na koronie stadionu zorganizowała bazar. Fot. PAP/Longin Wawrynkiewicz
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Salutowali im generałowie
W II RP weterani powstania styczniowego otoczeni zostali szczególną opieką.
Historia Najnowsze wydanie
Twierdza poczciwych cyników
Eile starał się lawirować, lecz w okresie bierutowszczyzny poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa.
Historia Poprzednie wydanie
Wirus we Wrocławiu. Przywlókł go chory oficer wracający z Azji
Skala zagrożenia spowodowała, że miasto zostało otoczone kordonem sanitarnym.
Historia Poprzednie wydanie
10 największych dokonań Polaków w historii himalaizmu
Biało-czerwoną flagę, krzyżyk i różaniec wnieśli 40 lat temu na Mount Everest Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. Było to pierwsze zimowe wejście na „dach świata”, a to tylko jeden z sukcesów Polaków we wspinaczkach w najwyższe góry Ziemi.
Historia wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Polacy zesłani na „białe niedźwiedzie”
Chodzili po wagonach, nosząc pod rękami zmarzłe dzieci, niemowlęta, pytając się czy „zamierszczych rebiat nima”.