Cywilizacja

Bajka o Czarnym Kocie. Miał dziewięć żyć, czy narodzi się po raz dziesiąty?

Sąd zawyrokował rozbiórkę najsłynniejszej w Polsce samowoli budowlanej. To ostateczny werdykt bez możliwości odwołania. Ostateczny? W kocim języku nie ma tego słowa.

To serce stolicy: róg Okopowej i Powązkowskiej, vis à vis starego Cmentarza Powązkowskiego, przy największej galerii handlowej w kraju i najwyższej wiszącej fladze narodowej (na maszcie o wysokości 63 metrów) powiewającej na rondzie Radosława, dawniej Babka.

Dawniej, czyli także u zarania historii, gdy w 1989 roku powstał tam jednopiętrowy pawilon z przeznaczeniem na handel, co precyzowało pozwolenie przyznane Elżbiecie Studzińskiej, prywatnej inwestorce, na podstawie dwustronicowej umowy. Handlu nie rozwinęła, uruchomiła bar z bilardem, restaurację z dyskoteką i hotel. Dziki kapitalizm dawał wiele możliwości i skrupulatnie z nich korzystała.

Od kafelka po fasadę

Przez lata Czarny Kot rósł jak na dobrej karmie. Większość prac prowadzono bez formalnych pozwoleń i zgód. Wszystko na żywioł, bez planu, bez sensu, bez wizji całości, trochę tu, trochę tam. Nielegalnie budowano kolejne półpiętra oraz piętra, skończyło się na sześciu kondygnacjach.
Okolice Ronda "Radosława" w Warszawie. Na górze zdjęcia Centrum Handlowe Arkadia. Na dole z prawej strony hotel Czarny Kot. Fotografia z roku 2012. Fot. PAP/Paweł Brzeziński
Dokładano kolejne narośle: zaokrąglone wykusze, prostokątne okna, wieżyczki z hełmami jak w zamku i spadziste dachy jak w górach, tarasiki, balkoniki i baszty, także inne elementy, o których architektom się nie śniło.

Hotel stworzył własny styl, choć nazwanie go eklektycznym to obraza. Całość okrzyknięto najbrzydszą budowlą w Warszawie, która zyskała przydomek „Gargamela”; pisano o wynaturzeniu formy, estetycznym koszmarze, wizualnym chaosie, przytłaczającej bryle bez oddechu, zdeformowanym Gaudim.

Jaki czasy, taki Gaudi… Kolejne klajstrowane części Czarnego Kota nanosił na papier magister inżynier Krzysztof Remiszewski. Absolwent Politechniki Warszawskiej z 48-letnim doświadczeniem, „posiadający uprawnienia budowlane w zakresie projektowania i wykonawstwa – bez ograniczeń”, który pracuje w rodzinnej firmie geotechnicznej. Chwali się realizacjami: centra handlowe i biznesowe, osiedla mieszkaniowe, rozbudowa Ambasady Kanady, renowacja murów kościoła w Brochowie, prace przy Muzeum Powstania Warszawskiego. O Czarnym Kocie ani słowa.

Wstyd ma wielkie oczy? Nic z tych rzeczy. Krzysztof Remiszewski chętnie opowie o hotelu, bo nie on go wymyślał. – Sam nigdy bym czegoś takiego nie wybudował.

On tylko inwentaryzował szalone wizje dopadające właścicielkę w sprawie od kafelka po fasadę, bo była dominującą osobą. – Zajmowałem się tylko oficjalnymi pozwoleniami na budowę – zaznacza. Został też konsultantem stanu technicznego obiektu, aby ten się nie zawalił – i nie wiadomo, czy starszy pan żartuje.

Wspomina, że pani Ela – poza wieloletnimi starciami z urzędnikami, w których broniła swoich praw – to bardzo uczciwa i niezwykle sympatyczna osoba. A omijanie prawa Polacy mają we krwi, to nasza tradycja narodowa, i co się dziwić. A pani Ela na wszystko nie wzięła złotówki kredytu, całość własnymi siłami, co kłuło w oczy. Mówiono, że jest czyimś słupem, a ona wszystko sama…

Projekt szalonego architekta

Widok jest żałosny: od tyłu nieotynkowana czerwone pustaki, od frontu elewacja w zgniłym kolorze, pokryta zaciekami i mchem. Drogę do innego świata wskazywały wozy drabiniaste w roli kwietników i mostek przerzucony nad małą fosą.

W środku – przytłaczający nadmiar wszystkiego: pstrokata terakota ułożona w kalejdoskopowy wzór; girlandy sztucznych kwiatów; wielkie złote jaja na kredensie i bordowe podwieszane u sufitu, fontanna ze złotą rzeźbą leżącej kobiety, posągi psów, kotów, lwów, czarnej pantery.
Hotel Czarny Kot - My Warsaw Residence, rok 2016. Fot.PAP/Jakub Kamiński
Sala restauracyjna z pałacu rodem ociekająca złotem i migocząca kryształami. W korytarzach fotele Ludwiki do podziwianie wnętrz. Powtarzalnym motywem były fantazyjne fale na ścianach, które zaburzały perspektywę. Jawa to czy sen?

Każdy spośród 49 pokoi (w tym jeden apartament prezydencki) był inny i nieco spokojniejszy niż psychodeliczne części wspólne, choć ładu i składu również jak na lekarstwo: luksusowe łoża na wysoki połysk, stylizowane na stare toaletka i szezlong, stoły ze szklanym lub kamiennym blatem, krzesła obciągnięte draperią lub wygięte jak kwiaty, ciężkie zasłony zasłaniające widokiem na inne okno, bo architektoniczny Matrix czasem musiał się zaciąć.

Zwłaszcza w hotelowych łazienkach projektant szalał z barwami i motywami, ale były i próby ascezy: całe pokoje na biało, łóżka i sufity podświetlane ledami. Koszt tej przyjemności? Od 200 do ponad 400 zł za noc.

Klientom odpowiadał przegadany styl i Czarny Kot cieszył się wzięciem: głaskano go nie tylko za dogodną lokalizację (średnia ocen na portalach hotelowych 7,5 na 10). „Super!” (Witold Tyszkiewicz); „Najdziwniejszy hotel, w jakim kiedykolwiek byłem. Miła obsługa, dość słabe śniadania, specyficzny wystrój wnętrz” (Paula M.); „Bardzo dziwne miejsce. Mnóstwo łuków, mebli stylizowanych na antyki, korytarzyków i ozdobników nie do pary. Chciałoby się powiedzieć że to wszystko projektował jaki szalony architekt, ale ma to swój urok” (Marcin Racinowski), „Miejsce z niezaprzeczalnym urokiem ekskluzywności z lat 90. Teraz to prawie vintage” (Mathias).

Córka w wieżyczce

Otóż to: zagięcie czasoprzestrzeni! Czarny Kot stanowi zbiór najgorszych tendencji architektonicznych z tamtych lat skupionych w jednym, do tego przeskalowanym budynku, wyrosłym z chęci wyróżnienia się i pokazania na siłę. Powstał jako ucieleśnienie marzeń o luksusie, którego ludzie łaknęli oglądając „Dynastię” i „Modę na sukces”.

Właścicielka Czarnego Kota dała im kicz i wyniosła go na nowy poziom. Stworzyła dzieło, którego nie sposób zatrzymać, musi się rozrastać. Sama patrzyła na to wszystko ze ściennego obrazo-zdjęcia jak królowa Elżbieta (powojenny rocznik 1945), rozparta w różowym fotelu z białymi orchideami w tle, z czarnymi butami pod kolana, lśniącymi rajstopami, wyrazistymi oprawkami i ondulacją à la Joan Collins.

Dawni goście Czarnego Kota wspominają także zjawiskową córkę właścicielki. Oto na samej górze budynku, w jednej z wieżyczek, uwił się butik z odzieżą luksusowych marek, który prowadziła księżniczka Katarzyna Studzińska. „Była bardzo miła, a pytana o dziwnie niskie ceny twierdziła, że to końcówki kolekcji sprowadzane z zagranicy specjalnie dla niej. Miała niebotycznie długie tipsy, głośno żuła gumę i miała wielką czarną czuprynę. Nie wiem jak, ale udało się jej idealnie wpisać stylem w otoczenie” – opisała Mika Minkowska.
Czarny Kot, widok z tyłu hotelu, rok 2016. Fot. PAP/Jakub Kamiński
Butik nazywał się Cruella Fashion, działał codziennie od 8 do 16 i oferował odzież przerysowaną jak sama właścicielka (buntowniczy rocznik 1968), lubiąca ostry entourage godny Czarnego Kota. Produkty można znaleźć na allegro.

Samowola, kruczki, literówki

W 1992 roku „królowa Elżbieta” uzyskała zgodę na budowę pierwszego i drugiego piętra budynku, ale ze względu na odstępstwo od projektu, prace zostały wstrzymane i nakazano rozbiórkę. Nic z tego! Czarny Kot zakpił sobie z administracyjnych nakazów po raz pierwszy i nie ostatni. Dalej rozmnażał się przez pączkowanie na oczach bezradnych urzędników, bo służby miejskie i lokalni politycy w zadziwiający sposób okazywali niemoc.

Dzięki temu Czarny Kot stał się nie tylko najsłynniejszą samowolą budowlaną w Polsce, ale popisem nieudolności państwa prawa w egzekwowaniu tego prawa. Jawnym wodzeniem za nos wszelkich publicznych instytucji, a także prywatnych właścicieli, gdyż zwierz pasł się kosztem gruntów sąsiednich posesji, czym blokuje budowę 120-metrowego wieżowca Liberty (Wolność). Choć Krzysztof Remiszewski, konsultant techniczny i „adwokat diabła”, doszukuje się szwindlu miasta.

Modus operandi „królowej Elżbiety”? Działała sprytnie: przez lata łamała prawo, ale regulowała wezwania do odszkodowań za bezumowne korzystanie z nieruchomości. Urzędy podejmowały liczne decyzje i zlecały kontrole, sprawy jak myszy wędrowały latami przez kolejne instancje sądów wszelkich instancji, ale prawnicy Czarnego Kot odwoływali się od niekorzystnych wyroków: po przegranej w niższej instancji, kierowali sprawę do wyższej.

Opóźniali też postępowania na wszelkie sposoby: wykorzystywali kruczki prawne, znajdowali literówki w pismach lub decyzjach, błędne adresy w listach z doręczeniem wyroku albo niezawierające pełnego opisu. Bezprawie działało polityką faktów dokonanych i tryumfowało.

Ba, „królowa Elżbieta” wielokrotnie próbowała zalegalizować samowolę. W 2002 roku dostała nawet zgodę na użytkowanie drugiej i trzeciej kondygnacji, choć „wydaną dość dziwnie, bo bez uwzględnienia parteru i kondygnacji podziemnej”, jak zauważył Andrzej Kłosowski, szef Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w Warszawie.
Profil hotelu na Facebooku wciąż funkcjonuje. Fot. PAP/Jakub Kamiński
Nadzór wydał decyzję o rozbiórce, ale Mazowiecki Wojewódzki Inspektorat Nadzoru Budowlanego uchylił decyzję. Podobnie 10 kwietnia 2009 roku zdecydowano o rozbiórce pięter od 3 do 6, co zakwestionowano. PINB wydał nową decyzję 14 marca 2010 roku, znów nadział się na rekontrę. Urzędy szachowały się wzajemnie, często zapędzane w róg przez Czarnego Kota.

Pokoje na godziny

10 maja 1994 roku Studzińska, za banalną stawkę 12 tysięcy złotych kwartalnie wynajęła „niezabudowaną nieruchomość o powierzchni 1225 m2”, gdzie Czarny Kot umościł legowisko. Umowa wygasła 14 maja 2009 roku. Miasto odmówiło przedłużenia i zażądało zwrotu działki „w stanie pierwotnym”, w przeciwnym razie miało przeprowadzić demontaż budynku na koszt właścicielki. I w 2010 roku Warszawa wkroczyła na drogę sądową. Studzińska nie przyjęła tego do wiadomości i w swoim stylu bezprawnie użytkowała grunt stosując metodę wysyłania pism i podań.

Czarny Kot wciąż przyjmował gości i organizował bankiety, wesela, komunie, konsolacje, studniówki, konferencje, szkolenia i bale maskowe. Jeszcze w maju szukał pracowników: „Kochani do Naszej prężnej załogi poszukujemy Nowych pracowników: recepcjonista zmiany weekendowe, kelnerka / kelner, pomoc kuchenna. System pracy zmianowy, umowa o pracę stawki od 15 zł za godzinę. Nie musisz mieć umiejętności, przeszkolimy Ciebie”. Wciąż kusi Sylwester 2019, ale to oferta sprzed roku, bo pomylono daty.

Inne ogłoszenie namawiało do rezerwowania pokoju na godziny: „Potrzebujesz wygodnej przestrzeni tylko dla siebie, żeby odpocząć po długiej podróży, zrelaksować się lub po prostu skorzystać z chwili spokoju? (…) Skorzystaj z pokoju jako prywatnego biura, w którym możesz pozostać 1, 3, lub 6 godzin”. Nic nowego… Przed laty hotel reklamował „usługi towarzyszące i dodane”. W 2009 roku – podczas kolejnej sądowej zawieruchy – burmistrz Woli Marek Andruk mówił wiedzy „z dobrze poinformowanych źródeł, że tam działał dom publiczny”.

Nie jedyna to nieotynkowana strona Czarnego Kota. W 2006 roku w akcji Centralnego Biura Śledczego kilkudziesięciu policjantów przeszukiwało restaurację i hotel, choć nie ujawniono powodów rewizji. Może chodziło o Roberta R., zwanego Robertem z Czarnego Kota, stałego bywalca, który angażował się w różne sprawy tylko dla kotów? Czarny wątek potwierdza Krzysztof Remiszewski, skoro prześwietlano wtedy ściany i szukano tajnych skrytek. Mówiono też, że kot jest pod opieką służb, bynajmniej weterynaryjnych.

Dostosować do otoczenia

Czarny Kot się wybielał: latem wziął udziału „w tak szczytnym celu” jak zbiórka karmy i niezbędnych rzeczy dla potrzebujących zwierzaków (z dopiskiem na plakacie, że nie chodzi o pieniądze). Ściany hotelu ozdobiły wielkie niebieskie banery facebookowego profilu „Czarny Kot Zostaje”, gdzie mobilizacji obrońców nie widać, ale właściciele korzystają z forum do publikowania korzystnych fragmentów wyroków sądowych.
17 grudnia 2019. Rozbiórka Czarnego Kota od drugiego piętra w górę. Fot. PAP/Andrzej Lange
Wdają się też w dyskusje do czasu, gdy pytający zapędzi Czarnego Kota do mysiej dziury. On dalej miauczy swoje, że „umowa z miastem została zawarta na okres 40 lat (okres amortyzacji budynku według odrębnych przepisów) licząc od dnia oddania budynku hotelowo-gastronomicznego do użytkowania, a nie jak wskazywała umowa na okres od 15 maja 1994 roku do 14 maja 2009 roku”, czyli „obowiązuje do 2042 roku”!

Czarny Kot tłumaczył też, dlaczego wygląda jak wyleniały. Czy to w wątpliwa zasługa nawiedzonej właścicielki? Nic z tych rzeczy, winny jest PINB! „W 2008 r. Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego wydał decyzję zakazującą nam jakichkolwiek prac remontowo budowlanych. Na początku lat 90., gdy rozpoczynaliśmy budowę, rejon dawnego ronda Babka był opustoszały. Dziś wiemy, że budynek nie pasuje do zmieniającej się architektury miasta. Bardzo chcielibyśmy, aby budynek wyglądał nowocześnie ale z powodu decyzji Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego nie możemy przy nim prowadzić żadnych robót budowlanych i remontowych”. I bądź tu mądry!

W sierpniu zorganizowano nawet konkurs dla architektów na zaprojektowanie zmiany elewacji budynku tak, by dostosować Czarnego Kota do „otaczającej architektury miasta”. „Zwycięski projekt otrzyma 5.000 zł nagrody oraz zaproszenie do opracowania dokumentacji budowlanej” - kuszono. Wyniki miały być ogłoszone 9 grudnia, został jedynie jad w komentarzach, że wreszcie prawo i sprawiedliwość zwyciężyły, a Czarny Kot już dawno powinien zdechnąć.

Wykreślona z rejestru

Z biegiem lat „królowa Elżbieta” zaczęła wykpiwać się zdrowiem, ponoć przesłuchiwano ją w sanatorium w Ciechocinku. Majstersztykiem była zagrywka z 2010 roku, gdy przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Woli toczyła się sprawa o wydanie nieruchomości i adwokat poinformowała sąd, że pozwana „Elżbieta Studzińska nie włada już nieruchomością”, której wydania domaga się miasto: „wszystkie sprawy” przejęła Katarzyna Studzińska i to ją należy przesłuchać…

I to nie do końca okazało się nie całkiem zgodne z prawdą: Czarny Kot to inaczej My Warsaw Residence, spółka z o.o. z kapitałem zakładowym 5000 złotych, która do KRS wpisana została 7 marca 2011 roku. Wspólniczkami mianowały się matka i córka Studzińskie, prezesem zarządu został jednak ktoś inny: Bernard Jakub Rabaniuk (rocznik 1978). Tymczasem 26 września 2019 roku, spółkę wykreślono z rejestru i nawet nie wiadomo, kto jest właścicielem truchła Czarnego Kota.
Fot. PAP/Andrzej Lange
Jego agonię przyspieszyła skarga kasacyjna Studzińskich na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego z listopada 2016 roku o rozbiórce hotelu. 13 grudnia 2018 roku sprawa trafiła do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Właścicielki znowu próbowały grać na zwłokę: nie stawiły się na zapowiadaną rozprawę, ale dzień wcześniej, pod koniec dnia pracy sądu, złożyły wnioski, w których żądały jej odroczenia z powodu choroby, a także zawieszenie postępowania, bo działką miała zajmować się komisja weryfikacyjna Patryka Jakiego, gdyż „prawdopodobnie została zreprywatyzowana wskutek działań przestępczych”. Koci pełnomocnik też prosił o zwłokę, bo w tym samym czasie miał inną ważną sprawę…

NSA po kolei oddalał te wnioski. „To zabiegi procesowe, aby rozstrzygnięcia zapadły jak najpóźniej” – stwierdził sędzia Roman Hauser i zawyrokował rozbiórkę samowoli budowlanej. To ostateczny werdykt bez możliwości odwołania.

Pechowe przetargi

Ostateczny? W kocim języku nie ma tego słowa. Prawnicy nie złożyli broni i zaskarżyli do Krajowej Izby Odwoławczej przetarg na rozbiórkę z kwietnia 2019 roku, dowodząc, że błędnie określono jej zakres, bo istnieją sprzeczne decyzje administracyjne określające, jaka część budynku została zalegalizowana. Przekonywali, że właścicielki hotelu mogą ponieść „szkodę majątkową wielkich rozmiarów, polegającą na wyburzeniu budynku hotelowego o wartości ponad 30 mln zł, powiększoną o koszty wyburzenia równe wartości zamówienia publicznego będącego przedmiotem przetargu”.

KIO odrzuciła to odwołanie jako bezpodstawne. I cóż z tego, skoro przetarg unieważniono, bo tańsza oferta miała braki, a jedyna prawidłowa opiewała na 2,1 mln zł – trzy razy więcej od kwoty, którą na rozbiórkę zarezerwował PINB (795 tys. zł).

Na piątek 13 września 2019 roku wyznaczono termin składania ofert w drugim przetargu: data znów nie okazała się pechowa dla Czarnego Kota, bo nie wybrano wykonawcy: wszystkie trzy oferty były za drogie – od 1,5 mln zł do ponad 2,1 mln zł. Wykonawcę wybrano dopiero w trzecim przetargu, choć i on przekroczył planowany budżet: najtańszą (ponad 1,4 mln zł) propozycję z czterech przedstawiła PHU Rec-Tom.

Nadzór budowlany zwrócił jednak do stołecznego ratusza o dodatkowe pieniądze. „Nie ma perspektyw na uzyskanie niższych ofert, więc proponujemy radnym, by dołożyć pieniędzy na rozbiórkę” – obiecywał Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy. I tym samym zalegalizował absurd, że za rozbiórkę zapłaci miasto. Co prawda PINB ma ściągnąć należność od właścicielek hotelu, co oznacza kolejny sądowy tasiemiec…

Ludzie w pudełkach. Z idei Bauhausu korzystali i naziści, i komuniści

Architekt miał być projektantem życia społecznego, a nie tylko budowli. A to, że projektował integrację, a wyszła izolacja i patologia blokowisk, to już zupełnie inna sprawa.

zobacz więcej
Rozebrać, zadaszyć i ogrzać

Czarny Kot zwlekał z wywieszeniem białej flagi, ale rozbiórka ruszyła. 2 grudnia w hotelu stawił się wykonawca z urzędnikami i służbami. Wiceprezydent Olszewski chwalił się „likwidacją najsłynniejszej samowoli budowlanej w Polsce”, choć to raczej powód do wstydu, że trwało to tak długo.

Na miejscu spisano porozumienie w kwestii opróżnienia budynku, które właścicielki zrobiły na własną rękę. Odcięto media. Na drzwiach wejściowych pojawił się informacja: „Hotel czasowo nieczynny”. Wokół wyrósł płot. Zamiast okien straszą już puste oczodoły, historia dzieje się na naszych oczach.

Przy rondzie Radosława, dawnym Babka, słychać dźwięki narzędzi budowlanych, ale rozbiórka idzie po cichu. Przedstawiciel PHU Rec-Tom ani Gniewomir Ławiński, inspektor nadzoru, nie podejmują rozmowy. Kierownik budowy Edward Borusiewicz, mówi o niespodziankach po drodze, ale nie bardzo może gadać, bo – jak to na budowie – zrywa połączenie.

W zamówieniu określono, że wykonawca ma 60 dni na przeprowadzenie prac tylko do drugiego piętra, bo na resztę „królowa Elżbieta” miała pozwolenie. O resztki Czarnego Kota zapewne ruszy kolejna batalia i długo będą szpecić okolicę. Krzysztof Remiszewski dodaje przytomnie, że po rozebraniu całość trzeba będzie zadaszyć i ogrzać, żeby ściany nie popękały. Może w cieplarnianych warunkach kot wyliże rany i narodzi się po raz dziesiąty? Miau!

– Jakub Kowalski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Hotel Czarny Kot przy ul. Okopowej 65 w Warszawie. Fot. PAP/Jakub Kamiński
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pożegnanie z prezydentem?
Wirus z Chin dał opozycji szansę na zwycięstwo.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Smak z mleka mamy, czyli umami
Sprawcą złej sławy glutaminianu sodu był zakład dwóch Amerykanów o 10 dolarów, że prestiżowe czasopismo medyczne wydrukuje absurdalne zarzuty w liście od nieistniejącego doktora.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Walczą anonimami i szykanami. Sędziowie nauki polskiej
W nauce polskiej są enklawy opanowane przez naukowców z nawykami wyniesionymi z PRL i przez ich wychowanków – twierdzi emerytowany profesor historii.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Przeciw imigrantom i wolnemu rynkowi. Między lewicą a prawicą
Narzeka, że prawica, zamiast zwalczać szkodliwe idee, krytykuje bankierów i masonów.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Auto samo zdecyduje, czyje życie ma narazić
Nadchodzi samochodowa sztuczna inteligencja.