Historia

Azyl dla opozycyjnych dziennikarzy. Pismo, które dało zarobić zwolnionym publicystom

Po wprowadzeniu stanu wojennego „Niewidomy spółdzielca” zaczął zamawiać teksty u bezrobotnych żurnalistów. Szef miesięcznika gotów był przed PRL-owskim sądem walczyć z decyzją cenzury usuwającą z łamów nazwiska autorów.

Sierpień 1982. Trwa stan wojenny. Niebawem w całej Polsce, w drugą rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych, odbędą się manifestacje. Ponad pięć tysięcy uczestników zostanie zatrzymanych. Sześciu nigdy nie wróci do domów. Największe żniwo ZOMO zbierze w Lubinie, gdzie urządzi sobie polowanie na ludzi; trzech demonstrantów zginie od kul.

Szaleje cenzura, dziennikarze związani z zawieszoną (a niebawem ostatecznie zdelegalizowaną) „Solidarnością” są zwalniani z oficjalnych mediów. Zajęcie im dają podziemne wydawnictwa, ale wyżyć z tego trudno.

Istnieje jednak pewien miesięcznik, wydawany całkiem legalnie, gdzie mogą publikować. A w nim w sierpniu 1982 tekst o Matce Boskiej Częstochowskiej i Jasnej Górze – sanktuarium narodu. „Trzeba przykładać ucho do tego świętego miejsca, aby czuć jak bije serce narodu w sercu Matki. Bije zaś ono, jak wiemy, wszystkimi tonami dziejów, wszystkimi odgłosami życia. Ileż razy biło jękiem polskich cierpień dziejowych! (…) ” – czytamy słowa Jana Pawła II, wypowiedziane 4 czerwca 1979 na Jasnej Górze.

W kolejnych numerach ze stanu wojennego pojawi się cykl Stefana Bratkowskiego o początkach polskiej spółdzielczości w XIX wieku. Przeczytamy m.in. o losach ks. Augustyna Szamarzewskiego, który tworząc jej zręby w zaborze pruskim, podtrzymywał równocześnie ambicje i nadzieje w narodzie. I niestrudzenie stawiał czynny opór kulturkampfowi.
Jacek Maziarski jeszcze we wrześniu 1981 mógł w TVP komentować wydarzenia I zjazdu NSZZ "Solidarność". Niebawem, po wprowadzeniu stanu wojennego, musiał szukać "uczciwej pracy". Został jednym z autorów "Niewidomego spółdzielcy". Fot. PAP/CAF/Marek Langda
„Szamarzewski wybrał spółdzielczość jako narzędzie samoobrony polskiej po głębokim namyśle. Polacy musieli stać się zamożniejsi, by wytrzymać; po pierwsze, prawo wyborcze wymagało spełnienia warunków cenzusu majątkowego, po drugie – żeby kupować polskie książki dla pielęgnowania polskości trzeba było najpierw mieć na książki pieniądze” – napisze Bratkowski.

Przeczytamy obszerny wywiad z prozaikiem Władysławem Terleckim o polskich zrywach niepodległościowych w XIX wieku – w którym powie, że „Polak z roku 1863 ma wiele wspólnego z Polakiem współczesnym” – czy cykl Jerzego Łojka, historyka i opozycjonisty o Odsieczy Wiedeńskiej 1683 roku.

Analogii do współczesności będzie zresztą więcej.

Zaznaczenie ingerencji cenzury

Powyższe obrazki pochodzą z łamów „Niewidomego Spółdzielcy” – miesięcznika Centralnego Związku Spółdzielni Niewidomych. Było to pismo szczególne, a obecnie – zapomniane.

Po pierwsze, nie należało, jako jedno z niewielu pism w PRL, do prasowego monopolisty, czyli koncernu RSW „Prasa-Książka-Ruch”.

Po drugie, w stanie wojennym publikowali w nim czołowi dziennikarze tamtego okresu. Poza wspomnianym Stefanem Bratkowskim – między innymi Jacek Maziarski, Michał Radgowski, Aleksander Paszyński czy Jacek Kalabiński. Sekretarzem redakcji był zaś Dariusz Fikus, późniejszy redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”.

A po trzecie – redakcja zaznaczała ingerencje cenzury. Umożliwiała to wprawdzie ustawa o cenzurze z lipca 1981 roku, ale było to niezwykle rzadko spotykane. – W 1981 roku robił to „Tygodnik Solidarność”, ale 13 grudnia został zawieszony. Ponadto redakcje, które były traktowane jak szara strefa między władzą i opozycją – mówi nam dr Jan Olaszek z Biura Badań Historycznych IPN i Instytutu Studiów Politycznych PAN; specjalista od prasy w PRL.

Historyk wymienia tytuły prasy katolickiej, takie jak „Tygodnik Powszechny” czy „Więź”, do tego „Res Publicę”, kiedy ta stała się pismem oficjalnym. Zaznaczenie ingerencji było dla czytelnika sygnałem, że władza zablokowała pewne treści. – Pamiętam artykuł w „Tygodniku Powszechnym” z końca lat 80., w którym jedynym nieocenzurowanym słowem, było: „Lech Wałęsa”. W stanie wojennym pewnie i ono zostałoby ocenzurowane – dodaje dr Olaszek.

– Zaznaczanie ingerencji cenzury świadczyło o dużej odwadze. Cenzura starała się skłonić redakcje, by tego nie robiły. Świadczy to, że było to opozycyjne środowisko – zauważa prof. Zbigniew Romek, historyk z Akademii Humanistycznej w Pułtusku, autor licznych książek i publikacji poświęconych cenzurze w PRL.

Jerzy Szczygieł, zbuntowany „miner”

Twórcą „Niewidomego Spółdzielcy” i jego redaktorem naczelnym przez ponad 20 lat był Jerzy Szczygieł – nie tylko dziennikarz, ale też, a może przede wszystkim, literat i społecznik; twórca m.in. literatury dziecięcej i młodzieżowej, choćby „Tarniny” przedstawiającej losy grupy chłopców z nadwiślańskiego miasteczka w czasie II wojny światowej.

Był jak generał z Powstania Warszawskiego… Wspomnienie o Kornelu Morawieckim

„Jeśli popłynie nasza krew, popłynie i wasza” – taką wiadomość przesyłał komunistom. A jego bliscy koledzy produkowali karabiny i bomby. Na wszelki wypadek.

zobacz więcej
Na kanwie jego powieści „Milczenie” powstał scenariusz do filmu (pod tym samym tytułem) w reżyserii Kazimierza Kutza. Zagrali w nim m.in. Kazimierz Fabisiak, Elżbieta Czyżewska, Maria Zbyszewska i Zbigniew Cybulski. Za „Milczenie” Kutz otrzymał nominację do Złotego Lwa na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji (1963).

Danuta Tomerska, redaktor naczelna wydawnictw książkowych Polskiego Związku Niewidomych, we wspomnieniu o Szczygle napisała, że była to postać błyskotliwa, pełna pasji, ale i tragiczna – że pochodził z Puław z biednej rodziny, że szybko stał się sierotą; najpierw, w roku 1941, stracił ojca, później w niemieckim obozie zginął jego starszy brat Edward, żołnierz AK, a w 1944, gdy miał 12 lat, na skutek choroby zmarła matka.

Opiekował się młodszym bratem. Ale niedługo po zakończeniu wojny przydarzyło się kolejne nieszczęście. Tym razem wypadek – wybuch miny. Szczygieł przeżył, lecz stracił wzrok i lewą nogę. Trafił do Zakładu dla Newidomych w Laskach.

– Był człowiekiem bardzo odważnym, a zarazem – w tamtym czasie – zbuntowanym. Jednym z tzw. minerów – opowiada Tygodnikowi TVP Jacek Moskwa, dziennikarz i watykanista, który w latach 80. współpracował z „Niewidomym Spółdzielcą”. Na łamach miesięcznika ukazała się (w odcinkach) jego książka „Antoni Marylski i Laski”, poświęcona jednemu z założycieli Zakładu dla Niewidomych.

Moskwa tłumaczy, że „minerzy” to młodzi mężczyźni, którzy stracili wzrok, rozbrajając miny. Trafili do miejsca, które było silnie katolickie, przeznaczone dla niewidomych dzieci. – Ale oni byli starsi, stawali się mężczyznami. Chcieli palić papierosy, chodzić na wieś i uwodzić dziewczyny. Bez przerwy się buntowali. Matka Róża Czapska, niewidoma zakonnica, współzałożycielka Zakładu mówiła: „pierwej umrę, niż oni będą palić papierosy i chodzić na dziewczyny” – dodaje Moskwa.

Szczygieł bywał trudny dla otoczenia. Niekiedy wzbudzał kontrowersje, onieśmielał bądź zniechęcał do siebie innych ludzi. „Wiele osób mówiło, że go nie lubi, bo jest arogancki i zarozumiały. Zawsze wykazywał dużą odwagę w relacjach z przełożonymi. Wielu rzeczywiście mogło nie darzyć go sympatią, ponieważ zawsze mówił to, co myślał. Jerzy zarozumiały nie był, ale prawdą jest, że budził emocje. Potrafił być lodowaty albo niezwykle ciepły i troskliwy” – wspominała Danuta Tomerska na łamach „Pochodni”, magazynu Polskiego Związku Niewidomych.

Porady prawne i kącik szachowy

Początkowo „Niewidomy Spółdzielca” ukazywał się jako dodatek do „Pochodni”, z kolei od 1964 jako samodzielny periodyk – najpierw kwartalnik, później dwumiesięcznik i miesięcznik.

Przeważały w nim teksty sprawozdawcze z działalności spółdzielni, w których pracowali niewidomi. Reportaże z warsztatów szczotkarskich, dziewiarskich czy galanteryjnych. Relacje ze zjazdów Związku Spółdzielni Niewidomych. Pisane na szaro-burej tekturze, nieco topornym językiem.
W latach 80. XX wieku numery "Niewidomego spółdzielcy" natychmiast znikały z kiosków i były dostępne jedynie na "czarnym rynku". Fot. archiwum autora
Z czasem redakcja jednak się rozwijała; zmieniał się layout, pojawiło się trochę koloru, ilustracji i nowych tematów, takich jak sport niewidomych itd. Aktywizowano też czytelników, zachęcając do nadsyłania listów, fraszek czy organizując konkursy na reportaż.

Zainteresowaniem cieszył się dział „Porady i praktyki prawne”, który w tamtym czasie redagował Władysław Gołąb. A pytania do redaktora były rozmaite. Na przykład: „Kogo należy wymieniać na pierwszym miejscu, czy przewodniczącego rady spółdzielni, czy też prezesa zarządu?”

Do redakcji często nadchodziły pytania o kwestie wychowawcze, typu: „Dziecko moje kłamie, przed pójściem do szkoły zawsze mówiło prawdę, a teraz przeżywam w związku z tym prawdziwy koszmar. Jak złu zaradzić?”. Albo: „Mój syn źle się uczy. Często wagaruje. Grozi mu pozostanie na rok w następny w tej samej klasie. Jestem niewidomym i trudno mi go pilnować. Co mam robić?”.

Powstał też kącik szachowy, w którym omawiano rozmaite szachowe taktyki; rozkładano na czynniki pierwsze poszczególne zagrywki mistrzów szachowych. Były też relacje z międzynarodowych meczów polskich niewidomych szachistów.

W reportażach poruszano również przyziemne problemy niewidomych. W jednym np. przedstawiono Oloka, płowego, półtorarocznego wilczura, którego panu Stanisławowi Stefanowiczowi „odkupiło” Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne (jego poprzedni pies przewodnik został śmiertelnie potrącony przez miejski autobus). Sęk w tym, że Olok, wychowanek milicyjnej hodowli w Sułkowicach, został nieodpowiednio wytresowany i nie do końca spełniał swoją rolę.

Czytamy, że bardziej był skory do zabawy, często zapominał o swoich obowiązkach. „Gnał wtedy przez jezdnię na złamanie karku, ciągnąc za sobą właściciela, niepewnego, czy droga jest bezpieczna. Olok nie dawał żadnego znaku, nawet nie szczeknął, gdy nadjeżdżał samochód. Pan Stefanowicz zastanawiał się, czego też uczą na tych psich kursach”.

W dodatku, podczas spaceru, ktoś (prawdopodobnie) ukradł z pyska psa-przewodnika kaganiec. – Olok, przesadnie ufny, łasi się do każdego, nawet do przechodniów. Ale, u diabła, w końcu jak by nie było, jest to pies z milicyjnej hodowli. Powinien mieć odrobinę agresywności – oburzał się właściciel („a kagańca szkoda, nowy był, elegancki, jak ulał pasował do psiego pyska”).

Lenin z kranu

W „Niewidomym Spółdzielcy” zdarzały się czasem również iście „kwieciste” publikacje, np. o ambitnych planach gospodarki PRL, teksty na rocznice powstania Polski Ludowej czy sylwetka Włodzimierza Lenina na 100. rocznicę jego urodzin.

A propos Lenina – opublikowano też jego charakterystykę, którą sporządził moskiewski Instytutu Badań Mózgu (imienia Lenina), na podstawie ankiety przeprowadzonej z jego małżonką Nadieżdą Krupską.

„We the People”. Człowiek, którego głosem przemówił Wałęsa

Zatrzymał się na środku Marienplatzu i zaczął się rozglądać z zadumą. – Wiesz, tylu ludzi się tu kręci, a nie spotkałem ani jednego Murzyna – rzucił.

zobacz więcej
Gdyby ankietę opracowali nie sowieccy naukowcy, lecz redaktorzy rubryki „Ciekawostki, śmiesznostki i kpinki”, który w latach 60. znajdował się na końcu „Niewidomego Spółdzielcy”, to możliwe, że z opowieści Krupskiej – jakże tkliwych – ułożyliby następującą sekwencję: „Leżeć bardzo nie lubił”, może dlatego „w nogach był mocny”. Dzięki temu „chodził szybko. Przy chodzeniu nie kołysał się i rękami specjalnie nie wymachiwał”, z czego „ach, jak on umiał się śmiać. Do łez. Przechylał się w tył podczas śmiechu” (mniej więcej tak wyglądał cały tekst – oczywiście w innym porządku). A poza tym był zapalonym grzybiarzem.

– Takie narośla ideologiczne w tamtych czasach niestety wszędzie się zdarzały. Pamiętam, że jak zaczynałem swoją pracę w bibliotece centralnej Polskiego Związku Niewidomych, to namawiano nas do wzięcia udziału w pochodach pierwszomajowych. Najbardziej mnie śmieszyło, jak I sekretarz organizacji partyjnej w Polskim Związku Niewidomych, powiedział, że „rozpoznamy się po emblematach na lewej piersi”. I wyobrażałem sobie, jak obmacują się po tych piersiach, szukając emblematów. Taka trochę egzotyka – śmieje się w rozmowie z Tygodnikiem TVP Sylwester Peryt, który w latach 1985-1989 pełnił funkcję dyrektora Ośrodka Informacji i Wydawnictw Centralnego Związku Spółdzielni Niewidomych, a zarazem redaktora naczelnego „Niewidomego Spółdzielcy” i „Naszego Świata” – organów prasowych związku.

Poza tym szef CZSN Marian Golwala (ociemniały żołnierz) był powiązany ze środowiskami rządowymi. – Czasem chciano pokazać, że niewidomi widzą więcej. A co do Lenina, to w przestrzeni publicznej ciągle się słyszało, że „Lenin wiecznie żywy”; raz że „Lenin w czapce”, innym razem „Lenin bez czapki” itd. Śmiano się, że skoro wszędzie jest Lenin, to strach odkręcić wodę w kranie – mówi Sylwester Peryt.

Hanna Kral jedzie na ryby

Legitymację partyjną posiadał zresztą sam Jerzy Szczygieł. Jednakże rewolucja solidarnościowa i wprowadzenie stanu wojennego były w jego życiu przełomem. – Przed Solidarnością był trochę wplątany koniunkturalnie, zresztą nie można było wtedy zajmować istotnych stanowisk, nie będąc w partii. Ale po 1980 roku wystąpił z PZPR i jednoznacznie opowiedział się po stronie Solidarności – mówi Peryt.

Po wprowadzeniu stanu wojennego „Niewidomy Spółdzielca” dla wielu znanych dziennikarzy sympatyzujących z Solidarnością stał się enklawą, oazą wolności.

Wielu z nich po 13 grudnia 1981 nie przeszło tzw. akcji weryfikacyjnej. – Były specjalne komisje, przed którymi musieli zadeklarować swoją postawę polityczną. Dziennikarze, którzy się nie stawili albo powiedzieli, że nadal popierają Solidarność i nie zamierzają akceptować stanu wojennego, znaleźli się bez pracy – mówi dr Jan Olaszek.

Na ratunek przyszły niszowe redakcje, jak właśnie „Niewidomy Spółdzielca”, które spełniły swoją rolę – dzięki nim dziennikarze opozycyjni mieli pracę i nie stracili kontaktu z prasą oficjalną (oprócz tego pisali w prasie podziemnej).
Dariusz Fikus (z prawej) został sekretarzem redakcji "Niewidomego spółdzielcy", Stefan Bratkowski (z lewej) regularnie pisywał do miesięcznika o historii spółdzielczości. Na zdjęciu podczas zjazdu SDP w 1989 roku. Fot. PAP/Janusz Mazur
– „Niewidomy Spółdzielca” to najbardziej znane czasopismo tego typu. Warto też wymienić „Wiadomości wędkarskie”, w których swój felieton miała Hanna Krall; w stanie wojennym pisała aluzyjnie, że „kiedy chcemy uciec przed smutną rzeczywistością, to jedziemy na ryby”. Poza tym były różne fuchy dziennikarskie; organizowała je Agencja Omnipress, spółdzielnia pracy założona m.in. przez Macieja Łukasiewicza (późniejszego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”) – mówi Olaszek.

Jacek Maziarski rysuje jamniki

Jacek Moskwa na początku lat 80. należał do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. – Na fali rewolucji solidarnościowej opanowaliśmy tę organizację. Podczas zjazdu walnego prezesem nadzwyczajnym został wybrany Stefan Bratkowski, z kolei Dariusz Fikus – sekretarzem generalnym stowarzyszenia, ja zaś najmłodszym z członków zarządu.

Dodaje, że gazety, w których pracowali, w mniejszym bądź większym stopniu popierały Solidarność. – Byłem wtedy zastępcą redaktora naczelnego „Słowa Powszechnego”, które stanęło (razem z całym PAX-em) po stronie Solidarności. Po wprowadzeniu stanu wojennego wszyscy zostaliśmy wyrzuceni z pracy. Kilkuset dziennikarzy znalazło się na bruku – mówi.

Losy dziennikarzy w stanie wojennym były bardzo różne. Maciej Wierzyński był na przykład taksówkarzem. Jacek Maziarski prowadził antykwariat.

– Jacek nie poszedł na weryfikację. Po wprowadzeniu stanu wojennego i godziny milicyjnej, wieczorami pisał (do prasy podziemnej) i słuchał RWE, BBC, Głosu Ameryki, bo to były wtedy też źródła informacji. A ponieważ słuchało się długo, to ja robiłam na drutach, a on notował, rysował jamniki, a w końcu mi pozazdrościł i poprosił, żeby go nauczyć. Rzeczywiście zrobił kilka par skarpetek z wzorkami i obdarował nimi najbliższych. Świetnie się tym bawił – wspomina początek stanu wojennego Anna Maziarska.

Jacek Maziarski, w formie protestu przeciwko rozprawieniu się władzy ze środowiskiem dziennikarskim, zamieścił w „Życiu Warszawy” ogłoszenie: „Szukam uczciwej pracy. Jacek Maziarski”. Odzew był ogromny.

– W domu urywały się telefony, było ich kilkaset. Najwięcej od producentów wtryskarek do tworzyw sztucznych. Zadzwoniła też pani, która proponowała wspólny zakup indyków, by potem tuczyć je i sprzedawać. A innym razem mechanik z Żoliborza, do którego Jacek od lat jeździł swoimi kolejnymi maluchami czy trabantem, z propozycją przejęcia warsztatu samochodowego. Stanęło na prowadzeniu antykwariatu – mówi Anna Maziarska.

Nisza, enklawa

Jak to możliwe, że władza godziła się na to, że czołowi dziennikarze i publicyści mogli funkcjonować na łamach „Niewidomego Spółdzielcy”? W dodatku często aluzyjnie uderzając w system?

Świat zmieniają hobbyści

Jacy byliby Polacy, gdyby wystrzegali się buntów i wstrząsów? Moim zdaniem gorsi, mniej ciekawi, bardziej popsuci. Gdzie dowody? Nie mam. Na takie tezy nie da się zgromadzić dowodów.

zobacz więcej
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. – Przede wszystkim było to zależne od nakładu pisma. Od tego, jak szeroko było rozpowszechniane, do ilu odbiorców docierało itd. Jeżeli był to miesięcznik niszowy, jak w tym przypadku (nakład 3,5 do 5 tys. egzemplarzy w sumie w obu wersjach: zwyczajnej i brajlowskiej), to pozwalano na więcej niż np. redakcji „Tygodnika Powszechnego” – mówi prof. Zbigniew Romek.

Jacek Moskwa sugeruje, że władze nie sprzeciwiały się istnieniu tego typu enklaw, gdyż dzięki temu mogły kontrolować zbuntowanych dziennikarzy, którzy stracili pracę. – Możliwe, że w tej redakcji i w innych miejscach, w których pracowali, był założony podsłuch – mówi.

Natomiast według dr Jana Olaszka władze fizycznie nie były w stanie dokładnie przyglądać się i cenzurować wszystkich gazet, czasopism. – Zapewne wychodziły też z założenia, że pisma jak „Niewidomy Spółdzielca” są na tyle niszowe, iż nie będą stanowiły problemu – przekonuje.

Pewien parasol ochronny nad redakcją mógł też roztaczać prezes Centralnego Związku Spółdzielni Niewidomych Marian Golwala, posiadający różne koneksje wśród peerelowskich polityków. – Mnie wprawdzie czasami ochrzaniał, że bronię swoich pracowników, ale on również bronił swoich – wspomina Sylwester Peryt.

To właśnie Golwala w roku 1985 powierzył 31-letniemu wówczas Perytowi funkcję dyrektora Ośrodka Informacji i Wydawnictw i redaktora naczelnego „Niewidomego Spółdzielcy”. – Nigdy nie byłem partyjny. Golwala zapytał mnie o to. Gdy usłyszał odpowiedź przeczącą, odparł: „Właściwie to dobrze. Byłoby gorzej, gdybyście byli, ale wystąpili” – śmieje się były redaktor naczelny miesięcznika. Dodaje też, że jego uposażenie jako dyrektora Ośrodka Informacji i Wydawnictw, a jednocześnie redaktora naczelnego „Niewidomego Spółdzielcy” i „Naszego Świata” (ok. 25 tys. zł „na stare” pieniądze), nie odbiegało znacząco od średniej krajowej, która w roku 1985 wynosiło 20 tys. zł, rok później – 24 tys. zł.

W „Niewidomym Spółdzielcy” na etat, oprócz redaktora naczelnego, zatrudnionych było tylko kilka osób: sekretarz redakcji Dariusz Fikus i kilku redaktorów, np. Anna Amanowicz. Resztę stanowili tzw. wolni strzelcy – również dla nich honoraria były zbliżone do tych, jakie płaciły inne legalne pisma.

– W PRL honoraria za tekst nie były dowolne. Określały je szczegółowo konkretne zarządzenia. Obowiązywały widełki: górna i dolna granica, tak więc wierszówka w „Niewidomym Spółdzielcy” była zbliżona do honorarium w innych pismach. Nie można było zaproponować komuś kontraktu gwiazdorskiego, bez względu na to, czy był to tytuł spółdzielczy, czy np. „Polityka”. Stawki były zbliżone – wyjaśnia Jacek Moskwa.
Sylwester Peryt (z lewej) w latach 1985-1989 był redaktorem naczelnym „Niewidomego Spółdzielcy”. Na zdjęciu z roku 1983 z obchodzącym wtedy swój jubileusz 50-lecia pracy artystycznej niewidomym barytonem Ryszardem Gruszczyńskim. Fot. PAP/Longin Wawrynkiewicz
Cenzura wycina Bratkowskiego i Kalabińskiego

Warto też wspomnieć, że w stanie wojennym o autorów silnie zabiegał Jerzy Szczygieł, który redaktorem naczelnym pozostał aż do śmierci w sierpniu 1983. Józef Szczurek, redaktor naczelny „Pochodni”, publikujący również w „Niewidomym Spółdzielcy”, opisał we wspomnieniu o Szczygle sytuację, gdy cenzura zabroniła zamieszczenia na łamach miesięcznika nazwisk dwóch autorów: Stefana Bratkowskiego i Jacka Kalabińskiego (który zajmował się tematyką międzynarodową).

Wtedy Szczygieł… wystosował pozew przeciw cenzurze do Sądu Administracyjnego. Władza próbowała go złamać za to posunięcie – zaszantażowano, że albo wycofa pozew, albo redakcja zostanie zamknięta.

„Jurka wezwał towarzysz Golwala – ówczesny prezes Centralnego Związku Spółdzielni Niewidomych – na dywanik, by przekonać go o wycofaniu pozwu. Słowa pełne frazesów bardzo zdenerwowały Jurka. Wzburzył się niepomiernie. On zawsze chodził z laską, taką grubą, drewnianą. Kiedy dość już nasłuchał się mowy-trawy, trzasnął lachą o stół i powiedział: – «Mam was wszystkich w dupie». I wyszedł z uszkodzoną podporą. W redakcji powiedział do nas: «Pakujemy się. Już po nas!». Ale nazajutrz wezwano go do KC PZPR i postawiono wspomniane ultimatum” – opisywał Szczurek.

Makiaweliczny czy nieudolny

Autorzy nadal pisywali pod własnymi nazwiskami, a redakcji nie zamknięto. Nie dziwi to prof. Rafała Chwedoruka, politologa z Uniwersytetu Warszawskiego, który przekonuje, że ówczesny system był na tyle elastyczny, że wolał pozwolić na tworzenie pewnych nisz, aniżeli kierować kogoś na tory jawnej opozycyjności.

– To jest paradoks, który uświadomiłem sobie dopiero w XXI wieku. Otóż najlepsze filmy podważające komunizm w Polsce, kompromitujące ten system, zostały nakręcone właśnie za jego pieniądze. A do tego udostępnione publiczności – mówi politolog.

I dodaje, że podobnie jest ze spółdzielczością w PRL – w znacznym stopniu uczyniono z niej fikcję, tzn. inną formę kontrolowanej przez państwo przedsiębiorczości, ale… jednocześnie również pewną niszę. Była to więc rzeczywistość, która nie mieści się w dzisiejszych kategoriach. Nie da się jej do końca opisać w sposób racjonalny.

– Na przykład nie wiadomo dlaczego do „Zielonego Sztandaru”, który był pismem Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, dołączano w latach 80., w weekendowych wydaniach, kolorowe plakaty popularnych zespołów rockowych. Z kolei do „Tygodnika Demokratycznego”, organu prasowego Stronnictwa Demokratycznego, co miesiąc załączano dodatek „Non stop” o szeroko pojętej muzyce rockowej w Polsce i na świecie. I trochę tak jest z niewidomymi. Akurat była nisza i ktoś wpadł na pomysł, by ją wykorzystać – mówi Chwedoruk.

Dziennikarstwo przekazywali sobie w spadku

Obaj dużo jeździli po Polsce prowincjonalnej. Ojciec naprowadził syna na ślady jego późniejszych reportaży.

zobacz więcej
Jego zdaniem można tu przyjąć dwie skrajne interpretacje – że albo to był system tak bardzo makiaweliczny, iż zostawiał tyle nisz – gwarantując sobie w ten sposób byt – albo, że przy najszczerszych chęciach komuniści nie byli w stanie tych nisz kontrolować; zwłaszcza w latach 80., kiedy system pękał w szwach. – Stan wojenny owszem, złamał potęgę Solidarności, ale złamał też PZPR. Odtąd wojsko zajęło miejsce partii, która właściwie nie wiadomo po co dalej istniała – dodaje politolog.

Dariusz Fikus podjada drugie śniadanie

Wraz z końcem Polski Ludowej, skończyła się rola „Niewidomego Spółdzielcy”. Redakcję zamknięto w 1992 roku.

Dla Sylwestra Peryta praca w miesięczniku była szkołą dziennikarstwa i przygodą. Najwięcej nauczył się od Dariusza Fikusa, cieszącego się w redakcji największą estymą. – On co prawda w międzyczasie podjadał mi czasami drugie śniadanie, ale trudno – opowiada z uśmiechem w głosie Peryt.

Do dziś pamięta wiele redakcyjnych anegdot. Pewnego dnia ktoś na przykład przysłał do redakcji fraszkę, nawiązującą do spółdzielczości szczotkarskiej: „Żeby zrobić taką szczotę, co wymiotłaby głupotę”.

Ale wiele z nich dotyczy wspomnianego Dariusza Fikusa. A to że był problem z dostępnością talonów na paliwo do samochodu, i sekretarz redakcji, który dysponował kasą pancerną, w której trzymał takie talony, po prostu je rozdawał.

Albo że kiedy Sylwester Peryt próbował pisać na zwyczajnej maszynie do pisania (dla niewidomych są produkowane specjalne, brajlowskie), podszedł do niego Fikus, rzucił okiem na tekst i skomentował: „Co ty robisz? Nie widzisz co piszesz?”.

– Zawsze w kontaktach międzyludzkich mi schlebia – mówi Peryt – kiedy ludzie zapominają, że nie widzę. Na przykład, gdy ktoś do mnie powie: „O! Zobacz jaki wielki pies!”.

– Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Towarzysz generał idzie na wojnę
Zdjęcie główne: Fot. archiwum autora
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Sztandar partii wyprowadzić. Dokąd poszli komuniści
30 lat temu przestała istnieć PZPR.
Historia Najnowsze wydanie
Fascynujący rozmiar. Jaki jest sens bycia ekstremalnym rogaczem?
Małe jest piękne, ale duży może więcej… Aż wymrze i trudno się oprzeć wrażeniu, że zgubiła go własna wielkość.
Historia Poprzednie wydanie
Iran, niedoszły sojusznik Polski
Polscy dowódcy szkolą irańska armię, polskie firmy wydobywają irańską ropę, polscy misjonarze nawracają Irańczyków? Marzenia i rzeczywistość.
Historia Poprzednie wydanie
Jak Polska urodziła Izrael
Oficerowie polskiego wywiadu w tajnych obozach szkolili żydowskich bojowników, także tych z grup terrorystycznych.
Historia Poprzednie wydanie
„Sprzedam szczęki na Manhattanie”, czyli lata 90. w Polsce
Obok wielkiego, analogowego telefonu komórkowego symbolem dekady były białe skarpetki, powszechne i równie drażniące jak dzisiejsza moda chodzenia bez skarpet.