Cywilizacja

To człowiek udomowił człowieka. Tak straciliśmy pysk, kły i zachowania aspołeczne

Jako gatunek wyselekcjonowaliśmy się wzajemnie. Tak, jak później selekcjonowaliśmy do udomowienia psy, konie, owce, kozy i wreszcie bydło. By nie gryzły czy nie bodły ręki, która je karmi. By nie szczerzyły zębów na tego, który oswoił. A tu ludzie z odpowiednimi cechami, zdolni do współpracy, z delikatniejszymi, wzbudzającymi zaufanie rysami twarzy, byli preferowani jako partnerzy.

Moja teściowa miała kiedyś spaniela Cavaliere King Charles. I karmiła to stworzenie befsztykami z wołowiny Limousin, smażonymi na bretońskim maśle. Co mnie nieco oburzało, więc ośmieliłam się na komentarz, że gdyby przyszła wilczyca, to mogłaby z tym spanielem mieć szczeniaki, więc może choć surowe mięso by mu dawać, a nie tak z patelni. No i może niekoniecznie wołowinę za grubo ponad 40 euro za kilogram… Teściowa nie zareagowała jakoś dramatycznie na uwagę na temat masła i cen u rzeźnika, natomiast ta wilczyca i szczenięta mocno ją zaniepokoiły.

Albowiem udomowiony tysiące pokoleń temu wilk, skrzyżowany w XVI-XVII wieku z pluszową kanapą z domku dla lalek i czapką Sherlocka Holmesa w wariancie „z delikatnej angory”, by był jeszcze bardziej „milusi”, nie przypomina nijak swego praszczura. Kapiącego śliną z pyska najeżonego ostrymi jak noże zębami. I choć ten spaniel zwykł był się odszczekiwać, czasem coś pokwilił, jednak wyć do księżyca, warczeć oraz rzucać się do gardła już (na szczęście) nie potrafił. Był za to specem od „oczu spaniela”, które robił każdorazowo, gdy chciał tę wołowinę za 40 euro na masełku. Miał imię, ale teściowa zazwyczaj zwracała się do niego per „mój synek”.
Oto potęga udomowienia, czy jak to pięknie ujął Antoine de Saint Exupéry, oswojenia. A jak wszyscy zapamiętaliśmy przy okazji lektury „Małego Księcia”: „Każdy odpowiada za to, co oswoił”. Troszczy się i dba. Choć czasem, jak moja droga teściowa, nieco przeginając. A nauka wykazała właśnie, że i my – ludzie – zostaliśmy udomowieni, jako te psy. Najnowsza publikacja (5 grudnia 2019 roku) na łamach „Science Advances” – autorstwa uczonych z Włoch, Hiszpanii, Niemiec i Szwajcarii pod kierunkiem Giuseppe Testa z Centrum Neurogenomiki w Mediolanie – nie pozostawia wątpliwości, że nas ludzi udomowili… inni ludzie.

Geny łagodności i wdzięcznej fizjonomii

Wszystko to udało się stwierdzić dzięki zwieńczonej sukcesem analizie pewnego dość długiego odcinka DNA w obrębie 17. chromosomu oraz pewnej grupy komórek powstającej bardzo wcześnie w naszym rozwoju – gdy nam, za przeproszeniem, inwaginuje cewka nerwowa.

Naukowcy hodują mózg neandertalczyka. Stworzyli go z ludzkich neuronów

Można ten mini-organ wszczepić myszy czy małpie i patrzeć, co będzie.

zobacz więcej
A teraz powoli i po kolei, bo to wcale nie jest trywialne, a dowód eksperymentalny jest mocny, więc warto go zrozumieć w detalach. Jeśli przyjrzeć się czaszkom naszych odległych, ledwie co dwunożnych przodków, tak sprzed dobrych 100-300 tys. lat, to umówmy się, że nikt nie chciałby się z nimi spotkać w ciemnym zaułku. Spore kły, wystające łuki brwiowe, szerokie żuchwy, optycznie mniejsze, bo bardziej zapadnięte w znacznie większej twarzoczaszce oczy... Automatycznie wywołują u nas – ludzi wyposażonych w krótkie „buzie”, a nie w wydłużone „pyski” – spotnienie dłoni i przyspieszoną akcję serca. Chyba ciężko by nam szło zaprzyjaźnianie się z neandertalczykiem. No „za sam wygląd 5 lat”.

Ewolucja uwielbia takie sytuacje. Bo gdzie rodzi się bariera, tam nie ma przepływu genów, a gdzie one nie przepływają, tam jest szansa na powstawanie nowych gatunków. Czasem trzeba, aby aż kontynent rozpadł się na dwa (i tak mamy tyranozaura rexa w Ameryce Północnej, a jego brata gigantozaura w Południowej), czasem wystarczy, by chcieć się zadawać tylko z tymi, z którymi, jak nam się wydaje, jest nam towarzysko bardziej po drodze. A potężne łuki brwiowe, wydłużona twarzoczaszka i masywne uzębienie kojarzą nam się po prostu z agresją [1].

Według uczonych, którzy postulowali „udomowienie ludzi przez człowieka jako jedną z naczelnych sił napędowych ewolucji naszego gatunku”, jak chociażby Cedric Boeckx z Instytutu Systemów Złożonych Uniwersytetu w Barcelonie, współautor wyżej wspomnianej najnowszej publikacji naukowej na ten temat, dowodów „z obserwacji” jest aż nadto.

Kto nie wierzy, niech porówna zdjęcie czaszki psa i wilka, czy naszej i neandertalskiej. Dziś jednak prawda leży w genach (i Googlu) lub nigdzie. Już niemal dwa lata temu zatem prof. Boeckx spróbował podejść do problemu udomowienia nas przez nas samych od strony DNA. Jednak wyników z tego trudu starczyło jedynie na „wsad” do „Plos ONE” (internetowego czasopisma naukowego o dość niskim impast factor, wydawanego przez Public Library of Science na zasadach otwartego dostępu, z treściami publikowanymi na wolnej licencji Creative Commons z uznaniem autorstwa) – czyli dość słabiutko.
Wówczas zrobiono bowiem coś dla współczesnej skomputeryzowanej genomiki w zasadzie trywialnego. Wzięto sekwencję genomu kilku dzikich zwierząt i ich udomowionych wariantów oraz człowieka współczesnego i neandertalczyka. W genomach zwierząt dzikich i udomowionych szukano różnic – byłyby to sekwencje DNA związane jakoś (być może przyczynowo-skutkowo) z udomowieniem. Następnie zaś w tych wytypowanych obszarach DNA przyjrzano się różnicom między neandertalczykiem i człowiekiem współczesnym.

De facto szukano „genów – czy raczej wariantów genów – łagodności i wdzięcznej fizjognomii”. Znaleziono sporą listę takich sekwencji, w których w dodatku człowiek współczesny niejako bardziej przypominał udomowione zwierzęta niż neandertalczyka czy zwierzęta dzikie. Co więcej, podobne cechy tych sekwencji co u człowieka współczesnego, nie występowały u szympansa, orangutana czy goryla, czyli naszych najbliższych żyjących, acz nigdy nieudomowionych krewnych.

Obcinano im palce na znak, że należą do zamkniętej kasty. Elity okaleczonych „szamanów” – malarzy

Wchodzili w głąb europejskich jaskiń, by malować na skałach. Tysiące lat temu podpisywali się odciskiem dłoni – bez kciuka, często bez palca serdecznego i małego.

zobacz więcej
No ale kto lubi, mając ciekawą koncepcję i sporo wstępnych wyników, zakończyć przygodę z tematem na łamach „PlosONE”? W świecie szerokim, którego okiem… nikt. Zatem posunięto się dalej.

Tym razem szalenie przydali się – w najlepszym tego słowa znaczeniu, choć przy swoim schorzeniu raczej nie mieli nic przeciwko temu – ludzie cierpiący na tzw. zespół Williamsa-Beurena. Nie mieliby nic przeciw, bo mają niezwykle życzliwe usposobienie oraz ufność do nieznanych wcześniej osób. Co wynika z powiększonego ciała migdałowatego, które odpowiada w mózgu za emocje takie, jak strach. Poza tym cechuje ich zamiłowanie do muzyki, a nawet słuch absolutny, oraz „twarz elfa”: delikatność rysów, charakterystyczne małżowiny uszne, szerokie czoło, długa rynienka podnosowa, grubsze wargi, niebieskie lub zielone tęczówki [2].

Co nam powie ufna twarz elfa?

Źródłem wspomnianego, wrodzonego schorzenia (często przejawia się ono bowiem również wadami serca, narastającą z wiekiem nadwrażliwością na dźwięki czy inteligencją w dolnych granicach normy) jest delecja, czyli „wypadnięcie” od 1,5 miliona do 1,8 mln par zasad DNA z chromosomu 7. W ten sposób znika 26 do 28 genów oraz wszystko, co one swoim działaniem i kodowanymi przez siebie białkami sprawiają w organizmie. Przeciekawym jest fakt, że w tymże obszarze dużo się działo między dzikimi i udomowionymi zwierzętami oraz człowiekiem współczesnym i neandertalczykiem.

Dla naszej historii jest niezmiernie istotne, że tamże kodowany jest m.in. czynnik białkowy zwany BAZ1B, odpowiedzialny za przekształcenia struktury, w której upakowana jest nić DNA (chromatyny). Coś tam w DNA rozplecie, coś tam zaplecie, i jedne geny będą wykorzystywane znacznie chętniej niż inne, będące po sąsiedzku.

Kolejną ważną cechą tego zespołu chorobowego, która była kluczowa dla uczonych (poza wrodzonym łagodnym i ufnym usposobieniem – jakże wpisującym się w zjawisko udomowienia i oswojenia) był fakt, że biolodzy rozwoju określają go jako neurokrestopatię. A cóż to znów takiego?
Otóż ten zanik 26 do 28 genów objawia się już we wczesnym rozwoju zarodka osób dotkniętych zespołem Williamsa-Beurena. Mianowicie brakuje im pewnej puli komórek przynależnych do tzw. grzebienia nerwowego (ang. neural crest, stąd i trudna nazwa powyżej). Ów grzebień występuje u wszystkich kręgowców. Są to komórki, które powstają w zarodku i są multipotencjalne, czyli na samym końcu rozwoju mogą zostać właściwie wszystkim, tak neuronem, jak i komórką skóry etc. Całą zaś ich rolą jest zaistnieć i przemieścić się w odpowiednim czasie w odpowiednie miejsce w zarodku i tam zacząć się dalej mnożyć i przeobrażać. Gdy brak jakiegoś ich rodzaju, powstają anomalie rozwojowe, takie jak „twarz elfa”.

Od chorych zatem pobrano komórki macierzyste skóry (czyli pierwotne, dające początek tej tkance), aby obserwować, jak się będą zachowywać In vitro. Co miało przypominać funkcjonowanie komórek owego grzebienia nerwowego w rozwoju ludzkiego embrionu. Okazało się, że jeśli na laboratoryjnej szalce potraktować je wspomnianym wyżej białkiem BAZ1B, to aż się palą do tworzenia grzebienia i migrowania. Im więcej BAZ1B, tym bardziej. Coś im się tam strukturalnie w DNA przestawia dzięki temu potężnemu czynnikowi.

Kiedy Genetix namiesza w Archeo

Ich ekspansja trwała ponad tysiąc lat. Pozostawili po sobie DNA w każdym dokładnie Europejczyku. Lokalne kobiety lubiły tych jeźdźców i rodziły im wiele dzieci. Kim jesteśmy?

zobacz więcej
Olbrzymi deficyt w obrębie grzebienia nerwowego wywołany brakiem BAZ1B – niedobrze. Co najmniej syndrom Williamsa-Beurena. Bardzo dużo BAZ1B – przepis na dzikie zwierzę, ewentualnie Mr. Hyde’a. Taka zaś nieco tylko osłabiona produkcja tego białka… i mamy łagodniejszy typ – tak facjaty, jak i charakteru.

Według teorii tzw. nowej głowy, wytwory grzebienia nerwowego miały kolosalne znaczenie w ewolucji kręgowców. Bo „wyśrubowują” one budowę układu nerwowego, biorąc też udział w formowaniu narządów zmysłów, co wpływa gigantycznie na rozwój mózgu. Grzebień ów również odpowiada za kształtowanie się aparatu gębowego, a to tu się decyduje, czy swobodnie pływając unoszeni tonią filtrujemy wodę i żywimy się drobinkami, jako ten lancetnik, czy wyposażeni w szczękę polujemy aktywnie na ofiary, jak rekin czy tyranozaur. Ewolucja kręgowców to ewolucja głowy: mózgo- i twarzoczaszki.

Dziś okazuje się, że to również grzebień nerwowy – i geny, które regulują jego funkcjonowanie – sprawił, że jako gatunek wyselekcjonowaliśmy się wzajemnie. Tak, jak później selekcjonowaliśmy do udomowienia psy, konie, owce, kozy i wreszcie bydło. By nie gryzły czy nie bodły ręki, która je karmi. By nie szczerzyły zębów na tego, który oswoił. Selekcjonowanie niewielkich zmian genetycznych i kontrolowane krzyżowanie utrwalające pożądane cechy... I tak prawdopodobnie w dość szybkim tempie straciliśmy pysk, kły i wystające łuki brwiowe oraz agresywne zachowania aspołeczne. Odkąd przodek nasz – mocno jeszcze kosmaty – i przodek neandertalczyka się rozstali na drzewie życia, tak nas ewolucja „oskrobała” i „wygładziła nam rysy”.

Kim byli owi, chyba przemyślni i sprytni osobnicy, którzy udomawiali i oswajali swoich kuzynów? A może to tak w związkach „partnerskich” i wobec dzieci żeśmy się „oswajali”? Czy wymagało to jakichś szczególnych zabiegów społecznych wśród łowców zbieraczy, znanych z opisów niektórych wspólnot pierwotnych, jak np. wspólnego wychowywania dzieci przez całe plemię lub wybrane „wychowawczo wydolne” rodziny, a nie przez rodziców? I na czym polegała owa „selekcja” – słowo to źle się nam kojarzy, czyż nie? Na to wszystko nauka musi jeszcze trochę poodpowiadać. Sam fakt jednak udomowienia ludzi przez ludzi przestaje właśnie wzbudzać kontrowersje.

– Magdalena Kawalec-Segond,
doktor nauk medycznych, biolog molekularny, mikrobiolog, współautorka „Słownika bakterii”


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Przypisy:


[1]. Choć zatem wiemy, że co najmniej 50 tys. lat temu co najmniej kilkukrotnie krzyżowaliśmy się z neandertalczykiem, ten zaś wcześniej jeszcze z denisowiańczykiem, to nie bardzo są ślady na jakieś wspólne zgodne pożycie. Poza dziećmi z „małżeństw mieszanych”, które ewidentnie nie bywały porzucane i dożywały płodności, skoro mamy 5 procent neandertalskiego DNA w naszym genomie, wszyscy jak tu stoimy poza Afryką subsaharyjską.

[2]. Elfy wzbudzają naszą sympatię podobnie, jak dzieci – organizmy o dużych, w porównaniu z twarzoczaszką, oczach. I właśnie tenże motyw: spłaszczoną twarzoczaszkę i wielkie oczyska wykorzystuje Cavaliere King Charles w manipulowaniu nami do poziomu „usynowienia przez teściową”. Przyjrzyjmy się kreskówkom, zwłaszcza Bambi – to przykład sarenki zrobionej na ludzkie dziecko. W sposób oczywisty wzbudza współczucie i miłość. Tak byśmy przytulili…

Źródło:

https://red-v4.tvp.pl/cms/https://advances.sciencemag.org/content/5/12/eaaw7908

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Co wolno papieżowi na emeryturze?
Dwaj biskupi w białych sutannach różnią się w ważnych kwestiach. Według niektórych to początek schizmy.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy zamieni Rosję w cyfrową dyktaturę?
Ludzkiej twarzy przydaje mu to, że w wolnych chwilach pisuje piosenki dla artystów rosyjskiej pop estrady i grywa w hokeja.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Gdy jedni mówią sport to zdrowie, drudzy dodają – stracone!
W przypadku trwałej niezdolności do gry Robert Lewandowski otrzyma 330 mln złotych odszkodowania.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Jak Putin zostaje dożywotnim „przywódcą narodu”
Zapowiedział radykalne zmiany w konstytucji. Poważne ograniczenie kompetencji prezydenta oznacza, że to stanowisko już go nie interesuje.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Jak oczernić Polskę? Propagandowa metoda Kremla
„Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców” – powtarzał telewizyjny propagandysta Władimir Sołowjow w transmitowanym w porze największej oglądalności show.