Historia

Przez Turcję, Syrię i Saharę. Kręta droga polskiego złota

Po 1945 roku 11 ton złota przejęła Wielka Brytania jako zapłatę za utrzymanie w czasie wojny rządu polskiego w Londynie. A co z resztą? Sięgnęli po nie komuniści: latem 1947 roku w wyniku żmudnych negocjacji odebrali złoto od Rumunów. Trudniej było dobrać się do skarbca Bank of England.

Zygmunt Karpiński, który w 1924 roku zakładał Bank Polski, w książce „Losy złota polskiego podczas II wojny światowej”, szczegółowo opisał nasze zasoby w dniu wybuchu wojny.

Polska posiadała 95 ton kruszcu, w tym 20 ton w depozytach banków Anglii, Francji, Szwajcarii i USA; całość o wartości ówczesnych 463,6 mln zł. Sztaby były rozmaitego pochodzenia i prób, wśród nich także najczystsze złoto bez domieszek, próba 1000, ze skarbca Austro-Węgier. 38 ton przechowywano w Warszawie; 37 ton – już od lata 1939 na wszelki wypadek, aby Niemcy ich nie przejęli i nie przetopili – w bankowych oddziałach w Brześciu, Lublinie, Siedlcach i Zamościu.

Długo zwlekano z wywiezieniem reszty złota, ale też papierów wartościowych, banknotów polskich, walut obcych, dokumentów ze wszystkich oddziałów w Polsce. Operacja rozpoczęła się dopiero 4 września 1939 roku, gdy Niemcy parli już na Warszawę.

Warszawa – Lublin – Brześć – Śniatyń

Ze skarbca przy Bielańskiej miały ruszyć konwoje do Brześcia i Lublina prowadzone przez pułkownika Adama Koca, byłego oficera wywiadu i prezesa Banku Polskiego, wieloletniego wiceministra skarbu, który podjął decyzję o ewakuacji jak najdalej od linii frontu. Miał jednak kłopot z pojazdami, które przeznaczono do przewiezienia złota: wojsko zarekwirowało najlepsze maszyny, zostały stare, pordzewiałe i zniszczone.
Rok 1939. Adam Koc (z lewej) jako wiceprezes Banku Handlowego. Fot. NAC
Koc dostał dobę, by doprowadzić pojazdy do ładu, znaleźć paliwo i załogę, opracować plan, który dawał szansę na uniknięcie ataku z lądu i powietrza, bo było oczywiste, że Niemcy wszelkimi sposobami zechcą zatrzymać złote rezerwy. Ostatecznie użył ponad 30 czerwoniaków, czyli autobusów miejskich oraz samochodów osobowych. Transport po zatłoczonych szosach, pełnych uchodźców z życiem zapakowanym w toboły, był karkołomnym zadaniem, więc kierowcy szukali objazdów i obwodnic. Jechali nocą, z przyciemnionymi światłami. Konwój był rozproszony, podróżowali „każdy sobie”. Prawdziwa jazda bez trzymanki!

Kilka dni później w Łucku Koc spotkał kolegów: pułkownika Ignacego Matuszewskiego, członka wywiadu wojskowego i kierownika ministerstwa skarbu oraz majora Henryka Floyara-Rajchmana, byłego ministra przemysłu i handlu, którzy w ramach powszechnej mobilizacji nie dostali wojskowego przydziału i schronili się na prowincji przed bombardowaniami Warszawy. Koc zaproponował im kierowanie wywózką polskiego złota. Szefem eskapady został Matuszewski, lecz dla dobra sprawy oddał dowodzenie niższemu rangą Rajchmanowi, który miał mundur i nie bódł w oczy piłsudczykowskim rodowodem.


Zaprzyjaźnieni ze sobą oficerowie podzielili się zadaniami: Rajchman kierował złotą kolumną do granicy z Rumunią, Matuszewski – aż do Francji. Od razu, w obawie przed bombardowaniami i dywersją, przystąpili do reorganizacji kolumny transportowej: zmniejszyli liczbę pojazdów, większość samochodów benzynowych wymienili na dieslowskie autobusy, pozbyli się zbędnych bagaży i personelu, ograniczając go do 30 osób, sformowali eskortę policyjną, ściągnęli cysternę kolejową z paliwem na 350 km podróży.

W nocy z 9 na 10 września kolumna ruszyła w stronę Dubna. Jednym z autobusów miała kierować żona Matuszewskiego – Halina Konopacka, pierwsza polska złota medalistka olimpijska (rzut dyskiem, Antwerpia 1928), która zastępowała zmęczonych kierowców.

Podczas postojów Rajchman zwoływał naczelników wydziałów drogowych i policjantów z okolicznych powiatów, aby przedyskutować stan dróg i mostów. Matuszewski krążył zaś między Tarnopolem i Krzemieńcem, gdzie łączył się z przedstawicielami władz centralnych, ambasadą RP w Bukareszcie, uzgadniał szczegóły dalszej podróży z pomocą Francuzów i Anglików.

Zaszczuty polski bohater. Czyli czarnowidz, który miał rację

Przeciwko niemu ruszyła machina FBI, wywiad wojskowy i komuniści w USA. Przeciwnika sojuszy z Sowietami okrzyczano pomocnikiem Hitlera. Od obywateli Niemiec i Japończyków odróżniało go to, że nie siedział w obozie.

zobacz więcej
12 września korowód dotarł do Śniatynia, powiatowego miasteczka w województwie stanisławowskim, przy granicy z Królestwem Rumunii, gdzie zaplanowano koncentrację wszystkich transportów złota Banku Polskiego: samochodowych i kolejowych (tzw. brzeskiego, siedleckiego i zamojskiego): 1208 drewnianych skrzynek po 60 kilogramów, w nich sztaby złota wielkości cegły i worki ze złotymi monetami. Razem 72 tony po odliczeniu kilku ton kruszcu zostawionych w Dubnie do dyspozycji wycofującego się rządu polskiego i na potrzeby wojska polskiego w związku z prowadzeniem działań wojennych.

Późnym wieczorem na stacji przeładowano złoto do wagonów towarowych, które zaplombowano i przydzielono ochronę. O godz. 23.40 Rajchman przekazał kierownictwo transportu Matuszewskiemu.

Rumunia – Turcja – Syria – Liban

Ruszyli. Matuszewskiemu towarzyszył główny skarbnik Banku Polskiego Stanisław Orczykowski i jego 16 pracowników, ich rodziny oraz strażnicy, a także dodatkowe osoby (m.in. Konopacka oraz majorowa Zofia Rajchmanowa). Pociąg ruszył do portu Konstanca nad Morzem Czarnym. Niedługo później stacja kolejowa w Śniatyniu została zbombardowana, a niemiecki ambasador w Bukareszcie złożył protest przeciwko łamaniu zasady neutralności i zażądał, aby polskie złoto potraktować jak materiał wojenny. Rumuni udawali, że nic nie wiedzą o transporcie, ale obiecali stosowne śledztwo. I dali Matuszewskiemu 48 godzin na dotarcie do Konstancy oraz opuszczenie kraju.
Rok 1931. Dworzec Główny w Warszawie. Osiem lat później Adam Koc (pierwszy z lewej), Ignacy Matuszewski (z prawej) i jego żona Halina Konopacka-Matuszewska wywiozą polskie złoto z kraju. Fot. NAC
15 września transport dotarł na miejsce, gdzie miały czekać alianckie okręty, ale ich nie było. Do portu wpłynął za to niewielki tankowiec „Eocene” należący do amerykańskiej kompanii naftowej i pływający pod brytyjską banderą Hongkongu, którego kapitan Robert Brett – pod presją macierzystego konsula – przyjął polskie złoto pod pokład. Niemcy straszyli ostrzałem, przez co uciekło sześciu członków załogi. Opóźniło to wypłynięcie z portu, ale Matuszewski uznał nalot za mało prawdopodobny i nakazał wyjść w morze.

Kapitan Brett płynął szybko, bez świateł i sygnałów radiowych, trzymał się brzegu. Rok później opisał w londyńskiej gazecie: „Porwałem Hitlerowi 21 mln funtów szterlingów”.

Po czterech dniach dopłynęli do Stambułu. Celem był przerzut złota lądem przez Syrię do Libanu, a stamtąd morzem do Francji. Matuszewski otrzymał polecenie, by w Turcji przekazać ładunek konsulowi RP, ale się nie podporządkował w obawie, że Anglicy mogliby potraktować to jako formalne zwolnienie z dalszego obowiązku pomocy. Turcję naciskali Niemcy, rzucała więc Polakom kłody pod nogi: pułkownik nie mógł zejść na ląd, konsul polski nie mógł wejść na statek, rozmowa wyglądała zatem tak, że Matuszewski stał na pokładzie, a konsul na dole, w łódeczce. Władze tureckie ograniczyły też możliwość postoju „Eocene” do 24 godzin i zaoferowały przechowanie złota w Banku Ottomańskim.

17 września Matuszewski dowiedział się o napaści sowieckiej na Polskę. Wpadł wtedy na pomysł, żeby to Michał Sokolnicki, ambasador polski w Ankarze przejął odpowiedzialność za transport. I 19 września mieli gotowy plan działania, ale Turcy zażądali haraczu w wysokości 30 tys. dolarów za transport złota po swoich torach. Takimi funduszami ambasada nie dysponowała, Matuszewski odmówił spieniężenia części złotego skarbu. Pieniądze wyłożył jednak znajomy Konopackiej, Amerykanin Archibald Walker z firmy Vacuum Oil Company (późniejszy Mobil).

Przyćmiła Tarzana. Jako pierwsza lekkoatletka zdobyła olimpijskie złoto. Halina Konopacka, Miss Igrzysk w czerwonym bereciku

31 lipca 1928 roku w Amsterdamie pierwszy złoty medal olimpijski zdobyła dla Polski Halina Konopacka.

zobacz więcej
Francja i Anglia były już w stanie wojny z Niemcami, ale dały gwarancję bezpiecznego transportu do Francji. Złoto przeniesiono do wagonów towarowych, które ruszyły do Syrii, skąd pociąg złożony z kilkunastu wagonów (w tym dwa sypialne i restauracyjny) dotarł do libańskiego miasta Rayak i niebawem do Bejrutu. Teraz złoto miało popłynąć do Francji, więc pułkownik Matuszewski zdecydował o rozdzieleniu ładunku ze względu ryzyko w forsowaniu Morza Śródziemnego.

Najpierw na francuski krążownik „Emile Bertin” załadowano 886 skrzyń, resztę – 205 skrzyń i 95 worków – na dwa kontrtorpedowce „Vauban” i „Epervier”.

Nevers – Casablanka – Dakar – fort Kayes

Skarb dotarł do Toulonu, gdzie został złożony w strzeżonym arsenale marynarki. 5 października umieszczono je w Nevers nad Loarą w podziemnym skarbcu oddziału Banku Francji i w ten sposób operacja przerzutu złota się zakończyła. Kierownikami depozytu mianowano Stanisława Orczykowskiego i Władysława Bojarskiego.

W tym czasie Koca zaprzysiężono na ministra skarbu w gabinecie gen. Władysława Sikorskiego. Chcąc mu się przypodobać, Koc pozował na krytyka „sanacji” i atakował niedawnych przyjaciół, sugerując nadużycia finansowe przy wywozie złota. Gdy pułkownik Matuszewski po wypełnieniu misji, przyjechał do Paryża, zamiast podziękowań usłyszał oskarżenia o nadużycia finansowe w trakcie transportu. Zarzucano mu „przewiezienie na koszt banku wielu osób postronnych”, „zbyt hojne wydawanie pieniędzy” na proszki od bólu głowy i lemoniadę dla tragarzy czy „bezprawną wymianę złotych polskich na walutę”.

Pułkownik był wstrząśnięty! Tym bardziej, że z chwilą kapitulacji Francji w 1940 roku jego oskarżyciele nie zdołali ewakuować polskiego złota.

Rząd Polski postanowił wywieźć złoto do Ameryki. Minister skarbu rozmawiał ze swoim francuskim odpowiednikiem i uzyskał obietnicę, że skarb zostanie załadowany na okręty w porcie Lorient. Tak się stało: 16 czerwca polskie złoto, zresztą razem z belgijskim, znalazło się na krążowniku „Victor Schölcher”.
Powrót po latach. Szczątki płk. Ignacego Matuszewskiego i mjr. Henryka Floyar-Rajchmana zostały w 2016 roku pochowane na warszawskich Powązkach Wojskowych. Fot. PAP/Rafał Guz
W konwoju był już tylko jeden Polak: dyrektor warszawskiego oddziału Banku Polskiego Stefan Michalski, święcie przekonany, że płynie do Stanów Zjednoczonych. Okazało się, że przybił do portu w Casablance, po kilku dniach złoto ruszyło w dalszą podróż do Dakaru, gdzie wylądowało 28 lipca. A stamtąd jeszcze 800 km dalej aż do fortu Kayes na Saharze (obecnie Republika Mali).

Złoto zostało tam złożone wśród piasków w magazynach kolejowych przykrytych cementowymi płytami z zabezpieczeniem przeciw termitom.

Polacy rozpoczęli starania o zlokalizowanie i wydanie zasobów. Marszałek Petain nie zgodził się jednak na oddanie złota, ale też nie zgodził się na wydanie go Niemcom. Francuzi rozpoczęcie rozmów warunkowali uznaniem przez Polskę rządu Vichy, więc Koc wynajął renomowaną nowojorską kancelarię Sullivan&Cromwell, która skierowała do sądu arbitrażowego pozew przeciwko rządowi francuskiemu i błyskawicznie nastąpiło tzw. zabezpieczenie roszczeń: „aresztowanie” francuskiego złota zdeponowanego w banku federalnym w Nowym Jorku w ramach polskich interesów.

O dziwo, decyzja została uszanowana przez Francuzów z Vichy, choć reprezentanci reżimu nie mieli jak stawiać się na rozprawach, więc w 1942 roku proces zawieszono. Polakom nie zależało już na pośpiechu: wojna trwała, cel działań – areszt złota – osiągnięto.

„Nie widzę możliwości odzyskania złota” – irytował się gen. Sikorski w rozmowie z Kocem, który po latach relacjonował ich spotkanie na antenie Radia Wolna Europa, gdzie towarzyszył mu również Władysław Bojarski z eskorty złotego transportu.

Sytuacja zmieniła się dopiero jesienią 1942 roku, podczas lądowania aliantów w Afryce Zachodniej. W książce „The Polish Underground Army, the Western Allies, and the Failure of Strategic Unity in World War II” autorstwa Michaela Alfreda Peszke, amerykańskiego historyka i psychiatry, napisano, że złoto w Kayes wytropił agent Kowalski. W związku z tym w lutym 1943 roku dyrektor Stefan Michalski dotarł do Algieru. Po żmudnych rokowaniach dopiero w grudniu zawarto porozumienie w sprawie zwrotu złota. W stycznia 1944 roku do Kayes dotarli wysłannicy Banku Polskiego: główny skarbnik Orczykowski i dyrektor Wiktor Styburski. Ostatecznie przejęcie złota nastąpiło wiosną w Dakarze.

Nowy Jork – Ottawa – Londyn

Rząd zdecydował podzielić skarb na trzy części i rozlokować w Nowym Jorku, Ottawie i Londynie. Za najbezpieczniejszy uznano szlak wiodący z Dakaru do Ameryki, gdzie pierwsza partia złota przybyła już w kwietniu. Potem do skarbca Banku Anglii złoto dostarczono na pokładzie niszczycieli eskortujących konwoje i dostarczających aliantom uzbrojenie: ekspediowano je w małych partiach od maja do sierpnia. Transport do Ottawy budził obawy, dlatego złoto poleciało trzema transportami dopiero na przełomie września i października 1944 roku.

Prezydent nie chce ustąpić. Mission impossible generała

Kolejne próby godzenia emigracyjnych polityków przypominały łączenie ognia z wodą.

zobacz więcej
Po zakończeniu wszystkich operacji Bank Polski posiadał złoto wartości prawie 400 mln zł: Bank Anglii (155 mln zł), Bank Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku (155 mln zł), Bank Kanady (67 mln zł) i niewielkie ilości w oddziale Banku Polskiego w Londynie (430 tys. zł) oraz Narodowym Banku Rumunii (370 tys zł).

Po wojnie 11 ton złota przejęła Wielka Brytania jako zapłatę za utrzymanie w czasie wojny rządu polskiego rządu w Londynie. A co z resztą? Sięgnęli po nie komuniści: latem 1947 roku w wyniku żmudnych negocjacji odebrali złoto od strony rumuńskiej. Trudniej było dobrać się do skarbca Bank of England.

PRL z rozmysłem utrzymywała więc przy życiu Bank Polski SA, aby nie utracić dostępu do zasobów złota, choć w styczniu 1945 roku dekretem Krajowej Rady Narodowej powołał do życia konkurencyjny Narodowy Bank Polski. W 1950 roku złoto ostatecznie trafiło do NBP, choć pozostawało w Londynie, gdzie było wykorzystywane przez władzę ludową pod zastaw kolejnych pożyczek i zaciąganych kredytów. Bank Polski SA został zlikwidowany w 1952 roku.

Sztaby polskiego złota przez lata spoczywały na ciemnoniebieskich, metalowych regałach: każda sztaba przypisana do rachunku posiada unikatowy numer seryjny i znak rafinera. Jeszcze dwa lata temu stanowisko NBP było takie, że nie ma co liczyć na powrót kruszcu do kraju, bo przecież jest bezpieczne i zarabia na siebie: w 2018 roku nasze przychody z lokat w złocie wyniosły 2,7 mln euro.

Tymczasem w tym roku NBP kupił kolejne 100 ton złota, gromadząc łącznie 228,6 ton i po czerwcowej inspekcji w Londynie – ponoć bez związku z planowanym brexitem – zdecydowano o przewiezieniu około 100 ton wartego 18,3 miliarda złotych do Polski (reszta pozostała na miejscu i będzie inwestowana jak dotychczas).

Warszawa i Poznań

Gdzie jest złoto? Kiedyś myślano o budowie polskiego Fort Knox pod Warszawą. W 2002 roku Narodowy Bank Polski pod rządami Leszka Balcerowicza kupił nawet od Agencji Mienia Wojskowego Fort Zegrze: twierdzę wzniesioną przez Rosjan ponad sto lat temu przy rzece Narwi. Planowany tam skarbiec wiązał się z przyjęciem w Polsce euro i braku miejsca do przechowywania bilonu; miały tam również trafić polskie rezerwy w złocie z całego świata, w tym z Anglii. Budowa zakończyła się fiaskiem. Balcerowiczowi wytykano niegospodarność, bo NBP stracił na operacji miliony złotych: próbowano sprzedać fort, obniżając cenę z 28 mln zł do 7 mln zł, ale chętnych nie ma do dziś.

Złoto ulokowano więc w Warszawie i Poznaniu, choć o szczegółach akcji nie mówi NBP ani policja. Prezes NBP Adam Glapiński przyznał tylko, że „bardzo skomplikowana operacja przenoszenia złota” wymagała „całkowitej dyskrecji” i pracy „kilkuset pracowników NBP o wysokich kwalifikacjach”, do tego policji polskiej i brytyjskiej, Straży Granicznej, Portów Lotniczych, firmy obsługi naziemnej i transportowej.
Wizerunki Matuszewskiego i Rajchmana nie zdobią banknotów. W 2016 roku Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych wyemitowała banknoty testowe, który nie miały nominału i nie trafiły do obiegu. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Złoto przyleciało ośmioma samolotami, w każdym po tysiąc sztab o łącznej wadze 12,5 tony: sześć wylądowało w Poznaniu, dwa na Okęciu. Następnie skarb transportowano do kilkunastu skarbców NBP. Zakończenie akcji obwieszczono pod koniec listopada.

Operacja trwała kilka miesięcy: o pierwszych transportach mieszkańcy Poznania informowali we wrześniu, lokalne media opisywały zamykane ulice i konwoje niebieskich ciężarówek z ładunkiem, asekurowanych przez furgonetki NBP i policję. Nie obyło się bez komplikacji.

„Około 10:00 tajemniczy samolot wylądował na Ławicy, jego równie tajemniczy ładunek został przetransportowany furgonetkami przez cały Poznań, przy okazji blokując wschodnią część miasta. Policja zabezpieczyła kluczowe skrzyżowania obstawiając je radiowozami – jeden z naszych czytelników naliczył ich aż 15, i to tylko na Ratajach – a później furgonetki przejechały przez miasto w asyście radiowozów i karetek. Policja tego nie potwierdza, uspokaja, że nic złego się nie dzieje, a korki są tylko chwilowe” – raportował portal tenpoznan.pl.

Złoto dało się we znaki nie tylko kierowcom: 16 listopada 59 pasażerów lotów do Londynu i Sztokholmu z poznańskiej Ławicy nie zdążyło się odprawić, bo personel lotniska zajęty był „wyjątkowymi operacjami”, w tym właśnie obsługą złota.

Tymczasem Adam Glapiński chce upamiętnić sprowadzenie złota okolicznościową monetą w kształcie sztabki. – Złoto jest niepodważalną i trwałą wartością. Nie będziemy nim obracać, myślimy jako o trwałej rezerwie. Osiągnęliśmy poziom średni, jeśli chodzi o rezerwy w złocie europejskich banków centralnych. NBP przesunął się w rankingu banków centralnych według zasobów złota z 34. na 22. pozycję na świecie i z 15. na 11. w Europie, wyprzedzając kraje regionu – chwali się prezes NBP. – W roku świętowania stulecia polskiego złotego jako fundamentu siły gospodarczej naszego kraju, udało się zwiększyć strategiczne rezerwy złota i podjąć działania w celu repatriacji znacznej części polskiego złota do kraju. Realizując nasze konstytucyjne, ustawowe i po prostu patriotyczne zobowiązanie, nie tylko budujemy siłę gospodarczą państwa polskiego, ale też tworzymy rezerwy, które będą strzegły jego bezpieczeństwa finansowego. Taki jest światowy trend, ale także oczekiwanie polskiego społeczeństwa.

***


Jakie czasy, taki Matuszewski… On sam zmarł w Nowym Jorku 3 sierpnia 1946 roku. Po 70 latach jego szczątki (razem z mjr. Rajchmanem) ekshumowano na cmentarzu Calvary Cemetery w Woodside w USA, po czym przywieziono do Polski i 10 grudnia uroczyście złożono na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w kwaterze żołnierzy Wojska Polskiego poległych w wojnie 1920 roku. Bohater wrócił do domu przed swoim skarbem, którego przed laty pilnował.

I to bardziej wymagałoby wybicia okolicznościowej monety NBP niż zakończenie operacji powrotu złota do Polski. Matuszewskiemu poświęcono jedynie wyprodukowany przez Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych banknot testowy, który nie ma nominału i nie wszedł do obiegu.

– Jakub Kowalski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

23.11.2016
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Co mają wspólnego indyjscy bramini i Bałtosłowianie?
Język – co było wiadomo od ponad 200 lat – i geny – co wiadomo od dziś. Mają bowiem wspólnego ojca.
Historia Najnowsze wydanie
Dlaczego Piłsudski nie pomógł rozbić bolszewików?
Carski generał podkreślał, że czuł się przez Polaków zdradzony.
Historia Poprzednie wydanie
Warszawskie plotki o koreańskiej Normandii
W Górach Bielawskich mieli „mordować ludność i brać krew dla rannych na Koreę”.
Historia Poprzednie wydanie
Na łasce Hitlera, na pastwie Stalina. Pokojowe okaleczenie
Ribbentrop przekazał Rumunom, że jeśli ZSRR wystąpi z żądaniami terytorialnymi, to powinni ustąpić.
Historia wydanie 19.06.2020 – 26.06.2020
Młody Karol Wojtyła
Polskość opartą na chrześcijaństwie uważał za „siłę ogromną, królestwo ducha”.